Zakład Łagiewniczy „Dwie Dziury”

Obrazek

Miasto z własną warowną twierdzą, a także konwisarniami i manufakturami wełnianymi, obecnie wznawiającymi swoją działalność, by dostarczyć zubożałym mieszkańcom uczciwego zajęcia oraz perspektyw w niepewnych, powojennych czasach.


Sokolnik
Awatar użytkownika
Posty: 21
Rejestracja: 14 lis 2021, 22:02
Miano: Gerhard de Mischling
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Zakład Łagiewniczy „Dwie Dziury”

Post autor: Sokolnik » 28 gru 2021, 1:45

Obrazek Rzemiosło. Odwieczna tajemnica, nie ujawniana nawet krewnym, a co dopiero osobom postronnym. Przechowywane w głowie sekrety wyrobu rzeczy z drewna, które tutaj, w zakładzie łagiewniczym "Dwie Dziury" przeistaczały się w solidne beczki, kufle, misy, wiadra, cebry i tym podobne. Lokal woniał przede wszystkim wilgotnym drewnem, które nie przeszło próby namakania, co tylko znajdowało potwierdzenie w adresie jego adresie - Mokra 11. Dało się też tu wyczuć wióry, a poza tym różne gatunki materiału, którego obróbki dokonywał właściciel. Wyraźna moc dębu, jesionowa słodycz, czy cisowa, podstępna nuta, owiewały gości i nie wypuszczały ze swoich uścisków jeszcze długo po opuszczeniu pracowni. Panował w niej zaskakujący mrok i oczy dopiero po chwili przyzwyczajały się do tego, na co można się było natknąć. Stały tu oczywiście różne próbki kunsztu mistrza, dzieła niedokończone, a także te dopiero co rozpoczęte. całość sieni wieńczyła lada, przy której zapewne stawał sam gospodarz. W głębi warsztatu dostrzec można było troje drzwi. Para z nich była otwarta, jedne wiodące do oświetlonego miejsca wytworu, a drugie do niewielkiego magazynku pozwalającego przechować zamówione produkty.
Ostatnie były zamknięte, zarówno na trzy kłódki, jak i łańcuch, a i pewnie skobel czy dwa znalazłyby się po drugiej stronie. Nikomu nie dane jednak było sprawdzić co też Gerhard tam chowa, bowiem pojawiał się magicznie, wyrastając spod lady na dźwięk niewielkiego, miedzianego dzwonka który wzruszony drzwiami, zdradził, że oto przyszedł potencjalny nabywca.
Powitanie zazwyczaj mruknął, schylając się na powrót pod ladę, jakby szukał tam czegoś, co bardzo nie chciało zostać odnalezione. W te kilka chwil można było stwierdzić, że często bywa w slumsach. Zapach ryb wątpliwej świeżości przykrywał jego perfum, którego dymna woń cedru, zostawała prawie w całości pożarta przez rzeczny fetor. Gospodarz był człowiekiem wysokim, o barczystej posturze i bujnie, acz zadbanie zapuszczonym wąsem. Czarna koszula przepasana wysoko aksamitnym pasem była jednak cokolwiek zbyt droga, by nosił ja li biedny bednarz, co w pewien sposób mogło albo alarmować, albo potwierdzać jakże złośliwe przypuszczenia o jegomościach wątpliwej proweniencji, jacy niby odwiedzali Gerharda wieczorami.
Ilość słów: 0
You must beware of black haired girls. Else, one will cause your death.

Sokolnik
Awatar użytkownika
Posty: 21
Rejestracja: 14 lis 2021, 22:02
Miano: Gerhard de Mischling
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zakład Łagiewniczy „Dwie Dziury”

Post autor: Sokolnik » 29 gru 2021, 1:20

Dziś odliczał kolejne minuty, by przekręcić tabliczkę z koślawym napisem "Otwarte" na jej rewers. Miał zamiar przejść się do Purpurowego i utopić zarobek w ramionach jednej z dam o negocjowalnym afekcie. Dłużyło się wszystko niezwykle. Upodobnił się w tym wszystkim do starych przekupek, które bardziej wyglądają na straganach sensacji, niźli klienta. Tak samo i Gerhard stał przy witrynie, wpatrując się w bruk naprzeciw własnego zakładu, jakby miało to przyspieszyć ruch zegarów.
Ilość słów: 0
You must beware of black haired girls. Else, one will cause your death.

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2008
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Zakład Łagiewniczy „Dwie Dziury”

Post autor: Dziki Gon » 30 gru 2021, 21:20

Czas płynął swoim tempem, niestały jak pijana kurwa. Im bliżej biednemu bednarzowi było do długo wyczekiwanego fajrantu, tym bardziej ten dłużył się i rozwlekał. Minuty grzęzły, sekundy utykały. Godziny zdawały nigdy nie nadchodzić.
W przeciwieństwie do człowieka w szarozielonej opończy, który zmierzał wprost do jego warsztatu.
Choć wpatrywał się przed siebie, Gerhard nie dostrzegł go od razu. Jegomość na pierwszy rzut oka nie wyróżniał się z tłumu, a jego ruchy nie zdradzały zamiarów. Aż do samego końca, kiedy drzwi warsztatu zaskrzypiały, wpuszczając do środka samotną postać otoczoną mgiełką wilgoci z siąpiącej na zewnątrz mżawki.
Kaptur opończy spłynął na ramiona człowieka — bo był to człowiek, ludzki mężczyzna w średnim wieku, o krótkiej szczecinie ciemnych włosów świeżo porastających czaszkę, jak gdyby niedawno zgolił się po tyfusie. Twarz lekko ogorzała, raczej przeciętna i niezapadająca w pamięć, pozbawiona zarostu. Nos garbaty lub noszący ślad po złamaniu. Oczy bystre, lekko zmrużone. Nie patrzyły na gospodarza i właściciela interesu, lecz swobodnie krążyły po wnętrzu bednarskiego warsztatu z ciekawością zarezerwowaną dla szlacheckich podsieni lub świeżo zakupionej nieruchomości taksowanej przez świeżego nabywcę.
Gerhardowi niniejsza ciekawość miała pełne prawo się nie podobać. Tym bardziej że w nowoprzybyłym rozpoznawał drugi rodzaj zwyczajowo odwiedzających zakład klientów. Klientami pierwszego typu bywali zazwyczaj drobni kupcy, rzemieślnicy: stolarze, karczmarze i insi interesanci. Ich przeciwieństwem byli klienci typu drugiego, którzy na drobnych kupców, rzemieślników, stolarzy, karczmarzy i inszych nie wyglądali wcale lub nieudolnie się do nich upodobniali.
Gość „Dwóch Dziur” był kimś pomiędzy. Strój ani postura nie zdradzały go w oczach zwykłego przechodnia, ani nie odróżniały odeń. Jednak oczy Gerharda de Mischling widziały w życiu zbyt wiele rzeczy, by mogły umknąć im drobne, lecz niemożliwe do zignorowania szczegóły. Wąskie, żylaste dłonie kogoś, kto niechętnie rozstawał się z bronią. Niekryjąca się pod kołnierzem płóciennej koszuli blizna, zahaczająca o szyję, a poczynająca się niżej. Chociaż ich nie widział, Gerhard mógł założyć się o każdą sumę w markach, że pod ubraniem przybysza, na piersi i ramionach z pewnością kryją się wzory tatuaży. Biesy, wilcze głowy, zbrojne w sztylety i klingi ramiona, nagie kobiety i karciane symbole.
Nieznajomy, choć zupełnie jak znajomy, rozejrzał się raz jeszcze po wnętrzu, od przekroczenia progu nie wypowiedziawszy ani słowa. Co właśnie raczył był nadrobić, przekręcając tabliczkę z koślawym napisem "Otwarte" na jej rewers.
Ładny warsztat, panie rakarz, naprawdę ładny — przemówił, a głos miał jednakowy jak oni wszyscy. Niski, zachrypnięty, nieodróżnialny, bo jeden z wielu z chóru identycznych. — Powojenna koniunktura sprzyja? Interes się kręci?
Po raz pierwszy odkąd był we wnętrzu warsztatu, jegomość pokierował swój wzrok na oczekującego fajrantu przy witrynie Gerharda, rozwiewając resztki jego wątpliwości na temat tego, z kim właśnie miał sprawę.
Jego przeszłość patrzyła na niego pustymi i obojętnymi oczami człowieka w szarozielonej opończy.
Pytam w imieniu swoim. Jak i szanownego pana Rajmera.
Ilość słów: 0

Sokolnik
Awatar użytkownika
Posty: 21
Rejestracja: 14 lis 2021, 22:02
Miano: Gerhard de Mischling
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zakład Łagiewniczy „Dwie Dziury”

Post autor: Sokolnik » 30 gru 2021, 22:51

Gerhard de Mischling nie czuł strachu. Jego powłoka dawała mu do tego pełne prawo. Choć daleko mu było do masywnie zbudowanych rycerzy, czy solidnej postury drwali, którzy niczym cień niedźwiedzia potrafili wyłaniać się z zarośli - domu i miejsca pracy jednocześnie - to znać było, że szerokość ramion nie była dziełem przypadku, a człowiecze barki dźwigały na sobie już niejedno brzemię. Harmonijnie zbudowana sylwetka, która wąskimi biodrami domykała klasyczny trójkąt w połączeniu z wysokim wzrostem, czyniły z niego jegomościa dobrego do postawienia przed drzwiami, a niekoniecznie do spotkania w wąskiej uliczce. Szorstkie, pokryte zgrubieniami, falowane bliznami i śladami otarć dłonie, nawykłe do trzymania skórzanej rękojeści miecza, dotknęły szyby własnego zakładu, jakby jej chłód miał dać mu czas do namysłu. Ostudzić nieco wrzącą w Bednarskim ciele krew, opanować wilczy apetyt na adrenalinę, na ryzyko i na pogoń w nieznane. Na nic to. Temperatura jednego z drugim zrównała się, a serce Gerharda zabiło w jeden rytm z jego elizjum, wysyłając fałszywy, choć wyimaginowany ton, wibrując po przejrzystej powłoce. Plotki o Aldersbergu, ale i atmosfera wytwarzana przez wchodzącego jegomościa, którą nie tyle można było się zachłysnąć, co wciskała się pajęczym odwłokiem w to specyficzne miejsce na gardle, które choć nie przeszkadzało oddychać, irytowało swoją obecnością - obie te rzeczy winny mu powiedzieć, że lepiej było zawrócić z tej ścieżki. Wyczulić zmysły i nie leźć w mrok obcej rezydencji. Był jednak Gerhardem de Mischling, Rakarzem z Aedirn, czartem na przedprożu piekieł, czarnowłosym grzesznikiem, który stał na skraju przepaści, plując w nią pestkami wiśni. Jak mógłby się wycofać? Spojrzał na swoje oficerskie, solidne buty, a potem na te, które przekroczyły tę niewidzialną granicę, jaką wyznaczały ostrzegawczo ustawione symetrycznie beczki. Jak zwykle on. Jeden krok. Ten jeden, nieuchronny przecież krok, którym zaśmiał się losowi w twarz i postąpił bliżej nieoczekiwanego gościa.

— Planowałem już zamykać. — Mruknął w pierwszym odruchu. Usłyszany znajomy, a jednak tak obco brzmiący dźwięk dawnego pseudonimu, miał być kolejnym drzewem, o które się łupnął, nim spostrzeże, że przed nim las gęsty i ciemny jak smolne doły. Brzęczący cicho sygnał niebezpieczeństwa. Podsunięta przez Diabła oferta, nieprzeczytana klauzula. Wwiercał się w umysł, nie pozwalając sobie zapomnieć, a jednak Gerhard nawykły był do jego ignorowania. Opatrzył się, rozrzedził we krwi, jak smród gówna za szafą, do którego po jakimś czasie wszyscy domownicy się przyzwyczajają. Rakarz podszedł nieśpiesznie do drzwi, w celu obrócenia znajdującej się tam kartki inforumującej o stanie zamka w Dwóch Dziurach. Mijając Apostoła, jak nazwał go w swojej głowie, spojrzał na niego, szukając kontaktu wzrokowego. Próby sił. Obszczania terenu. Czarne tony jego duszy potrząsnęły łańcuchami, pragnąć się zerwać. Nagła potrzeba wyraźnego zaznaczenia dominacji na własnym terenie wyrwała się pożarem po połoninach jego tęczówek. Odwrócił wzrok, z tego krótkiego kontaktu pozostawiając w powietrzu jedynie swój zapach - cedr, cyjanek i wiśnie - teraz zmieszany z wiórami, smarem i potem.

- Interes jak gówno na kole. Ludzie po wojnie raczej wyglądają za chlebem, niż ozdobną misą. Ale beczki zawsze się sprzedają, bo ludzie zawsze mają coś niekoniecznie czystego do schowania i alkohol do rozlania. Dobry szpunt zaś, potrafi być wszystkim co dzieli browarnika od katastrofy. Dziękuję za troskę. Wypada aż spytać skąd się bierze. Myto płacę na wszystkim. Za ochronę odprowadzam. Podatki też, jebał je pies. - Nim sięgnął po kartkę, wyprostował się jeszcze. Wydawało się, jakby chciał coś jeszcze dodać. Zaczepić może. Bo i dlaczegóż by nie miał? Uśmiechnął się jedynie wilczo, zupełnie tak, jakby uznał, że triumf został już osiągnięty i schylił się, by finalnie obrócić tę nieszczęsną karteluszkę. I wtedy padło nazwisko, a ręka Gerharda drgnęła niespokojnie, jakby ktoś szarpnął za cieniutką żyłkę, do której przytroczony był niewidoczny haczyk, wbijający się w skórę dłoni, przeszywający ją i wychodzący krwistą smugą z drugiej strony. Jakby był zaledwie pacynką, którą dla kaprysu ktoś pociągnął w drugą stronę.

— Ach. Rozumiem. Czy Pana Rajmera coś niepokoi? — Głos Gerharda był zdecydowanie mniej pewny i beztroski, niż by chciał. Mosiężne skrzydła grzechów z dawnych lat przypomniały o sobie metalicznym brzmieniem. Serce zadudniło, niczym kanarek w żebrowej klatce, tłukąc się o swoje więzienie, pragnąc wydostać się na zewnątrz. Siedząca w środku Bestia szczeknęła znów kajdanami, wyjąc o wypuszczenie. Oddech mu przyspieszył, czego nie zamortyzował nawet sprężysty, zbyt szybki by być beztroskim, krok na powrót w kierunku lady. Oparł się o nią, próbując przybrać zrelaksowaną pozę cwaniackiego awanturnika i wzruszył ramionami. — Wszystko wydaje się w porządku. Towar przechodzi, tak jak miał. Ładunek zabezpieczony. — Nie rozumiał dlaczego się tak zachowywał. Nieprofesjonalnie. Szczenięco. Jak nie on. A właściwie — jak on 13 lat temu. Odpowiedź zaś była banalnie prosta.

Gerhard de Mischling nie czuł strachu. Jego powłoka dawała mu do tego pełne prawo. Dopiero, gdy padło nazwisko jego Arbitra i Kata w jednym. Dopiero, gdy przeszłość chwyciła go boleśnie za kark, wciskając na powrót w deski pokryte własnym moczem, w przepłakane godziny unurzane w alkoholu i własnym upodleniu. Dopiero, gdy postać Apostoła wydarła mu bezgłośny krzyk z gardzieli, gdy rozorała i rozdrapała rany, które winny już się dawno zagoić. Gdy zmusił rękę, by sięgnęła nerwowo do wąsów, gdzie pod ułożonym włosiem kryła się cienka blizna, znamię przeszłości, tak pieczołowicie ukrywane. Dopiero wtedy Gerharda de Mischling oblał strach. Parszywy. Zimny. Paraliżujący strach.
— W czym mogę pomóc?
Ilość słów: 0
You must beware of black haired girls. Else, one will cause your death.

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2008
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Zakład Łagiewniczy „Dwie Dziury”

Post autor: Dziki Gon » 01 sty 2022, 18:39

Gerhard de Mischling zrazu nie czuł strachu. Nie czuć było go odeń również pod cedrem, cyjankiem, wiórami i smarem, próżno było doszukać się go w jego spojrzeniu i postawie, nawet, teraz kiedy upływ lat i stałe zajęcie w jednym miejscu wystudziły nieco awanturniczą krew i chciwość na niebezpieczeństwo. A jednak wizyta nieznajomego obudziła w nim pewien rodzaj wzburzenia manifestujący się ogólnym roztargnieniem. I logoreą.
Doprawdy? — upewnił się przybysz, co do planów zamknięcia lokalu, beznamiętnie przyglądając się jak jego właściciel popełnia lapsus z tabliczką ponownie odwracając ją na otwarty awers. I uważnie przyglądając się jego rękom na krótko nim nazwisko Rajmer powstrzymało niewypowiedziane zamiary, złagodziło budzące się odruchy. Bynajmniej nie spowodowało jednak, że atmosfera w zakładzie stała się napięta mniej choćby o piędź.
Niepokoi? Wprost przeciwnie. Myto płacone jest na wszystkim, na ochronę odprowadzone. Podatki, jebał je pies, też. Towar przechodzi jak miał i tak dalej. Sami rzekliście i mamy podstawy wierzyć waszym słowom. Uważać was za osoby spolegliwe i godne zaufania. Warte dalszej współpracy.
Mimo spokojnego tonu, którym wygłaszał owe superlatywy, krótko ostrzyżony jegomość w szarozielonej opończy nie wydał się wcale sympatyczniejszy, a jego wizyta przypadkową.
Na początek, napiłbym się wódki. Dobrze schłodzonej, takiej z piwniczki. Napiłby się pan, panie… Gerhard? Kurt? — Mężczyzna ściągnął jasne brwi w udawanym grymasie zamyślenia. Było jasne, że raczy sobie z niego dworować. Wcale nie nieprawdopodobne, że potwierdzał swoje informacje i tożsamość rozmówcy. Bardzo możliwe, że jedno i drugie. — Nie wiem jak chcecie, aby się teraz do was zwracano. Tytułów, jeśliście wyższej kondycji, też nie pomniałem. Niechajcie mi, jeśli w czym uchybię protokołowi, bom zwykły prostak. A! Gdybyście mieli jeszcze coś do zakąszenia, będę zobowiązany.
Ilość słów: 0

Sokolnik
Awatar użytkownika
Posty: 21
Rejestracja: 14 lis 2021, 22:02
Miano: Gerhard de Mischling
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zakład Łagiewniczy „Dwie Dziury”

Post autor: Sokolnik » 04 sty 2022, 1:22

"Doprawdy?". Dlaczego jeszcze nigdy nie słyszał, by ktoś zadawał to pytanie faktycznie oczekując odpowiedzi? Niemniej jednak, jakikolwiek miał ten wyraz wywołać efekt, to go wywołał. Lub podobny. Gerhard obejrzał się za siebie i zaklął w duchu, machnąwszy ręką, jakby chciał dać do zrozumienia, że nikt nie wejdzie. Skarcił się w myślach, za ten pokaz roztrzęsienia, zupełnie tak jakby zamiast rajmerowego popychadła naszły go byłe kobiety lub - co gorsze - ofiary. Przetarł szybko twarz rękami - gest nader wymowny, ale przecież odsłonił już nie tylko karty, ale i miękkie, więc co za różnica ile jeszcze razy da po sobie poznać, że niespodziewane odwiedziny są mu co najmniej niewygodne. Głębszy oddech pozwolił uspokoić miriady myśli, krążące po najciemniejszych meandrach ludzkiego umysłu. Pochwały puścił mimo uszu, bowiem nie wiadomo ile by cukrzył Apostoł, Gerhard miał TO uczucie. To, które szepcze górnikom o nadchodzącym tąpnięciu, które każe matkom odwrócić się w stronę dziecka, by sprawdzić, czy gdzieś nie lezie i to, które pięściarza mobilizuje do podniesienia zawczasu prawej gardy. Większość istot prawdopodobnie ucieszyła by się z takiego komentarza względem swojej osoby, w końcu w udziale przypadło mu pracować z człowiekiem niebezpiecznym, a tacy najlepiej jak są zadowoleni. Drobnym niuansem była tylko cienka żyłka, zawinięta na szyi Gerharda, jakby był prowadzanym kundlem, którą Rajmer zaciskał ciaśniej i ciaśniej, wszystko zaliczając na poczet długu. Jednego, drobnego błędu jaki popełnił, a który sprawił, że im mocniej wił się w tych grząskich piaskach, tym głębiej się zapadał. — Rad jestem. — Mruknął jedynie, nie wdając się w dyskusję na temat jakości swoich usług względem ciemnej strony monety.

Wódki. — Nie ma — Mruknął, sięgając pod ladę. — Mam soddeński trójniak w piwniczce. Albo pieprzówkę, tutaj — Wyciągnął butelkę na stół. Butelkę, od której zaszumiało w uszach mosiężnym dźwiękiem grzechu.

Ciasno. Przede wszystkim było ciasno. Sękate, nieheblowane, ostre deski, które drzazgami kaleczyły jego ciało, otulały mocno jego drżące ciało. Od góry stary koc, woniejący intensywnym, ostrym fetorem moczu wgryzał się tak mocno w nozdrza, że w oczach łzy stawały okoniem, próbując uciekać w głąb oczu. Wilgotną podłogę co chwila podmywało rzeczne uderzenie, rozbijające się o rozklekotaną, ledwie stojącą w miejscu chatę rybaka. Czarna od błotnistej ziemi stopa, zawirowawszy wokół koca, szukała schronienia w wełnistym, szorstkim włosiu. Ta, której but o odchodzącej podeszwie, stanowiącej szyderczy uśmiech wraz z czubkiem, wystawała poza przykrycie, zbyt krótkie by objąć całość jego sylwetki. Żółte, nakrapiane czerwienią i pomarańczem, wymiociny ściekały ze skrzyni, która stanowiła ostatni z murów w jego zamku. Kąt chaty stanowił zatem jego fortecę, schron przed wszystkim tym, co spływało teraz lepkimi, gęstymi kroplami żytniej po pustej butelce, dając świadectwo temu, ile chwil temu Bednarz pociągnął ostatni łyk do swojej mrocznej rzeczywistości, która cieniami przysłaniała mu obraz. Wszystko było takie... gładkie. Kołysało się w rytm, do którego w końcu mógł usnąć. Mieniło się dziwnymi, białymi plamami, które nie pozwalały mu dostrzec okropieństw tego świata. Szum alkoholu we krwi uciszał i uspokajał... uciszał kwilenie dzieci, krzyki matek, wylewające się wnętrzności mężczyzn. Odrętwiała twarz nie czuła już łez. Niczego nie czuł. Leżał tak, poszukiwany przez rodziny ofiar, ale i własnych ludzi, którzy nie mogli znaleźć go trzeci dzień z rzędu. A on tu trwał. Wciśnięty w róg, w który sam siebie zapędził. Kwilący, choć nie słyszał sam siebie. Drżący w delirycznym pragnieniu, choć nie czuł już nic. Nie mogącą utrzymać butelki ręką, sięgnął do kieszeni, wyciągając ostatni listek z prochem białym jak śnieg, który pomagał odsunąć od siebie ciało. Uśmiechnął się i przyjął w nos ostatnią porcję, która wygasiła nawet smród jego własnego moczu. Odchylił łeb i zanurzył się w gęstej, lepkiej mazi. Potylica huknęła o drewno, a świerszcze zagrały pogrzebowego marsza gdzieś w szuwarach poza chatą. Nareszcie. Nareszcie czuł, jak wyglądało bezpieczeństwo.

— Nie piję siwej. Od jakiegoś czasu. — Powiedział, a słowa przecisnęły mu się przez gardło z wysiłkiem i suchością, z której musiał oblizać wargi. Skrzywił się mocno, czując, że ktokolwiek przed nim siedział, miał wszystkie przewagi, jakie tylko można sobie wyobrazić. Na dźwięk starego imienia wzdrygnął się tylko, bo żelazny sztylet czasu przesunął mu się lodowatym ostrzem po karku. — Kurt umarł pod Vengerbergiem. Nie wiem o czym waść mówisz. Gerhard wystarczy, na nic tytuły gdy człowiek gnije razem z drewnem, które mu przechodzi przez palce. — Oh, jakżeby zatopił palce w gardzieli Apostoła. Jakże by mu wyrwał grdykę i patrzył, jak krztusi się własnymi słowami. Deptałby mu ręce, którymi teraz wyciągał na wierzch brudy z jego przeszłości, nie mówiąc przecież właściwie nic takiego, co mógłby uznać za obrazę. Oh, jakże... niestety - nie zawsze dostaje się to, czego się pragnie. — Ogórki mam. Chyba. Chwileczkę. — Mruknął, nadal niepocieszony, ale co mu zostało, jak tylko spełnić prośbę i liczyć na to, że człowiek rychło wyniesie się z jego przybytku. Idąc w stronę piwniczki obrócił jeszcze raz plakietkę, naprawiając swoje faux pas.

Gdy wrócił, postawił przed gościem niewielki słoik z kiszońcami, kieliszek lub kubek - w zależności od tego co wybrał - i nalał mu proszonego alkoholu. Zapewne wódki, bo kto miód przegryza ogórem? — W czym mogę pomóc? Poza wiktem, hm? — Mruknięcia Gerharda mogłoby właściwie już złożyć się w jakąś gamę dźwięków, tak różnorodnie wyrażał fakt niezadowolenia rozmową i swoisty niepokój przed nieznanym.
Ilość słów: 0
You must beware of black haired girls. Else, one will cause your death.

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2008
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Zakład Łagiewniczy „Dwie Dziury”

Post autor: Dziki Gon » 07 sty 2022, 0:22

Może być pieprzówka — zgodził się bez zawahania, leniwym spojrzeniem świadkując temu, jak jego prośba zostaje natychmiast spełniona, a butelka ziszcza się „tutaj” i już, spod lady i od ręki. Nie skomentował tego w żaden wyraźny sposób. Widocznie miał pod dostatkiem własnych grzechów. Albo najzwyczajniej miał to w rzyci. To, jak i decyzję rakarza o abstynencji, jego gnicie,drewno oraz fakt, czy było mu Kurt, Gerhard i kurewsko źle z powodu jego niezapowiedzianej wizyty.
Na twarzy gościa odmalowywał się spokój. W kontraście z Mischlingiem jawił się nieruchomy jak polny głaz, cierpliwy jak gdyby miał cały czas tego świata. Swobodny i nierychły, jak gdyby był w tym warsztacie od zawsze i nigdy z niego nie wychodził. Tylko czekał, aby ujawnić się, wyczekawszy wprzódy najmniej dogodnego i spodziewanego momentu.
Zupełnie jak czyjaś przeszłość.
Przeszłość Gerharda, ów mroczny herold jego dawnych grzechów, ochrzczony przezeń w myślach „Apostołem” pochylała się nad blatem kontuaru i ciamkając jak dzik, wyżerała mu właśnie słoik z ogórkami. Otaczająca go złowroga aura tajemnicy skundliła się cokolwiek, a co najmniej tworzyła osobliwy dysonans ze wszystkim, co sobą reprezentował i do czego urastał w strutym minionymi latami umyśle Gerharda.
Zamruczawszy ze smakiem, jegomość otarł brodę z kiszonego soku, chrupnął odgryzanym właśnie kawałkiem ogórka, po czym zapił kwaterką. Jednym haustem, bez skrzywienia i kaszlu. Po czym przeszedł do konkretów. Odpuszczając sobie dodatkowe wstępy i pokrętną elokwencję.
Wioska Czarnota. Pół stajania na północny wschód od Aldersbergu — oświadczył, nadgryzionym kiszońcem, niby pędzlem, kreśląc mu na blacie prowizoryczną mapę dla zilustrowania omawianego właśnie przykładu. — Starzy gadają, że zwana tak od żyznych czarnoziemów, złośliwi, że od spalonych chałup i obejść, które, ha, nomen omen, Czarni, zostawili za sobą przecwałowawszy przez okolicę za Drugiej Nilfgaardzkiej. Ale palili i tratowali niedokładnie, tedy po odleżeniu swojego ugorem, ziemia zaczęła się odradzać.
Przybysz zrobił stosowaną pauzę, zagryzając ją końcówką kiszonego. Zerknąwszy nad blatem, upewnił się, czy Mischling słucha i rozumie. Upewniwszy się, kontynuował. Równie zwięźle.
Z łaski i rozkazu miłościwie nam panującego i pana burgmajstra, ziemia pójdzie na licytację. W sumie kilkanaście gruntów pod gospodarstwa, po ćwierć łana każde. Niewielkie, za to objęte wolnizną od danin na okres dwóch lat. Samo podymne. Ono również niewielkie. Do przetargu stanąć mogą wszyscy. Wolne kmiotki, łyczkowie i szlachetkowie. Warunek jest jeden — mają być osiadłymi Aldersberczykami. Z dziada-pradziada. Dobrymi i pewnymi ludźmi, godnymi zaufania. Odprowadzającymi, diabli z nimi, daniny na czas. Pojmujecie do czego dążę, panie Gerhard?
Apostoł spoglądał na Gerharda ponad blatem. Milczał długo, dłużej niż ostatnio, co mogło oznaczać, że tym razem potrzebuje bardziej wymiernego dowodu na to, że Mischling słucha i rozumie. Potwierdzenia lub reakcji, koniecznych do tego, by upewnić się, aby nie musieć się powtarzać. Zapewnienia o udzieleniu mu pełnej uwagi potrzebnej mu do wyłuszczenia najistotniejszej części sprawy, po której — Rakarz wiedział o tym z doświadczenia — nastąpi propozycja, będąca propozycją tylko w retorycznym tego słowa rozumieniu. To jest taka, której nie należało odrzucać.
Ilość słów: 0

Sokolnik
Awatar użytkownika
Posty: 21
Rejestracja: 14 lis 2021, 22:02
Miano: Gerhard de Mischling
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zakład Łagiewniczy „Dwie Dziury”

Post autor: Sokolnik » 07 sty 2022, 1:52

Nie podobało mu się to. Wszystko. Zadowolony był z obecności łasucha tak, jak można być zadowolonym z obecności ropiejących wrzodów na kutasie. I dokładnie tak było. Gerhard był chujem, a Apostoł jego wrzodem. Ropiejącym, nabrzmiałym, pełnym żółci, gotowym do tego, by pęknąć obficie przy najmniejszym naciśnięciu. Jego obecność drażniła Rakarza, przyśpieszała oddech i przywoływała na oblicze niezadowolony, skrzywiony grymas. Niecierpliwił się ponad to, co byłoby właściwe ze względu na sytuacje. Podtupywał sobie głucho oficerskim butem o nieco zbutwiałe deski swojego zakładu. Bębnił palcami o ramiona, splecione na torsie w zamkniętej pozycji, jeżeli ktokolwiek by w ogóle rozważał mowę ciała. Opierał się o własny kontuar, obserwując jak niespodziewany, nieoczekiwany i niechciany, ale i niezbywalny gość pożera najlepsze ogórki, jakie miał zachomikowane i chleje jego pieprzówkę, którą dostał w prezencie. Co jednak można było zrobić? Nic. I chyba właśnie ta bezsilność, w człowieku który cenił wolność i swobodę ponad wszystko inne, dręczyła najbardziej. Fakt łańcucha i kagańca na własnym pysku. Mógł jedynie warczeć. Może coś głośniej szczeknąć. Ale finalnie wystarczyło, że Apostoł pójdzie niezadowolony do tego, który zaciskał na Gerhardziej szyi ciasną pętlę i... koniec. Tak po prostu koniec. Należało więc tolerować jego spokój, jego zamówienia i niebezpośrednie szyderstwa. - Mhm. - Potwierdził tylko, że słucha, gdy lały się informacje o nadchodzącej licytacji. Nie zadawał pytań, bo nie miało to żadnego znaczenia. Ani jego pytania, ani czy wie gdzie jest Czarnota, ani czy potrafi cokolwiek licytować.

- Ciekawe. - Powiedział, gdy pauza zrobiła się zbyt długa, wytykając mu brak repliki. Dla niego, Gerharda, sprawa jawiła się nader oczywistą. Kolejna prośba i przysługa, za brak której groziły bardzo przykre i smutne konsekwencje. Wpatrzony był w rozmówcę. Bez wrogości, bez wzgardy, czy bez ironii nawet. Przeszli do rozmów o interesach, a te należało zamykać szybko i skutecznie. Bez zbędnych ceregieli, a przede wszystkim - bez zbędnych emocji. Transakcje handlowe były bodaj jedyną sytuacją, w której Gerhard zmieniał się nie do poznania. - Rozumiem, że takim Aedirnczykiem miałbym być ja. Moja nieposzlakowana opinia jednak nabawiła się kilku kolorowanek, zawijasów i esów floresów. Jeżeli Panu Rajmerowi to wystarczy, a właściwie wystarczy przewodniczącym licytacji, to, jak rozumiem, miałbym kupić ziemię za bezcen, a potem zrzec się jej na rzecz kolejne słupa w łańcuszku. Czy są przewidziane jakieś finanse na to przedsięwzięcie. Strój kupiecki kosztuje, a warto by było dobrze się prezentować, by nie wzbudzać podejrzeń. - Podszedł do słoika i sam wyciągnął sobie ogórka, którego przegryzł zanim Apostoł wyje mu wszystkie. Wziął głębszy oddech, ciesząc się, że zaczęły się pojawiać konkrety, choć jeszcze niesprecyzowane, a pozostające w formie jego domysłów. Nie przerywał i nie dodawał więcej. Chciał zaznaczyć jedynie, że słucha, że już ustala, ale potrzebuje więcej detali. Potrzebował "Propozycji". I szczerze na nią liczył, bo działanie bez oficjalnych rekomendacji kończyło się jedynie na dwa sposoby. - Ile czasu na przygotowania? - Dodał jeszcze, wrzucając pół ogórka do paszczy. Dlaczego nie pytał co w tym dla niego i co dostanie? Bo Rajmer mógł mu odpowiedzieć klasycznym "dostaniesz to, że moje ostrze nie wypruje Ci flaków". Wolał się zatem skupić na wykonaniu przysługi, a może mu coś skapnie? Może po drodze uda mu się ugrać coś i dla siebie? Niestety, jego pozycja do negocjacji pozostawała słaba jak noworodek. Westchnął ciężko i słuchał dalej Apostoła. Co trzeba będzie zrobić? Gdzie jest haczyk? Wszystko miało się okazać. Cierpliwości, Mischling. Cierpliwości.
Ilość słów: 0
You must beware of black haired girls. Else, one will cause your death.

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2008
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Zakład Łagiewniczy „Dwie Dziury”

Post autor: Dziki Gon » 08 sty 2022, 23:04

Uprzedzono mnie, że jesteście pojętni — Apostoł potaknął z aprobatą głową, wycierając palce o blat. — I wszystko ma być i będzie tak, jak właśnie zgrabnie antycypowaliście. Kupicie tę ziemię. Za bezcen. Wy osobiście oraz kilku zaufanych pośredników, również dobrych i pewnych ludzi jak wy, którzy będą kupować wespół z wami, żeby odżegnać od was podejrzenia o bycie pierdolonym spekulantem albo tfu, latyfundystą, skupującym całość gruntów jak leci.
Przed przekazaniem ziemi, jak to raczyliście ująć, „słupowi” — podjął po krótkiej przerwie. — Trzeba będzie przypilnować, by nie skupili jej ludzie niewłaściwi. Sępy albo postronni prostaczkowie. Przypilnować i zadbać o nią jakiś czas po zakupie. Dobrze, jak o żonę. Stworzyć miły pozór. I dobry, ha, grunt pod interesy.
Za ziemię płaci pan Rajmer — zaadresował jego pytanie. — Za nią oraz waszą fatygę po pomyślnym sfinalizowaniu transakcji.
Zapytany o kupiecki strój, nieznajomy popatrzył się na niego dziwnie.
Kupiecki strój — powtórzył w głos. — Z czapką i powozem do kompletu? Nie, panie Gerhard. Nie suknia zdobi człowieka. A, nie uwłaczając waści, większe podejrzenia wzbudzicie przebraniem niż ubraniem.
Miesiąc. Przynamniej. — Człowiek w opończy oparł się o ladę, polewając sobie drugą kwaterkę pieprzówki. — Tyle czasu na przygotowania. Z dobrego źródła wiem, że zwlekają z tą sprawą jak mogą. Dobre źródło nie podaje jednak powodu, ale nie wykluczałbym legislacyjnego zaparcia i znamiennego dla naszej administracji burdelu.
Wychyliwszy polaną kwaterkę, odstawił puste naczynko na blat, kichając w rękaw.
Upoważnienie do udziału w licytacji dostarczymy wam na dniach. Razem z informacjami na temat pozostałych nabywców, na których będziecie musieli mieć szczególne baczenie oraz dopilnować, by nie stali się zawadą dla naszej inwestycji. Dobór ludzi i środków w celu wykonania powierzonego zadania leży w waszej gestii. Zaliczka po naszej, kiedy ustalicie już kto i co będzie wam potrzebne oraz w jakich ilościach. Porozmawiamy o tym przy naszym następnym spotkaniu.
Mężczyzna wyprostował się nad ladą. Poprawiwszy opończę, zmrużył oczy na zabrudzone okienko, z zamiarem wyjrzenia na ulicę, by orzec, czy wciąż obmywała ją mżawka, którą niedawno wnosił tu ze sobą.
Gdybyście chcieli mnie znaleźć przed czasem… — zaczął, lecz zaraz machnął ręką. — A zresztą. Sam was znajdę. Ale gdyby jednak, pytajcie w Vendygamie. Powiedzcie, że jesteście od… Kurta. Niech będzie to miano, skoro mus się jakoś nazywać, a akuratnie niazajęte. Spamiętaliście? Oczywiście, że tak. Bywajcie w zdrowiu.
Drzwi zakładu skrzypnęły krótko. Apostoł z ręką na klamce i jedną nogą za progiem, zatrzymał się.
Byłbym zapomniał. Panie Gerhard? — upewnił się, obracając się przez ramię i zatrzymując czujne spojrzenie na Rakarzu. — Przyprowadziłem panu komuś do pomocy. Ale jeśli wolicie pracować samemu, uszanuję to. I dopilnuję, żebyście nie zobaczyli go nigdy więcej. Hm?
Ilość słów: 0

Sokolnik
Awatar użytkownika
Posty: 21
Rejestracja: 14 lis 2021, 22:02
Miano: Gerhard de Mischling
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zakład Łagiewniczy „Dwie Dziury”

Post autor: Sokolnik » 12 sty 2022, 21:01

Było coś w człowieku z opończą, co budziło w Gerhardzie odrazę. Coś śliskiego, co - jak to zwykle bywa z rzeczami śliskimi - nie dawało się uchwycić. Coś jak obmierzła stara, śmierdząca skarpeta stawało w gardle jakby próbował ją połknąć. Albo ktoś probował mu ją tam wepchnąć na siłę. Nie dająca się strząsnąć woń wczorajszej kąpieli w smródce. Coś, co przypominało mu samego siebie. Uśmiechnął się krzywo na wspomnienie o własnej bystrości w przyswajaniu poleceń i słuchał dalej wskazówek. Choć tak właściwie najbardziej pragnął zaczać uderzać Apostoła i bić tak długo, aż jego twarz zmieniła by się w krwawą papkę pomidorówki z kluskami w formie kośćca twarzoczaszki, to słuchał - żeby nie ominąć absolutnie niczego. Bo był związany. Spętany i zapięty kagańcem, a to i tak szczęsliwie, że nie wybili mu zębów. Obroża zaciskała sie mu mocno na szyi, podduszając, jeżeli za bardzo się wyrywał. Bo przecież tak naprawdę nie miało żadnego znaczenia co zrobi z człowiekiem w opończy. Po nim przyjdzie kolejny. Bardziej śliski. Bardziej obmierzły. Bardziej wkurwiony. A po nim kolejny, kolejny i kolejny. Każdy niosący ze sobą prawde objawioną, że Gerhard de Mischling ma po prostu przejebane. Przez jeden podpis. Jeden uścisk dłoni. Jednego Rajmera.

Prychnął, gdy usłyszał docinek nie-docinek płynący z ust Apostoła. Mimo wszystko uśmiechnął się nieznacznie, bo jak każdy wojownik, potrafił docenić celnie zadany cios. W istocie, jego fizys raczej nie wpisywało się w kupiecki archetyp i w istocie pomysł z przebieraniem go mógł wystrzelić bełtem w twarz. — Miesiąc. Sporo. I także stawiałbym na administrację, chociaż myślę, że bliżej temu do sraczki, niźli zatwardzenia. W każdym razie, powinno wy... wystarczy. — Zreflektował się w porę, zdając sobie sprawę, że Pan Rajmer raczej nie należy do ludzi, którzy umiłowali sobie liczenie prawdopodobieństwa. Na resztę informacji po prostu kiwał głową. Brzmiało jak coś, gdzie wiele rzeczy mogło pójść nie tak, ale i na przedsięwzięcie dosyć proste w swoich założeniach. Analizował w głowie słowa Apostoła i nie doszukał się niczego, do czego miałby bardziej rozbudowane pytania. Konkurenci. Swoi ludzie. Ile pieniędzy. Wszystko brzmiało nadzwyczaj racjonalnie i nie stawiało go też na przegranej pozycji. No - chyba, że Apostoł nie mówił mu wszystkiego, z czym już niestety niewiele mógł zrobić. Szyderczy uśmiech wykrzywił mu grymasem twarz, gdy rozmówca po raz kolejny wbił celną szpilkę tuż pod żebro. — Kurt. Spamiętaliśmy. Zneutralizować konkurencję, obstawić licytację odpowiednimi ludźmi, skupić ziemię dla Pana Rajmera, wymyślić tani, ale broniący się plan zagospodarowania agralnego, a potem oddać ziemię Pani Rajmerowi. — Powtórzył wszystko zgodnie z tym, co ułożył w głowie, w rytmie i pozbawionym emocji tonem. — Bywajcie, Panie Kurt. — Mruknął, ruszając już w stronę słoika, żeby zebrać resztki ogórków.

Gdy mężczyzna się zatrzymał, zatrzymał się i Gerhard. — Hm? — Zareagował na własne imię. Zmarszczył na chwilę brwi, odwzajemniając spojrzenie, zupełnie tak jakby nie rozmawiali o ludziach, a o żonie jednego z nich. Po chwili uśmiechnął się i wzruszył ramionami. — Infernalnie to zabrzmialo, Panie Kurt, że nigdy więcej nie zobaczę. Nie odmówię przecież darowanej pomocy. To zawsze jedna zaufana osoba więcej. — Rzekł w końcu w zgodzie ze swoim sumieniem, ale i zabezpieczając sobie nieco ręce, po czym zaczał sprzątać. Pozornie jeno.

Bo gdy Apostoł wyszedł, najpierw sam nalał sobie kieliszek, a potem cisnął butelką w ścianę zakładu, okrasił rzut soczystą kurwą niosącą w sobie frustrację i irytację, a następnie opierając się o ladę patrzył, jak resztki alkoholu barwią na orzechowy odcień dąb "Dwóch Dziur". W końcu potrząsnął głową i odruchowo podszedł obrócić plakietkę, która przecież była już obrócona.
Ilość słów: 0
You must beware of black haired girls. Else, one will cause your death.

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2008
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Zakład Łagiewniczy „Dwie Dziury”

Post autor: Dziki Gon » 14 sty 2022, 1:22

Bardzo roztropnie żeście to wykalkulowali — skwitował przybysz na powtórzone mu przez Gerharda słowa. Choć nie wymagał od niego takowego powtórzenia, przyjął je ze spokojem i poczuciem dobrze spełnionej misji. Imć Gerhard faktycznie spamiętał i rozumiał,co potwierdzało jego gramotność oraz spolegliwość. A tym samym było dobrą wróżbą dalszej współpracy. Wyłuszczywszy wszystko jak należy, napiwszy się pieprzówki i obżarłszy gospodarza z ogórców, nie miał tu już nic do roboty.
Infernalnie? — powtórzył już później, kiedy podjęli rozmowę u progu jego wyjścia z warsztatu. Powtórzył i nie skomentował inaczej niż uśmiechem. Bladym, nieobejmującym oczu. Pierwszym od początku ich spotkania, u którego końca właśnie się znajdowali. — Ucieszy się, że nie odmawiacie. Przyślę go do was.
Drzwi skrzypnęły. Apostoł i towarzyszące mu demony przeszłości egzorcyzmowały się za próg. Nie wszystkie. Kilka z nich zostało, by przyglądać mu się Gerhardowi z ciemnych zakamarków warsztatu. Otaczały go zewsząd, niewidoczne. Czyhały i patrzyły głodne, lecz cierpliwe. Wiedziały, że już niedługo zadomowią się wygodnie pod jego czaszką. Będą mogły swobodnie fajdać w duszę.
Butelka pieprzówki rozpieprzyła się na ścianie, prysnęła wkoło szkłem i uwolnionym niby dżin z pieczętowanego dzbana, ostrym charakterystycznym aromatem, którym nasiąkało dębowe drewno.
Drzwi skrzypnęły. Nim zdążył do nich podejść i po raz kolejny obrócić już obróconą plakietkę, stanął w nich człowiek. A raczej coś, co z niego zostało. Gdyby nie to, że już za życia (ich dawnego) był dosyć charakterystyczny, Gerhard może dałby się zaskoczyć. Może zupełnie, jak tamten, mrużyłby jedno, nietknięte bielmem oko i krzywił gębę w zdumionym grymasie, usiłując rozpoznać w stojącej naprzeciw osobie starego druha. Ale Gerhard nawet wleczony przez wszystkie demony Dołu z Baal-Zebuthem na czele dałby radę rozpoznać Marskiego, który na drugi rzut oka nie zmienił się wcale tak bardzo. Chudszy nawet niż ostatnio, cały w siniakach i odrapaniach jak mu się to zdarzało. Tylko blady jak Makveth dręczony wyrzutami sumienia. Jakby cała reszta jego ogorzałej karnacji dostosowała się do wyblakłego tyłka.
Stał tak i gapił się, dopóki jego powonienie, w tych sprawach niezawodne jak zawsze — nie poczuło krążącej po warsztacie woni alkoholu, która paradoksalnie podziałała nań otrzeźwiająco.
Rakarz? — chrypnął z dna przepalonego, wiecznie wysuszonego gardła, obracając się, by przyjrzeć mu się jedynym dobrym okiem. — Niech mnie kergulena… Tyś to?
Ilość słów: 0

Sokolnik
Awatar użytkownika
Posty: 21
Rejestracja: 14 lis 2021, 22:02
Miano: Gerhard de Mischling
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zakład Łagiewniczy „Dwie Dziury”

Post autor: Sokolnik » 15 sty 2022, 0:58

Stawiał na kalekę. Bogowie mu świadkami, że stawiał na to, że Apostoł przyśle mu kalekę, kulawą dziwkę, albo ślepe dziecko, wychodząc taki uśmiechnięty i uradowany. Jakby udało mu się zagrać Rakarzowi na nosie. Z jakiegoś powodu, Gerhard uważał, że Apostoł niespecjalnie go szanował, a już na pewno traktował z góry i przypisywał mu cechy łotrowskie. Takie, podług których dla krotochwili, byłby w stanie zasabotować mu lekko (nie bardzo, wszakże szefa mieli tak samo chędożonego w łeb) zadanie. Dlategoż uśmiechnął się tylko krzywo. — Wątpię. Ale na pewno się przyda. — Mruknął, nie mogąc przecież pohamować języka, bo nie byłby sobą. Odprowadził zatem człowieka z opończą, razem z demonami - trudno rzec czyimi, wzrokiem na zewnątrz.

Wpadając na cień człowieka, w pierwszej chwili okrasił to spotkanie, niemal przeradzające się w zderzenie, soczystą kurwą z wyraźnie zaakcentowanym "r". — Zamknięte, przecież wid...! — Uniósł głos w pierwszej chwili, chcąc wyładować całą frustrację z objawienia apostolskiego na bogu ducha winnym kliencie. I zmarszczył brwi. I stanął. I niedowierzał. Wszystko dzisiejszego dnia, jakby sprzysięgło się, żeby mu kolejnymi szpilkami przypominać o tym co minione i o tym co bolesne. Rozbłysnęła bitwa, rozbłysnęło ciało, jakie razem z drugim gościem zakładu łagiewniczego nieśli w ramionach. Mignęły śmiechy w karczmie i chwytani wespół ludzie, których za włosy ciągnęli do wozów. — Nie wierzę... — Powtórzył, wpatrując się w tyczkę, jak w ducha. — Nie wierzę. — Powtórzył i dopiero, gdy po trzykroć zaprzeczył, nie wyparł się.

Otrząsnął się prędko z chwilowego stuporu i objął ramieniem Marskiego. — Marski. Stary druhu. Mów. Mów co u Ciebie i chodź. Siadaj. Kurwa, ile to czasu. Zmizerniałeś coś. Zjesz? Niestety tamten kutas mi zeżarł ogórki, ale mam jeszcze kurczaka pieczonego trochę i ziemniaki tłuczone. Chcesz? Napijesz się? Pieprzówkę już rozwaliłem, mam koniak podły jak zaułki Novigradu. Opowiadaj. Mów. Mów. Z kimś masz... - Kontakt. Właśnie. Przecież porzucona grupa powinna zostać porzucona, czyż nie? A tu i Famke, i Cyril i teraz Marski? Westchnął i posadził dawnego towarzysza przy stole. Bez słowa wygrzebał mu kurczaka i ziemniaki i dopełnił rzeczonym koniakiem. Albo piwnym cienkuszem, jeżeli wolał.
Ilość słów: 0
You must beware of black haired girls. Else, one will cause your death.

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2008
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Zakład Łagiewniczy „Dwie Dziury”

Post autor: Dziki Gon » 18 sty 2022, 2:01

Kaleka, ale swoja, uwiesiła się na nim krótko, całą swoją wagą. Gerhard ustał bez trudu — Marskiemu zarówno wyglądem, jak i wagą było obecnie bliżej do oskubanego koguta niż do człowieka.
Myślałem, że już cię nie zobaczę, ty suczy chwoście! — Kompan z dawnych lat odkleił się od niego i odsunął, ponownie zaskoczony jak gdyby ujrzał go po raz pierwszy w życiu. — Jak ty...
Marski urwał, rozejrzał się po wnętrzu, zauważając je dopiero teraz. Wraz z tabliczką na drzwiach, drewnianą ladą i rozbitą na szklaną kaszę, wsiąkającą w drewno nalewką.
Kurt, ty tak poważnie? Beczki, kurwa, klepki? „Dwie dziury”? Domek w mieście? Warsztat? Ty? Naprawdę? — Śmiech, prawie nieodróżnialny od suchego kaszlu wstrząsnął cherlawą piersią druha. — Koniak, lej mi koniaku, bracie. Dobrze się składa, że podły. Z Novigradu, wystaw sobie, to ja właśnie wracam.
Ugoszczony Marski, zgodnie ze swym pseudonimem i renomą starego majtka, który przepłynął Wielkie Morze od Inis Porhoet po Miasto Złotych Wież, nie ruszył nawet kurczaka z ziemniakami, zaczynając od razu od rzeczonego koniaku. Grdyka, wydatna i na cienkiej szyi jak u indora, grała mu rytmicznie, kiedy opróżniał pierwszy odszpuntowany łyk. Łapczywie i z gwinta, jak to zawsze miał w zwyczaju.
Za spotkanie — chuchnął ogniście, podając mu trzymaną za szyję butlę ponad blatem. — Rajmerowi napędzili mi pietra, co tu dużo gadać. Mówili mi, że wpakowałeś się w coś, że to kwestia życia i śmierci. Kazali mi tu zajechać, mówili, że mam pomóc ci i sobie przy okazji, bo też dałem dupy jeszcze we Wolnym… No to wsiadłem na chabetę i tłukłem się traktami, aż zajechałem jak kazali, na umówione, do tego strzyżonego chuja. Aż dotąd nie chciał mi nic powiedzieć, zwodził mnie, trefniak, jak ostatnia niewydymka we wsi. Nawet o imię nie szło go spytać, wystaw se, że wiedział, żem z wybrzeża i dworował sobie, żeby mówić mu per „Valdo”, jak ten szarpidrut...
Marski odchylił się na zydlu, jak gdyby chciał splunąć za siebie. Kurczak i ziemniaki stygły nieruszone na talerzu, zaś jego oczy ruszały się za butelką przejętą w tej chwili przez gospodarza.
Z tego, co udało mi się od niego wyciągnąć i zrozumieć — podjął z wolna, drapiąc się w skroń. — To masz zajebać dla Rajmera jakąś wiochę? Jak, kurwa? Bala po bali?
Ilość słów: 0

Sokolnik
Awatar użytkownika
Posty: 21
Rejestracja: 14 lis 2021, 22:02
Miano: Gerhard de Mischling
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zakład Łagiewniczy „Dwie Dziury”

Post autor: Sokolnik » 22 sty 2022, 22:55

Gerhard objął swojaka zupełnie tak, jak ojciec przytulałbym swoje dziecko. Przymknął oczy, chowając pod powiekami wilgnienie minionych chwil. Zbyt dużo tego, od czego ostatnie lata uciekał, wchodziło przez przedproże jego małego elizjum. Niemniej jednak, nie można było odmówić mu szczerości, gdy uśmiechał się do Marskiego, gdy jego nawykła do dzierżenia rękojeści dłoń klepała go zbliznowaconą skórą po plecach, gdy w końcu odzywał się, już bez tych kilku kropel w spojówkach. — Wszyscyśmy tak o sobie myśleli, czyż nie? - Wyszczerzył się rzędem zębów do starego druha i pokręcił głową. — A jednak najpierw Cyril napisał, potem Famke znalazłem, teraz Ciebie. Zaraz, niech mnie kurwa ślepa wyrucha na śniadanie, wyruszymy znowu na szlak. — Machnął ręką i pokręcił głową, jakby chciał zaznaczyć, że co się stało, to się nie odstanie i pewne decyzje zapadają na stałe. Gdy zaś korsarz rozglądał się po jego zakładzie, sam zainteresowany wzruszył ramionami i rozłożył je, jak dobry gospodarz witający gościa w swoich progach. — Ano. Tak się stało. Wiesz... tamta matka i wzrok tych dzieci... — Palce Rakarza odruchowo przesunęły się pod wąsami, sięgając niewidocznej, zakrytej zarostem blizny. Koromysła, które nosić miał już aż po grób. — Nie wiem. Za stary się chyba na to robię. A w drewnie zawsze lubiłem dłubać. Ty zaś widzę, zwyczajów nie zmieniłeś, hm? — Mruknął z uśmiechem, nalewając i jemu i sobie. Były bowiem takie rzeczy, za które wypić należało. — No. To za spotkanie. — Wychylił ognisty kieliszek smakujący bezsennymi nocami i śmierdzącymi potem, rzygami i szczynami porankami. Wzdrygnął się i odstawił zarówno butelkę, z której skorzystał Marski, jak i szkło.

— Nie dziwię się, chłopie. Komu nie napędzili? W straszne gówno żeśmy się wtedy wpakowali. Trzeba było samemu odstrzelić skurwiela, a nie się babrać w długi. Novigradzki smród się za mną ciągnie, choćbym się zaszył pięć stóp pod ziemią. — Rakarz przetarł czoło z potu, czując, że sytuacja zaczyna go przygniatać. Niewiele mniej od powojennego krajobrazu stolicy. Opis Apostoła Gerhard przyjął ze śmiechem, szczerym i donośnym, tak jak zwykli śmiać się kiedyś. — Dobra tam. Najpierw będzie Valdo, a potem Wal Go. Jeszcze mu z kuśki zrobimy wykałaczkę do własnych gałek. Jebać go i jego rodzinę. Co nie zmienia faktu, że zrobić trzeba, co trzeba. Bo inaczej nam Rajmer siądzie na kark, na którym już głowy nie będzie. — Krótko obserwacja pozwoliła stwierdzić, że trawa jest zielona, góry wysokie, a kutas w burdelu twardy. Pewne rzeczy po prostu się nie zmieniają, odwiecznie trwając w swoim jestestwie. Tak jak Marski. Gerhard uśmiechnął się pobłażliwie i pokręcił powoli głową. — Kupić, Marski. Kupić. Tak się załatwia rzeczy, jak masz pieniądze. Jak nie masz, to mordujesz i kradniesz, a jak masz, to robisz to samo tylko inaczej to nazywasz i wszyscy są z tym w porządku. Tak działa świat, kurwa jego mać. W każdym razie, przydasz się jak trzeba będzie kogoś po staremu przekonać, żeby zrezygnował z licytacji. Kupować będziem tę ziemię na aukcji. Muszę kilku naszych znaleźć. Aedirnczyków z krwi i kości, albo z facjaty chociaż. No, ale mów. Mów. Co robiłeś? Spotkałeś... kogoś? — Dlaczego pytał. Po co? Przecież to już była przeszłość. Zakopana. Pogorzelisko. A jednak zapachniało mu ogniskiem, bałałajką Cyrila i śmiechami do ranka. Za dużo. Za dużo tej przeszłości z tym co teraźniejsze. Przetarł szybko twarz dłońmi i spojrzał na Marskiego unosząc kąciki ust. — Pływałeś?
Ilość słów: 0
You must beware of black haired girls. Else, one will cause your death.

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2008
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Zakład Łagiewniczy „Dwie Dziury”

Post autor: Dziki Gon » 25 sty 2022, 0:26

Cyril pisał? Famke też jest? — zainteresował się Marski, odrywając od druha, nim zasiedli do stołu.
A gdy zasiedli, pili i gwarzyli pospołu.
Odstrzelić. Łatwiej powiedzieć niż zrobić. — Marski ucapił za szyję krążącą między nimi butlę, przymrużył jedyne dobre oko. Pociągnął chwacko, aż oko załzawiło się jak jeszcze niedawno to Gerhardowe. — Jeszcze te długi kurewskie. Zanim się obejrzałem, miałem nowe. I nowe do tych nowych. Wiesz, jak to jest, nie pójdzie ci raz, próbujesz drugi, potem trzeci i czwarty, byle jakoś się odkuć… A potem zakopują cię w piachu po szyję i pytają, czy chcesz się dogadać, czy może zaczekać na przypływ.
Głowa marskiego zakołysała się na spieczonym karku w rytm smętnych myśli. Nastał odpływ, to jest czas kurtowej kolejki. Z powrotem odebrał ją już w lepszym nastroju, nie tylko dlatego, że alkohol wrócił do jego rąk. Wykałaczkę z kuśki do własnych gałek. No i to Marski rozumiał, to czuł i w to wierzył. Zajebać, odegrać się, puścić czerwonego kura i odjechać w siną, żeby spić w trupa! Miał wątpliwości, kiedy zobaczył go w tym fartuchu majsterklepki, w środku tego zapyziałego warsztatu, ale to ciągle był ten Kurt, ten sam Kurt z dawnych lat, gadał dokładnie jak on!
A ino! Popamiętają nas jeszcze obezjajce! Obrócimy i wyjdziemy na swoje! Zmiękną im fujary! — Marski łyknął tęgo, bo inaczej nie umiał. Ale tym razem łyknął też szybko, jakby spodziewał się, że zaraz wylecą na ulicę, by wcielić oskomę w czyn. Butla wróciła do Rakarza, odpita już więcej niż do połowy.
A ty masz? — upewnił się, kiedy temat rozmowy zszedł na pieniądze, rozglądając się po wnętrzu warsztatu, jakby spodziewał się ujrzeć walające się po katach wory ze złotem. — Bo ja ni chuj. Z naszymi kontaktu żadnego, z Łychą i Gregiem przelotny… Czy pływałem? A czy ty zamieniłeś się z chujem na łby? Ja już, chłopie, nigdy nie wrócę na morze! Zresztą i dokąd? Dzisiaj z piractwa nie wyżyjesz. Mare, liberatum, czy jak mu tam jest, transporty pełną gębą, stocznie budują, ale coraz lepiej obstawiają te kurewskie, królewskie fregaty co idą z Koviru i nazad. Na południowe wybrzeże się nie zapuszczę, bo skelligijska konkurencja wykończy i zajebie. To co mi zostaje? Łupić Łukomorze jak jakiś dziad? Z czego? Chyba z cerowanych gaci, które baby rybaków zostawiają do wyschnięcia na płocie!
Marski wyrwał się po ledwie odstawioną butlę i przyssał się do niej jak wąpierz do spacerującej samotrzeć po żalniku prawiczki. Nie zapowiadało się, że prędko odpuści.
Ilość słów: 0

Odpowiedz
meble kuchenne na wymiar cennik warszawa kraków wrocław