W sercu Pogranicza

Obrazek

„Chcę znowu widzieć gwiazdy nad traktem, chcę gwizdać wśród nocy balladę Jaskra. I pragnę walki, tańca z mieczem, pragnę ryzyka, pragnę rozkoszy, jaką daje zwycięstwo.”


Bajarz
Awatar użytkownika
Posty: 43
Rejestracja: 29 lis 2018, 11:18

W sercu Pogranicza

Post autor: Bajarz » 03 mar 2020, 21:26

W poprzednich odcinkach.
Dziękczynne wotum kapłanki z Ellander ulatywało ku niebu, kiedy ta pogrążona w cichej modlitwie, wycofując się na skraj bitewnej zawieruchy, dziękowała Wszechmatce za łaskę uczynionego z jej udziałem cudu.
Wycofywać się z pola bitwy, lecz w kierunku przeciwnym, to jest wozu z dobytkiem, począł również poczciwiec Kuszwa, choć należało się spodziewać, że w bardziej przyziemnej intencji. Czy to z powodu instynktu samozachowawczego, czy dla ochrony zgromadzonych na wehikule dóbr doczesnych, albo mając na uwadze jakiś fortel, handlarz zwalczył ołów w nogach i począł się w skradać w tamtą stronę, niezauważony przez resztę zgrai pochłoniętej własnymi problemami i skórą.
Krasulak zwaliwszy się na wskazanego mu przez pana draba niezgrabnie niby tatuś na mamusię po powrocie do domu z całonocnego pijaństwa, okładał go gdzie popadnie, nieuzbrojonymi rękami, a klątwy i szamotania tamtego dowodziły, że nie jest tym szczególnie zachwycony.
Drab trafiony feralną pięścią Arbutha w krocze u zarania walki — nadal leżał na swoim miejscu, niezdolny do czegokolwiek poza cichym pojękiwaniem. I choć od początku awantury upłynęła niewiele ponad minuta, odkąd trwał pośród traw, to w wypełnionym pędem ferworze starcia była ona synonimem wieczności, subiektywnie zrównującym go jako nieporuszony element krajobrazu na równi z widniejącym na horyzoncie zamczyskiem Houtborg.
Choć sytuacja na podwórzu zrazu przechyliła się na stronę drużyny, która zadała napastnikom bobu, nadal była daleka od rozstrzygnięcia, nie wspominając o uporządkowaniu.
► Pokaż Spoiler

Sherds
Awatar użytkownika
Posty: 5
Rejestracja: 03 mar 2020, 21:33
Miano: Kłoska
Rasa: Człowiek
Wiek: 19
Złoto: 200
Stan zdrowia: Zdrowy

Re: W sercu Pogranicza

Post autor: Sherds » 29 maja 2020, 21:30

Przestępcami? Pomyślała Kłoska. Jej ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz, a w oczy wstąpił strach. Matko przenajświętsza, czy jestem przestępczynią? Kolejny niby-rój mrówek przebiegł jej po plecach i karku. Chciała odruchowo objąć się rękami, by ujarzmić roztrzęsione ciało, ale przeszkodziły jej więzy na nadgarstkach.
Spojrzała na swoje ręce. Czy ja śnię? Rozejrzała się po towarzyszach podróży, spojrzała na kasztelana, którego słowa dochodziły do niej jak z podwodnych głębin. Nieobecna ciałem, pogrążona była w bezmiarze własnych myśli. I nie pisnęłaby nawet słowem, gdyby poproszono ją o odpowiedź. Nie teraz, kiedy przeżywała lęk, na który nie przygotowano jej w klasztorze. Nikt bowiem nie przewidział, ani Kłoska, ani opiekunki ze świątyni w Ellander, że młoda adeptka trafi kiedyś do niewoli pod oskarżeniem przestępstwa.

Juno
Awatar użytkownika
Posty: 335
Rejestracja: 23 gru 2018, 17:44
Medale: 17
Miano: Morgana Mavelle
Rasa: Człowiek
Wiek: Ćwierćwiecze +
Złoto: 33 korony 90 kp.
Stan zdrowia: Suchotnica
Karta Postaci: http://vattghern.com/viewtopic.php?f=10&t=305
Szczegółowa Karta Postaci: http://vattghern.com/viewtopic.php?f=25&t=304

Re: W sercu Pogranicza

Post autor: Juno » 31 maja 2020, 23:43

Obrazek
Przez całą drogę na Houtborg Luiza była wyjątkowo przygnębiona. Związana i upakowana na wozie niby wór kartofli, podskakiwała na wybojach i wertepach wespół z resztą kompanii. Nie odzywała się, ponure spojrzenie wbijając w czubki butów siedzącego naprzeciw niej krasnoluda.
Liczyła na te buty. Stanąwszy w progu gospody z naręczem zakupów, widząc, że nie mają szans, Luiza wciąż jeszcze liczyła na to, że Arbuth wykastruje przybyłe posiłki, że zrobią kasztelanowym powtórkę z rozrywki mimo ich przewagi. Nie wykastrował i nie zrobili. Ona zaś wyrzuciła pieniądze, dumę i sprawunki w błoto, gdy zbrojni nakazali jej unieść ręce i nie próbować sztuczek. A miałaby ich kilka. Gdyby nie te cholerne pęta kiełbasy i sznurów lecące jej z ramion, gdyby nie pieprzony, nieporęczny garnek miodu i plątający się pod nogami pies. Miałaby kilka sztuczek, a ten, który położył łapy na jej mieczu — tyleż samo nowych szram na kaprawej gębie. Ale ręce miała zajęte i pomimo całej swej kociej zwinności, jedyne, co mogła zrobić, to zwymyślać aresztujących ich żołdaków do kilku pokoleń wstecz, co zresztą uczyniwszy — oklapła jak przekłuty rybi pęcherz.
Tak, akrobatka była wyjątkowo przygnębiona. Nie zmarnowanym złotem, bezceremonialnym związaniem czy pojmaniem i jego pewnikiem niewesołymi konsekwencjami (o których istnieniu Minou rzadko kiedy pamiętała), nawet nie upokorzeniem. Nie. Luizę Tenebris najbardziej przygnębiało to, że nie zdołała nasmarować dup miodem pobitym kasztelanowym i zostawić ich bez gaci w lesie.
Gdy zajechali pod ruinę zamczyska, po raz pierwszy od wyruszenia w drogę, rozejrzała się przytomnie po twarzach towarzyszy i dookoła. Nieprzebrana masa ludzka, oblegająca kasztel, przypominała akrobatce obozowisko cyrkowe. Ożywiła się nieco, ciekawa naraz, kto rządzi takim bordelem i właściwie po co.
Na odpowiedź nie musiała długo czekać. Wnet powiedziono ich przez ciżbę na szczerbaty dziedziniec, gdzie oczekiwał majestat lokalnej władzy, prawa i porządku. Jak sam twierdził — cokolwiek zacofany w ich egzekwowaniu. Luiza odniosła nieodparte wrażenie, iż była to ze strony Rosthorna czysta kokieteria. Rozcierając zdrętwiałe dłonie, dziewczyna przyglądała się brodatemu watażce.
Wygląda jak charchający dziad, pomyślała krytycznie. Trzeba przyznać, że siedzibę wybrał sobie akuratną...
Język ją świerzbił, by odpyskować mu coś głupiego, ale dostrzegłszy białą jak twaróg kapłankę, poniechała. Skosiwszy na Stronzo, który tak się wyrywał do hersztowania, a ponadto był jedynym (podobno) dobrze urodzonym osobnikiem w ich kompanii, ponagliła go spojrzeniem.
To, co widzisz, co się zdaObrazekjak sen we śnie jeno trwa.

Ernoth
Awatar użytkownika
Posty: 5
Rejestracja: 03 mar 2020, 22:09
Miano: Ernoth
Złoto: Mniej niż zero
Stan zdrowia: Niedorozwinięty

Re: W sercu Pogranicza

Post autor: Ernoth » 08 cze 2020, 19:18

Krasnolud, mimo że świeżo wyleczony błogosławieństwem kapłanki, szybko był uległ przewadze liczebnej wroga. Za swoich czasów dwóch, ba! Nawet i pięciu ludzi byłby w stanie trzymać w szachu do usranej, jego albo jego przeciwników, śmierci. Teraz jednak, widząc wyłaniający się zza horyzontu patrol, tylko cicho westchnął, odłożył topór i dał się pojmać. Jakiegokolwiek ostatniego bastionu by tu nie odstawili, pojawienie się konnicy było ich końcem. Nawet gdyby posiekali większość, starczyłoby żeby jeden wrócił i zebrał posiłki. A i to nawet było szansą jedną na milion.
 
O dziwo jednak nie spotkał ich natychmiastowy samosąd, ni zemsta, ni szykany. Ot byli wiezieni niczym ważni jeńcy wojenni, na wozie z obstawą, na audiencję z panem tych ziem. Przez chwilę, w ponurym jak na niego zrywie humoru, unosząc lekko kącik ust, krasnolud poczuł się jak król, gdy wprowadzili ich do obszernej sali, aby stanęli oko w oko ze swym sędzią.
 
Mimo wszystkiego co się stało, Arbuth nie odezwał się ani słowem. Wiedział, że żyją jeszcze tylko dlatego że Rosthorn ma co do nich jakieś plany, a może po prostu używał ich jako rozrywki? Oderwania od monotonii panowania? Cóż, jedno było pewne, o ile nie zrobią złego ruchu, tak jak danie nieludziowi mówić, raczej powinni się wymigać z karą porównywalną do ujęcia ręki. Chyba że ich powieszą, co też nie było by wcale takie złe patrząc na wymyślne tortury jakie mógłby im zgotować. Sytuację w jakiej się znajdowali można było podsumować jednym, tak często używanym, acz jakże trafnym słowem.
.
.
.

Kurwa.

Szczur
Awatar użytkownika
Posty: 6
Rejestracja: 12 kwie 2018, 3:30
Rasa: Człowiek
Złoto: Całe
Stan zdrowia: A zdrowy, zdrowy, dziękować

Re: W sercu Pogranicza

Post autor: Szczur » 09 cze 2020, 15:03

Kondotier w ciszy dał czas swoim kompanom na ogarnięcie powstałego bajzlu, wozu i wierzchowców, samemu zajmując się pilnowaniem jeńców. Jego uwagę oderwał dopiero dudniący dźwięk, który zupełnie nie leżał Stronzo w kontekście obecnej sytuacji. Uniósł wolną dłoń z palcem wskazującym wyciągniętym ku górze.
— Czekajcie, czekajcie… Słyszycie to? — odwrócił się w tym kierunku, a na widok jeźdźców westchnął ciężko, rozkładając ręce w geście bezradności. — Może się jakoś dogadamy?!
Dogadali się na tyle, że obyło się bez wpierdolu. Na widok kasztelanowej odsieczy, Giovanni szykował się wewnętrznie na co najmniej obitą mordę i utratę zęba. Nie tym razem. Jedyne pocieszenie w tej zasranej sytuacji. Nie po to walczył z Czarnymi, oj nie po to. Wojna zakończyła się zwycięstwem, mieszek przytył od brzęczących moment. Bez dwóch zdań lichy moment by wylądować w pierdlu albo i gorzej - z pętlą na szyi. Dlatego też, zupełnie jak nie Stronzo, milczał przez całą drogę do Houtborga. Planował jak tym razem wykpić się lokalnej władzy. I modlił się, by Krasulak czegoś nie odjebał.
Ożywił się dopiero na widok pstrokatej jarmarcznej armii oblegającej ruiny zamczyska. Widok niezbyt imponujący ale jakże częsty po wojnie. Mimo to ciekawski wzrok Giovanniego przyjrzał się każdemu nim poprowadzono ich czwórkę przed oblicze samego kasztelana. Rosthorn może i rządził z ruin, a jego ludzie przypominali bardziej bandę grasantów, których populacja znacząco wzrastała na i po wojnie. Sam kasztelan jednak wyglądał iście po szlachecku, a i zachowywał się tak. Wzbudziło to pewną dozę respektu u Stronzo i to w odpowiednim momencie by wpłynąć na słowa, które będzie zmuszony dobrać. Nie słysząc nikogo ze swoich kompanów, kondotier zerknął na boki by upewnić się czy ktoś może jednak chce czynić honory. Jasnym stało się momentalnie, że osobą tą musi być sam Stronzo. Westchnął więc, unosząc dłonie do piersi by móc rozmasować sobie nieco odrętwiałe nadgarstki. Postąpił mały krok do przodu i odchrząknął cicho.
— Odpowiadając na twe pytanie, panie… Stryczek albo roboty w kopalni. U nas w Kovirze podchodzi się do tego z prostym założeniem. Prosto albo z profitem. Wbijanie na pal może i widowiskowe ale śmierdzi, leje się z człowieka. No nieprzyjemne i mało czyste. Chciałbym się za to odnieść do przypisywanych nas przewinień. Choć faktycznie wygląda to na rozbój to zapewniam, panie, że naszym celem nie był zamach na władzę. Wybaczcie moją szczerość ale twoi ludzie wyglądali jak banda rabusiów grzebiąca w naszym dobytku. Własność prywatna rzecz święta to też chcieliśmy bronić jej i cała sytuacja, że tak powiem, się zesrała. Panie. Mało tego, przywłaszczyć niczego nie chcieliśmy a jedynie zabezpieczyć się przed rewanżem. Jak tylko na jaw wyszło, że to twoi ludzie, panie, zaoferowaliśmy im pomoc lekarską i tego. Nikt nie zginął, nikt nie został przywiązany do drzewa z dupą wysmarowaną miodem. Ot, tego samego wieczoru byliby już w domu. Także chciałbym złożyć na twe ręce, panie, nasze najszczersze przeprosiny za tą pomyłkę i nadzieję, że rozwiążemy tą sprawę bez lin albo palików.
Kiedy wreszcie mógł się wygadać kolory wróciły na twarz Stronzo, a ten uśmiechnął się nieco by załagodzić rozmówcę. Jedynie nadgorliwy masaż nadgarstków zdradzał nerwy kondotiera.

Jestem Żółtą Magnetyczną Gwiazdą, która otacza centralny, zielony Zamek Symbolizacji
Przewodnikiem mi Żółty Samoistny Człowiek
Po mojej prawicy zasiada czerwony, Galaktyczny Wędrowiec
Po mojej lewicy – niebieska, wiodąca Moc

Bajarz
Awatar użytkownika
Posty: 43
Rejestracja: 29 lis 2018, 11:18

Re: W sercu Pogranicza

Post autor: Bajarz » 14 cze 2020, 14:50

Rosthorn wysłuchał wyraziciela opinii ogółu, wspierając skroń na zaciśniętym kułaku. Jego twarz nie wyrażała zaś niczego poza skupieniem.
Celnie — przyznał, cierpliwie wyczekując momentu, w którym kondotier skończy przemawiać. — Ale nie mamy kopalni.
Mamy za to poważne wątpliwości — podjął nie od razu i nie poruszywszy się za stołem. — Gdzie kończy się granica obrony świętej własności. Z waszą świętą własnością, która została zabezpieczona na wozie śmiało można iść na oblężenie. Ten tutaj krasnolud…
Spojrzenie kasztelana zboczyło na do niedawna gorzko uśmiechniętego Arbutha.
Dwukrotnie zrobił kapłona z mojego człowieka. Drugiemu, nie mając nic w rękach, odebrał nadziak i wygrzmocił go trzonkiem.
Nagle milcząca niewiasta. — Imć Rosthorn zmierzył wzrokiem Luizę. — Zdaniem świadków, miała być prowodyrką zamieszania, nadto autorką uciesznego konceptu smarowania, niemal zrealizowanego po tym, jak zdążyła podporządkować sobie karczmę.
Kasztelan namyślił się niespiesznie. Po krótkiej przerwie to Kłosce wypadła kolej być obserwowaną.
Nie jestem z natury zabobonny. Ale to, co usłyszałem, każe dać mi wiarę również ostatniej relacji, która dobiegła była mych uszu. O tym, że oddział porządkowy został porażony klątwą młodej guślarki. Moja prywatna natura to jedno, ale tu, na Przyrzeczu źle patrzymy na takie sprawy.
Pośród baszty, z iście scenicznym wyczuciem czasu odezwał się hukaniem przedwcześnie zbudzony puchacz. Kasztelan, z nie gorszym wyczuciem, milczał na tle straszliwej ruiny, potakując w zamyśleniu.
Oczywiście, że rozwiążemy — odparł w końcu, nie zmieniając wyrazu twarzy. — Przyda mi się ktoś taki jak wy. Oczywiście uszanuję wolę tych z was, którym milsza alternatywa linki lub palika. Czy są tutaj tacy?
Żołdactwo skupione za ich plecami zaszurało zniecierpliwione, niemal słyszalnie gotując się na odpowiedź.
Nie musicie odpowiadać od razu, macie chwilę do namysłu. Kajan, mapa. — Wielmoża skinął na najbliżej stojącego strażnika, który strzelił obcasami, kierując się w kierunku wschodniego krużganka, niemal całkiem zrujnowanego i zawalonego skrzyniami. — W międzyczasie raczcie odpowiedzieć, czy któreś z was miało już okazję zawitać w nasze strony?

Echo kroków wysłanego po mapę strażnika odbijało się na opustoszałym dziedzińcu.
Z waszym min miarkuję, że tylko przejazdem. Nie szkodzi. Zadanie, które wam zlecam, również załatwicie przejazdem. Odjeżdżając wolni, poza kolejką, a kto wie, może z dodatkowymi denarami, których nasypię wam na drogę. — Rosthorn odchylił się na siedzisku, robiąc miejsce rozkładanej na stole mapie dostarczonej przez zbrojnego. Powstrzymując ją od zwinięcia się w rulon pustym kuflem na jedynym końcu i oprawioną księgą na drugim, gestem dozwolił, by się zbliżyli. Człowiek, który przyniósł papier, stanął u boku kasztelana, prosty jak dzierżona w garści halabarda.
Zadra, tartaczna wioska po drugiej stronie Traszki nie daje żadnych wieści. — Wzrok mężczyzny skierował się na południowo-wschodni kraniec mapy, ułożonej w zgodzie z kierunkami w stronę gości. — Przywieziecie mi je. To na początek. Później porozmawiamy o warunkach waszego zwolnienia.

Czy wszyscy — upewnił się, spoglądając po stojących przed nim twarzach. — Zdążyli się namyślić?
► Pokaż Spoiler

Juno
Awatar użytkownika
Posty: 335
Rejestracja: 23 gru 2018, 17:44
Medale: 17
Miano: Morgana Mavelle
Rasa: Człowiek
Wiek: Ćwierćwiecze +
Złoto: 33 korony 90 kp.
Stan zdrowia: Suchotnica
Karta Postaci: http://vattghern.com/viewtopic.php?f=10&t=305
Szczegółowa Karta Postaci: http://vattghern.com/viewtopic.php?f=25&t=304

Re: W sercu Pogranicza

Post autor: Juno » 17 cze 2020, 22:53

Obrazek
Początek przemowy Giovanniego przyprawił Luizę o nagły wytrzeszcz i palpitacje serca. Prosty a niecierpliwy i skory do wyciągania pochopnych wniosków umysł akrobatki uznał bowiem, że oto kondotier miast bronić swej kompanii, podpowiada kasztelanowi sposób ich kaźni. Szczęśliwie Kovirczyk przeszedł do rzeczy szybciej niż Minou, dzięki czemu nie skończył z jej butem w rzyci.
Ba, mało tego, sztyletująca wzrokiem zadek Stronzo dziewczyna w dalszym ciągu się nań gapiła, lecz w miarę trwania wywodu — z coraz bardziej odmiennym wyrazem twarzy. Pod koniec goszczący na niej grymas kazał domniemywać, że Luiza nie tylko załapała ostatecznie sens wypowiedzi, ale również zmieniła swoje zamiary względem kondotierskich pośladków o sto osiemdziesiąt stopni.
Nic zatem dziwnego, że sprawiała wrażenie, jakby odpowiedzi gospodarza słuchała jednym uchem, drugim ją wypuszczając. W istocie jednak wbite w tyły „pana Giovannia” zielone kurwiki funkcjonowały niezależnie od uszu, które akrobatka nadstawiała niby kot na łowach.
W chwili, gdy Rosthorn przeszedł do listy ich wyczynów, Tenebris najpierw zarechotała, dając uznaniowego kuksańca Arbuthowi, a potem cała aż spuchła z dumy na wieść o własnych dokonaniach. Wyszczerzyła się do kasztelana wciąż jeszcze pełnym — choć tylko bogowie wiedzą, jakim cudem przy tak niewyparzonej gębie — garniturem zębów, wypinając wątłą pierś, jakby czekała aż przypnie jej medal. Ale gdy władyka podjął wywód, zarzucając Kłosce wraże gusła, Luiza mało się nie obsmarkała, wydmuchując gwałtownie nabrane w płuca powietrze.
Porażony klątwą, akurat! Po prostu wstyd waszemu „patrolowi porządkowemu” przyznać, mości Rosthorn, że dostali łomot od podstarzałego najemnika, dwóch bab i karła — parsknęła, rozglądając się wymownie po pilnujących ich zbrojnych i pokręciła głową. — Oj, brzydko tak kłamać, panowie… Nieładnie… Nikt wam nie mówił, że nosy od tego rosną, a kuśki się kurczą?
Złożona ich kompanii w chwilę potem propozycja nie wzbudziła w Luizie nawet najmniejszego podejrzenia, nie wywołała ani jednego pytania z jej strony, nie zrodziła żadnej wątpliwości. Dziewczyna zdążyła już bowiem wyrobić sobie zdanie o ludziach Rosthorna i trochę mu nawet współczuła, choć w złośliwy sposób. W swej własnej ograniczoności nie brała pod uwagę, że powodem wysłania ich do Zadry może być cokolwiek innego niż nieudolność kasztelanowych wojaków. Z miejsca podjęła decyzję o udziale w wycieczce, ale pozwoliła staruchowi skończyć. W końcu nigdy nie wiadomo, ile taki jeszcze pożyje, pomyślała, niech się wygada.
Dostaniemy jakieś konie? — zapytała, jasno dając do zrozumienia, że woli przejażdżkę i plotki od palika i linki. — Czy mamy dyrdać tam na piechotę?
To, co widzisz, co się zdaObrazekjak sen we śnie jeno trwa.

Odpowiedz
meble kuchenne na wymiar cennik warszawa kraków wrocław