Bank Cianfanellich

Obrazek
Ivan
Awatar użytkownika
Posty: 395
Rejestracja: 16 mar 2018, 12:47
Medale: 9
Miano: Rudolf
Rasa: Człowiek
Wiek: Późne 30
Złoto: 19 koron
Stan zdrowia: Fikam nogami.
Karta Postaci: viewtopic.php?f=10&t=143

Bank Cianfanellich

Post autor: Ivan » 18 mar 2018, 18:37

Obrazek

Drugi (po Vivaldich) z trzech największych krasnoludzkich gigantów funkcjonujących w sektorze bankowym zarówno Stolicy Świata jak i całej Północy. Choć posiadający mniej przedstawicielstw w innych miastach od swojego głównego konkurenta, nie ustępuje mu jakością usług ani wynikami w łącznej wartości rocznych obrotów. Wszystko ze względu na specyfikę swoich klientów wśród których na przestrzeni lat można było znaleźć rozmaitych możnych tego świata, od czarodziejów po koronowane głowy z Vizimirem i Foltestem na czele. Wielu władców po dziś dzień decyduje się lokować tu swoje pieniądze, a jeszcze częściej – sięgać po potężne pożyczki stanowiące jeden z głównych filarów całości dochodu Cianfanellich. Mówi się, że obecnie sam JKM Radowid V jest im krewny niemało koron, zadłużywszy się niedługo po zakończeniu Wielkiej Wojny z Cesarstwem i wstąpieniu na tron. Gigantyczne sumy pieniędzy przepływają dziennie przez bank, zmieniając swoich właścicieli, jednak na próżno szukać tych kwot w jego skarbcach lub piwnicach. Kapitał jest na bieżąco inwestowany, szczególnie chętnie w antyki i rzadkie dzieła sztuki, do których przedstawiciele bankierskiej rodziny mają słabość. To właśnie oni jako pierwsi podchwycili pomysł dywersyfikowania aktywów, znajdując naśladowców u konkurencji, która także zaczęła doceniać pewność lokowania pieniędzy w dziełach sławnych artystów, które z każdym rokiem upływającym od ich śmierci, powiększają swoją wartość kolekcjonerską. Stąd też przedstawiciele rodziny rzadko kiedy opuszczają aukcje w domu Borsodych oraz nadzwyczaj chętnie zatrudniają rzeczoznawców i poszukiwaczy rzadkich artefaktów. Ten sposób inwestowania znajduje odzwierciedlenie w samym wystroju ich siedziby. Novigradzki odział banku prezentuje się niezwykle dystyngowanie, a klientów zwykło podejmować się tu w cztery oczy w licznych biurach i kantorkach wyposażonych zabytkowymi meblami, przystrojonych w wyszywane dywany i draperie, nierzadko również antyki. Nie jest też rzeczą niecodzienną dostrzec tu na ścianach dzieła wielkich mistrzów pędzla, ich oryginały lub reprodukcje tak zmyślne, że nieodróżnialne od oryginału dla nieuzbrojonego oka laika.

Właścicielem mieszącego się w kamienicy przy giełdzie banku jest Cosma Cianfanelli zwany Starszym, syn świętej pamięci Nina Cianfanelliego. Mieniący się mecenasem i patronem sztuki, choć prawda jest taka, że jego kontakt ze sztuką ogranicza się do aukcji oraz okazjonalnego dofinansowania wystawy czy dwóch. Prowadzi to niekiedy do nieporozumień, co jakiś czas wyjaśnianych przez tutejszą ochronę, wypraszającą za drzwi rozmaitych trutniów i naciągaczy, mieniących się z kolei artystami w potrzebie.
Obrazek — Boże, o co tu chodzi? Dlaczego rycerz mężny podcięty jak pień tui? Czemu, o Wszechpotężny, Dałeś wygrać tej szui?
Tu zabrzmiały fanfary i głos straszliwy rzecze:
— Wyłącznie dlatego, mój stary, że lepiej machał mieczem!

Aishele
Awatar użytkownika
Posty: 37
Rejestracja: 30 mar 2018, 18:59
Medale: 9
Miano: Burza
Rasa: Człowiek
Wiek: młoda
Złoto: 13,5 koron i jeszcze
Stan zdrowia: ujdzie
Karta Postaci: viewtopic.php?f=10&t=126

Re: Bank Cianfanellich

Post autor: Aishele » 03 maja 2018, 23:09

— O chuj — wyszeptała Lotta bezgłośnie. Zgniotła kartkę i przerażona cisnęła ją precz. Była wszak osobą bywałą, rozeznaną w legendach, plotkach i wstrząsających opowieściach. Jeśli Velhad, jeśli warkocze, to nie ma bata, to fikuśne "F" mogło oznaczać tylko i wyłącznie niesławną Fialkę, potworzycę zrodzoną pod Czarnym Słońcem. Kogoś, z kim lepiej nie mieć nic wspólnego.

Nawet jeśli zupełnie przypadkiem, mimowolnie, coś wspólnego się jednak ma.

A flakonik? Wprawdzie Lotty nie zdziwiłoby ani trochę, gdyby Jakert wykazał się podobnym brakiem taktu i pomyślunku, by sprezentować kochance miksturę upiększającą, ale może jednak chodziło o coś więcej. To paskudztwo, nawet zakorkowane, zupełnie nie pachniało ani jak glamarye, ani chyba jak żadna z pokrewnych mu substancji. Przynajmniej tych, z którymi Burza miała do czynienia u swojej mistrzyni Amalii, a która dysponowała solidnym ich arsenałem. Może więc to była jakaś wredna trucizna, przy pomocy której wiedźmin próbował wyeliminować przeklętą dziewczynę? To też było całkiem prawdopodobne. Ba, to miało tak okropnie, okropnie dużo sensu, że poetka gwałtownie zapaliła się do wykonania naukowego eksperymentu, to jest – ostrożnego zanurzenia w buteleczce jakiegoś patyka i potraktowania kropelką specyfiku jakiegoś małego, najlepiej niesympatycznego zwierzątka. Gdyby akurat napatoczył się jakiś szczur! Albo karaluch! No, chociaż mucha...

Mała mosiężna pieczęć z wyglądu była znajoma. Tak, to to, o co chodziło. Ale cóż, kiedy nadal pozostawała zagadką co do swej funkcji i pochodzenia. Czy drzemała w niej jakaś magia? Do czego to mogło się przydać? Dlaczego było tak ważne, że wiedźmin postanowił to przechowywać w depozycie u Cianfanellich? Co Tibert zamierzał zrobić z drugim egzemplarzem? Lotta z maniakalnym uporem wpatrywała się w znaki wyryte czy odlane na pieczęci, usiłując je zidentyfikować, nazwać, czemuś przyporządkować. Pragnąc odnaleźć w głowie jakieś pożyteczne skojarzenie. Jakąś podpowiedź. Cokolwiek. Podobnie, choć z nieco mniejszym zacięciem, badała detale ostatniego z przedmiotów.

Najpożyteczniejszym pomysłem, jaki jej się przyplątał, okazał się chyba ten, by zwrócić się do kogoś, kto naprawdę się zna na takich sprawach. Lotcie obiło się kiedyś o uszy miano Mistrza Hasenclavera z Nowego Miasta. I teraz, kiedy tylko myśl o nim zalęgła się w jej głowie, niemal natychmiast podjęła postanowienie, aby bezzwłocznie udać się do jego przybytku. Prędko, prędko, żeby zdążyć z powrotem do gospody, poćwiczyć jeszcze z muzykantami przed występem. Teraz, już, natychmiast.

No, chyba żeby przedtem jednak trafił się jej jednak ten szczur do eksperymentów. To wtedy za chwilę.
Miłość napadła na nas tak, jak napada w zaułku wyrastający spod ziemi morderca, i poraziła nas oboje od razu. Tak właśnie razi grom albo nóż bandyty!

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 254
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Bank Cianfanellich

Post autor: Dziki Gon » 04 maja 2018, 21:52

Złamany krzyż i dziewięcioramienna gwiazda. Im dłużej wpatrywała się we wzór mosiężnej pieczęci, tym bardziej nic on jej nie mówił, a wręcz drażnił kolejnymi kiełkującymi w jej głowie pytaniami. Nie wykazując żadnych właściwości poza byciem kawałkiem metalowego krążka z wytrawionym na nim symbolami.
Oględziny matrycy okazały się bardziej owocnymi, a wyryty w jej tłoku wzór możliwy do rozszyfrowania dla osoby o jej erudycji. Było nim dziesięciopromienne słońce zwieńczone koroną oraz opisane słowami: „Emhyr var Emreis, Groed Imperator aep Nilfgaard”. Całość wykonana z kunsztem oraz precyzją.
Okoliczności przyrody skąpiły materiałów do eksperymentów. Po szczury i karaluchy trzeba było się pofatygować na Długie Nadbrzeże lub w zaułki Czerwonego. Albo do Rivii, jeśli wola. Ponoć była ich tam rozmaitość. W pobliżu ławki poetka mogła sobie najwyżej nałapać kilka krążących wokół kwiatów jaśminu pszczół. Ewentualnie zwabić urocze kocię, bawiące się kawałek dalej, obok płotka z jeżówkami.
► Pokaż Spoiler

Aishele
Awatar użytkownika
Posty: 37
Rejestracja: 30 mar 2018, 18:59
Medale: 9
Miano: Burza
Rasa: Człowiek
Wiek: młoda
Złoto: 13,5 koron i jeszcze
Stan zdrowia: ujdzie
Karta Postaci: viewtopic.php?f=10&t=126

Re: Bank Cianfanellich

Post autor: Aishele » 21 maja 2018, 0:32

— Fiu fiu, no nie może być — mruknęła sama do siebie, pojąwszy w nagłym olśnieniu proweniencję niepozornej na pierwszy rzut oka matrycy. Z szelmowskim uśmiechem pomyślała sobie, że oto rozwiały się burzowe chmury i cesarskie słońce zaświeciło właśnie dla niej. — Skąd ten łajdak to miał... — szepnęła jeszcze z niedowierzaniem, zupełnie jakby stała właśnie na deskach teatru i przed spragnioną sensacji publicznością odgrywała jakąś dramatyczną scenę. Taką z rodzaju Burza odkrywa, że jej nieżyjący kochanek to sam cesarz Nilfgaardu w przebraniu. Albo też Burza wpada na pomysł, jak uczynić swój plan naciągnięcia imperatora na grube pieniądze jeszcze lepszym.

Gdyby to wszystko rzeczywiście działo się na scenie, w tym momencie zapewne zgasłyby światła i nastąpiłaby zmiana dekoracji. Ale życie to nie teatr i nie ma wyjścia – żeby zmienić anturaż, trzeba po prostu przemóc obezwładniające lenistwo, podnieść swoje wdzięki z ławki i wyruszyć w drogę. Przed tym ostatnim zaś, jak mówi stare przysłowie, dobrze jest zebrać drużynę, zatem...

— Kici-kici! Chodź, maluszku! — Dziewczyna łagodnie i cichutko zbliżyła się do zwierzątka, próbując zwabić je kiwającym się źdźbłem trawy. — No chodź, ciocia Lotka się tobą zaopiekuje!

Co tu dużo mówić – miała słabość do kotów. Oczywiście nawet nie przeszło jej przez myśl, żeby na kociątku testować podejrzaną substancję. Na pszczółkach też nie. Wpaść na coś takiego mógł tylko najgorszy zwyrodnialec, na przykład Tibert, ale na pewno nie ona, łagodna i dobra dusza, pełna miłości do całego świata! Tak, całego. Nawet ten pomysł z próbami na szczurach wydał jej się już teraz trochę nieelegancki, więc odłożyła go na później. Nie było z tym pośpiechu.

Inaczej z pieczęcią. Tutaj coś ją męczyło, coś kazało jak najprędzej rozwikłać zagadkę, zanim stanie się coś naprawdę okropnego. Dlatego, czy kotek za nią poszedł, czy dał się wziąć na ręce, czy nie, Burza zebrała się spod jaśminu i skierowała swe kroki ku Nowemu Miastu, gdzie zamierzała szukać domu Mistrza Hasenclevera.
Miłość napadła na nas tak, jak napada w zaułku wyrastający spod ziemi morderca, i poraziła nas oboje od razu. Tak właśnie razi grom albo nóż bandyty!

Odpowiedz
meble kuchenne na wymiar cennik warszawa kraków wrocław