Wieża pod miastem

Obrazek

Miasto z własną warowną twierdzą, a także konwisarniami i manufakturami wełnianymi, obecnie wznawiającymi swoją działalność, by dostarczyć zubożałym mieszkańcom uczciwego zajęcia oraz perspektyw w niepewnych, powojennych czasach.


Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2217
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Wieża pod miastem

Post autor: Dziki Gon » 17 cze 2021, 8:56

Obrazek

Kawałek na północny wschód od miasta, gdzie rozciągają się żywiące je pola uprawne wraz z gospodarstwami, spoglądając na horyzont, można dopatrzyć się widoku w obecnych czasach zgoła niecodziennego. Oto na porośniętym niewielkimi klonami pagórku rzut kamieniem od sadyb i obsianych gruntów, stoi samotna wieżyca, górująca nad całą nieprzystającym doń rolniczym krajobrazem. Budowla, wzniesiona na ośmiobocznej podstawie, ma na oko szesnaście sążni wysokości oraz zadartodache lukarny otaczające szczyt rogatą koroną, wespół z wierzchołkiem nadającej jej zwieńczeniu charakterystyczny gwiaździsty kształt. Konstrukcja zdaje się nową, a podróżni bywający w Aldersbergu twierdzą, że nie było jej tu jeszcze przed ostatnią wojną z Nilfgaardem. Okolica budowli zdaje się być opustoszała, rzadko uczęszczana, wręcz celowo unikana nawet przez mieszkańców najbliżej położonych gospodarstw, lecz światła zapalające się co noc na szczycie wieży, a czasem towarzyszące im hałasy nieomylnie zdradzają, że daleko jej do bycia niezamieszkałą.
Ilość słów: 0

Arbalest
Awatar użytkownika
Posty: 215
Rejestracja: 01 sty 2022, 21:49
Miano: Issaen Hiseerosh, zwana Istką
Zdrowie: W pełni sił; cuchnie apteką i gnojem
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Wieża pod miastem

Post autor: Arbalest » 01 gru 2022, 18:17

Już na widok ptasiego truchła mało co nie potraciła zmysłów i nie uciekła. Widok wiedźminki, do tego przyjaznej, był niczym miód na serce. Tedy, mimo początkowej ostrożności która nigdy jeszcze nikomu nie zaszkodziła, na wszystkie pytania planowała odpowiedzieć ochoczo i wyczerpująco, tak długo jak będzie dane jej zabrać swój własny tyłek jak najdalej od tych przeklętych wykopków.
— Ach... D'yaebl! Zapomniałam go zmyć przed robotą, no to i mam... — przejechała palcem pod okiem, zagarniając na opuszek czarną maź na bazie tłuszczu i żywicy.
— Pozbędę się tego jak tylko dorwę ceber z wodą. A pestycyd, jak zgadłaś, zrobiłam z mandragory i...
Wiedźmince nie było dane dowiedzieć się jaki był drugi, a być może także trzeci i kolejne składniki preparatu. Pozostałe pytania też musiały zaczekać, bo wyłażące z podziemi monstrum skutecznie ucięło wszelkie dalsze rozmowy. Nieprzystosowana do widoku potworów, Istka o mało nie krzyknęła z przerażenia, w ostatnim momencie zakrywając obydwiema dłońmi własne usta. Szeroko otwarte, sarnie oczy, jasno za to wyrażały, że sam widok stworzenia wystarczał, by ich właścicielka szybko traciła na poczytalności.
Gdyby nie stojąca obok Karri, możliwe, że dziewczyna spanikowałaby, zaczęła wrzeszczeć i uciekać, ginąc śmiercią równie paskudną, co niezasłużoną (no chyba, że winić ją za naiwność, bo wysłać się na pole dała bez oporów). W szoku dała się odciągać i przesuwać przez wiedźminkę równie łatwo co szmaciana laleczka, ale wpływ kobiety — a przede wszystkim wydany przez nią rozkaz, połączony z ostrzeżeniem — spowodował, że zachowała chociaż resztki przytomności umysłu.
Na pierwszy rzut oka, stwór był całkowicie ślepy i było to po nim widać, bo i jak ślepy się zachowywał. Jedynie zalążki uszu sugerowały natomiast, że i ze słuchem nie jest u niego najlepiej, co wskazywało na węch jako na dominujący zmysł. Istka ostrożnie postawiła na ziemi, obok siebie, ciągle trzymaną w dłoni „konewkę”, chowając się jednocześnie za wojowniczką. Jeśli coś wyzwalało w okolicy najmocniejszy zapach to było to właśnie urządzenie. I — najprawdopodobniej — sama umorusana w czynnikach alchemicznych elfka, ale o tym już wolała nie myśleć.
— B-b-błagam... Kup mi trochę czasu. Sprowadzę pomoc, obiecuję — wyszeptała, a właściwie cicho wyjęczała do żmijookiej przerażonym głosikiem, bo tylko na to było ją na ten moment stać.
Zaraz potem, nie mniej przerażona ale ciągle panująca nad własnym ciałem, przeszła w kucki i zaczęła się miarowym tempem wykradać w kierunku wieży Ristearda. Każdemu krokowi towarzyszyła wywołana stresem hiperwentylacja i nadzieja, że na „ścieżce zdrowia” nie napotka większej ilości podobnych abominacji. I że Breith zajmie obecnego na polu walki stwora na tyle długo, by ten nie podążył za złotowłosą, miast walczyć z wiedźminką. W takim wypadku nie miałaby już wyjścia — musiałaby rzucić się całym pędem w kierunku budowli.
Nad tym, że przez całą sytuację ucierpiało znacząco jej zaufanie do czarodzieja-rezydenta, nie miała chwilowo czasu dywagować. Potrzebna im była teraz jego pomoc.
Ilość słów: 0

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2217
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Wieża pod miastem

Post autor: Dziki Gon » 04 gru 2022, 1:47

Obrazek


Asteral inkantował. Moc płynęła, a chmury wiszące nad wieżą i okolicznymi polami zaczynały rzednąć. Z początku wolno i opornie, lecz skupiona wola pomogła mu złamać niewidzialny opór. Zmiany nabierały tempa i zaczynały być dostrzegalne nawet z daleka. Sfera czystego nieba zdająca się poczynać nad wieżą Ristearda rozszerzała się powoli, powiększając swój promień, podczas kiedy ciemne i brzemienne deszczem nimbostratusy, kłębiły się, ustępując przed nią. Stanowiący komponent kamień rozjarzył wytrawioną w nim runę zyskującym na intensywności blaskiem, po czym wyblakł, zamrugawszy kilkukrotnie niby dogasające ognisko i podzielił los tego ostatniego jako kupka popiołu.
Aust, dotychczas nieprzerwanie sekundujący mu formułą i użyczaniem własnej energii zdjął rękę z jego ramienia i skwitował panoramę westchnięciem. Niebo nad włościami maga było czyste jak lazur, a oni po raz pierwszy od dłuższego czasu mogli poczuć promienie słońca na skórze.
Mały ptak o rudawych piórkach podleciał z furkotem ku czarodziejom i trzepocząc skrzydłami, zawisnął nad ich głowami.
Ci ci cit! — zaśpiewał wysokim, ładnym trelem. Śpiewowi towarzyszyło znajome i nieodległe Piołunowi uczucie. Poza trelem wyłapał coś jeszcze.
Ty rozpędziłeś chmury? Coś za jeden?

Aust, który normalnie przyglądałby się scenie z zainteresowaniem, chwilowo zapatrzył się w dal, mrużąc przy tym krótkowzroczne, zniszczone czytaniem po nocach, oczy.
Mistrzu. — Głos młodzieńca brzmiał co najmniej niespokojnie. — Istka nie jest już sama. I chyba ma kłopoty.

Obrazek


Istka faktycznie znajdowała się w tarapatach. Kto wie, czy nie byłaby we większych, gdyby nie niespodziewane zjawienie się wiedźminki.
Ta nie przybyła ani o chwilę za późno. Uskoczywszy z drogi, pociągnęła elfkę za sobą. Obydwu udało się zachować równowagę. Charakterniczka dobyła miecza szybkim, utrwalonym latami praktyki odruchem. Klinga wyskoczyła z dopasowanej pochwy, lśniąc w promieniach wynurzającego się zza chmur słońca lustrzanym blaskiem. Światło wyłuskało wytrawione na powierzchni metalu runy.
Zdecydowała się uprzedzić zamiary zdezorientowanego stwora, nie dając mu czasu na przejęcie inicjatywy. Odskoczyła do tyłu, by nabrać miejsca na szykowany wypad. Sylwetka kobiety na krótki moment rozmazała się w wielobarwną smugę, trzymane przez nią ostrze zawyło w powietrzu, kiedy cięła bestię w przelocie, nieco powyżej lewego łokcia.
Kępka ciemnych kłaków wyleciała w powietrze, a potwór wydał z siebie cudaczny kwik, w którym znalazło było więcej z gniewu niźli strachu. Karri wiedziała, że metal ostrza sprawiał mu dotkliwy ból, niepozwalający zasklepiać się zadanym w ten sposób ranom. Umiarkowanie głębokie cięcie na łapie stwora popuściło świeżej posoki, która skapywała na ziemię lub wsiąkała w rzadkie futro. Lokalizując źródło bólu i zamieszania, potwór zamachnął się na wiedźminkę tępymi, przystosowanymi do rycia pazurami, uderzając na oślep. Nie potrafił inaczej.
Nieco dalej, skradająca się w kierunku wieży Istka była zmuszona się zatrzymać, kiedy zaledwie cztery arszyny naprzeciw niej, gleba eksplodowała bezgłośnie, jeżeli nie liczyć syku sypanego wkoło piachu, do spółki z latającymi wkoło pecynami ziemi. Intensywna woń czarnoziemu, piżma oraz wilgoci rozeszła się w powietrzu. Kolejny stwór, praktycznie nieodróżnialny od tego, którego obydwie ujrzały przed chwilą, wychynął na powierzchnię, otrząsając się z lepiących mu futro grud. Podobieństwa do poprzednika nie kończyły się na samym wyglądzie, a obejmowały również zachowanie — podobnie jak tamten, ten także był wyraźnie zdezorientowany. Przybrawszy dwunożną pozycję, obrócił się wokół własnej osi, kręcąc na wszystkie strony uniesionymi pyskiem z parą siekaczy. Tym, co kupiło elfce nieco czasu, była nagła zmiana pogody. Słońce, dotychczas ukryte częściowo za chmurami, wyszło zza nich na dobre i zaczęło przygrzewać. Nagła i zapewne nienaturalna zmiana warunków atmosferycznych zmusiła stwora do zamarcia w miejscu i szybkiego poruszania ruchliwymi nozdrzami poczynającymi się gdzieś na wysokości jego zarośniętych oczu.
► Pokaż Spoiler
Ilość słów: 0

Asteral von Carlina
Awatar użytkownika
Posty: 193
Rejestracja: 25 lis 2021, 9:05
Miano: Asteral von Carlina
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Wieża pod miastem

Post autor: Asteral von Carlina » 04 gru 2022, 15:01

Zaklęte słowa płynęły miarowo, początkowo rozbijając się potężną mocą o niewidoczny opór, jak fale zburzonego morza o skalisty klif, ale w końcu przerwały go i wartkim potokiem zaczęły akt przeobrażenia. Wpierw wzmógł się południowy wiatr, który otulił ich ciepłem. Ciemne kłębiaste obłoki spowijające nieboskłon z wolna przerzedzały się, ustępowały miejsca lazurowemu niebu. Zagubione promienie słońca przedzierały się przez chmury, nieśmiało oświetlając w strzępkach złociste pola, obrastające dookoła wieże czarodzieja-rezydenta. Głośniejsza inkantacja, wzmacniająca wolę Asterala, przeistaczała warunki atmosferyczne. Gdy skończył rytuał, niebo było zupełnie czyste, a ich twarze muskał jedynie delikatny zefir. Zrobiło się przyjemnie ciepło.
Wychowanek druidów początkowo zamierzał wyciągnąć dłoń w stronę pięknego rudawego ptaszka, wykonującego swój trel. Na pierwszy rzut oka, była to raszka, dość popularny w tych stronach. Zdarzyło mu się przyglądać procesowi wylęgu różnych gatunków wróblowatych, ale ten miał w sobie coś dziwnego. Wtedy poczuł to charakterystyczne, za każdym razem mało przyjemne uczucie, kontaktu telepatycznego. Nie mógł się do niego przyzwyczaić. Wrażenie rozrywania w głowie – choć niebolesne, nienaturalne i niepokojące.
Jestem Asteral von Carlina. Czarodziej. I tak… to zgodnie z moją intencją rozstąpiły się chmury. A z kim ja mam przyjemność? – Pomyślał Piołun, przekazując w ten sposób swój komunikat werbalny.
Nie miał jednak czasu, aby dyskutować z ptaszkiem. Aust zaalarmował go o niepokojących okolicznościach. Zupełnie nie spodziewał się kłopotów. Na polach, gdzie aktualnie przebywała jego elfia towarzyszka, pojawiły się jakieś dwa wrogie stwory i jakaś uzbrojona postać. Z tej odległość nie potrafił lepiej rozeznać się w sytuacji, ale jednego był pewien. Musiał im pomóc. Istka znalazła się w niebezpieczeństwie, ponieważ zabrał ją w podróż, a później pozwolił samej udać się opryskać toksynami uprawy na zlecenie Ristearda.
Po wymagającym rytuale zmiany pogody, czuł się przemęczony. Poświęcił energię do przegonienia chmur, wyrównania ciśnienia atmosferycznego i uciszenia wiatrów. Nie miał zbyt wiele sił, aby rzucić kolejne zaklęcie. Znajdujemy się właśnie w miejscu intersekcji, miejsca szczególnie tętniącego mocą magiczną. Miejscem mocy szczególnie potentnym. Nie zdażymy do nich dobiec. – rozważał ewentualne scenariusze.
Nie miał czasu na wyjaśnienia. Gestem nakazał swojemu uczniowi, aby odsunął się za nim. Klęknął na jedno kolano, a lewą dłoń zagłębił w wilgotnej ziemi pagórka, aby zaczerpnąć z niego mocy. Był sensualistą, wiedzącym wzmacniającym swoje czary przez doświadczenia zmysłowe. Otworzywszy szeroko oczy zaczął inkantować. Wypowiadać powoli i wyraźnie formułę, wyobrażając sobie intencję – grube korzenie i pędy miały opleść bestię stojąca bliżej Istki, skrzętnie spętać jego kończyny przy rzekomych nadgarstkach i kostkach, owinąć się dookoła pasa, przygwoździć głowę do gruntu. Unieruchomić przez pewien czas.
Ilość słów: 0
Obrazek

Breith
Awatar użytkownika
Posty: 23
Rejestracja: 21 lis 2022, 7:25
Miano: Karri Kaatarine Breith
Zdrowie: Obolałe żebra
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Wieża pod miastem

Post autor: Breith » 05 gru 2022, 14:07

Żywo skinąwszy na słowa Istki, wzrok utkwiła w przeciwniku. W głębi duszy liczyła na powodzenie akcji ratunkowej, z której to elfka miała wyjść co najwyżej z urazami na umyśle. Zakładając, że takowych obecnie nie naliczyła. O pomoc prosić nie musiała. Kobieta kierowana swym "świętym obowiązkiem" inaczej postąpić nie potrafiła. Kodeksy czy nie...Stanąć naprzeciw niebezpieczeństwu czy to potrzebujących chronić własną piersią. Wszystko to stanowiło część jej żmudnej, nigdy niekończącej się roboty. Czasem należy nagiąć karku, nawet, gdy nie do końca zgadzamy się z narzuconymi z góry wartościami. Pomimo tych wszystkich lat, żałować nie miała czego. Z czystym sumieniem przystąpiła do zlecenia i tym razem. Przede wszystkim, w pełnej zgodzie ze sobą — najczęstszy ewenement takowej pomocy został zażegnany (sakiewka wciąż będzie pełna, toteż jest czym się radować), a czyny jej bez echa nie pozostaną. Czysta przyjemność, napędzającą do działania. I z taką właśnie, pozytywną energią, ruszyła ku starciu.

Pierwsza krew. Kątem kociego oka obserwowała ściekającą po ostrzu juchę, lądując tuż obok. Tętnicy nie naruszyła. Efekt szczególnie zadowalający nie był. W przeciwieństwie do charakterystycznego dźwięku z paszczy monstrum, który to pobudził przyjemny dreszcz ekscytacji. Grunt został sprzymierzeńcem kretołaka, bowiem gdy ta odzyskiwała równowagę po osunięciu się ziemii spod nogi obciążonej stalą, potwór znalazł się zbyt blisko. Wystarczająco, by uchylenie się wiedźminki uchroniło głowę, lecz nie sam korpus. Jakby pchana siłą uderzenia, zatoczyła krąg do tyłu przez ramię, nieznacznie cofając tym, z pozoru nieporadnym, gestem. Usta na moment zostały cienką linią, a przez zaciśnięte zęby wydobyło się syknięcie pełne tłumionego bólu. Zahartowana na tyle, by nie zdzierać gardła, przesunęła dłoń do rozerwanego materiału na boku, błyskawicznie badając głębokość rany. Zawsze gorzej być mogło. Koniecznie będzie trzeba ją przeczyścić, gdy tylko skończy z tym cholerstwem.

Rana nie zdołała popsuć utrzymującego się humoru wiedźminki. Zwłaszcza, gdy obecnie przylegająca do ciała ręka, nagle wyprostowała się ku okrutnemu pyskowi stworzenia, czy też jego ciała znajdującego się tuż przed nią. Wyćwiczone palce sprawnie ułożyły znak Aard. Breith pełnię swych sił włożyła właśnie w niego. Pokierowała energię tak, by kretołakiem cisnęło w całkiem przeciwną stronę od pozostawionego przez Istke zbiornika. Częstuj się tym!
Przy odrobinie szczęścia, może złamałby kark, w nienaturalnej pozycji wrzynając się w ziemię. Nie licząc jednak na taki cud, chciała jak najszybciej przemieścić się do rozpylacza. Śmiertelnie niebezpieczna mandragora i coś, co tak okropnie chodziło z tyłu głowy? Tojad? Niewykluczone. Jednak nie dałaby uciąć sobie głowy. Cokolwiek w tym było, zakładała, że zostało stworzone z myślą o faktycznym wybiciu znacznie przerośniętych szkodników. Przynajmniej pokładała w to dzieło wiarę, w końcu pracowniczka Mistrza musiała wiedzieć co robi. A tojad w istocie mógł być tu niezwykle przydatny. Teriantropy nie lubowały się w jego zapachu. Nawet gdyby miało oznaczać to wyłącznie przepłoszenie potwora z powrotem pod ziemię, nadal było znacznym sukcesem. Breith nigdy nie wycofywała się z pola bitwy, jednak szukając okazji i możliwości w dostępnych środkach oraz sposobnościach. Dając sobie chwilę czasu, dobiegając do maszyny, chciała poluzować tłok czy nawet go zdemontować, by móc wykorzystać w pełni płynną zawartość zbiornika, wstrzymując przy tym jakby całkiem instynktownie oddech. W głowie jednak miała, że na wszelki wypadek szczęśliwie dzierżyła Wilgę. Wiedziała też, że nie zajmie jej to tak szybko nie znając tej maszyny, toteż uważnie obserwowała, by nie dać się zaskoczyć.
► Pokaż Spoiler
Ilość słów: 0
Młoda Karri ] [Obecna Karri ] [ Pełny wygląd Obrazek
Cel jest na końcu każdej drogi. Każdy go ma. [...] To jest sprawa tego, w co wierzysz i czemu się poświęcasz.

Kill count:
  1. Kretołak

Arbalest
Awatar użytkownika
Posty: 215
Rejestracja: 01 sty 2022, 21:49
Miano: Issaen Hiseerosh, zwana Istką
Zdrowie: W pełni sił; cuchnie apteką i gnojem
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Wieża pod miastem

Post autor: Arbalest » 05 gru 2022, 15:30

Powiedzieć, że Istka miała kłopoty, to trochę jak rzec, że Nilfgaard jest „całkiem duży”. Niby racja, ale całej prawdy nie oddaje. Długoucha była, bowiem, w ciemnej dupie i to było właściwsze dla owego stanu rzeczy stwierdzenie. A już miało być przecież dobrze, już wymykała się z dala od zagrożenia, już nawet przestawała trząść się ze strachu, gdy los znowu z niej zadrwił, tylko po to by jeszcze raz dać w mordę. I to nie tylko przez pojawienie się kolejnej potworności, ale też całkiem dosłownie, bo efektem ubocznym tego pierwszego był grunt sypiący się na wszystkie strony. Rykoszetem dostała też elfka, której twarz, włosy i elementy odzienia ozdobiły teraz brunatne plamy spulchnionej gleby.
Słodka Melitele! — pomyślała w panice, ale nie odważyła się powiedzieć na głos.
Z wrażenia aż przechyliła się do tyłu i z pozycji kucanej upadła rzycią na podłoże, wypluwając ziemię i chwilę później zamierając w bezruchu. Jak na złość, felczerka była jedyną osobą w okolicy, która pozbawiona była atutów posiadanych przez wszystkich wokół — to jest — magii, a w przypadku wiedźminki — także ostrzy. No chyba, że mały, pozbawiony jelca sztylecik, przeznaczony ewidentnie dla damy, którym ta mogła co najwyżej odgonić się od natrętnych obwiesi, uznać za prawdziwą broń. Mało tego — swojego pozostałego sprzętu też nie wzięła, bo i po co łazić na pole z ciążącą bark sakwą, kiedy teoretycznie nie miała prawa się przydać?
Walka, tedy, nie wchodziła w grę, a wszelkie próby młódka przypłaciłaby żywotem. Ruszyć się z kolei musiała, bo zrządzenie losu w którym się znalazła nie pozostawało wątpliwości — to jedna z tych sytuacji, gdzie albo coś się robi, albo się umiera. Istce nie widziało się umierać, miała jeszcze tyle niedokończonych spraw do załatwienia, tyle miłych chwil, których chciała doświadczyć, więc zrobiła pierwszą rzecz, jaką podyktował jej instynkt przetrwania — zdjęła umorusane skruszoną optimą mater i resztkami quebrithu rękawice, by cisnąć nimi na lewo — na parę sążni od kopca i samego niuchającego powietrze potwora. Liczyła, że kretołak — jeśli rzeczywiście nim był, bo nazewnictwo takowych istot było aktualnie gdzieś na samym dole jej listy priorytetów, tym bardziej że osobiście nie miała żadnego pojęcia co właściwie przed nią stoi — zainteresuje się przedmiotami bardziej niż cuchnącym ziemią i alchemią kawałkiem elfiego mięsa. Chociaż na tą jedną, cholerną chwilę, by mogła uciec.
Nie miała też najmniejszego pojęcia o zamiarach walczącej gdzieś za jej plecami Karri, ani znajdującego się milę dalej Asterala z towarzyszącym mu Austem, więc gdy tylko dwa kawałki grubej, wyprawionej skóry poszybowały w powietrze, Istka powstała, znowu próbując się wykraść z pola niedoszłej jeszcze walki. Wyjęła ukradkiem wspomniany już sztylet — na wypadek gdyby została zmuszona do ostateczności, następnie wycofała się kilka łokci do tyłu, trochę na prawo, a później próbowała oflankować kopiec i jego stwórcę wyraźnym łukiem, by mogła w końcu kontynuować z drżącym sercem wędrówkę do drzwi wieży. Zakładając, oczywiście, że do tej pory maszkara nie wyczuła jej tym swoim wielkim nosem, który najwyraźniej zastępował jej w jakimś stopniu oczy. Wtedy pozostawałby już tylko bieg z zadartą spódnicą, by spróbować dopaść do wrót, nim to potwór dopadnie ją.
Ilość słów: 0

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2217
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Wieża pod miastem

Post autor: Dziki Gon » 07 gru 2022, 1:17

Obrazek

Jesteś z Kręgu? Kto cię tego nauczył?

Ptaszek zdążył zaszczebiotać raz jeszcze. Szczebiotowi, podobnie jak poprzednio towarzyszył mentalny przekaz. Jednak myśli i skupienie Asterala już wkrótce miały znaleźć się gdzie indziej.
Zaalarmowany dostrzeżonymi na horyzoncie problemami, Piołun przygotował się do zaklęcia, zaczerpnąwszy Mocy z miejsca pod swoimi stopami. Rozumiał, że w normalnych warunkach nie dokonałby podobnej sztuki z równą łatwością i w tak rekordowym czasie. Szczęśliwie dla niego, warunki nie były normalne. Pagórek tętnił Mocą, a on, na fali niedawno przeprowadzonego rytuału, był skupiony na tym, co robił. Ostatecznie pomógł mu też nieco Aust, przekazując niewielką część zgromadzonej przez siebie energii, co w obecnej sytuacji było wcale roztropnym posunięciem.
Po raz kolejny jego wargi złożyły się do formuły. Aust, jeszcze zanim został ostrzeżony gestem, wycofał się na bok. Nie po raz pierwszy towarzyszył mistrzowi podczas czarowania. Padł na kolano, wbijając lewą dłoń w powierzchnię pagórka. Gleba zapulsowała jak bijące serce, kiedy oddawał zgromadzoną energię, nadając zaklęciu pożądany kształt i efekt.
Zaklęcie przyniosło rezultat co najmniej zbliżony do oczekiwanego — z powodu dzielącej go od wieży odległości, nie potrafił tego stwierdzić, ale podążający za Istką kształt znieruchomiał i zaniechał dalszego pościgu.


Obrazek

Sama elfka miała sposobność dostrzec to wyraźniej. W jednej chwili grube i włókniste korzenie wystrzeliły spod ziemi, wijąc się jak żywe węże oraz krępując monstrualnego gryzonia kilkoma grubymi jak powrozy splotami. Więzy sięgały od pasa w dół, wiążąc dolne kończyny bestii. Początkowo zaskoczony potwór zaszamotał się w ślepej furii, ale musiał dysponować przynajmniej szczątkową inteligencją, bo zaraz zmienił taktykę, usiłując przegryźć pędy swoimi zębiskami. Chociaż jego olbrzymie siekacze nadawały się do tego wcale nieźle, zadanie nie przyszło mu z łatwością. Korzenie były magiczne. Nie ustępowały równie łatwo, co zwykła materia.
Elfka zyskała więc czas i sposobność do ucieczki, której nie zagwarantowały jej rękawice, ciśnięte naprędce na bok, a zupełnie zignorowane przez stwora. Z dobytym puginałem kontynuowała wędrówkę w kierunku wieży. Właśnie wtedy ujrzała, że jej wrota otwierają się szeroko na oścież, odkrywając wypełniającą futrynę ciemność. Z ciemności, ex oblivione dobiegła ją również myśl. Ale inna niż dotychczasowe, bo nie jej własna. Pojawiająca się tak nagle i gwałtownie, że zdawało się jej, że nie tylko rozległa się w jej głowie, ale została wypisana pod powiekami niby ognistymi literami.

BIEGNIJ! ZATRZYMAM JE!

Wiedźminka toczyła walkę ze swoim przeciwnikiem. Stwór, przy całej swojej pokraczności i ślepocie okazał się ponadprzeciętnie szybki i celny. Jak większość potworów, zaatakował błyskawicznie, szerokim zamachem niezadraśniętej łapy, napotykającej tułów wiedźminki. Siła uderzenie wybiła jej na moment dech z płuc, lecz nie zaburzyła jej rytmu ani równowagi. Pazury stwora, choć imponujących rozmiarów nie były ostre jak u pozostałych teriantropów. Rany zatem nie było, było natomiast bolesne nadwyrężenie żeber, które po starciu z pewnością da o sobie znać, ale teraz w ferworze walki i znieczulającej adrenaliny było dającą się zignorować niedogodnością.
Karri złożyła palce w Znak Aard, wkładając weń tyle Mocy, ile udało jej się zgromadzić. Rezultat był do przewidzenia. Powietrze wokół łowczyni implodowało z kłującym uszy świstem, po czym uderzyło potwora kinetycznym podmuchem z siłą małego tarana. Stwór kwiknął, prawie po ludzku i niemal żałośnie, opisując w powietrzu malowniczego hołubca, po czym ciężko i niezgrabnie uderzył o pobliską ziemię, wzbijając tumany pyłu. Kiedy te zdążyły opaść, wiedźminka mogła zobaczyć, jak bestia odzyskuje zaburzoną orientację i niezgrabnie gramoli się z ziemi, wyraźnie przy tym kulejąc. Upadek, jeśli nie samo uderzenie zdecydowanie musiało go zaboleć. Miała szansę wykorzystać inicjatywę i zakończyć walkę tu i teraz.
Ilość słów: 0

Breith
Awatar użytkownika
Posty: 23
Rejestracja: 21 lis 2022, 7:25
Miano: Karri Kaatarine Breith
Zdrowie: Obolałe żebra
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Wieża pod miastem

Post autor: Breith » 07 gru 2022, 2:54

Setki myśli przelatywało, szukając najlepszego rozwiązania. Tak to właśnie bywało podczas starć, gdy umysł w pełni skupiał się na wykorzystaniu każdej możliwości. Bowiem wystarczył nieodpowiedni krok, a życie niczym piasek przesypywało się między palcami. Świadoma tego w pełni, w pierwszym odruchu tracić czasu nie chciała. Kto wie co może przynieść jej wykorzystanie trucizny. Tej samej, która nie tylko wypłoszyła kretołaka z podziemi, a również wprawiła go w stan wzmożonej agresji. Inną zastanawiającą kwestią był sam fakt zamieszkiwania tego poletka przez te konkretne stworzenia. Mając za sobą długie życie wiedźmińskie, na oczy nie poznała żadnego przedstawiciela kretołaków. Wiedząc o, na ogół, magicznym pochodzeniu tychże, wpierw co wpadło na myśl, był negatywny skutek używanej przez samego Mistrza magii. Możliwe również, że pojawienie się ich nie było czystym przypadkiem. Tylko kto i po co? Wielu może być zazdrośników, chcących zgarnąć innowacyjne projekty na własność. Istnieli również szaleńcy, a tych nigdy nie brakło. Karri o tym wiedziała. Czarodzieje wyjątkowo nabrudzili w historii Gryfów.
Lecieć w pędy już miała, by pokonać ten niewielki dystans, lecz plany zmieniła rzecz oczywista. Stan teriantropa najlepszy nie był, dając kobiece niesamowitą okazję do wykorzystania. Śmiało powiedzieć można, że sobą by nie była, gdyby teraz wycofała swe kroki bądź nie skorzystała z danej przez los możliwości. Nie czekając długo dopadła do niego, unosząc oręż zza głowę, nabierając tym samym potrzebnego do potężnego cięcia impetu. Złapała głębszy oddech, czując i tak znacznie spowolnione, od ludzkiego, bicie serca. Moment ten wyzwalał następny przepływ adrenaliny. Zabijanie, coś, po co lata temu została stworzona. W pewien pokraczny sposób przynosiło przyjemność. Każda kolejna ścięta morda, każdy kolejny przepołowiony potwór sprawiał, że świat dla ludzi stawał się znacznie bezpieczniejszy. Przy kontrolowanym wydechu, z całą zebraną w sobie siłą cięła pokraczne cielsko, licząc, że to ustąpi ostrzu srebrnego miecza. A potem, potem będzie mogła zwrócić swą uwagę na położenie Istki, mając z tyłu głowy, że niedługo mogą nie być aż tacy samotni na polu.
► Pokaż Spoiler
Ilość słów: 0
Młoda Karri ] [Obecna Karri ] [ Pełny wygląd Obrazek
Cel jest na końcu każdej drogi. Każdy go ma. [...] To jest sprawa tego, w co wierzysz i czemu się poświęcasz.

Kill count:
  1. Kretołak

Arbalest
Awatar użytkownika
Posty: 215
Rejestracja: 01 sty 2022, 21:49
Miano: Issaen Hiseerosh, zwana Istką
Zdrowie: W pełni sił; cuchnie apteką i gnojem
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Wieża pod miastem

Post autor: Arbalest » 07 gru 2022, 11:26

Tak! Tak! TAK! — zakrzyczała w myślach Istka, z wrażenia aż się uśmiechając. Nie znała autora czaru, ale ktokolwiek nim był — życie jej teraz ratował. Ktoś musiał nad nią tego dnia czuwać. Kłącza oplatające stwora skutecznie go unieruchomiły, a ona zaprzepaściła wszelkie próby skradania, na rzecz szybkiego znalezienia się pod wrotami wieży przez pełny galop, z zadartą kiecką i młócąc trzewikami po kolejnych tabunach ziemi.
Drzwi do tejże otworzyły się nagle i bez ostrzeżenia, za to z wyraźnym poleceniem usłyszanym w myślach. Nie jej własnym, i to chyba przeraziło ją najbardziej. Biorąc pod uwagę, że zdawało się ono dochodzić zza woalu ciemności obecnym za futryną, jego autorem musiał być nie kto inny jak Risteard.
Elfce coś się w tej ciemności i poleceniu bardzo nie spodobało. Zwłaszcza w tej pierwszej było coś, co sprawiło, że jej ciało postawiło opór, nie chciało wkroczyć do środka, nawet jeśli wieża oferowała bezpieczeństwo przed zagrożeniem zgoła materialnym i ciągle obecnym na polu.
No właśnie — pole. Nic ją nie goniło. Zdawać się mogło, że zyskała chwilę wytchnienia, więc zerknęła przez ramię, by zobaczyć jak radzi sobie Karri. Los wiedźminki był jej nieobojętny, ale — jak się okazało — ta nie miała najmniejszego problemu z wypatroszeniem stwora i albo zadawała mu właśnie ostateczny cios, albo zaraz miała to zrobić. Drugi potwór męczył się z magicznymi więzami, a szło mu opornie. Trzeciego, czwartego i kolejnych, póki co nie było widać, jeśli w ogóle takowe były obecne.
Dziewczyna nie wkroczyła do wieży.
Samootwierające się drzwi, za którymi stała tylko ciemność, za bardzo przypomniały jej to co działo się trzy dni temu w nawiedzonym dworku. To, zresztą, nie był jedyny powód. Przez ostatnie wydarzenia, Risteard mocno stracił w oczach Istki. Pospieszał ją z przygotowaniem środka, potem wysłał na pole bez przygotowania. Musiał doskonale wiedzieć co się na nim znajduje, więc albo liczył się z poświęceniem jasnowłosej dla dobra sprawy, albo zwyczajnie chciał ją celowo zabić. Na dodatek dwa obecne stwory, nawet przy swojej zwierzęcości, przypominały trochę... ludzi. Może grzebała w tym za głęboko, ale niewypowiedzianych ostrzeżeń było tyle, że nie chciała wracać do wieży maga na własną rękę. To wszystko się ze sobą nie dodawało.
— Risteardzie! Pomóż nam! Potwory! Na polu jest człowiek! — zakrzyknęła, nie spodziewając się jednak dużych efektów. Z dwojga złego, wolała wyciągnąć czarodzieja na zewnątrz, niż by enigmatycznie „zatrzymał” stwory ze środka, nawet jeśli z jednym mu się udało. Jeśli to był jego czar...
Potem obejrzała się jeszcze raz, ale tym razem już nie na samo pole, a na wóz którym przyjechali.
— Jeśli... jeśli stąd nie odjedziemy to to coś zeżre nam konia i rozwali wóz! Pojadę po Asterala i Austa! Niedługo wrócę! — dodała po chwili, uznając to za dobrą wymówkę. Osta i znajdującego się na wozie Selfa mogła, teoretycznie, poświęcić w ramach ostateczności. To były tylko zwierzęta. Ale teraz, gdy sytuacja się trochę uspokoiła, być może warto było je uratować, tym bardziej, że miała ku temu sposobność. Więc może to nie była tylko wymówka, ale coś co należało zrobić...
Tak przynajmniej sobie wmawiała. W kilkanaście sekund znalazła się na na wozie, gdzie nie tracąc czasu złapała za lejce.
— Trzymaj się koniku. Zaraz odjeżdżamy — wychrapiała do Osta, zerkając na pole jeszcze raz, następnie machnęła do wiedźminki, by — jeśli ta sama ją spostrzegła — dołączyła do niej. Nie planowała ruszać bez niej. Kątem oka, zaś, obserwowała ciągle wijącego się w pnączach drugiego stwora. Oby nie puściły zbyt szybko...
Ilość słów: 0

Asteral von Carlina
Awatar użytkownika
Posty: 193
Rejestracja: 25 lis 2021, 9:05
Miano: Asteral von Carlina
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Wieża pod miastem

Post autor: Asteral von Carlina » 08 gru 2022, 14:42

Nie potrzebował niczego więcej, żeby przekonać się o skuteczności swojej magii. Zniekształcone stworzenie, którego natury nie potrafił określić z tej odległości, zastygło. Zgodnie z wolą czarodzieja grube pędy i korzenie owinęły się dookoła stworzenia, unieruchamiając go na pewien czas. Wystarczająco, aby umożliwić jego towarzyszce ucieczkę. Zbyt krótko, aby odsunąć od siebie obawy przed ponownym atakiem bestii.
Niestety rzucanie zaklęć raz za razem, całkowicie wypruło go z mocy magicznej. Źródło pod jego stopami, przestało miarowo tętnić, uspokajając się. Wykorzystał również pokłady intersekcji. Nie posiadał żadnego magicznego kamienia, którym mógłby się posiłkować, ani magicznego eliksiru regenerującego energię. Musiał się raczyć tym co oferował świat.
A nie zapominajmy, że magiczna energia otaczała świat dookoła nich, tworzyła każdą materię, nadawała pęd rzeczom, dawała blask, ciepło, życie. Przeistaczała się, przepływała między palcami, krążyła w układzie. Zamykała cykl. Asteral rozprostował dłonie i pozwolił delikatnemu wietrzykowi przemykać między swoimi palcami, czerpiąc z niego energię. Nie było jej na tyle dużo, aby rzucić potężne zaklęcie, ale liczył się każdy jej okruch. Choćby jeden niewinny oddech.
Nim zwrócił swoje kroki w dół pagórka między porastającymi go krzewinami, zwrócił się jeszcze raz do ptaka. Z bliska mógł stwierdził, że ostatnim razem pomylił się w ocenie. Nie była to raszka, lecz zięba zwyczajna. Patrząc na umaszczenie za pewne samiec. Jestem wychowankiem Kręgu, ale nie jestem druidem. Znasz tutejszy Krąg?
— Trzymaj się blisko mnie. Nie wiem co to za monstrum, ale za pewne jest niebezpieczne. Pomagałeś mi w rytuale zmiany pogody, czułem również twoją obecność przy ostatnim zaklęciu. Myślisz, że będziesz w stanie wspomóc mnie magią kolejny raz?
Ilość słów: 0
Obrazek

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2217
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Wieża pod miastem

Post autor: Dziki Gon » 12 gru 2022, 22:13

Wiedźminka podbiegła do ogłuszonego i przewróconego potwora. Wykorzystując jego chwilową bezradność, rąbnęła od góry, z wysokiego zamachu ze skupieniem i starannością wykonującego egzekucję kata.
Wdech. Ostrze błysnęło krótko, a towarzyszący uderzeniu świst klingi szybko przeszedł w głośne mlaśnięcie. Wiedźminka poczuła krótki opór pod klingą, a chwilę później smród wątpi, które razem z krwią wylały się na ziemię. Wydech. Świeża, ciepła jucha płynęła strumieniami, wsiąkając w glebę. Rozłożony na rozprutym brzuchu stwór miał nie podnieść się już nigdy, zdolny tylko zacisnąć niemrawo szponiastą łapę w ostatnim, przedśmiertnym podrygu. Umarł w ciszy, nie wydając z siebie najmniejszego dźwięku.
Przeczucie czy doświadczenie nie myliło wiedźminki. Wkrótce mieli nie być sami na polu. Przynajmniej w dwóch innych oddalonych od siebie na pół strzelenie z łuku miejscach, gleba poczęła się wybrzuszać, ujawniając wyłaniające się spod niej, otrząsające się z piachu zgarbione sylwetki. Jeden pomniejszy teriantrop nie był zagrożeniem dla wprawnego wojownika, ale ich grupa zaczynała stanowić realne niebezpieczeństwo.
Elfka biegła, zostawiając za sobą tumany wznieconej trzewikami ziemi oraz oplątanego stwora, mocującego się z krępującymi go korzeniami. Udało jej się dobiec do wehikułu, do którego uwiązany był Ost. Wiekowy pociągowiec rudego czarodzieja, parskał i targał łbem na wszystkie na strony, na ile pozwalała mu uwiązana do dyszla uzda. Jednak nawet elfka nie spodziewała się, że zwierzę zareaguje z taką paniką, kiedy próbowała je uwolnić i zaprząc do wozu. Latające w powietrzu zaklęcia oraz nagłe pojawienie się drapieżników sprawiło, że Ost oszalał i wyrwawszy się Istce z rąk, z głośnym rżeniem przegalopował przez okoliczne pola w kierunku przeciwnym do wieży.
Schodzący ze wzgórza Asteral mógł tylko patrzeć z daleka na swojego wierzchowca pierzchającego w siną dal. Chwilowo jednak jego uwagę zaprzątały inne priorytety. Zaczerpnął Mocy i po raz kolejny tego dnia miał szczęście — wytworzona niedawnym rytuałem różnica ciśnień zesłała mu ożywczą bryzę, z której mógł bez większych trudności zaczerpnąć.
Zignorowany ptak zaszczebiotał, wisząc w powietrzu nad magiem, przypominając o swojej obecności. Asteral zadał mu pytanie. I uzyskał odpowiedź, początkowo wyczuwaną jako potwierdzenie, a po chwili nabierającej kształtu pełnego zdania.

Należę do niego. A ty właśnie wyświadczyłeś przysługę niebezpiecznemu szaleńcowi.

Zanim zdołał uzyskać jakiekolwiek dokładniejsze wyjaśnienie, ptak zerwał się do lotu. Przeczucie podpowiadało Piołunowi, że raczej nie wybrał się na zimowanie do Zangwebaru.
Aust zatrzymał się i potwierdził, łapiąc równowagę przy ostrożnym schodzeniu z pagórka.
Jeśli będę w stanie to tak, ale nie zostało mi wiele aury — wyjaśnił. — Co zamierzacie?
Niezależnie od planów Asterala, mistrz Risteard miał własne, które — rychło w czas — zdecydował się zrealizować. Powietrze zatętniło Mocą, co wyczuli zarówno zmierzający w kierunku wieży Asteral z Austem, jak i stojącą bliżej wiedźminka. Wszystkie stwory, zarówno ten walczący z korzeniami oraz pozostałe, wygrzebujące się ziemi, padły ofiarą rzuconego na odległość czaru. W jednej chwili oblepiło je coś, co konsystencją przypominało mokre błoto, zaś barwą ziemię pod stopami stworzeń, z której to wędrowało do góry, po nogach i zgarbionych tułowiach, by w końcu zamknąć się na ich ślepych łbach. Zamknąwszy, twardniało momentalnie, w ciągu kilku sekund jak wypalana na cegłę glina. Z trzech stworów zrobiły się trzy posagi zastygłe w zaskoczonych pozach.
Ciemność między uchylonymi skrzydłami wieży wypluła niespodziewanie śmieszną postać, pasującą do rustykalnej scenerii jak, nie przymierzając, kurwa do dobrego towarzystwa. Mężczyzna w średnim wieku o długich, luźnych włosach i długiej przystrzyżonej bródce koloru słomy, powiewając połami błękitnej, szamerowanej na złoto szaty, szedł w kierunku wozu i Istki, podpierając się co drugi krok laską z aktywnym magicznie kamieniem.
Co się stało? — zakrzyknął w kierunku elfki, gdy zbliżył się do niej na tyle, by móc być usłyszanym. — Środek okazał się niewystarczający?
Mężczyzna przystanął, kilkoma szybkimi oddechami próbując nadrobić lekką zadyszkę, której nabawił się w drodze.
Nie miały… prawa wyjść o tej… porze. Żerują tylko… po zmroku! — uniósł się, posapując, bardziej z zaskoczeniem niż z gniewem. — Kim jest ten osobnik?
Ostatnie pytanie zadał z pewną dozą zaskoczenia, mrużąc akomodujące się do słońca oczy na wiedźminkę, stojącą z ociekającym krwią mieczem nad tym, co zostało z porąbanego kretołaka.
► Pokaż Spoiler
Ilość słów: 0

Breith
Awatar użytkownika
Posty: 23
Rejestracja: 21 lis 2022, 7:25
Miano: Karri Kaatarine Breith
Zdrowie: Obolałe żebra
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Wieża pod miastem

Post autor: Breith » 13 gru 2022, 19:02

Niemal czuła metaliczny posmak juchy. Smakowała, czuła, słyszała. Swoją, niemal rozgrzaną w żyłach, napędzaną adrenaliną. Potwora, wylewającą się pod buty. Niewdzięczna, brudna robota. Bywały momenty, gdy człowiek zdawał sobie sprawę ze swojego położenia i w pewien sposób uwielbienia do tego, co robi. Uzależniona od adrenaliny nie potrafiła oprzeć się temu, a nic nie przynosiło takich wrażeń, jak walka na śmierć i życie. Potem nastawała cisza. W umyśle i ciele. Niejednokrotnie sponiewieranym przez pojedynek, wyniszczamy czasowo toksynami eliksirów. Cisza. Szum ustał, wpuszczając do umysły kolejne informacje. Rzadko myliła się w tych kwestiach. Tym razem nie było inaczej. Widok kolejnych przeciwników potrafił zmrozić, na trzeźwo kalkulując szanse. Kiedy ostatnio cofnęła się z walki? Czas nie spamięta. Tym razem nie chodziło o nią, a o życie niewinnej kobiety, zesłanej do ciężkiej roboty przy polu. Właściwie przy bufecie, w rozumieniu tych, którzy wyszli na światło dzienne. Większych dywagacji zaprzestała. Drganie medalion przybrało na sile. Dotychczas drażniący niespokojnie, uprzedził w pewien sposób orzeźwiający podmuch powietrza. Magia. Cóż, można i tak. Dopóki ta nie zwraca się przeciwko użytkownikowi. Cholera, zaschło w gardle.
Nagła chęć zaspokojenia pragnienia wzmagała na wspomnienia młodzieńczych lat spędzonych w Kaer Seren. Warownia Gwiazd, przynajmniej to co z niej zostało, mocno nakreśliła całą jej osobowość i jestestwo. Również stosunki z pozostałymi wiedźminami, z którymi to w ponure, zimowe wieczory pijała Białą Mewę obstawiając skryte zakłady. Ciepło sunące przez ciało, charakterystyczny posmak przezroczystego trunku. Tak, przywołane echo przeszłości czuła wręcz namacalnie, językiem badając podniebienie. Jednakże zadaniem Warowni nie było upijane młodych, i tych niekoniecznie, łowców potworów. Tam właśnie przeprowadzała jedną ze swoich pierwszych, samodzielnych sekcji. Ocena organów, wydobycie przydatnych wnętrzności co by wykorzystać je w przyszłości do licznych receptur alchemicznych. Tym razem również, bacznie utkwiwszy wzrok w sztywnym cielsku, zamierzała postąpić podobnie. Łeb odciąć na dowód, a resztę okroić i w miarę możliwości wykorzystać jak najwięcej.
Środek pola dobrym miejscem na takie zabiegi nie był. Głównie z faktu na liczne kopce, będące wystarczającym dowodem na obecność większej ilości potworów. Medalion nie drgnął kolejny raz mocniej niż przez ostatni czas, toteż kobieta ostrożnie zabezpieczyła oręż odkładając go na jego odwieczne miejsce. Złapawszy cielsko kretołaka tak, by wnętrzności nie wylewały się, nieśpiesznie kroczyła ku sylwetce dwóch person. Szurała zdobyczą po glebie, na której to zostawały malownicze, krwawe smugi. Niektórzy uznaliby widok ten za odrobinę przerażający, być może i niesmaczny. Facjata Kaatarine nabierała barw i łagodniejszych rys. Amok walki niejednokrotnie spaczał uśmiech w blady, pozbawiony emocji grymas. Przerażający swą powagą, szczególnie, gdy lico ozdobione zostanie cudzą juchą. Niekoniecznie ludzką. Wyłącznie oczy pałały czymś, co śmiało zwać można żądzą mordu bądź pragnieniem krwi. Obecnie o wyrazie znacznie przyjemniejszym, z pełną ciekawością świdrujące mężczyznę z wieży. Persona bez wątpienia intrygująca. I tym, kim być powinna.
Zbliżywszy się odpowiednio blisko, by być w pełni słyszalną, wyprostowała w pełni sylwetkę. Szerokie ramiona, rozbudowana klatka piersiowa. Twarz o rysach, które z daleko ciężko przyporządkować. Głos, o dziwo, odpowiadał na to pytanie.
Odpowiednim człowiekiem w odpowiednim czasie — rzuciła, w między czasie szukając na ciele elfki ran czy przetarć. Nie ucierpiała, a więc Kerri odetchnęła z dozą pewnej ulgi. Na starość wzięło ją na sentymenty i rozważania.
A to — mocnym ruchem barku wywlokła zza siebie pozbawionego życia kretołaka — w istocie prawa nie miało wyjść. Również, jak zapewne domyślacie się, żyć nie miało prawa — podjęła temat. Postawa Karri była wręcz dumna. Zdecydowanie dało się wyczuć od wiedźminki bijącą aurę samozadowolenia. Rozmowę na ten temat podjęła w niekoniecznie w sprzyjającym momencie, wiedząc, że rozmówca może speszyć się wyciąganymi faktami. Bądź, o zgrozo, przytaknąć iście zafascynowany przytarganą zdobyczą. Zdobyczą, której Breith nie odstąpi, i do której zbliżyć się nie pozwoli nikomu. Nie na chwilę obecną.
Stworzeń pokoniunkcyjnych od groma stąpa po Kontynencie i poza nim. Tego jednak, jak żyję, spotykam pierwszy raz na własne oczy — powiedziała. Dotknęła miejsca przyjęcia na siebie pazurów. Stopniowo na pierwszy plan wychodził ból żeber. — Psiakrew. Cokolwiek tutaj tworzycie z eksperymentalnymi uprawami, nie wpłynęło dobrze na resztę fauny. Kretołaki nie występują naturalnie. Nie powinny. Przy ich powstaniu musi ingerować magia — wyjaśniła, stając krok do przodu. Wyżłobiona głowa gryfa zakołysała się na srebrnym łańcuszku.
I dlatego tutaj jestem. Musimy porozmawiać, Mistrzu Risteardzie, na kilka pilnych tematów. Wybaczcie mi ten brak kurtuazji, niecodziennie wymianę uprzejmości przerywa coś, co może zeżreć rozmówcę. Nazywam się Kaatarine, a zwą mnie przeróżnie. Choć to nie ma znaczenia.— Skinąwszy głową przesunęła oczyma raz jeszcze po wozie.
Nie zamartwiaj się, Istko. Wytropię twego przyjaciela, gdy tylko dopnę istotne rzeczy. Nie wydaje się, by zbiegł szczególnie daleko o ile coś go nie zeżre po drodze.
Ilość słów: 0
Młoda Karri ] [Obecna Karri ] [ Pełny wygląd Obrazek
Cel jest na końcu każdej drogi. Każdy go ma. [...] To jest sprawa tego, w co wierzysz i czemu się poświęcasz.

Kill count:
  1. Kretołak

Arbalest
Awatar użytkownika
Posty: 215
Rejestracja: 01 sty 2022, 21:49
Miano: Issaen Hiseerosh, zwana Istką
Zdrowie: W pełni sił; cuchnie apteką i gnojem
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Wieża pod miastem

Post autor: Arbalest » 13 gru 2022, 20:37

— Nie, nie, nie, NIE! — powtarzała, tym razem na głos, w porę puszczając końską uprząż, tak że spłoszony rumak o mało co nie zaczął wlec ją za sobą po ziemi. W pędzie wywołanym ogólnym pośpiechem i ciągle nieustępującą do końca paniką, nie miała jak zauważyć, że uwiązana dotychczas do dyszla kobyła sama jest w stanie dużego pobudzenia i gotowa była w każdym momencie skorzystać ze świeżo odzyskanej wolności, by dać kopyto. No i dała... A elfka, jak to elfka — mądra po szkodzie.
— STÓJ! OST! STÓJ! D'yaebl, syfilis, franca i trąd! — wrzasnęła teraz już na całe gardło, ale zwierzę było już w pełnym galopie, z każdą sekundą oddalając się zarówno od niej, jak i od wieży pod którą stała. Niestety dla złotowłosej, nie miała zbyt ekstensywnego doświadczenia w obchodzeniu się ani z parzystokopytnymi, ani żadnymi innymi czworonogami, a gonić za pędzącym z pełną prędkością wierzchowcem to sobie mogła... Pozostawało jej wierzyć, że wiekowy, ale zubożony o obciążenie koń nie padnie ofiarą nawiedzających pole potworności.
A co do jej samej — no właśnie... Pozbawiona środka ucieczki, Istka znowu znalazła się w nieciekawym położeniu. Schowawszy się za pozostawionym na podjeździe wieży wozem Asterala, ponownie zerknęła w kierunku wiedźminki i jej najbliższej okolicy. To ujawniło, że abominacji było więcej niż tylko dwie. Kolejna para zdążyła wynurzyć się ze swoich jam, gdzieś po środku ugorów... i nie zdążyła zrobić wiele więcej, bo tak oto Risteard pojawił się — jak to czarodzieje mają w zwyczaju — ani za wcześnie, ani za późno, a dokładnie wtedy kiedy miał na to ochotę. Jak się okazywało — było to rychło w czas. Zaklęcie zamieniło pozostałe, ciągle obecne na polu zagrożenia w gliniane posągi, a przynajmniej to było dane zobaczyć samej interesantce, której pozostało biernie przypatrywać się w niemałym osłupieniu.
Ocalona potrzebowała kilku głębszych oddechów, by wzniesiony na wyżyny poziom adrenaliny zaczął powoli spadać do akceptowalnego, umożliwiającego względnie koherentną konwersację.
— One prawie... — spróbowała zacząć, ale na kolejny moment odjęło jej mowę. — One rzuciły się na mnie! Prawie mnie żywcem zeżarły! — wygarnęła czarodziejowi, zaczynając otrzepywać twarz i ubranie z całego brudu, którego nabawiła się w ciągu ostatnich pięciu minut. Daremny wysiłek, jak zaraz się przekonała, bo całe jej odzienie wymagało prania, a ona sama — gruntownej kąpieli.
— Jak widać... wlałam go tak jak kazaliście. Do jednego z kopców... A chwilę potem wyszła z niego jedna z tych maszkar! I potem kolejne... z całego pola. Melitele...
Na parę następnych spostrzeżeń czy pytań Ristearda już nie odpowiedziała. Kaatarine stosownie ją w tym wyręczyła. O niej samej wspomniała krótko, gdy ta pojawiła się już bliżej wieży.
— Ona mnie uratowała. Gdyby nie zabiła tamtego stwora... leżałabym tam teraz martwa — dokończyła już z mniejszym przejęciem, ale gdy tylko ponownie zerknęła na czarodzieja, jej mimika przeszła w złość, jeśli nie od razu w gniew.
— A ty wiedziałeś! — odrzuciła szybko jakiekolwiek tytuły grzecznościowe, tak jak wtedy wobec Asterala, kiedy nietoperz zaatakował ją w dworku. — Wiedziałeś, że na polu są potwory, a i tak mnie tam wysłałeś! Od początku mówiłam, że na takie coś potrzebny jest monstrocyd, a ja głupia uwierzyłam, że to tylko jakieś zwierzęta...
Elfka, oparła się zrezygnowana o wóz Asterala, zauważając, że on i jego uczeń w końcu zmierzają w ich stronę. Z Risteardem chwilowo nie miała ochoty gadać. Cały ten bajzel trzeba będzie wyjaśnić, co do tego nie było wątpliwości, ale teraz nie miała na to siły. Może gdy trochę ochłonie, gdy upewni się, że towarzyszącym jej czarodziejom nic nie jest. Czy nikomu nic nie jest...
— To koń mojego konfratra. Tego co właśnie tu zmierza — odparła Karri, kiwnąwszy ufajdanym łbem w kierunku zmierzającej do nich dwójki. — A co z tobą? Nie poharatał cię? Lepiej będzie jeśli zerknę. Widzę jak łapiesz się za biodro... — spostrzegł wnikliwy wzrok felczerki z trzydziestoletnim doświadczeniem.
Ilość słów: 0

Asteral von Carlina
Awatar użytkownika
Posty: 193
Rejestracja: 25 lis 2021, 9:05
Miano: Asteral von Carlina
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Wieża pod miastem

Post autor: Asteral von Carlina » 14 gru 2022, 20:15

Ptak, stanowiący tylko zwierzęce oblicze druida, wyraził swoją dezaprobatę odegnania złej pogody, która nie sprzyjała zaklętym plonom. Niebezpieczny szaleniec, jak został nazwany mistrz Risteard, był człowiekiem manipulującym światem, przeobrażającym go, ingerującym w harmonijnie płynącą od lat energię, co zawsze było nie w smak jemiolników. Zamknięty w swoich enklawach pozostawali głusi na potrzeby zwykłego prostego ludu, nie dostrzegali możliwości, które płynęły z magii, stosując się sztywno do starych i nieadekwatnych do obecnych realiów zasad. Odwracali wzrok od potrzebujących. Choć Asteral nie pochwalał wykorzystywania czarów do własnych wygód i sam wytykał pychę swoim konfratrom, dostrzegał w poczynaniach rezydenta z wieży istotny potencjał. Zwiększone plony mogły uchronić świat przed głodem. Poprawić jakoś życia tym, którzy ciężko walczą o każdy kawałek chleba i o każdą łyżkę kaszy. Właśnie to poróżniło Piołuna z kovirskim kręgiem.
Rozumiał jednak obawy, przemawiające przez ptasi dziób. Choćby, wcześniej wspomniany w rozmowie mistrz Ortolan z Rissbergu, był szalony i niepohamowany w swoich fantazjach i ambicjach. Choć świat wiedzących zawdzięczał mu wiele niezwykłych osiągnięć, jak szeroką wiedzę na temat mutacji i hybrydyzacji, czy wynalezienie dekoktu alraunowego, który zapobiegał starzeniu się – był również autorem wielu ohydnych i przerażających eksperymentów. W większości przemilczanych, aby nie zaszkodzić autorytetowi Ortolana. Niemniej jednak nie zamierzał ganić pomysłów Risteard. Każdy czarodziej był niebezpiecznym szaleńcem.
Już nic – odparł wskazując dłonią na efekt zaklęcia – ale świetnie się spisałeś, wspierając mnie w czarowaniu. Przy wolnej chwili musimy popraktykować magię. Wiedziałem, gdy pierwszy raz do mnie przyszedłeś, że będzie z Ciebie dobry materiał na czarodzieja. Magia wymaga rozwagi, uporu i bystrości umysłu. Nad tym pierwszym jeszcze popracujemy, pozostałych Ci nie brakuje. A wiedza i doświadczenie samo przyjdzie.
Cokolwiek Asteral planował, jego kumoter spod Aldersbergu zrobił swoje. Wykorzystując potężne zaklęcie, rażąc nim z odległości, przemienił żyjące zwykle w podziemiach potwory w kamienne posągi. Ratując tym samym Istkę i jej nową towarzyszkę. Z tej odległości nie potrafił określić istotę zaklęcia. Nie zamierzał jednak się nad tym roztrząsać. Pośpiesznie zmierzał do pozostałych.
Nim dwoje czarodziejów dotarło, załapali się zaledwie na koniec rozmowy, słysząc tylko krzyki i burzliwą wymianę zdań, a Piołun dyszał przy tym co niemiara. Zupełnie nie pasowało to do odpornych na choroby, magicznie modyfikowanych organizmów wiedzących. Oddech rudowłosego był świszczący i ciężki, przerywany przeraźliwym kaszlem, jakby zaraz miał wypluć płuca. Zakrywając usta, na zewnętrznej stronie dłoni odnalazł ślady krwi. Niedobrze. Przeforsowałem się , pomyślał szukając w kieszeniach buteleczki z magicznym specyfikiem łagodzącym objawy schorzenia. Niestety nie odnalazł jej. W najlepszym wypadku zostawił ją na wozie, w najgorszym w rezydencji oddalonym o kilka dni drogi. Mężczyzna w potężnym ciężkim płaczu, wyglądający na trzydzieści parę lat o rudych niedbale ułożonych włosach, kilkudniowym zaroście na twarzy i przenikliwych chabrowych oczach zupełnie nie pasował do typowego opisu wiedzącego. Karri potrafiła jednak wyczuć od niego bijącą aurę.
Mistrzu Risteardzie oczekuję wyjaśnień… khy khy… Cokolwiek się tutaj stało, nie powinieneś narażać mojej towarzyszki na takie zagrożenie. Nie jest wiedząca, ani nie włada mieczem. Gdyby nie pomoc – spojrzał na Karri, wyraźnie oceniając ją – wiedźmina i mojej magicznej interwencji, pętając jednego z tych stworów… khy khy… z Istki nie mielibyśmy co zbierać. Rozumiem jednak, że jest to zaniedbanie… khy khy… które się więcej nie powtórzy.
Nic Ci nie jest? – spojrzał na elfkę opiekuńczo, choć obiektywnie patrząc to Asteral wyglądał gorzej od niej. Był blady i sapiący. Zasinione usta delikatnie drżały mu. Prawdopodobnie jego organizm był niedotleniony. Czuł jednak rozżalony, że kolejny raz dziewczyna była narażona w jego towarzystwie.
Wybacz za moje maniery. Powinienem Ci.. khy khy… podziękować za pomoc – kiwnął głowę na właścicielkę kocich oczu – Jestem Asteral von Carlina. Czarodziej spod Vengerbergu.
Ilość słów: 0
Obrazek

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2217
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Wieża pod miastem

Post autor: Dziki Gon » 16 gru 2022, 4:26

Porąbany kretołak, pozbawiony części swoich wątpi okazał się dość lekkim, by dało się go wlec, nawet jeżeli było to zadanie wymagające od wiedźminki pewnego wysiłku.
Czarodziej, zapewne gospodarz tego miejsca, wytrzymał niepokojące spojrzenie wiedźminki, zaś ciekawość zdawał się odwzajemniać w dwójnasób.
Mutant! — niemal zawołał, zupełnie ignorując wleczone przez wiedźminkę zmasakrowane truchło teriantropa. — Ach, żeńskiej odmiany!
W swoim długim jak na wiedźminkę życiu Karri zdarzało się słyszeć podobne określenia niejednokrotnie. W zdecydowanej większości przypadków pozbawione były entuzjastycznego zabarwienia zdradzanego przez cudaka z kosturem.
Fascynujące — powtórzył, gapiąc się na kobietę jak na muzealny eksponat, praktycznie wiwisekcjonując ją spojrzeniem. Z poznawczego stuporu wyrwała go ekspertyza charakterniczki, nieomylnie zmierzająca w kierunku tematów, na które miał sporo do powiedzenia. — Nie występowały do czasu, kiedy część z nich przedostała się do ekosystemu i z powodu błędu w genomie udało im się rozmnożyć. Na drodze doboru naturalnego, nie hybrydyzacji, która powołała je do istnienia…
Czarodziej zmrużył oczy, przyglądając się odbijającemu refleks medalionowi wyobrażającego orlą głowę.
Niewiele ich zostało — oświadczył. Wiedźminka nie miała pewności czy mówił o jej konfratrach, czy kontynuował wykład o teriantropach. — Mnie udało się pozyskać kilka osobników celem eksperymentów i obserwacji. Udało, choć nie bez trudności… Jednak nie mam żalu za zabicie jednego, bez obaw. Oglądać cię w akcji było wielce pouczającym doświadczeniem!
Z każdym słowem wiedźminka nabierała przekonania, że czarodziej był ekscentrykiem nawet jak na standardy swojego cechu. Mało który wiedzący rozmawiałby z wiedźminem w taki sposób. Bez okazania zamierzonej wyższości i pogardy.
Ach, rozumiem. Najęli cię. — Czarodziej z miejsca odgadł powód jej niespodziewanej wizyty, w najmniejszym stopniu nie zaprzątając sobie głowy brakiem zwyczajowych kurtuazji. — Zwę się Risteard. Mistrz Risteard, agromanta. Znaleźliście mnie zatem.
Mężczyzna wyprostował się z godnością. Karri złowiła niedostrzegalne dla zwykłego oka reakcje. Jak ledwie zauważalny błysk aktywnego kamienia w kosturze, zasygnalizowany dodatkowo lekkim drgnięciem medalionu. Drobne zmiany w mimice zdradzające napięcie i gotowość. Słowa wiedźminki obudziły w nim uśpioną ciekawością czujność. Wiedziała, że zastanawia się, czy wynajęli ją przeciwko niemu. W przeszłości była to wcale nie niespotykana praktyka, na którą zasłużyło wielu czarodziejów wyłamujących się z reguł Bractwa. Znajdowali się też tacy wiedźmini, którzy byli skłonni podjąć się podobnego kontraktu, a nawet go wykonać.
Jak na ironię, narastające napięcie przerwał nagły wybuch Istki, wyrzucającej z siebie cały skumulowany w ciągu ostatniej minuty gniew i strach. Agromanta zdawał się szczerze zaskoczony jej reakcją.
Nie widzę powodu do nerwów, przyszedłem w sukurs najszybciej, jak mogłem — bronił się. — Nadto zaś sugerowałem się waszą opinią jako profesjonalistki. Prawidłowo uwarzona mieszanka winna być stuprocentowo zabójcza dla tych organizmów. Błąd w sztuce jest jedynym wyjaśnieniem zaistniałej sytuacji.
Aczkolwiek — podjął w zastanowieniu, zdając się nie dostrzegać ewentualnie zmieniającej się pod wpływem jego słów twarzy elfki. — Rezultat operacji uważam za nieodmiennie interesujący. Środek okazał się skuteczny przy wywabianiu organizmów na powierzchnię, choć niepotrzebnie je rozjuszył… Ewidentna sprawka kryjącego się w mieszaninie tojadu. Tak czy inaczej, zapłacę wam pełną umówioną stawkę, jak tylko… Hmm, gdzie jest rozpylacz?
Kolejna tyrada elfki ponownie przywróciła go do teraźniejszości.
Jak mówiłem, odniosłem wrażenie, że dysponujesz umiejętnościami odpowiednimi do wykonania tego zadania… Być może nie ujawniłem wszystkich szczegółów, ale nie przypuszczałem, że okażą się istotne… A „potwory” to cokolwiek emocjonalne określenie… Pomijając już fakt, że posiadają przynajmniej trzydzieści procent ludzkich genów, to zostały przysposobione do tych warunków i sprawdzały się bez zarzutu. Przynajmniej do czasu zasadzenia nowej, eksperymentalnej uprawy.
Wykład na temat nowej, eksperymentalnej uprawy przerwało nagłe pojawienie się dyszącego jak zdychający mamut Asterala w towarzystwie czarnowłosego i bladolicego ucznia Austa. Risteard zbliżył się do konfratra, słuchając. Jednak bardziej niż jego słowa interesował go nietypowy kaszel Piołuna.
Hmm, nieładny. Ewidentnie przewlekły i długotrwały. Trwała mutacja oskrzeli w połączeniu z nietolerancją na eliksiry. Zgadłem?
Aust, choć niedawno połechtany miłą pochwałą i zapewnieniem swojego mistrza, był nad wyraz cichy i skupiony. Mogło się zdawać, że to jego reakcja na niedawne wydarzenia, lecz w rzeczywistości adept nie potrafił się zdecydować czemu poświęcić więcej uwagi — osobie wiedźminki czy przywleczonego przez nią truchła.
Czy to jest to, co myślę? — zapytał jej, spoglądając na ślepego potwora z flakami na wierzchu. — Bo myślę, że to zdegenerowany szczurołak.
Młody czarodziej mylił się, choć był wcale blisko ze swoim przypuszczeniem. Wiedźminka, jak i agromanta wiedzieli, że stworzenia te zostały wyhodowane właśnie ze szczurołaka.
Ilość słów: 0

Breith
Awatar użytkownika
Posty: 23
Rejestracja: 21 lis 2022, 7:25
Miano: Karri Kaatarine Breith
Zdrowie: Obolałe żebra
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Wieża pod miastem

Post autor: Breith » 17 gru 2022, 16:52

Mutant, odmieniec, parszywiec, piekielny pomiot, czarcia cholernica — w nieskończoność wymieniać można te mniej dźwięczne, jak i bardziej przystępne określenia. Wiele szkód nie wyrządzały, przyzwyczajenie robiło swoje. To niezdrowa ciekawość zwracała uwagę na sposób spojrzenia. A wzrok starca przypominał czasy młodości. Jej własnej, rzecz jasna. Dokładnym będąc, to czasy, gdy relacje z czarodziejami nie pozostawały tak wiele do życzenia co dnia obecnego. Zachłanne spojrzenia skierowane na biblioteki Warowni Gwiazd. Pożerające tak samo, pragnące zdobyć to, co pozostawało tajemnicą dla wielu. Tożsamo, co na resztę tajemnicy łowców potworów. Brak zgody na rzucenie okiem, choćby na jeden drobny zapisek, doprowadził do katastrofy. Karri przeszłości nie lubiła roztrząsać aż tak, wierząc, że każdemu należy się szansa udowodnienia niepowielania błędów przodków. Patrząc na gospodarza tych włości w kościach czuła odpowiedź. Nie potrzebowała upewnienia, by wiedzieć, że barwna postać Ristearda mogła doprowadzić do wielu incydentów. Świadomie bądź nie.
Ściśle mówiąc, pełna racja — przytaknęła, potwierdzając słowa mężczyzny. Wiedza Mistrza zafascynowała wiedźminkę. Niewielu ludzi spotykała o znajomości nie tylko potworności Kontynentu, co wręcz szczegółów ich obejmujących. — Dlatego nie winno się eksperymentować w tej dziedzinie. To narażenie dla ekosystemu i ludzi. Pozwolić na stałe mutowanie, przystosowujące do nowych warunków otoczenia. Adaptację, prostą drogą prowadzącą do anomalii większych niż do tej pory znamy. Niezależnie jak wiele dobra naukowego może kryć się za takimi praktykami, nie jest to ryzyko warte podjęcia — odpowiedziała, energicznie gestykulując dłonią. Praktyki takie jak te, w umyśle kobiety były cholernie nieodpowiedzialne. Nie omieszkała się podkreślić tego w tonie głosu, prowadząc iście moralizatorski monolog. Gdyby tylko sens tego był... Ilu mogłoby przekonywać czy prosić? Bezskuteczne jest narzędzia słowa, gdy czarodziej uprze się na swoim.
Zapewne zdajecie sobie sprawę o zagrożeniu, jakie powstało przez te obserwacje. I prędko zamierzacie doprowadzić to do porządku. — Ukrywanie niezadowolenia nie tkwiło w guście Breith. Rzadko kiedy nie była szczera z własnymi myślami. Mimo tego, tkwiła spokojnie. Absolutnie nie zamierzała atakować Ristearda, prócz aspektu słownego. Zawsze tkwiła przy pokojowych rozwiązaniach, jeśli sytuacja pozwalała na takie kroki. Cicha nadzieja mówiła, żeby próbować. Bo po cóż przelewać krew, mogąc doprowadzić sprawy do końca i bez tego?
Tojadu — powtórzyła tuż po Risteardzie. — Tak myślałam. — Zwróciła wzrok ku Istce. Osobiście nie zdążyła odpowiedzieć na pytanie zadane przez wiedźminkę, toteż zdana na własne domysły pewności nie miała, co do zawartości nieciekawego urządzenia. Do tej pory. Ciekaw była metody doboru składników płynu. Szczególnie wiedząc, jakoby elfka pozbawiona była świadomości o istniejącym niebezpieczeństwie.
Ledwie drasnął pazurami. Siłę to cholerstwo miało, to fakt. Ale ze mną tak prosto nie jest — parsknęła, delikatnie zadzierając głowę. — Żebra bolą. Prócz tego myślę, że wszystko jest w należytym porządku. — Skinęła głową w geście podziękowania, jednocześnie zmieniając ciężar nogi. Preferowała być w ruchu, nawet gdy stała. W ten sposób skuteczniej skupiała myśli.
Jego harczenie stąd słyszę — przyznała, odwracając głowę ku zmierzającej dwójce. Ciężko nie słyszeć spłyconego oddechu czy pokaszliwania komuś z jej zmysłami. Coraz więcej rozmówców przybywało, z czego większa część z nich operowała magią. Fakt ten lekko niepokoił kobietę. Komfortowo nie czuła się w takiej przewadze, patrząc na możliwości magiczne i nieznajomość person posługującymi się nimi. Śpiesznie kropkami połączyła powiązania. Ten z tą, tamten z tamtym...
Niczego mi winnien nie jesteście — odparła na słowa kolejnego w ich towarzystwie czarodzieja. Wykonała część swego psiego obowiązku, zapłaty w zamian nie oczekując. Mogłaby, a jakże! Bądź co bądź Istka mogłaby nie przeżyć bliskiego spotkania z kretołakiem. Różnica polegała na tym, że oboje pomogli sobie na polu walki. Znaczyło to tyle, że nietaktem według Karri było domagać się czegoś, co zostało już spłacone. W pewien pokrętny sposób.
Milczała na temat zdrowia kolejnego czarodzieja, dając Risteardowi możliwość do skomentowania. Nie ukrywając zainteresowania, sięgnęła ręką za plecy. Z pasa odpięła manierkę obitą w skórzany pokrowiec. Solidną, nieco obdrapaną, czego rzecz jasna ciężko zauważyć. Wyciągnęła ku Asteralowi rękę z nią, odkręciwszy uprzednio korek.
Golnij sobie. Czysta woda, zaręczam. — Pomocna dłoń.. No tak, życzliwość mutanta mogła wprawić w osłupienie, jeśli znało się wyłącznie opowiadania wioskowych głupków.
Nagłe pytanie Austa zwróciło uwagę na jego osobę. Z bliska znacznie przypominał jedną, znajomą facjatę. Oczywiście nie miała prawa znać jego we własnej osobiem. To odległe zakamarki wspomnień wysuwały na wierzch stare sentymenty. Ah, kiedyś to było...Czasy, gdy sama miała okazję prowadzić za rękę młodych adeptów wiedźmińskiego rzemiosła. Zadających podobne pytania z pełnym skupieniem. Mimowolnie obdarzyła go uśmiechem, schylając się ku cielsku.
Blisko — kiwnęła głową, dłonią wskazując na łeb potwora. — Ale pudło. Po przyjrzeniu się zauważysz faktyczne wiele podobieństw fizjologicznych. Zakładam, jakoby wnętrze niewiele różniło się od ich, poniekąd, krewnego. — Rękę przesunęła nad rozpruty brzuch. — Nie dziwię się takim wnioskom i pogratulować raczę sztuce dedukcji. Bowiem to jak ujrzeć ghula i dywagować nad pokrewieństwem z aghulem. Pięknie opisuje to dzieło niejakiego Jana z Brugge, traktujące o... — urwała, gryząc się w język. Miewała momenty takie jak te, gdy nadto odchodziła od tematu, zbytnio rozgadawszy się na jakiś temat.
Bliższa analiza wskazuje na sporą pokrewność genetyczną z ludzką, tak, jak sam Mistrz Risteard oznajmił. Nie wdrażając się aż nadto w szczegóły całego procesu, osobnik ten nazwan kretołakiem, w naszej mowie, a powstał nie z bezpośredniej degradacji stworzenia postkoniukcyjnego, co przez liczne magiczne działania oraz eksperymenty. Właśnie to na bazie wspomnianego szczurołaka. Dzieli z nim wiele cech wspólnych. Zasadniczą różnicą jest zmysł wzroku, który to zanikł. — Z powrotem wskazała ma łeb, obracając go tak, by Aust bez problemu zauważył oczodoły potwora. Czy raczej to, co mogłoby na nie sugerować. Wten wyprostowała się, przypominając sobie, w jakim celu tutaj przybyła. Odchrząknęła lekko, zwracając się do Ristearda.
Wracając do rzeczy istotnych i naglących — zaczęła. — Potrzeba wiedzieć Ci, że tutejsi mieszkańcy jęli zamartwiać się nad brakiem kontaktu. Szczególnie po wyjrzeniu na powierzchnię tych tutaj. Do czego rzecz jasna wrócimy — Ruchem głowy wskazała na pole. — Rozpatrując możliwości wszelkie, doszli do wniosku, że w inny sposób dowiedzieć muszą się czy Mistrz żyje. A co więcej, co z umową, którą to zawarliście z miasteczkiem. Widzicie — ciągnęła dalej, krzyżując dłonie na piersi — nieładnie tak unikać odpowiedzialności wynikających z danego słowa. Rozumiem , że kwestia "eksperymentalnych upraw" pozbawiła możliwości choćby poinformowania tych ludzi o ciążącym problemie. Nawet nie tyle możliwości, co chęci podzielenia się z takowym faktem. Mylę się? — Kocie oczy świdrowały rozmówcę, nijako wywierając presję odpowiedzi.
Potrzeba mnie również wiedzieć, po co sprowadziliście kretołaki i jaką funkcję miały pełnić. Przypuszczam, że miały pozbywać się wszelakiego szkodnictwa, jednak coś wyszło spod kontroli. Tedy też najęliście elfkę, licząc na efekty. **
Ostatnio zmieniony 21 gru 2022, 6:04 przez Breith, łącznie zmieniany 1 raz. Ilość słów: 0
Młoda Karri ] [Obecna Karri ] [ Pełny wygląd Obrazek
Cel jest na końcu każdej drogi. Każdy go ma. [...] To jest sprawa tego, w co wierzysz i czemu się poświęcasz.

Kill count:
  1. Kretołak

Odpowiedz
meble kuchenne na wymiar cennik warszawa kraków wrocław