W sercu Pogranicza

Obrazek

„Chcę znowu widzieć gwiazdy nad traktem, chcę gwizdać wśród nocy balladę Jaskra. I pragnę walki, tańca z mieczem, pragnę ryzyka, pragnę rozkoszy, jaką daje zwycięstwo.”


Ernoth
Awatar użytkownika
Posty: 4
Rejestracja: 03 mar 2020, 22:09
Miano: Ernoth
Złoto: Mniej niż zero
Stan zdrowia: Niedorozwinięty

Re: W sercu Pogranicza

Post autor: Ernoth » 09 kwie 2020, 18:53

Arbuth przesunął wzrokiem czujnie po całej scenie. Spojrzał na leżącego, na swoich niedawno poznanych kompanów, a i wreszcie na obitą i pozbawioną broni "władzę". Spojrzał na nadziak w ręku, po czym westchnął i odrzucił go lekkim ruchem na ziemię, nieco dalej od swojego niedoszłego przeciwnika. Powolnym krokiem podszedł do wozu.

- Panie herszt, bierz samostrzał, trzeba ich pilnować coby nikt nie uciekł, lepiej nie mieć całego pościgu na plecach. Kuszwa, podałbyś mój topór? Ja sobie tu usiądę.

Krasnolud westchnął ciężko, po czym pomagając sobie prawą ręką wsiadł na krawędź wozu. Lekko dotykał swego ramienia, aby sprawdzić jak rozległe są obrażenia, ale przestał, gdy po paru dotknięciach czerń zaczęła wkraczać na jego pole widzenia. Będzie siniak, i to spory. Pomyślał. Czekając aż Kuszwa poda mu ciężkie żelastwo, Arbuth trzymał baczenie na, jakby nie było, jeńców. Mimo że był gotów puścić ich wolno gdy tylko przebyli rzekę, nie był na tyle naiwny żeby ufać że nie spróbują wykorzystać okazanej im dobroduszności. Gdyby chcieli uciszyć wszystkie pogłoski, musieliby uciszyć całą karczmę, toteż Krasnolud nie był zbyt skłonny zabijać chuliganów. Nawet jeśli inni uważali go za złego karła, on odmawiał stania się nim. Złym znaczy, bo na swoją rasę poradzić nie sposób.

Szczur
Awatar użytkownika
Posty: 4
Rejestracja: 12 kwie 2018, 3:30
Rasa: Człowiek
Złoto: Całe
Stan zdrowia: A zdrowy, zdrowy, dziękować

Re: W sercu Pogranicza

Post autor: Szczur » 10 kwie 2020, 16:03

— Mądry wybór. — odezwał się kondotier kiedy sierżancia broń wylądowała na ziemi, jednocześnie łapiąc oddech ulgi. Może jednak zdążą przerzucić się za Pontar i dalej od tej zasranej gospody i kasztelańskiej prowincji. Słysząc zaś skargę jednego z jeńców, przypomniał sobie o swoim pachołku, który niczym bojowy ogar kontynuował powierzone mu zadanie. Do uczucia ulgi dołączyła duma, może jednak z młodego będą jeszcze ludzie. A przynajmniej dobre żołnierze. Miał już odwołać swój rozkaz, jednak ostateczna konfrontacja z krasnoludem zabrała uwagę również i Giovanniego. Sprawa rozwiązała się szybko i sprawnie, na nieszczęście napastnika. Po takim kopniaku nawet kondotier spojrzał na upadłego z pewnym politowaniem.
— Ua. Aleś mu zajebał, Arbuth! — przyznał szczerze. — Dobra, starczy tych stłuczonych jajec na dziś. Trza tu was przeorganizować co byście głupot nie próbowali. Krasulak! Zbieraj no ich broń i zanieś na wóz. A potem weź mój samostrzał, przeładuj i przynieś mi. Raz, raz! A teraz nasze towarzystwo.
Wracający wzrok kondotiera zatrzymał się na akrobatce nieopodal, a na dotychczas śmiertelnie poważnej twarzy pojawił się promienny uśmiech upewniając się, że Luiza wie, że on wie o swoich zasługach.
— Dobić nie wypada, moja droga, słowo dałem. A i na chuj się męczyć potem z trupami. — skwitował zaraz po interwencji Kłoski. Kiedy sama kapłanka podeszła by opatrzyć rannego, Stronzo nie oponował. Przepuścił akolitkę Melitelę do rannego, stając o krok dalej.
— Opatrzymy sierżanta ale cała reszta! Migiem pod ścianę karczmy. Ustawić się w szeregu i czekać na rozwój sytuacji. Wasz lider dołączy jak już przestanie z niego jucha lecieć. No, kurwa, dalej! I niech ktoś weźmie tego walecznego, do cholery. — mieczem wskazał na leżącego w trawie chłopa po niedawnym kontakcie z butem krasnoluda. — Spokojnie, panie krasnoludzie kochany, mam ich pod kontrolą.

Jak powiedział, tak też czynił. Zostawił sierżanta w towarzystwie Kłoski i Luizy, wiedząc, że ta ostatnia nie będzie się powstrzymywać jeśli kasztelanowy zechce odwalić jakąś głupotę. Sam Stronzo zaś przeszedł do ustawiania jeńców, każdemu poświęcając odpowiednio dużo uwagi by nic nie odpierdolił. Dopóki ciężka kusza nie wylądowałą w jego rękach, dopóty trzymał wszystkich na celowniku swojego klingi.
— Eee. A może weźmiemy ich ze sobą? — stwierdził do swoich w przypływie nagłego oświecenia. — Przywiążem jednego za drugim do powozu i hajda. Przed Pontarem puścimy i potem to nas mogą w cmoknąć w rzyć. Władza, tfu, kurwa jego mać.

Jestem Żółtą Magnetyczną Gwiazdą, która otacza centralny, zielony Zamek Symbolizacji
Przewodnikiem mi Żółty Samoistny Człowiek
Po mojej prawicy zasiada czerwony, Galaktyczny Wędrowiec
Po mojej lewicy – niebieska, wiodąca Moc

Bajarz
Awatar użytkownika
Posty: 13
Rejestracja: 29 lis 2018, 11:18

Re: W sercu Pogranicza

Post autor: Bajarz » 12 kwie 2020, 19:06

Słuchając słów Tenebris, sierżant nie spuszczał z niej wzroku, choć kiwająca mu się głowa i opadająca na mostek broda nie ułatwiała mu tego zadania. A choć w tym samym czasie jucha przeciekała mu z wolna spomiędzy przyciskanych do rozharatanego ramienia palców, to wciąż tliło się w onym spojrzeniu dosyć życia. I całe morze pogardy.
Pozostali przytomni i skapitulowani zbóje poruszyli się nerwowo w miejscach na groźne zapowiedzi kobiety, spoglądając po sobie ostrzegawczo i niepewnie.
Ona sama poczuła też, na twarzy silniejszy niż dotychczas powiew przelotnej bryzy, a źdźbła nie kłaniały się już dłużej pod nogami. Dziwne uczucie towarzyszące jej do niedawna podczas walki odpuściło ze szczętem.
Taki wasz honor? — burknął ten czerwony na twarzy, która obecnie — po niedawnej sprawie z Krasulakiem— była jeszcze bardziej czerwona. — Pierwsiście krew przelali…
Kłoska, jako pierwsza usiłująca załagodzić całą sytuację, zbliżyła się do rannego przywódcy, szukają po swych sakwach adekwatnego remedium na świeżo zadaną żelazem ranę i znajdując je, razem z dobrym słowem oraz terapią dla pokaleczonego mężczyzny. Ten zdawał się jednak mieć własne, odmienne zdanie na przedłożoną mu miłosiernie propozycję.
Zabieraj swoje gusła, siusiumajtko — wysapał, prostując się z wolna, podpierając o koło kupieckiego wozu. Spluwając obficie na trawę uniósł głowę w kierunku gospody, przed powoli poczęli zbierać się gapie — sam pan gospodarz oraz najtłustszy, a wychodziło też, że najodważniejszy ze wcześniej obdarowanych przez nich miejscowych gorzałkosiów, który odważył się wychylić przez okno i rozdziawić gębę.
Wódki! I czystych szmat! — zażądaj ranny, na co przyglądający się całej scenie karczmarz posłusznie wrócił się do izby. Ciekawski grubas poszedł w jego ślady, cofając się za okienną ramę jak świstak do nory.
Bitny krasnolud rozejrzał się po obozowisku, do którego powstania zresztą w niemałym stopniu był się kontrybuował. Puszczony przezeń nadziak wylądował pod nogami rozbrojonego i niedawnego napastnika. Drab nie wyrzekł na to ani słowa ani nie ośmielił się choćby spojrzeć w kierunku leżącej w trawie broni, nawet wówczas gdy tamten się oddalił.
Obadawszy ramię i sadowiąc się na wozie Arbuth, nie doczekał się swojego topora z rąk kupca, który nadal w szoku kończył poprawiać przetrzebiony, lecz nieuszczknięty dobytek. Poszukiwana przezeń broń znajdowała się zresztą trochę ponad na wyciągnięcie ręki — fortunnie, tej zdrowej.
Pokonane towarzystwo, rade nierade, nie protestowało, kiedy poinstruowany rozkazem Krasulak stuknął obcasami i ze swoim nieśmiertelnym „Tak jest, panie kapralu!” poszedł go wykonywać, zbierając porzucony oręż. Jak zawsze guzdrał się niemiłosiernie, upuszczając w drodze jeden z mieczy i zmuszony wracać się po niego, by dorzucić go do reszty broni. Usadowiwszy się na koźle wozu i wspomagając się wysuniętym w skupieniu językiem i instrumentem do naciągu zajmował się spełnieniem kolejnej prośby pryncypała — tej o zarepetowanie samostrzału.
Równie posłusznie, choć mniej chętnie polecenia kondotiera poczęli spełniać też rozbrojeni i domniemani stróże porządku. Dwóch drabów wlokąc przez podwórko draba trzeciego i niedającego znaków życia poza jękliwymi bluźnierstwami, położyło go pod knajpą i samemu ustawiło po bokach, strasząc stamtąd ponurymi i obitymi gębami w oczekiwaniu na dalszy rozwój wydarzeń i zdawałoby się, że spuszczając głowy przed wzrokiem rażącego nim ich z dystansu sierżanta pilnowanego przez obydwie kobiety, nadal milczącego i nieprzejednanego.
Krasulak, podekscytowany ważnością powierzonego mu zadania, wkrótce przybiegł do Stronza, zwracając mu naładowaną, gotową do strzału kuszę.
Puścić! — włączył się nagle zeskakujący z wozu Kuszwa. — Wszystkich puścić, rannego opatrzyć i dyrdać stąd, czem prędzej! Och, na bogi miłosierne, co myśmy najlepszego uczynili! — Kupiec, choć nieuczestniczący przecież w bijatyce, solidarnie trzymał się z drużyną i nie zapierał. Poprawiwszy towar na wozie, ruszył w kierunku wiaty. — Za Pontar daleka droga, a nam ruszać natychmiast, w tej chwili! Giovanni, odłóżże tę machinę i pomóż mi zaprzęgać!
Naraz, drzwi od karczmy uchyliły się powoli i bardzo nieśmiało. Stanął w nich oberżysta powracający z naręczem szmat i oplecionym słomą gąsiorem w ręce.
Szanowne państwo podróżni… — odezwał się nad wyraz grzecznie i ostrożnie, nieco bardziej pobladły na twarzy odkąd ostatnio go widzieli. — Zezwólcie, albo podajcie… — Zapominając języka w gębie, ruchem głowy wskazał na zbiegowisko pod wozem, zdaje się, że mając na myśli rannego dowódcę.
► Pokaż Spoiler

Juno
Awatar użytkownika
Posty: 257
Rejestracja: 23 gru 2018, 17:44
Medale: 14
Miano: Morgana Mavelle
Rasa: Człowiek
Wiek: Ćwierćwiecze +
Złoto: 41 koron 96 kopperów
Stan zdrowia: Suchotnica
Karta Postaci: viewtopic.php?f=10&t=305
Szczegółowa Karta Postaci: viewtopic.php?f=25&t=304

Re: W sercu Pogranicza

Post autor: Juno » 15 kwie 2020, 19:15

Nic sobie nie robiąc ze spojrzenia dowódcy, poza odpłaceniem mu tą samą monetą, Luiza nie ruszała się z miejsca. Dopiero gdy Kłoska zaoferowała swą pomoc, akrobatka żachnęła się lekko i cofnęła pół kroku, jakby całe jej ciało protestowało przeciw podobnemu postępowaniu. Nie przeszkodziła jednak kapłance, nie skomentowała również jej zamiarów. Zrobił to za nią ranny mężczyzna, na którego uwagę Tenebris prychnęła mimo woli, a więcej było w tym prychnięciu ponurego rozbawienia, niźli złości na jego impertynencję.
Tylko dlatego, że wam nie dowiozło — odcięła się zimno krasnemu, przenosząc nań równie lodowate spojrzenie. — Zawrzyj gębę i won pod ścianę, bo zaraz zobaczysz drugą falę.
Nie podobał jej się pomysł kupca, nie podobał i kondotiera, ale na urządzanie krwawej łaźni też nie miała ochoty. Mimo wszystko. Coś jednak trzeba było uradzić, nie mogli wszak sterczeć na podwórcu gospody do następnej wiosny jako te kuśki w latrynie. Na prosty rozum Luizy, należało wprzódy dociec czy towarzystwo istotnie reprezentuje władzę, czy może zwyczajnie się pod nią podszywa. Tarczka nie była ostatecznie żadnym dowodem, mogli ją równie dobrze zedrzeć z jakiegoś trupa. Takoż i srający po piętach miejscowi — srający skądinąd słusznie i przed większością uzbrojonych łobuzów jak świat długi i szeroki, władza to czy nie — nie stanowili miarodajnego wyznacznika prawdziwości słów ani rzekomo piastowanych przez pojmanych elegantów stanowisk. Gdyby się okazało, że to zwykłe łapsy, sprawa byłaby znacznie prostsza. Wszak nikt nie posyłałby za nimi pościgu ani nie wywieszał listów gończych.
Akrobatka zmarszczyła lekko zadarty nos i mrużąc oczy przyjrzała się zestrachanemu karczmarzowi. Może należało po prostu zapytać, ale wcześniej jakoś nie było okazji.
Panie gospodarzu! — zawołała, wracając spojrzeniem do rannego, wskazując go sztychem miecza. — Znacie tę bandę? Kto zacz oni? Iście kasztelanowi z ramienia prawa działający, czy zwykłe zbiry? Bo mnie to się coś ta druga opcja bardziej widzi…
Chociaż może to tylko takie wrażenie — dodała po chwili, uśmiechając się zjadliwie do domniemanego sierżanta. — Przez te wasze kaprawe mordy, moiściewy.
To, co widzisz, co się zdaObrazekjak sen we śnie jeno trwa.

Bajarz
Awatar użytkownika
Posty: 13
Rejestracja: 29 lis 2018, 11:18

Re: W sercu Pogranicza

Post autor: Bajarz » 18 kwie 2020, 22:23

Draby, pobite i na dokładkę osobaczone, karnie czekały pod knajpą, unikając patrzenia w oczy komukolwiek z drużyny, z rzadka tylko łypiąc na podwórze spod grubych i pochylonych czół.
Zagadnięty gospodarz, okręcając sobie przyniesione szmaty wokół napięstka, oblizał nerwowo wargi, zerkając niepewnie w stronę wozu i Kuszwy odciągającego od żłoba pierwszego muła. Odpowiedzi udzielił nie od razu i wyraźnie namyślając się nad nią ostrożnie.
Iście — wyrzekł w końcu — Iście z ramienia prawa. To ludzie jego wielmożności pana kasztelana Rosthorna…
Kuszwa jęknął, łapiąc się za głowę, lecz natychmiast zmuszony ją stamtąd zdjąć, by pociągnąć opierającego się muła za kantar. Szeregowy Krasulak, chwilowo pozbawiony bojowych zadań oraz nieświadomy powagi sytuacji, dłubał w nosie, głęboko i namiętnie.
Chłopina prowadzący gospodę, wciąż nie otrzymując jednoznacznego przyzwolenia, wiercił się w miejscu, jakby oblazły go kleszcze, co rusz popatrując do zacienionego wnętrza gospody — skąd bez wątpienia, przyglądano im się nadal. W powietrzu ponad pylącymi trawami i wokół wiaty pobzykiwały kołujące muchy i gzy, wielkie jak ptaki. Słońce rozgrzewało się w najlepsze, a niebo kłębiło pojedynczymi chmurami puszystymi jak lukier waty. Dzień, na przekór wszystkiemu, co widział na podwórku przed karczmą „Chlebem i Solą” ani myślał brzydnąć.

Sherds
Awatar użytkownika
Posty: 5
Rejestracja: 03 mar 2020, 21:33
Miano: Kłoska
Rasa: Człowiek
Wiek: 19
Złoto: 200
Stan zdrowia: Zdrowy

Re: W sercu Pogranicza

Post autor: Sherds » 20 kwie 2020, 16:06

Jakież znowu gusła? — żachnęła się kapłanka. — Tradycyjna kapłańska medycyna. Skuteczniejsza i bezpieczniejsza niż te wasze polowe metody — poprawiła mężczyznę krótkim wykładem.
Nie protestowała na odmowę. Schowała swoje lekarstwa. Nie miała zamiaru do niczego zmuszać rannego. Kiedy za poleceniem sierżanta karczmarz przyniósł wymagane szmaty i alkohol, Kłoska wstała bez słowa i odebrała je, dziękując gospodarzowi uśmiechem i nieznacznym skinięciem głowy. Wróciwszy do sierżanta, już bez względu na to czy chciał czy nie, pomogła mu opatrzyć uszkodzone ramię.
Chwilę potem była już na wozie, siadając na krawędzi obok Arbutha.
Mógłbyś pokazać rękę? — zapytała, wyciągając obie dłonie, tak by krasnolud mógł oprzeć na nich swoje pokiereszowane ramię.
W pierwszej kolejności chciała ocenić stopień uszkodzeń. Czy kończyna była złamana? Może tylko stłuczona? Czy już pojawiał się siniec? Lekki dotyk sprawiał ból. Uraz musiał więc sięgać głęboko. Zdecydowała zasięgnąć pomocy tam gdzie zwykle, gdy kończyły się opcje lub sytuacja była niejasna. Do zasobów swojej mocy, nadanej jej przez boską Melitele, która nigdy jej nie zawiodła w potrzebie.
Nie ruszaj się. To zajmie tylko chwilę — poleciła, ujmując delikatnie okaleczone ramię Arbutha.
Przestrzeń pomiędzy kapłanką a krasnoludzkim wiarusem wypełniła cicha, szeptana modlitwa o uzdrowienie.

Ernoth
Awatar użytkownika
Posty: 4
Rejestracja: 03 mar 2020, 22:09
Miano: Ernoth
Złoto: Mniej niż zero
Stan zdrowia: Niedorozwinięty

Re: W sercu Pogranicza

Post autor: Ernoth » 20 kwie 2020, 17:23

Arbuth machnął ręką (oczywiście metaforycznie) na to że Kuszwa nie podał mu broni. Biedak był w szoku, a poza tym, to nie tak że ze swoją ręką byłby w stanie operować ciężkim dwuręcznym toporzyskiem. Skupił się na słuchaniu towarzyszy, baczeniu na nagłe ruchy pojmanych i ogólnie na okolicę. Jego wzrok spoczął na gospodarzu, który potwierdził że Ci zbóje z ramienia prawa działali. Nie po raz pierwszy dzisiaj krasnolud przeklął swoją porywczość, no ale z drugiej strony, co by się stało z nimi gdyby dali się związać? Dokładnie.

- Nosz psiakrew... - Przeklął Arbuth, gdy trybiki jego umysłu mimo nieustannych obrotów nadal nie mogły znaleźć wyjścia z zaistniałej sytuacji. Tak czy owak, w te ziemie już raczej w życiu nie zawita. I lepiej byłoby gdyby jak najszybciej je opuścił, tak on, jak i reszta tej wesołej kompanii.

W tej samej chwili gdy ponure myśli formowały grubą krechę na czole krasnoluda, obok usiadła Kłoska. Nie brała udziału w walce, i Arbuth nie mógł jej za to winić. Nie dość że była adwokatką pokoju, nie znała się na walce, i gardziła zabijaniem, to przecież była młodą, delikatną dziewczyną, niedawno wybyłą z klasztoru. Albo coś w ten deseń. Jakkolwiek by nie było, jej pojawienie się sprawiło że ponure oblicze Arbutha zastąpił skruszony uśmiech. Z pewną dozą ostrożności wyciągnął rękę, i położył ją na wyciągniętych dłoniach kapłanki. Po dłuższej chwili milczenia, z tylu różnych rzeczy które mógł powiedzieć, zdobył się tylko na jedno słowo.

- Przepraszam.

Szczur
Awatar użytkownika
Posty: 4
Rejestracja: 12 kwie 2018, 3:30
Rasa: Człowiek
Złoto: Całe
Stan zdrowia: A zdrowy, zdrowy, dziękować

Re: W sercu Pogranicza

Post autor: Szczur » 21 kwie 2020, 16:08

— Nie to nie. Wolicie się leczyć gorzałą i babką to proszę bardzo. To migusiem do swej kompanii, zaraz przyniosą ognistą. — Giovanni skomentował zachowanie rannego przeciwnika, któremu przecież zaoferowali jakże fachową pomoc. I to nieodpłatnie. Zerknął jeszcze w stronę akolitki by nieco wesprzeć dobrym słowem. Dobrym w mniemaniu kondotiera. — Nie przejmujcie się nim, wielebna. My nie na ich miejscu i o to rzyć skurwiela boli. A powinna ręka bardziej, bo od tego pierwszego jeszcze nikt nie umarł. Przynajmniej mi o takim przypadku nie wiadomo.
Kondotier jak stał, tak stał. Przeciwnicy, choć spacyfikowani, wymagali dalszej kontroli i obserwacji toteż Stronzo uważnie przyglądał się całej zgrai aby żadne nie robilo głupich ruchów. Jedynie słysząc klingę upadającą na ziemię, Kovirczyk spojrzał na swojego podwładnego walczącego z grawitacją. Lepszy komentarz poza zrezygnowanym westchnieniem nie przyszedł Giovanniemu do głowy.

Kondotier z radością odebrał swój samostrzał od Krasulaka, o którego kurtę otarł swój miecz przed schowaniem go z powrotem do pochwy. Ponownie trzymając w dłoniach ciężar swej machiny, Giovanni poczuł się znacznie pewniej. Oparł ją pod pachą jednej ręki, będąc cały czas gotów by chwycić ją oburącz i przybić nową ozdobę do ściany karczmy, jeśli zaszłaby taka potrzeba. Sytuacja faktycznie była licha i Kovirczyk, choć nieco podirytowany, nie winił Kuszwy za jego panikę. W końcu interesy to jego chleb powszedni, a takie problemy mogły nieco przeszkadzać w handlu.
— Spokojnie, panie Kuszwa! Luiza słusznie mówi, czy to aby na pewno są przedstawiciele lokalnej władzy, hmm?
Potwierdzenie przyszło chwilę potem, wprowadzając Stronzo w małe zakłopotanie. Pobladł nieco na twarzy ale skoro mleko się rozlało, trzeba było posprzątać a nie tracić rezon.
— No, jednak są. — burknął. — Dobra, trza nam dyrdać stąd czym prędzej, jak mówicie. Już pomagam, panie kupcze! Krasulak, słyszeliście?! W te pędy pomagać Kuszwie konie oporządzić!
Zamilkł ponownie, skinieniem dając znać właścicielowi karczmy by podał potrzebne medykamenty sierżantowi. Nie ruszył się ze swojego posterunku, ktoś musiał mieć ciągłe oko na zebranych kasztelanowych. Dopiero po kilku minutach odezwał się znowu.

— Ja bym ich jednak wziął. Choćby i w pół drogi puścić. Inaczej zaraz pognają do swego kasztelana i będziemy mieć jeszcze bardziej przekichane. No, ja gotów jak i wy, kompania.

Jestem Żółtą Magnetyczną Gwiazdą, która otacza centralny, zielony Zamek Symbolizacji
Przewodnikiem mi Żółty Samoistny Człowiek
Po mojej prawicy zasiada czerwony, Galaktyczny Wędrowiec
Po mojej lewicy – niebieska, wiodąca Moc

Bajarz
Awatar użytkownika
Posty: 13
Rejestracja: 29 lis 2018, 11:18

Re: W sercu Pogranicza

Post autor: Bajarz » 22 kwie 2020, 17:59

Gospodarz, za kondotierskim przyzwoleniem przekazując szmaty i antał młodej kapłance, skłonił się kompanii nerwowo i usłużnie, po czym korzystając z odwracającej się od niego uwagi, wycofał rakiem do przyjemnie bezpiecznej i zacienionej gospody.
Sierżant, istotnie wolący leczyć się gorzałą i babką, konwencjonalnej terapii kapłanki poddał się już bez protestów, ale i bez wdzięczności. Opatrunku i tak nie mógłby założyć jednocześnie samodzielnie i jednorącz. Rana po kondotierskim mieczu, choć nieładna i cieknąca nie wymagała zabezpieczenia innego poza fachowo założonym opatrunkiem. Kłoska nie zakładała innych.
Opatrzony, odszpuntowując przekazany mu gąsior, samodzielną część kuracji rozpoczął od polania sobie jego zawartości w gardło, a zaraz potem — po świeżo założonym opatrunku. Bluźnił przy tym nad wyraz szpetnie, lecz czcząc uszy, bo przy tym zupełnie niezrozumiale przez zaciśnięte z bólu zęby.
Uraz krasnoluda, choć tkliwy, nie wyglądał na szczególnie poważny. Kończyna była zbita, ewidentnie tępym i ciężkim narzędziem — ślady uderzenia znaczył rozlewający się asymetrycznie na powierzchni przedramienia purpurowo-szkarłatny wykwit. Pomimo lekkiej, wzbierającej opuchlizny kończyna nie była złamana — zakres ruchów, które wykonywał nią krasnolud, wykluczał równie poważny uraz. Kapłanka nie zawahała się jednak, nie szczędząc sił ani modlitwy, by odjąć mu jego cierpień. Arbuth zaś miał okazję być świadkiem, czegoś, czego nie widuje się codziennie, a bywa, że i w ciągu całego długiego życia.
Nie było mrowienia na skórze, spektakularnych błysków, mieniącej się na niebie zorzy. Wszystko to odbyło się tak naturalnie, że niemal niezauważalnie. Choć naturalne, nie mogło być żadną miarą.
Chyba że — wzorem kapłanek z Ellander — wierzyło się, że natura, podobnie jak ich bogini, posiada więcej niż jedno oblicze.
O zejściu opuchlizny zorientował się za sprawą pełni czucia powracającego mu do przedramienia. W owym czuciu nie było jednak śladu umiarkowanego, lecz uciążliwego bólu, do którego trzeba było się przyzwyczajać przy spoczynku, albo ignorować nasilanie przy wysiłku ruchu. Potem, na rozlany i wielobarwny siniak, poczynający żółcić się na brzegach, stopniowo i na jego oczach, przybrał barwę świeżej i zdrowej krwi. Ta zaś zaczęła przestała broczyć mu się pod skórą ledwie chwilę później, podskórny wylew kurczył się i blaknął niby spierana z koszuli plama.
Kiedy ostatnie słowa dziewczyny dopełniły modłów, spoczywające w jej dłoniach grube ramię krasnoludzkiego wiarusa nie nosiło na sobie nawet najmniejszej pozostałości po wejściu w niedawną trajektorię z nadziakiem ani wrażymi razami.
Pilnowane przez Giovanniego draby wyglądały jakby zdecydowanie miały dosyć głupich ruchów jak na jeden poranek. Krasulak, po wytarciu nim miecza prezentował się nieomal jak rasowy zabójca. Nieomal.
Tak, jest panie Giovanniu! — Krasulak zaskoczony krzykiem z palcem w nosie, podskoczył w miejscu, omal nie dźgając się nim w mózg. Natychmiast zabrał się wykonywać rozkaz pryncypała, to jest ruszyć pomagać Kuszwie przy zaprzęganiu. Wstrzymał się jednak w połowie drogi, w rzadkim dla siebie przebłysku oświecenia, spoglądając kolejno na pociągowca zaprzęganego pod dyszel wehikułu, i na uwiązane u płota wierzchowce „kasztelanowych”.
Trudno było zmiarkować, czy kondotierski pachołek nauczył się odróżniać konia od muła jeszcze w trakcie swej elementarnej edukacji w przyświątynnej szkółce, czy już dużo później — w wojsku. Jednakże tym ostatnim, niemogącym obywać się bez szabru, z pewnością wpojono mu, które ze zwierząt jest warte więcej i które łatwiej podprowadzać. I właśnie owa tresura nakazała mu poczytywać słowa obecnego chlebodawcy za coś więcej niż przejęzyczenie.
Koniki? — upewnił się, nieco skonfundowany i błogo nieświadomy wykazywanego przez siebie sprytu. — Czy nasze kłapouszki, panie kap… panie?

► Pokaż Spoiler

Juno
Awatar użytkownika
Posty: 257
Rejestracja: 23 gru 2018, 17:44
Medale: 14
Miano: Morgana Mavelle
Rasa: Człowiek
Wiek: Ćwierćwiecze +
Złoto: 41 koron 96 kopperów
Stan zdrowia: Suchotnica
Karta Postaci: viewtopic.php?f=10&t=305
Szczegółowa Karta Postaci: viewtopic.php?f=25&t=304

Re: W sercu Pogranicza

Post autor: Juno » 22 kwie 2020, 22:25

No to chuj, skwitowała w myślach Luiza i wzruszyła ramionami. Nie zwykła bowiem biedzić się nad rozlanym mlekiem ani go sprzątać. Po prostu przechodziła nad plamą do porządku dziennego.
A mówią, że za mundurem panny sznurem... — parsknęła, obcinając kasztelanowych żołdaków. — Jak tak na nich patrzę, to jedynym sznurem, jaki se imaginuję, jest ten przerzucony przez gałąź… Bogowie, jakby mnie takiego naraili… Ale tfu! Lepiej nie krakać.
Może i rację masz, Stronzo — zgodziła się naraz z kondotierem. — Zabierzmy ich ze sobą kawałek. Wprzódy jeno zwiążmy porządnie, a potem… — Akrobatka zmrużyła oczy, dumała chwilę, po czym jej twarz rozjaśnił uśmiech od ucha do ucha. — A potem zabierzemy im gacie, dupy miodem nasmarujemy i zostawimy w lesie, ha! Niechaj se później kuśtykają traktem do kasztelana na skargę, jeśli wola. I jeśli im wcześniej niedźwiedź jaki nie wygodzi — zarechotała.
O! Słuchaj sługi swego, „panie Giovanniu”! — zawołała, w lot podchwytując pomysł Krasulaka, podobnie jak on sam nie orientując się zupełnie, że wyszło mu przez przypadek. — Koniki jak trza, szkoda zostawić. A przy tym nie będziem się musieli kisić z szanownymi na pace! Z ciebie to jednak łebski chłop jest, Krasulak — pochwaliła szeregowego, z pełną uznania miną, po czym wyszczerzyła doń zęby w uśmiechu. — Uważaj, bo się w tobie zakocham.
Widząc, że wszyscy są pod kontrolą, a przygotowania do drogi idą pełną parą, Luiza — niezależnie od reakcji kompanii na jej „miodną” inicjatywę — zdecydowała się własnym sumptem zorganizować potrzebne akcesoria. Zgarnąwszy rzucony na ziemię w trakcie potyczki mieszek, udała się w ślad za karczmarzem, któremu roiło się chyba, że po drugiej stronie drzwi będzie bezpieczny.
Panie dzieju! — zawołała od progu. — Dajcie no, jeśli łaska i na stanie macie, miodu a sznurów, ino mocnych! I tej kiełbasy, cośmy ją jedli — dodała po chwili, czując unoszące się w powietrzu zapachy — też dajcie. Dużo, razem z gorzałką. A jak zapomnicie jeszcze, żeśmy tu w ogóle byli — Luiza ściszyła głos konspiracyjnie — zapłacę wam za to wszystko… powiedzmy… dwadzieścia złotych koron? Nieoberżniętych! — zapewniła, klepiąc dyndający u pasa mieszek. Mieszek wydał z siebie bardzo sugestywny, przyjemny dla ucha brzęk.
I po koronie dla każdego z obecnych, coby z czystym sumieniem mogli powiedzieć, że niczego nie pamiętają. — Akrobatka mrugnęła do „zdrowej siły narodu”, obrzucając zachęcającym spojrzeniem również kuszwowych kolegów po fachu i z uśmiechem słodkim niby miód, który miała nadzieję zakupić, wróciła uwagą do karczmarza.
To co powiecie, panie gospodarzu? Robimy interes?
To, co widzisz, co się zdaObrazekjak sen we śnie jeno trwa.

Bajarz
Awatar użytkownika
Posty: 13
Rejestracja: 29 lis 2018, 11:18

Re: W sercu Pogranicza

Post autor: Bajarz » 23 kwie 2020, 15:26

Ofiara krasnoludzkiego buta, ocknęła się w końcu z przeciągłym jękiem, bezskutecznie próbując przybrać pozycję, która byłaby jednocześnie siedząca i bezbolesna. Jego koleżkowie, słuchając swobodnie snutych planów Luizy na temat wiązani, gaci i miodu przybierali kolejno miny, jakby to właśnie ich przed chwilą skopano po jajach.
Zdezorientowany niespodziewaną pochwałą Krasulak, rozejrzał się, otworzył gębę i przezornie odsunął kawałek, przezornie i zachowawczo, jakby bał się, że ktoś jeszcze gotów się w nim zakochać. Zaraz potem popatrzył na Kuszwę, samodzielnie prowadzącego drugiego muła do dyszla i wyklinającego na czym świat stoi.
Umyśliliście jeszcze zamienić tę grandę w rozbój? — Handlarz pokręcił gwałtownie głową, rozeźlony, zdezorientowany i ewidentnie niepotrafiący sobie poradzić z ograniczoną możliwością do przebywania w tylko jednym miejscu naraz. — Komu wola, proszę bardzo! Ale wracać samotrzeć, bo na pewno nie na moim wozie!
Wewnątrz gospody, zmierzający do szynkwasu gospodarz, zwolnił w pół drogi, a siedzący teraz pod oknami gorzałkosie, wyciągali z zaciekawieniem szyje, przyglądając się wchodzącej do środka akrobatce. „Kuszwowi” koledzy (po fachu), siedzący za zastawionym dobrem stołami spojrzeli niepewnie, najpierw po sobie, potem po kobiecie, milczący i nieruchomi na swoich miejscach. W międzyczasie amatorzy lokalnego samogonu szemrali między sobą, a szturchali łokciami, ewidentnie próbując typować spośród siebie tego, który podejdzie odebrać przyobiecaną zapłatę.
— Dwadzieścia? Nieoberżniętych? — Prowadzący przybytek chłopina powtórzył propozycję na głos. Tonem wskazującym, że podobne pieniądze nie są mu obojętne. Odwrócił się, powoli i nieśmiało. Zerknąwszy nieśmiało oknem na podwórze, a później w stronę kuchni na zapleczu swojej gospody, oblizał się nerwowo, wycierając dłoń w fartuch, i niepewnie wyciągając ją w stronę kobiety i jej mieszka dźwięczącego przyjemnym brzękiem.
Robimy — zgodził się cicho, nieomal wstydliwie jakby obawiał się być podsłuchanym. — Narychtuję, czego wam trzeba. Kiełbasy, miodu i tych, no… Sznurów. Mocnych a porządnych.

Juno
Awatar użytkownika
Posty: 257
Rejestracja: 23 gru 2018, 17:44
Medale: 14
Miano: Morgana Mavelle
Rasa: Człowiek
Wiek: Ćwierćwiecze +
Złoto: 41 koron 96 kopperów
Stan zdrowia: Suchotnica
Karta Postaci: viewtopic.php?f=10&t=305
Szczegółowa Karta Postaci: viewtopic.php?f=25&t=304

Re: W sercu Pogranicza

Post autor: Juno » 01 maja 2020, 14:48

No i ślicznie! — ucieszyła się akrobatka, błyskając zębami w uśmiechu. Byłaby też pewnie klasnęła w dłonie, gdyby nie fakt, że wciąż dzierżyła w jednej z nich ostrze.
Podeszła do pierwszego z brzegu stołu, odłożyła nań miecz i wysypała monety z sakiewki. Odliczywszy z kopczyka ślicznych, błyszczących, złotych koron de Bussy'ego dwadzieścia sztuk, Luiza przesunęła pulę po blacie w kierunku karczmarza, jakby ten wygrał turniej gwinta. — To dla was, mości gospodarzu.
A to — dodała po chwili, odliczając jeszcze sześć monet — dla waszych miłych gości. Zgodnie z umową. — Uśmiechając się, dziewczyna powiodła spojrzeniem po bywalcach gospody, zgarnęła pozostałe pieniądze do sakiewki, a ze stołu swój miecz.
A powiedzcie no jeszcze — zagaiła do karczmarza, nim ten zdołał zebrać mamonę i oddalić się do rychtowania sprawunków — cosik więcej o tym waszym kasztelanie... Rosthorn, tak? Gdzieżci on rezyduje, bo przecie nie na Houtborgu? Wszyscy jego ludzie tacy — akrobatka zmarszczyła nos — jak z łapanki po amnestii? Powiadają, że jaki pan, taki kram... — mówiła cicho, niemal konfidencjonalnie, chcąc nakłonić karczmarza do zwierzeń.
Zarówno reakcja miejscowych na przyjazd ludzi kasztelana, jak i pełna namysłu odpowiedź udzielona jej przez gospodarza na temat ich uprawnień chwilę temu, kazały podejrzewać Luizie, że pan tych ziem nie cieszył się miłością swego ludu. Wydane właśnie pieniądze zdawały się być zatem dobrą inwestycją, wszak zawsze to lepiej i pewniej, gdy za łapówką stał jeszcze wspólny resentyment. Akrobatka wolała się jednak co do niego, w miarę możliwości, upewnić.
To, co widzisz, co się zdaObrazekjak sen we śnie jeno trwa.

Sherds
Awatar użytkownika
Posty: 5
Rejestracja: 03 mar 2020, 21:33
Miano: Kłoska
Rasa: Człowiek
Wiek: 19
Złoto: 200
Stan zdrowia: Zdrowy

Re: W sercu Pogranicza

Post autor: Sherds » 06 maja 2020, 0:18

Przeprosiny krasnoluda Kłoska skwitowała nieznacznym uśmiechem. Wyrażona przez Arbutha skrucha nie mogła odwrócić tego, co już się wydarzyło. Ziemię zbrukała krew, a przestrzeń napęczniała od bólu i niegodziwości. Młoda kapłanka zaczęła się gubić w zastanej za murami klasztoru rzeczywistości. Z wielkim trudem odbierała brutalność świata, którą miała okazję poznać na własnych oczach. Być może była po prostu jeszcze zbyt młoda i niedoświadczona. Powtarzała sobie w myślach, że wszystko przyjdzie z czasem. Spokój ducha również, nawet w obliczu zła, cierpienia i okrucieństwa.
Skończywszy odprawiać rytuał, zeskoczyła z wozu, zaniepokojona dalszym rozwojem sytuacji.
A co jeśli po drodze napotkamy więcej kasztelanowych? — zapytała Luizę. — Wpadniemy tylko w większe kłopoty. Branie ich ze sobą jest niebezpieczne. Zostawmy ich tutaj albo najdalej w pobliskim lesie, jak już trzeba to związanych i bez broni, konie rozsiodłane przy gospodzie, i odjedźmy czym prędzej.
Panie Kuszwo, proszę się nie denerwować. Mi też się ta sytuacja nie podoba. Ale stało się. Teraz musimy tylko podjąć mądre, przemyślane decyzje.

Bajarz
Awatar użytkownika
Posty: 13
Rejestracja: 29 lis 2018, 11:18

Re: W sercu Pogranicza

Post autor: Bajarz » 06 maja 2020, 21:51

Korony błyszczały równie pięknie co uśmiech Luizy, ale obydwóm brakowało do oczu oberżysty na widok tych pierwszych. Gospodarz jakby zapominając o drugim metalu jeszcze do niedawna obnażonym w dłoni akrobatki, zgarnął sprawdzoną novigradzką walutę z blatu prosto do fartucha, bacząc, by nie uronić ni jednej.
Ślicznie, ślicznie — potwierdził skwapliwie gospodarz, przymierzający się już w stronę kuchni. — Dorzucę wam jeszcze trochę śpeku na drogę…
Przy szynkwasie wstrzymało go pytanie Luizy, na które to — nauczony jej dotychczasową szczodrością, odpowiedział bez zająknięcia.
A gdzieżci, jeśli nie na Houtborgu? To ruina, ale nynie urządził tam swoją siedzibę, teraz kiedy… No wiecie. — Właściciel przybytku podjął niezbornie. — Po wojnie.
Ostatniej odpowiedzi udzielił jej jeszcze bardziej konfidencjonalnie od jej szeptu, milczącym i nieznacznym potaknięciem.
Jej inwestycja w pozostałych członków gospody zdawała się trafić, przynajmniej częściowo, na podatny grunt. Obdarowani powtórnie pijaczkowie, pomruczeli między sobą, prawie szurając łapciami po klepisku z nadmiaru szczęścia, które spłynęło na nich całą fortunną passą, a w niedalekiej przyszłości miało spłynąć również prosto w ucieszone gęby.
Przy reszcie gości, szybko pokazało się, że dobyła więcej monet niż potrzebowała. Starego rybaka nie było tu już od czasu jej powtórnego wyjścia, zniknął również upolowany przez niego olbrzymi szczupak. Znalazł się natomiast kondotierski pies Maledetto — drzemiący pod blatem i nażarty resztkami, na pierwszy rzut oka szczęśliwy jak trzej wzbogaceni pijaczkowie razem wzięci.
Wciąż siedzący za stołem po lewej nie pokwapili się nawet spojrzeć w kierunku podsuniętych im monet.
Nie jesteśmy numizmatykami — odezwał się pierwszy, siedzący z brzegu.
Ale i nie chcemy problemów — wszedł mu spokojnie w słowo jego widać dyplomatyczny kompan. — Nic co się tu zadziało nas nie dotyczyło. Za napiwek dziękujemy.
Kończący guzdrać się samotrzeć z mułami Kuszwa, sarknął, pokręcił głową, na przemian złorzecząc pod nosem i dopraszając się zmiłowania bogów.
Czas na mądre, przemyślane decyzje już był, Kłosko — oświadczył jej ponuro temerski kupiec. — Teraz jest jak w tym dowcipie o strzydze i trzech wiedźminach: tu się nie ma co zastanawiać, tu trzeba…
To, co zmusiło Kuszwę do przerwania puenty — w przeciwieństwie do leciwego dowcipu — mieli okazję usłyszeć wszyscy obecni.
Usłyszeć i rozpoznać, bo trudno było pomylić to z czymkolwiek innym. Nie po tym, kiedy już raz zdążyło ich to dzisiaj zaskoczyć.
Był to odgłos zbliżającej się galopem jazdy.
► Pokaż Spoiler

Bajarz
Awatar użytkownika
Posty: 13
Rejestracja: 29 lis 2018, 11:18

Re: W sercu Pogranicza

Post autor: Bajarz » 28 maja 2020, 22:05

Obrazek
Obrazek
Jak na postrach okolicy rezydujący w nawiedzonym zamczysku, kasztelan Rosthorn prezentował się godnie, iście po monarszemu. Po przeciwnej stronie wytaszczonego na zrujnowany zamkowy dziedziniec stołu siedział przed nimi sam król Sambuk, jak żywcem wyjęty z ryciny.
Napaść na moich ludzi — wyrzekł spokojnie, bawiąc się zapieczętowanym rulonem ściągniętym z usłanego dokumentami blatu. — Czterech pobitych, dwóch okaleczonych. Jeden najpewniej trwale bezpłodny. Przekupstwo. Próba przywłaszczenia mienia i ucieczki. Udaremnione pojawieniem się patrolu.
Stojący za ich czwórką strażnicy z rzeczonego patrolu poskrzypywali w ciszy skórzniami i szurali ciężkimi buciorami. Choć pod karczmę zajechali w niemałej przewadze, zastając sierżanta skrwawionego, a kompanów pod ścianą, nie rzucili się, by zmasakrować sprawców zamieszania. Odebrali im broń, lecz nie tykali sakiewek ani niczego na wozie. Tykali sam wóz, na którym powieźli ich na Houtborg, związanych i pod konną eskortą. Nikogo nie skopali ani nie zgwałcili, włącznie z Kuszwą i Krasulakiem, których zabrali również. Nie powiesili Arbutha, jako nieludzia, na żadnej z mijanych gałęzi, choć mijali ich kilka. Częściej pola uprawne oraz jeden drogowy posterunek z obozowiskiem, w którym zostawili część swojej eskorty oraz rannych w bitwie stróżów porządku. W dalszą drogę pojechali odprawieni krzyczanymi między namiotami dyspozycjami, żegnani ciekawymi spojrzeniami czekających na kontrolę podróżnych.
Słowem, obeszli się z nimi po rycersku. Dokładnie jak z pojmanym w bitwie rycerzem, za którego planuje się uzyskać sowity okup od krewnych. Przez całą drogę nie doskwierało im zatem nic, oprócz pijących w nadgarstkach więzów. I wybojów.
Sporo jak na jeden poranek. — Kasztelan podniósł ozdobioną pierścieniem dłoń, w zamyśleniu gładząc brodę opadającą na wyblakły krasny kubrak. Matowe oko czerwonego sygnetu zalśniło blado w świetle południa przesączającego się przez blanki zrujnowanej wieży. Mężczyzna poprawił się na rzeźbionym siedzisku, osłaniając oczy dłonią. — Na Przyrzeczu każdą z tych rzeczy karzemy wbiciem na pal lub pętlą. Ale my jesteśmy ciemną prowincją. Choć docierają do nas ostatnio nowinki. Z caluśkiego, bez mała, Kontynentu.
Przybierający na sile jarmarczny gwar, przyniesiony zza bram ruiny jakby potwierdził słowa włodarza, płosząc przy tym stado przycupniętych na poszczerbionych murach kruków. Houtborg, jak zmiarkowali jeszcze prowadzeni na zamek, był w stanie oblężenia.
Oblegająca go armia była różnorodną i budzącą politowanie zbieraniną, częściowo skupioną w długim na dwa strzelenia z łuku ogonie petentów ciągnącym aż do bram zamczyska. Wokół ogona i murów kłębiło się zaś coś, co było połączeniem jarmarku i obwoźnego burdelu. Prowizoryczne stragany, stawiane gdzie popadło namioty i latryny, pokątni handlarze, obwiesie, bydło, dzieci i reszta nierogacizny. Kolorowe panienki i już-nie-panienki, ciężko wyperfumowane i opędzające się od much. Między tym wszystkim — jedyna namiastka ładu, w postaci brązowych, skrzących się od skór drabów robiących sporadyczny użytek z drągów halabard. Na przykład rozstępujący je, by wpuścić poza kolejką ich czwórkę (bez Kuszwy i Krasulaka) na dziedziniec niszczejącego zamku, przed oblicze kasztelana, który wkrótce wyszedł im na spotkanie z wnętrza ruiny.
Spojrzenie kasztelana oderwało się od spłoszonych ptaków, na świeżo oswobodzoną z więzów grupę flankowaną przez straże. Jego po królewsku brodata fizjonomia poruszyła się nieznacznie, gdy kończył podjętą myśl.
Jestem autentycznie ciekaw, jak z przestępcami postępuje się w waszych stronach.

Odpowiedz
meble kuchenne na wymiar cennik warszawa kraków wrocław