Wieża pod miastem

Obrazek

Miasto z własną warowną twierdzą, a także konwisarniami i manufakturami wełnianymi, obecnie wznawiającymi swoją działalność, by dostarczyć zubożałym mieszkańcom uczciwego zajęcia oraz perspektyw w niepewnych, powojennych czasach.


Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2217
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Wieża pod miastem

Post autor: Dziki Gon » 17 cze 2021, 8:56

Obrazek

Kawałek na północny wschód od miasta, gdzie rozciągają się żywiące je pola uprawne wraz z gospodarstwami, spoglądając na horyzont, można dopatrzyć się widoku w obecnych czasach zgoła niecodziennego. Oto na porośniętym niewielkimi klonami pagórku rzut kamieniem od sadyb i obsianych gruntów, stoi samotna wieżyca, górująca nad całą nieprzystającym doń rolniczym krajobrazem. Budowla, wzniesiona na ośmiobocznej podstawie, ma na oko szesnaście sążni wysokości oraz zadartodache lukarny otaczające szczyt rogatą koroną, wespół z wierzchołkiem nadającej jej zwieńczeniu charakterystyczny gwiaździsty kształt. Konstrukcja zdaje się nową, a podróżni bywający w Aldersbergu twierdzą, że nie było jej tu jeszcze przed ostatnią wojną z Nilfgaardem. Okolica budowli zdaje się być opustoszała, rzadko uczęszczana, wręcz celowo unikana nawet przez mieszkańców najbliżej położonych gospodarstw, lecz światła zapalające się co noc na szczycie wieży, a czasem towarzyszące im hałasy nieomylnie zdradzają, że daleko jej do bycia niezamieszkałą.
Ilość słów: 0

Arbalest
Awatar użytkownika
Posty: 215
Rejestracja: 01 sty 2022, 21:49
Miano: Issaen Hiseerosh, zwana Istką
Zdrowie: W pełni sił; cuchnie apteką i gnojem
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Wieża pod miastem

Post autor: Arbalest » 12 sty 2023, 21:34

Puścić sok, z wodą w proporcji zmieszać, przegotować, znowu puścić, odparować, a na koniec olej skroplić. Dla alchemika z jakimikolwiek kwalifikacjami — w zasadzie trudno o działania bardziej podstawowe.
Dla felczera... nie do końca, ale szczęściem Istki — los i jego tory uposażyły ją nie tylko w wymaganą do przeprowadzenia stosownych procesów wiedzę, ale też zręczne, elfie paluszki, z których potrafiła zrobić użytek, by wprowadzić te procesy w życie. Gdy już tylko udało jej się ustawić aparaturę i potwierdziła chwilę potem, że destylacja przebiega zgodnie z oczekiwaniami, zostawiła miedziane naczynia samymi sobie, nie próbując dalej ingerować w ich pracę. Nadgorliwość wszak gorsza od... no właśnie, właściwie czego...? Dobre pytanie.
W praktyce oznaczało to, że mogła odwrócić proporcje względem swoich zamiarów, to jest — oglądać cały spektakl, jedynie co jakiś czas zerkając, dla pewności, w kierunku stołu alchemicznego. A podziwiać było co... Elfka, w swoim stosunkowo prostym, czterdziestosiedmioletnim życiu, nie miała nigdy okazji podziwiać niczego „z lotu ptaka”, a więc i zupełnie nowa perspektywa — i to jak realistyczna się wydawała — wprawiła ją w niemałe zdumienie. Wystarczające, by wydała z siebie krótkie, typowo żeńskie westchnięcie, typowe damom dworu i bohaterkom kiepskich romansów za dwie korony, które — w sekrecie przed wszystkimi — zdarzało jej się czytać.
Nabyta szczególnie przez ostatnie cztery lata tułaczki wiedza geograficzna także nie poszła w las. Była w stanie rozpoznać w tafli wieżę w której się znajdowali, tak samo jak bramę, oddzielającą razem z murami miasto od wszystkiego dookoła. Znajomość tych dwóch punktów sprawiała, że określenie położenia trzeciego — chłopskiego gospodarstwa — była czysta formalnością przy odrobinie orientacji w terenie. I to może nawet bez pytania o drogę.
— Trafimy — potwierdziła dziarsko z antresoli.
Widok trzyletniej dziewuszki przywiódł na myśl jej własne młodzieńcze lata w Rivii. Wprawdzie warunki miała nieco odmienne (co nie znaczy, że wiele lepsze) — zamiast chałupy była kamieniczka, psa nigdy nie posiadała, a żadna z otaczających bab nie dorastała do pięt jej matuli w kwestii opiekuńczości i zainteresowania własną pociechą — ale beztroska całej sceny była czymś do czego zdarzało się być jej tęskno. I czymś co należało do dawno pogrzebanej przeszłości. Ale skoro już mowa o jej matuli...
— Czy to zaklęcie... czy ono może też znajdować osoby? Na przykład moją matkę? Szukam jej od czterech lat, więc jeśli istnieje chociaż cień szansy...
Nie chciała robić sobie nadmiernej nadziei. Piołun już jej powiedział, że pomoc najszybciej uzyska od jego znajomej, novigradzkiej onejromantki, ale — przez wzgląd na możliwość ponownego zjednania z ukochaną rodzicielką — może bezpiecznie było założyć, że Asteral jednak nie był w tej kwestii wszechwiedzący...? W każdym razie — była ona dla niej na tyle istotna, że gotowa była zwrócić gospodarzowi wieży uzyskaną już odeń sakiewkę.
Ilość słów: 0

Asteral von Carlina
Awatar użytkownika
Posty: 193
Rejestracja: 25 lis 2021, 9:05
Miano: Asteral von Carlina
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Wieża pod miastem

Post autor: Asteral von Carlina » 13 sty 2023, 13:07

Przepowiadanie przyszłości, widzenie miejsc teraźniejszych lecz oddalonych, czy też odgadywanie przeszłych wydarzeń należało do arkanów niejasnych, instynktownych, a przede wszystkim zależnych od bogatej wyobraźni rzucającego czar, jak i osób których on dotyczy. Każdy ze znanych mu czarodziejów wykorzystywał do tego inne dary i sztuczki. Jedni wróżyli ze snów, inni z tafli jeziora, niektórzy z wnętrzności zwierząt czy układu gwiazd i planet, inni z linii dłoni czy z pęknięć na powierzchni wypalonej kości. Sam Asteral rzadko praktykował dywinację, a jak się już tego podejmował odnajdywał odpowiedź w smugach dymu, które niekiedy przedstawiały żywe sceny lub słowa, ale przeważnie zastygłe postaci lub przedmioty.
Stojąc dookoła sadzawki skupił się na medalionie i pragnieniu ujrzenia prawowitego właściciela medalionu. Sięgnął do swojej mocy, by połączyć się z wizją lekko klarującą się na gładkiej powierzchni wody. Ujrzeli. Wizja jasna i klarowna. Drogowskaz, który wprost wskazał im drogę do wiejskiej zabudowy, w której pomieszkiwać musiał właściciel medalionu. Zastanawiającym było, dlaczego dziewczynka była osobą, którą ujrzeli. Nie jej rodzice. Nie właściciele gospodarstwa. Nie teraz jednak był czas, aby roztrząsać sprawy.
Dziękuje Ci przyjacielu… khy, khy… za pomoc. – skłonił głowę przed bardziej doświadczonym wiedzącym – Nie będziemy dłużej nadużywać twojej gościnności… khy, khy. Mam nadzieję, że będziemy w kontakcie. Jeśli będziesz… khy, khy… miał informację na temat swoich innowacyjnych upraw, chętnie będę wspierał Cię… khy, khy… w twoich badaniach. Co dwie głowy magiczne, to nie jedna. Zaś ja z pewnością oferuję Ci swoją pomoc w zakresie magii druidzkiej i uzdrawiania.
Zbieramy się – zawołał do elfki, znajdującej się na podwyższeniu – mam nadzieję, że ukończyłaś wszystkie lecznicze specyfiki… khy, khy… które preparowałaś. Musimy udać się do gospodarstwa, gdzie znajduje się osoba, która pomoże odczynić klątwę.
Asteral nie wtrącił się do pytania Istki na temat odnalezienia jej zaginionej matki. Nie wiedział jak daleko sięga moc Mistrza Ristearda, czy dziewczyna dysponowała przedmiotem silnie związanym z jej rodzicielką i czy ta chciała być znaleziona. Te wszystkie czynniki i garść zebranych z intencją ziół były niezbędne w zaklęciach Piołuna. Co zaś mógł zaoferować jej rezydent spod Aldersberg, tego nie miał pojęcia.
Ilość słów: 0
Obrazek

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2217
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Wieża pod miastem

Post autor: Dziki Gon » 19 sty 2023, 23:09

Obrazek


To zaklęcie tego nie potrafi. — Risteard już na wstępie rozwiał wątpliwości elfki. — Potrzebny jest do tego inny rodzaj magii.
Agromanta nie wchodził w szczegóły. Być może zachowawczo nie chciał dzielić się wiedzą z kimś spoza konfraterni lub wprost przeciwnie — sam nie wiedział zbyt wiele na ten konkretny temat.
Jeżeli Istka miała jeszcze jakieś pytania, to te musiały chwilowo zaczekać. Bulgoczące odgłosy dobiegające ze stanowiska za jej plecami przypominały o lekarstwie. Przygotowany przez nią ziołowy specyfik odznaczał się silnym zapachem — kręciło się jej od niego w nosie przy rozlewaniu, a jej gardło i płuca zdawały się nabierać więcej powietrza już od samego wdychania oparów. W sumie udało się jej przygotować cztery porcje mikstury. Nie musieli też czekać pół dnia, aż się wydestyluje — po tym, jak Aust zbliżył się do stanowiska, by przelać w specyfik nieco swojej magii w postaci skupionej woli, ten w przeciągu kilku nabrał właściwości i koloru wskazujących na gotowość do spożycia. Choć oczywiście należało jeszcze potwierdzić to na samym pacjencie.
Oprócz lekarstwa na kaszel znalazła również chwilę, by zrobić anestetyk. Nie potrzebowała więcej czasu, mając skądinąd wprawę w przyrządzaniu takich lub podobnych środków. Była pewna, że akurat przy tej miksturze nie popełniła błędu w sztuce.
Anestetyk — rozpoznał Aust, po samym tylko zapachu, patrząc, jak elfka odmierza stosowne miary. — Ciekawe jak zadziała na organizm wiedźminki. Zgaduję, że nie tak silnie jak te ich osławione eliksiry...
Risteard odkłonił się uprzejmie, odwzajemniając grzeczność Piołuna.
Również podtrzymuję chęć współpracy i kontaktu. Moja wieża stoi przed tobą otworem, ilekroć zajedziesz do Aldersbergu lub zechcesz posłużyć się teleprojekcją. Ja chwilowo nie dysponuję stosownym komunikatorem. Bywajcie.
Agromanta nie zatrzymywał ich, samemu mając co robić. Pożegnawszy ich i uchyliwszy im drzwi swojej wieży niedbałym gestem dłoni, powrócił do swoich obowiązków wobec miasta, jakiekolwiek by one nie były.
Istka miała rację. Trafili. Wychodząc z wieży czarodzieja, skróciwszy sobie drogę przez łączkę i ugór, podążyli w kierunku objawionym im podczas wizji na tafli iluzorycznego jeziora. Idąc, mieli po swojej prawej stronie widok na Aldersberg — grube kamienne mury poprzedzone szerokim korytem rzeki Farrar (lub uczynionego od niej kanału), przeciętym foremnym, kamiennym mostkiem.
Oni szli jednak między podmiejskie gospodarstwa, obok pól złocących się dojrzewającymi plonami. Obydwoje — elfka i czarodziej mogli skonstatować, że w przeciwieństwie do stołecznych, aldersberskie gospodarstwa, choć liczne, były od stołecznych mniejsze i nastawione na wysiew i hodowlę nierogacizny. Sadów nie uświadczyli prawie wcale, nie licząc jednego, w którym trwały akurat pierwsze zbiory. Nie przerywając pracy, uwijający się z ciężkimi od owoców koszami ludzie, posyłali im spojrzenia, w których ciekawość i podejrzliwość stanowiły równą proporcję.
Zatrzymali się przed płotem. Nie było mowy o pomyłce, bo na wejściu obszczekał ich łaciaty kundel, ten sam, którego ujrzeli niedawno na powierzchni sztucznego jeziora w wieży agromanty. Chałupa nie odróżniała się od pozostałych. Może tym, że prezentowała się nieco solidniej oraz tym, że poza obórką i starą szopą, nie przypominała sąsiedzkich obejść, pełnych rozgdakanego drobiu, nieporządnych i zagraconych. Jedyną rzeczą, która psuła schludne wrażenie, był niewielki warsztat na świeżym powietrzu, usłany drewnianymi wiórami i kilkoma porzuconymi narzędziami, zdaje się, że ciesielskimi.
Spokój, Mućka! — Dobiegło ich od strony domu, z którego wyłoniła się po chwili krzepka i nieco żylasta postać młodego mężczyzny. Ciemnowłosy, dosyć przystojny, ubrany w roboczy fartuch, który odróżniał go od większości widzianych przez nich po drodze kmieci i parobków. Inaczej od większości widzianych po drodze kmieci i parobków, nie miał jeszcze krzywych pleców, zniszczonych ciągłym garbieniem się nad robotą. Węzłowate przedramiona oraz poplamione, miejscami poznaczone drobnymi białymi bliznami dłonie potwierdzały jednak, że zarabiał na chleb pracą fizyczną.
Człowiek, bo był to ludzki mężczyzna, zatrzymał się przed granicą wytyczającego jego posesję płotu, gestem uniesionej dłoni nakazując im, by uczynili to samo. Przyglądał im się lekko zmrużonymi oczami, z powodu niedawno wyczarowanego przez Asterala słońca. Ale nawet bez ściągniętych brwi, jego twarz miała w sobie naturalny wyraz zaciętej hardości i skupienia, właściwy osobom doświadczonym przez trudy żywota.
Coście za jedni? Nie chorzy? — zapytał w końcu. Miał dosyć dźwięczny głos, pozbawiony wiejskich naleciałości i akcentów. Jego pytanie, choć bezceremonialne, nie było pozbawione podstaw. Pokasłujący rudzielec, jego blady jak upiór uczeń z podkrążonymi oczami oraz jasnowłosa, śmierdząca jak apteka elfka nie przedstawiali codziennego widoku.
► Pokaż Spoiler
Ilość słów: 0

Asteral von Carlina
Awatar użytkownika
Posty: 193
Rejestracja: 25 lis 2021, 9:05
Miano: Asteral von Carlina
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Wieża pod miastem

Post autor: Asteral von Carlina » 20 sty 2023, 6:57

Pożegnawszy się z Mistrzem Risteardem, pozostawiając za jego pozwoleniem na podwórzu wóz z mieniem, pod bacznym okiem glinianego kolosa, wyruszyli w podróż do wskazanego miejsca. Przy okazji mając nadzieję, że wiedźminka odprowadzi zaginionego konia i poczeka na ich przybycie. Droga nie była długa, ani mozolna. Czarodziej, mimo zastosowanego specyfiku, nadal pokasływał co jakiś czas. Raz musiał nawet przystanąć, oprzeć się o jakiś murek z kamieni rzecznych, dusząc się przeraźliwie i wypluwając płuca. Później było już lepiej. Działanie zwykłych lekarstw na bazie olejków eterycznych mogło łagodzić objawy, ale nie pozbywało się dolegliwości, towarzyszących jego chorobie. Niestety przyrządzenie mikstury wziewnej jego receptury, wymagało zbyt długiego czasu i zastosowania rzadkich składników. Teraz nie przejmował się tym.
Na dobre samopoczucie rudowłosego wpływał nie tylko fakt rychłego odczynienia klątwy, ale również przyjemna dla oka okolica. Lubił rustykalny, sielankowy klimat – chłopskie chaty, złociste tłuste strąki zbóż, zapach świeżo skoszonej trawy i zebranych plonów, ludzi w swoim tempie pracujących w gospodarstwach, pasące się zwierzęta na łąkach, ludowe stroje, tańce i tradycje. Przedzierając się przez pola pszenicy, wyciągając dłonie w kierunku pochylających się delikatnie ku ziemi łodygom, sięgnął mocy. Napełniając się nie tylko zmysłowo, ale również energetycznie darami natury.
Przechodząc między podmiejskimi gospodarstwami, spoglądał w oczy chłopom, a następnie kiwał głową na powitanie. Choć wiedział o swoim statusie społecznym, znał swoją potęgę magiczną, dysponował większym majątkiem i obszerniejszą wiedzą, dostrzegał wyższość umysłu – nie miał przeświadczenia, że jego życie było lepsze od któregoś z ich żyć. Był ludzką istotą pod wieloma względami podobną, mimo że magicznie wzmocnioną. Oczywiście cechował się, wpojoną jeszcze w akademii Ban Ard wyższością i zuchwałością, ale również poszanowaniem dla innych istnień nauczonych w druidzkich zagajnikach.
Dotarłszy do poszukiwanych zabudowań, przystanął po drugiej stronie płotu, jak oczekiwał tego właściciel. Pokasłując dużo rzadziej, mając na sobie bardziej wędrowny strój, niekoniecznie typowy dla wiedzących, choć z dobrej jakości materiału i skóry, nadal potrafił roztaczać specyficzną magiczną aurę. Poza tym pachniał wermutem, słodkim koprem i anyżem.
Witajcie gospodarzu. Jestem Asteral von Carlina, czarodziej z Vengerbergu. Poszukuję właściciela tego domostwa w sprawach delikatnych, poufnych i… khy, khy… osobistych. Niewłaściwych dla uszu postronnych. – po chwili dodając – dlaczegoż pytacie, czy jesteśmy chorzy? Jakaś słabość toczy mieszkańców Aldersberg?
Ilość słów: 0
Obrazek

Arbalest
Awatar użytkownika
Posty: 215
Rejestracja: 01 sty 2022, 21:49
Miano: Issaen Hiseerosh, zwana Istką
Zdrowie: W pełni sił; cuchnie apteką i gnojem
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Wieża pod miastem

Post autor: Arbalest » 20 sty 2023, 11:57

Odpowiedź na jej pytanie padła tak szybko, że nawet nie zdążyła się rozczarować. Żeby przeżyć rozczarowanie trzeba najpierw narobić sobie nadziei, o którą trudno w trakcie dziesięciosekundowej wymiany zdań.
Spostrzeżenie Austa było trafne, ale dziewczyna tylko potaknęła głową. Rzeczywiście o tym nie pomyślała, ale jak będzie — to już wyjdzie z czasem i przy napojeniu się środkiem przez wiedźminkę. Może po prostu trzeba było zwiększyć dawkę ziół? A może Karri po prostu lepiej było zażyć jej własny eliksir? Może Istka byłaby go w stanie dla niej przyrządzić, poznając przynajmniej w małej części jeden z sekretów zabójców potworów? Tak czy inaczej — nie była to chwilowo najbardziej paląca sprawa, Breith radziła sobie i tak nieźle po samym tylko opatrzeniu ran, a w aktualnym momencie było trochę za późno na wprowadzanie do mieszaniny nowych modyfikacji.
W tym pędzie, ledwo znalazła chwilę by potraktować starszego od siebie towarzysza przygotowanym dla niego lekarstwem. Komfortu posiadania łóżka nie mieli, więc usadowiła go na pierwszym lepszym krześle i rozsmarowała specyfik na jego plecach, uprzednio rozpuszczając go w odrobinie tłuszczu, każąc mu potem odczekać kilka minut. Mimo wcześniejszych szeptanych do jego ucha propozycji, do zadania podeszła profesjonalnie i bez zbędnej dwuznaczności, jak do każdego innego pacjenta. Czas na ewentualną zabawę miał nadejść dopiero pod wieczór, gdy będzie im dane odwiedzić karczmę w celach noclegowych.
Na hasło Piołuna o opuszczeniu wieży, nie ociągała się zbytnio, szybko pakując wywarzone już specyfiki, jako-tako sprzątając po sobie stół alchemiczny i będąc w kilka minut gotową do wymarszu. W przeciwieństwie do aktualnego właściciela dworku pod Vengerbergiem, nie była szczególnie zainteresowana dalszą znajomością z szarlatanem, który na swoim polu trzymał agresywne krzyżówki kreta z — tu chciałaby się mylić — człowiekiem, a przy którym Asteral uchodził, mimo lekkiego ekscentryzmu, za całkiem normalnego. Chciała najzwyczajniej w świecie wybyć już z tego miejsca i zapuścić się w jakieś przyjemniejsze, w rodzaju pobliskiego wyszynku i tamtejszej alkowy, a wprzód balii z ciepłą wodą. Kąpieli, bowiem, potrzebowała w tym momencie nie mniej niż Północ zwycięstwa pod Brenną, przed czterema laty...
— Dziękujemy za gościnę. Bywajcie w zdrowiu, mistrzu — pożegnała się pospiesznie, skinąwszy przy tym grzecznie głową. Chwilę potem była już przed budowlą.
Zabrawszy z wozu cały swój — całym szczęściem ciągle dość lekki — dobytek, rozpuściła włosy jak na elfią modłę przystało i narzuciła na głowę swój słomiany kapelusz, a potem pomaszerowała wespół z Austem i jego mistrzem do domostwa, które dane im było widzieć w magicznej projekcji, samemu chętnie pomagając w odnajdywaniu kierunku, jeśli zaszła ku temu potrzeba. Co zaś tyczyło się Kaatarine — pozostawało liczyć, że z czasem odnajdzie ich, razem z odszukanym przez nią Ostem. I że czarownik nie spróbuje wykorzystać jej w jakiś ohydny sposób, przy wygodnej dla niego nieobecności mogących protestować świadków.
W przeciwieństwie do rudowłosego, raczej unikała spojrzeń mijanych przez nich parobków i innych przedstawicieli stanu trzeciego. Nie podobały jej się te spojrzenia. Pół biedy jak któryś zwyczajnie rozbierał ją wzrokiem — była wszak dziewką cokolwiek ładnawą, a w tych aspektach elfie uszy przeszkadzały zwykle mniej niż w innych rodzajach kontaktów społecznych, czego szybko by dowiodła, gdyby tylko odważyła się ujawnić kiedyś pełną listę jej przeszłych kochanków... Gorzej, że łypnięcia niosły ze sobą raczej podejrzliwość i — chyba — zmieszanie, bo kompanią byli z lekka nietypową.
Szczekający na nich kundel skutecznie wyrwał ją z zamyślenia; spowodował, że instynktownie schowała się połowicznie za sylwetką Asterala, dopóki właściciel nie uspokoił psa, by skonfrontować się z przybyszami. Pierwsze słowa postanowiła zostawić von Carlinie, jako najbardziej oficjalnemu z ich grupki. Ten wybrzmiał — faktycznie — oficjalnie, ale wydawało jej się, że z lekka pretensjonalnie. Istce już dawno ta jego maniera przestała przeszkadzać, a można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że do pewnego stopnia ją polubiła, ale przewidywała, że dla stojącego przed nimi cieśli takie owijanie w bawełnę będzie jeno stratą cennego czasu. Postanowiła się, tedy, wtrącić.
— Bo ciągle kaszel cię męczy, Asteralu — odezwała się od razu po nim, dalszy wywód kierując już do gospodarza. — Zaręczam jednak, że to nie jest zaraźliwe. Mistrz podrażnił jeno gardło nadmiernym wysiłkiem, niebawem coś na to poradzę — wtrąciła się, brzmiąc przy tym nawet całkiem pewnie. Jeśli coś tu miało świadczyć o prawdziwości jej słów, to chyba najlepiej to, że stała nie dalej jak dwa łokcie od rudowłosego, przejęta bardziej Mućką niż owym asteralowym kokluszem.
— Zowią mnie Istka, jestem chirurgiem i asystentką mistrza von Carliny — przedstawiła się w końcu, skłaniając się grzecznie, ale nie przesadnie, bo ciągle tylko przed — najprawdopodobniej — podmiejskim rzemieślnikiem. Tym razem słowa potwierdzał fakt, że śmierdziała jak gorzelnia przy jednoczesnej trzeźwości umysłu. — Wybacz, dobry człowieku, że przeszkadzamy w pracy, ale my właśnie w sprawie niecierpiącej zwłoki. Widzimy, żeście robotą zajęci, nie chcemy zabierać zbyt wiele waszego czasu, więc przechodząc do rzeczy — znany jest wam może niejaki Jonas Rozendal, spod Vengerbergu? To jakiś wasz krewny? — płynnie przeszła do meritum, zakładając, że rzucenie nazwiskiem byłego właściciela dworku będzie najlepszym sposobem na rozeznanie się, czy mężczyzna ma jakiekolwiek powiązanie ze sprawą.
Ostatnio zmieniony 20 sty 2023, 15:56 przez Arbalest, łącznie zmieniany 1 raz. Ilość słów: 0

Breith
Awatar użytkownika
Posty: 23
Rejestracja: 21 lis 2022, 7:25
Miano: Karri Kaatarine Breith
Zdrowie: Obolałe żebra
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Wieża pod miastem

Post autor: Breith » 20 sty 2023, 15:31

Wyłowienie oczyma tropu zadaniem nadto łatwym wyszło w praktyce. Pomimo gruntu miejscowo niekoniecznie sprzyjającego, ślady prowadziły prostą szlakiem. Na chwilę obecną przynajmniej, sama Kaatarine będąc zaabsorbowana odnalezieniem wierzchowca, nic nie wskazywało na dodatkowe niebezpieczeństwo ze strony potworów czy okolicznej zwierzyny. I oto, w towarzystwie cichej melodii podśpiewywanej pod nosem, dotarła do zagubionego zwierzęcia. Spacer dobrze robił na spięte mięśnie. Szczególnie te poobijane. W końcu nic nie robi tak dobrze na wszelkie zakwasy i mikrobóle, jak rozruszanie się. Jak już się położysz, to nie wstaniesz. Młodych wiedźminów uczyli takich i innych, z pozoru nieistotnych, rzeczy. Przezwyciężanie strachu przed kolejnym upadkiem, walka pod wpływem adrenaliny zagłuszając rozrywający ból...
Nieśpiesznie zbliżając się, obserwowała powstałą wokół konia grupkę. Wyostrzając zmysły słuchała, stwierdzając, jakoby dzieciaki nie stanowiły większego wyzwania. Problemem nie było również zlokalizowanie młodzieży, gdy ci przestraszon czmychnęli po krzakach na jej widok. Szczerze mówiąc, nie była zdziwiona obecną sytuacją. Dzieciaki zawsze widziały więcej, bo i przykładały uwagę do szczegółów. Kiedy nudzisz się, biegając po polach, każda odchyła od normy przykuwa wzrok.
Niewzruszona tym faktem zbliżyła się, wyciągając okutą w skórzaną rękawicę rękę ku boku zwierzęcia. Podchodząc obeszła go od lewej strony, z oczyma utkwionymi w jedynym, na tyle śmiałym chłopcu.
Wygląda na to, że powinnam podziękować za przypilnowanie Osta — obdarzyła wyrostka uśmiechem, z pełnym zainteresowaniem przyglądając mu się. Jak i, następnie, wierzchowcowi. Musiała sprawdzić czy ten oby na pewno był cały, patrząc na ślady, które wskazywać mogły na uszkodzenie jednej z nóg.
Daleko nie uciekł, kto wie gdzie by trafił, gdybyście go nie uspokoili — łagodnie stwierdziła, poklepując staruszka po szyi. Znaleźli się kawałek od nasyconych mocą pól, toteż nie tylko medalion powinien być spokojniejszy. Do podpbnych sytuacji, w jakiej znaleźli się z Ostem przy wozie, często przydatnymi okazywały się znaki wiedźmińskie.
Kari postąpiła kolejne kroki, tym razem przesuwając ostrożnie dłoń na ogłowie wierzchowca. Co prawda mogłaby złapać go i odwrócić się na pięcie bez słowa, ale nie leżało to w jej naturze.
Gdzie wasi opiekunowie? — Kos spodziewała się odpowiedzi negującej w ogóle ich istnienie. Żadne z nich nie wyglądało na szczególnie zadbane. A nie ukrywajmy, w obecnych czasach sierot pełno było. Niejednokrotnie dobierających się do mieszków.
Ilość słów: 0
Młoda Karri ] [Obecna Karri ] [ Pełny wygląd Obrazek
Cel jest na końcu każdej drogi. Każdy go ma. [...] To jest sprawa tego, w co wierzysz i czemu się poświęcasz.

Kill count:
  1. Kretołak

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2217
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Wieża pod miastem

Post autor: Dziki Gon » 23 sty 2023, 23:40

Obrazek
Mężczyzna oparł się o płot, bez rozluźniania twarzy i przerywania kontaktu wzrokowego z przybyszami. Usłyszawszy, że czarodziej spod Vengerbergu ma do niego sprawę delikatną i poufną, zareagował posłaniem mu przeciągłego i nieufnego spojrzenia. Po ciekawości spowodowanej pytaniem na temat choroby nawet nie próbował się kryć ze swoją reakcją — patrzył na Piołuna jak na cudaka, który właśnie spadł z księżyca.
Ta sama, która od wojny toczy większość królestw — odrzekł, zdradzając pierwsze oznaki zniecierpliwienia. — Bądźcie łaskawi się streszczać.
Jego życzenie ziściło się chwilę potem, za sprawą wtrącenia Istki. Człowiek uprzejmie skinął jej głową i wysłuchał, ale w jego spojrzeniu próżno było doszukać się jakiejkolwiek życzliwości. Jednak personalia starego Rozendala były tym, co zjednało im niewymuszoną uwagę gospodarza. Ponownie potwierdził skinięciem, któremu towarzyszyło niepewne rozejrzenie się po twarzach przybyszy.
Jest mi znany — odrzekł w końcu, po dłuższej chwili ostrożnego namysłu. — Nie jest mi krewnym. Był ojcem mojej żony.

Obydwojgu, elfce i czarodziejowi wydawało się, że mężczyzna celowo nie użył słowa „teść”.




Obrazek

Karri zbliżyła się do odnalezionego pociągowca, mogąc dokładniej ocenić jego stan. Zwierzę, jeżeli nie liczyć jego wieku, wydawało się zdrowe, choć lekko zaniepokojone niedawną przygodą. Zadrżało i zaparskało pod dotykiem wiedźminki. Wyrostek, po raz kolejny dając przykład obycia ze zwierzętami, uspokoił go, przytrzymując za uzdę i gładząc po chrapach, po czym odstąpił kobiecie.
Z dala od przesyconych magią pól i wieży medalion uspokoił się wyraźnie, od dłuższego czasu spoczywając nieruchomo. Kos wiedziała jednak, że będzie potrzebował jeszcze kilku godzin, by zregenerować aurę. Efektowny Aard podczas starcia z kretołakiem kosztował ją niemało wysiłku.
Przy robocie, a gdzie mają być? — odparł jej młodzik, zdziwiony, że pyta o takie oczywistości. Bijąc się przez chwilę z myślami, odwzajemnił ciekawość. Z początku, w odruchu zamiarował wyrazić ją dość obcesowo, ale widać wpojono mu dosyć obycia, aby się zmitygował i przeformułował swoje pytanie — Coście za… Kim jesteście? Cudzoziemcem?
Ilość słów: 0

Asteral von Carlina
Awatar użytkownika
Posty: 193
Rejestracja: 25 lis 2021, 9:05
Miano: Asteral von Carlina
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Wieża pod miastem

Post autor: Asteral von Carlina » 24 sty 2023, 7:11

Czarodzieje z natury byli enigmatyczni, manieryczni i osobliwy, wypowiadając się w sposób zagadkowy, niejasny i wyszukany, nie budząc przy tym zbyt dużego zaufania. Jakby nienauczeni byli mówienia wprost i dosłownie. Jakby czytanie mądrych, tajemnych ksiąg powodowało komplikowanie spraw prostych i oczywistych. Nie mniej jednak, jak trwoga to do czarodzieja. Po odczynienie klątwy, po magiczne eliksiry, po wyleczenie z rzadkiej przypadłości, po przepowiedzenie przyszłości. Oczywiście większym szacunkiem byli darzeni przez wyższe sfery, a pospólstwo i chłopstwo raczej ich obawiało się. Pod tym względem Asteral nie był wyjątkiem. Nie starał się również zmieniać w tej kwestii. Już taki był – enigmatyczny, manieryczny i osobliwy.
Czy przez wasze słowa winien słyszeć, że za murami miasta pojawiły się pierwsze objawy czerwonej śmierci? Potwierdzone to słowa? – odwróciwszy się do swojej towarzyszki rzekł – Jeżeli to prawda, po powrocie do Vengerbergu pomożesz mi przy otwarciu zakładu leczniczego i opracowaniu leku na Catrione. Z tego powodu Melitele splotła nasze losy.
Oddalmy tą sprawę na bok, nie w tym celu do was przybyliśmy. – odpowiedział, gdy powrócili na temat jego teścia — Dobrze się składa. Czy zastaliśmy waszą małżonkę?
Ilość słów: 0
Obrazek

Arbalest
Awatar użytkownika
Posty: 215
Rejestracja: 01 sty 2022, 21:49
Miano: Issaen Hiseerosh, zwana Istką
Zdrowie: W pełni sił; cuchnie apteką i gnojem
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Wieża pod miastem

Post autor: Arbalest » 24 sty 2023, 11:06

Elfka przymrużyła oczy, kontynuując słuchanie towarzyszącego jej maga, który najwyraźniej miał wpisany w osobowość ten specyficzny sposób poruszania sprawy, gdy rozmawiał z kimś kogo jeszcze nie znał. Wszak z nią gawędził już o wiele normalniej... albo po prostu nawykła doń już tak bardzo, że spomiędzy tych wszystkich retorycznych figur potrafiła wydobyć konkrety wypowiedzi, nawet nie zauważając reszty nazbyt pretensjonalnych wstawek.
Przytaknęła mu szybko w sprawie Catriony. Taki był plan i na ten moment nie zamierzała się z niego wycofywać. Inna sprawa, że czarodziej mówił o wytworzeniu leku na śmiertelną, nieuleczalną chorobę, jakby miało to być wydestylowanie kwarty bimbru. Nie była jednak przy tym ani jego matką, ani babą, żeby suszyć mu o to głowę. Do tej ostatniej pozycji... kto wie, może po ostatnich rewelacjach zamierzała aspirować, ale droga doń była długa i wyboista. Zdecydowanie za wczesna, by mieli zachowywać się jak stare małżeństwo.
Była też, nawiasem mówiąc, ciekawa czy stojący przed nimi rzemieślnik potwierdzi hipotezę o pojawieniu się Catriony w Aldersbergu. Przyznać Asteralowi trzeba było, że pytanie zadał właściwe. Poza tym — trafili w dziesiątkę. Mężczyzna znał Rozendala i nawet wydawał się sprawą zaciekawiony, choćby i przez krótki moment. Istka zdecydowała się rozbudzić ową ciekawość jeszcze bardziej, żeby przez myśl nie przeszło mu wyrzucenie ich sprzed progu obejścia.
— Zakładam, że wiecie, że wasz teść... nie żyje? — zapytała z ostrożnością równą samemu rozmówcy, ale jednak zaryzykowała użycie słowa, którego ten tak zręcznie uniknął, w nadziei, że dowie się czegoś więcej o stosunkach między nimi.
— Rozchodzi się o jego... spadek? Jeśli można to tak nazwać. A przynajmniej jego część. Dobrze mówię, Asteralu? — przerzuciła wzrok na czarodzieja, mając nadzieję, że kieruje rozmowę w dobry azymut. Można było zaryzykować stwierdzenie, że w sztuce konwersacji była nieco wprawniejsza, ale tak to już bywa — jeśli elf nie umie walczyć, to powinien przynajmniej umieć zręcznie wygadać się z problemów. Istka była z tej drugiej kategorii.
Dobrze pamiętała przy tym, że zaklęcie pokazało nie dorosłą kobietę, a trzyletnie dziecko. Oczywiście, nie znała dokładności czaru, ale zdawała sobie sprawę, że trzeba będzie mieć tą kwestię na względzie. Oznaczało to szereg możliwości, łącznie z tą, że małżonka mężczyzny zwyczajnie zmarła. W vengerberskim ratuszu, jak się jej zdawało, Aust wspominał, że Jonas miał córkę. Nie pamiętała jednak szczegółów tamtej wizyty aż tak dobrze, poza nazwiskiem byłego właściciela dworku.
— Innymi słowy, jeśli dobrze zrozumiałam mistrza, to jesteśmy tutaj, żeby przekazać wam coś co powinno być wasze. Albo przynajmniej waszej małżonki.
Ilość słów: 0

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2217
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Wieża pod miastem

Post autor: Dziki Gon » 26 sty 2023, 0:57

Obrazek
Choć jeszcze do niedawna wydawało się, że gospodarz osiągnął swój limit zdziwienia, lecz kolejna wypowiedź rudowłosego czarodzieja, pomogła mu go przekroczyć. Cudzoziemiec. Mówi bez akcentu, ale i tak cudzoziemiec. Albo czubek jak oni wszyscy.
Nie wiem, co winniście słyszeć — odparł w końcu, tonem oschłym, choć niezaczepnym. — Ale było tu już kilku, którzy zachorowali. Wystarczająco wielu, żeby ludzie zaczęli się niepokoić.
Poruszył się na pytanie o małżonkę. Wydawał się być również poruszony emocjonalnie.
Nie. Nie zastaliście — odpowiedział ze spokojem. — Chyba że chcecie odwiedzić żalnik, na którym ją pochowałem. To niedaleko, zaraz na wzgórzu, pod lasem. Tak jak chciała.
Wspominając życzenie żony, nie patrzył na nich i na moment zdawał się zapomnieć o ich obecności. Dopiero przekazane mu przez Istkę wieści o śmierci teścia, wyrwały go z namysłu, choć zareagował na nowinę niewylewnie, ledwie wzruszeniem ramion.
Dla mnie umarł już dawno temu — skwitował słowa elfki.A jeżeli chodzi o spadek, to pomyłka. Stary Rozendal nie zapisałby mi niczego. A i wątpię, żebym to przyjął.
Ich rozmówcą wstrząsnął krótki i pusty śmiech. Jego reakcja była zaskakująca — większość kmieci była gotowa zabijać się o ojcowiznę i toczyć wielopokoleniowe wojny o każdy kawałek między. Jednak z drugiej strony, ich rozmówca nie przypominał kmiecia ani z mowy, ani z postawy. Owszem mieszkał pod miastem, w okolicy pól uprawnych, ale im dłużej przyglądali się jego domostwu, tym wyraźniej widzieli, że powodzi mu się nieco lepiej od sąsiadów, choć przecież nie siał ani nie orał.
Wejdźcie — zdecydował w końcu, otwierając przed nimi prowizoryczną furtę. — I porozmawiajmy. Uprzedzam jednak, że będę pracował.
Ilość słów: 0

Asteral von Carlina
Awatar użytkownika
Posty: 193
Rejestracja: 25 lis 2021, 9:05
Miano: Asteral von Carlina
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Wieża pod miastem

Post autor: Asteral von Carlina » 27 sty 2023, 7:36

Obecność kilku przypadków chorych na Catrionę, zwiastowało zbliżającą się epidemię, masowe śmierci i gęste smugi dymu znoszące się nad płonącymi stosami ciał. Asteral był idealistą, wierzącym w siłę nauki i magii, a więc nie wykluczał możliwości opracowania lekarstwa, które nie tylko zmniejszy objawy i ból w czasie umierania, ale przede wszystkim pozwoli przeżyć pacjentom.
Po powrocie do Dworku Młynarskiego będzie miał wiele obowiązków. Będzie miał jednak problem z ułożeniem ich od spraw najpilniejszych do spraw błahych i mogących jeszcze poczekać. Remont rezydencji i sąsiednich zabudowań gospodarczych, zasadzenie warzyw, owoców i ziół, przywrócenie sadu do dawnej świetności, poruszenie koła młyńskiego, otworzenie zakładu lekarskiego za murami miasta, rozpoczęcie pracy nad lekiem. Miał nadzieję, że w dniu dzisiejszym przynajmniej klątwa dworku zostanie odczyniona.
I właśnie w tej sprawie przybyli do tego gospodarstwa. Słów o śmierci małżonki ciemnowłosego mężczyzny spodziewał się. Nie bez powodu w wizji ukazała im się mała dziewczynka bawiąca z łaciatym, zupełnie jak krowa, psem. Córka Jonasa Rozendala nie żyła. Następnym w kolejce do spadku była jego wnuczka.
Szczere kondolencje – odpowiedział krótko, przekraczając furtę posesji i dalej podążając za rzemieślnikiem.
Nie jego testament nas tutaj przysłał, lecz wyższe prawo zadośćuczynienia. Coś co niegdyś należało do waszego teścia, winno zostać oddane na ręce potomka. Moglibyście zawołać waszą córę? Nieduża to dziewczynka, ale płynie w niej krew Rozendalów.
Ilość słów: 0
Obrazek

Arbalest
Awatar użytkownika
Posty: 215
Rejestracja: 01 sty 2022, 21:49
Miano: Issaen Hiseerosh, zwana Istką
Zdrowie: W pełni sił; cuchnie apteką i gnojem
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Wieża pod miastem

Post autor: Arbalest » 27 sty 2023, 13:17

Rewelacja przedstawiona przez czarnowłosego mieszkańca podgrodzia złapała jasnowłosą dziewczynę za serce. „Tak jak chciała” znaczyło mniej więcej tyle, że to nie była szybka, bezbolesna śmierć. Możliwe, że kobieta zmarła od choroby, albo przy porodzie. Trwała ona na tyle długo, że zmarła miała czas wyrazić życzenie, pożegnać się z rodziną. Z jednej strony mogło to przynosić ulgę, dać szansę na zakończenie wszystkich spraw nim będzie na to za późno. Z drugiej... Istka wiedziała jak traumatyczny może być ten rodzaj umierania. Jedną rzeczą jest usłyszeć o takiej śmierci, jeszcze inną widzieć ją na oczy. A jeszcze inną — widzieć przed sobą skorupę człowieka, który nie pogodził się i być może nigdy nie pogodzi ze stratą.
Mogła się mylić... nawet chciałaby się mylić, ale miała odczucie, że właśnie ktoś taki stoi właśnie przed nią i jej towarzyszami.
— My... nie wiedzieliśmy — odpowiedziała z pewnym opóźnieniem, a w jej głosie szło wyczuć szczerą empatię. Sama opuściła przy tym głowę. — Przykro mi, naprawdę. Potem tam zajdziemy. Zaoferować modlitwę, albo kilka słów ku pamięci... Obiecuję.
Nie chcąc dalej rozdrapywać starych ran, zmieniła temat rozmowy na ten związany ze spadkiem. Istotnie, zaskoczyła ją odmowa przyjęcia spuścizny po ojcu żony, zwłaszcza, że nie tylko chłopstwo potrafiło żreć się pokoleniami o kawałek ziemi. Mało to razy, także wśród królów i szlachty, brat stawał przeciwko bratu, gotów zabijać, by poszerzyć mapę swej domeny o kolejny las, sad, kolejną łąkę, czy wioskę? Nawet trwający od wieków konflikt rasowy oparty był na tym, że jedni drugim zabrali ziemię... A temu człowiekowi było tak po prostu wszystko jedno. Nawet nie chciał się dowiedzieć co też takiego może mu przypaść w udziale.
Mężczyzna nie przyjął wieści o śmierci teścia zbyt wylewnie, co ostatecznie potwierdzało stan ich relacji, gdy właściciel dworku jeszcze żył. Ku uldze Istki, bo przynajmniej nie musiała mu opowiadać o tym, jak znaleźli jego kości wciśnięte pod koło młyńskie. Jeśli to faktycznie był Rozendal...
Asteral ujął z kolei sprawę dziedziczenia lepiej niż zrobiłaby to sama elfka, kompletnie niezaznajomiona z bardziej szczegółowymi przepisami prawa Aedirn. Jednocześnie bardzo pospieszył się z informacją, że wiedzą o jego córce. Uznała, że lepiej będzie wyjaśnić sprawę wprost, niż wzbudzić nieufność gospodarza. Gdyby na jego miejscu znajdowała się teraz istkowa matka, Nirae, to czarodziej mógłby wpędzić się w kozi róg, bo ta pewnie odmówiłaby mu jakiegokolwiek dostępu do córki.
— Uprzedzając pytanie — w Vengerbergu mieliśmy wgląd do tamtejszych ksiąg ewidencyjnych, w miejskim ratuszu. Poza tym, czarodziej rzucił zaklęcie, które... pokazało nam to domostwo, jak dziwnie by to nie zabrzmiało. I waszą córkę, jako prawowitą właścicielkę spadku. Pozwolił ją zlokalizować. Inaczej o wiele trudniej byłoby nam tu trafić. Tymczasem... może pokaż co przynosimy, Asteralu? — zwróciła się nagle do rudowłosego czarodzieja, by zaraz potem ponownie przenieść uwagę na wdowca. — A wasze imię, panie...? Moglibyśmy je poznać? Jak możemy się do was zwracać?
Naturalnie, z zaproszenia planowała skorzystać, starając się jednak trzymać pewien dystans od łaciatego kundla — Mućki.
Ilość słów: 0

Breith
Awatar użytkownika
Posty: 23
Rejestracja: 21 lis 2022, 7:25
Miano: Karri Kaatarine Breith
Zdrowie: Obolałe żebra
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Wieża pod miastem

Post autor: Breith » 29 sty 2023, 9:32

Szczęśliwie wyszło, że Ost nie potrzebował wykwalifikowanej pomocy. Gdyby inaczej było, zapewne wróciłaby po Istke i rudzielca. Kto inny zająłby się lepiej rannym zwierzęciem niż medyk i jego właściciel. No, nie licząc rzeźnika. Ci to zawsze znaleźliby powód, by wrzucić zwierzaka na mięcho. Kos to by szkoda było. Niby tylko zwierzę, jednak co emocje i wspomnienia z nimi, to wspomnienia. Ktokolwiek Pstrąga by tknął w podobnym zamyśle zasmakowania koninki, zaliczyłby wylot ze stajni w podskokach. Nawet przy łagodnym usposobieniu wiedźminki. Istnieją rzeczy niewybaczalne.
Zgrabnie podsumowując — odpoczynku potrzebowała tak samo jak wierzchowiec. Żebra połatane, nerwy ukojone, zlecenie teoretycznie wykonane...Koń znaleziony. Jeszcze moment i można zbierać się ku relaksowi w karczmie, o ile wpierw rozmówi się w kwestii powyższej. Znaczy się — zlecenia.
Szerzej wyszczerzyła zęby w uśmiechu, szczerze rozbawiona odpowiedzią. Głowę by dała, brzmiał niemal jak ten gówniak Erst, który to zaciągnięty na Siedliszcze w znacznie starszym wieku niż reszta ferajny, przejawiał swe buntownicze oblicze dorastania. Młodziaki świat widziały w innych barwach.
Nie powiem gdzie, bo nie wypada — parsknęła łagodnie, z delikatnym przekąsem, rękawicą przysłaniając usta. Głową zwróciła się ku poukrywanym, po kolei, wpatrując się dłuższą chwilę.
Możecie wyjść. Jeśli chcecie — rzuciła w eter nie licząc na odpowiedź zwrotną. Ciekawe czy któreś wpieprzyło się w pokrzywy.
Wiedźminem. Miastu pomagam w sprawie z tutejszym czarodziejem — wskazała dłonią za siebie, w kierunku z którego przybyła.
Nie przepadam za nimi. Wy też, z tego co słyszałam — poklepała Osta po boki szyi. — I nie radzę zbliżać się do wieży, choćby na granice pól. Te bestie — znacznie ściszyła głos, skupiając wzrok na podrostku — nie miałyby problemu z pożarciem na raz Osta. W każdym razie...Zostaję w mieście na kilka dni, może trochę dłużej. Jeśli rodzice potrzebowaliby pomocy z jakąś zmorą w piwnicy, zgubą lub inszą cholerą, wołają mnie Kos. Albo Breith. Zapytacie o wiedźmina. Postaram się pomóc. Za odpowiednią cenę.
Przeciągnęła się, gotów do wyruszenia w drogę powrotną. Zanim to miało miejsce, słuchała czy młody acz bystry rozmówca powie coś ciekawego, a może i podpowie na temat kolejnej roboty. W końcu coś tam o wiedźmińskie uszy się obiło...
Ilość słów: 0
Młoda Karri ] [Obecna Karri ] [ Pełny wygląd Obrazek
Cel jest na końcu każdej drogi. Każdy go ma. [...] To jest sprawa tego, w co wierzysz i czemu się poświęcasz.

Kill count:
  1. Kretołak

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2217
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Wieża pod miastem

Post autor: Dziki Gon » 29 sty 2023, 23:26

Obrazek

Przeszli przez podwórze, zbliżając się do stolarskiego stanowiska. Podwórze, choć identyczne z tym widzianym we w wizji, było puste. Nie dostrzegali na nim ani dziewczynki, ani łaciatej Mućki. Gospodarz zatrzymał się przy nim, podwijając rękawy. Pod wpływem słów czarodzieja, popatrzył się na niego dziwnie. Dziwnie, a nie tak do tej pory: jak na dziwaka. Zmilczał przez chwilę, pokręciwszy głową.
Niecodzienni z was goście. Ale znacie prawdę o sprawach, o których wiedzieć może tylko ktoś faktycznie znający historię Rozendalów. — Mężczyzna wysłuchał dalszej relacji maga, zawahał się zauważalnie. — Wyższe prawo? Tak, mogę pójść po córkę, ale zanim to zrobię, muszę wiedzieć, co czarodziej i elfka mogą mieć wspólnego z Rozendalami. I o jakim właściwie przedmiocie mówimy.
Połowa głodu wiedzy gospodarza została zaspokojona przez Istkę, która raczyła wyjaśnić ich powiązania z rodziną małżonki gospodarza oraz więcej o tym, jak dotarli pod Aldersberg. Przedtem, milczącym skinieniem podziękował im za kondolencje i modlitwę, chociaż przy tej drugiej ledwie powstrzymał się od wzruszenia ramionami. Część relacji elfki poświęcona zaklęciu, które ukazało im miejsce zamieszkania cieśli i jego córkę, faktycznie zabrzmiała dziwnie, a na pewno niepokojąco dla kogoś, kto nie miał do czynienia z magią na co dzień. Mężczyzna przez krótki moment wyglądał, jakby chciał odplunąć jak od złego uroku. Zmitygował się jednak szybko i odzyskał rezon, prostując nad ciesielskim stołem.
Nie rzucaliście żadnych innych czarów na moje domostwo? Nie życzę sobie, żebyście robili to więcej — zastrzegł szybko, trochę zbyt szybko, by ukryć nerwowość, która zmusiła go jeszcze do niepotrzebnego wytarcia dłoni o spodnie w mimowolnym geście. — Nazywam się Lukas. Tak możecie się do mnie zwracać. I żaden ze mnie pan.
***
„Przesył materii to rzecz kunsztowna, finezyjna i subtelna, toteż przed przystąpieniem do teleportacji bezwzględnie zaleca się wypróżnić i opróżnić pęcherz. ”

— Geoffrey Monck, Teoria i praktyka użycia portali teleportacyjnych




400 mil na zachód od Aldesbergu.




Kupa świeżego łajna leżała pośrodku wytyczonego na podłodze pracowni pentagramu. Na jego wierzchołkach płonęły wytopione z pszczelego wosku świece, jedyne źródło światła w całym pomieszczeniu, jeżeli nie liczyć odbijającej ich blask wielofasetkowej soczewki wkomponowanej w skomplikowaną aparaturę, wycelowaną w parujące gówno.
Stojący na skraju magicznego okręgu mężczyzna rozłożył ręce, przywołując otaczającą go Moc tętniącą w pomieszczeniu. Płomienie świec wydłużyły się, po metalowym stelażu skomplikowanej aparatury przebiegło kilka elektrycznych refleksów.
Rok. Bity rok na praktyce u tego zdziwaczałego agromanty. Bity rok spełniania każdej jego idiotycznej zachcianki w zamian za przyobiecaną rekomendację. Bity rok grzebania w gównie po tym, jak starego capa owładnęła obsesja wyhodowania kolejnego poronionego eksperymentu na specjalnie spreparowanym oborniku.
Oczywiście to nie mistrz Ristaeard wzbogacał swoją mieszankę. Nie on dokonywał pomiarów przynajmniej dwa razy dziennie, a trzy dla zupełnej pewności. O nie, te zlecał jemu. Przyszłemu specjaliście od teleportacji i teleprojekcji!
Odprawiający rytuał mag zacisnął do bólu powieki, wyobrażając sobie twarz znienawidzonego ekspreceptora najlepiej jak potrafił. Skupiając na wyobrażeniu całą swoją wolę. Wykreślone na brzegach pentagramu współrzędne rozjarzyły się fosforyzująco.
Aż tak lube ci łajno, panie agromanto? Będziesz go miał pod dostatkiem.
Wstrzymując złośliwy śmiech cisnący się na usta, czarodziej wyskandował formułę. Głośno, wyraźnie, pod same sklepienie. Płomienie świec zatańczyły po raz kolejny, komnatę, oprócz inkantacji wypełnił odgłos narastającego buczenia, które skulminowało się razem z błękitnym rozbłyskiem pośrodku pentagramu. Po gównie nie został nawet ślad. Tylko zapach, który tygodniami będzie wywabiał ze swojej pracowni.
Czarodziej odetchnął płytko, pozwalając sobie na długi chichot, klasnął w dłonie jak sztubak po udanym figlu. Przekroczył granicę nieaktywnego już pentagramu, rzucając pobieżnie okiem na koordynaty wypisane wokół zewnętrznego okręgu. Niespodziewana niepewność ścisnęła mu żołądek, wątpliwość przebiegła po karku zimnym dreszczem.
Czy aby na pewno poprawnie wyliczył radius? Omyłka o milimetr w skali mogła skutkować kilkoma milami w rzeczywistości.
Specjalista od teleportacji i teleprojekcji machnął ręką, ciągle jeszcze mrowiącą go od zaklęcia. Później sprawdzi obliczenia jeszcze raz. Na razie musi tu wywietrzyć.

***


Powietrze zatętniło Mocą. Coś ciepłego, rzadkiego i oddającego mdlący fetor zmaterializowało się w kieszeni stroju Issaen Hiseerosh, zwanej Istką, wywołując w stojącym obok Auście von Molauch, przyszłym czarodzieju, a niedoszłym ekonomie, suchą torsję. Pokasłując, odskoczył od niej jak oparzony, patrząc na elfkę z mieszaniną obrzydzenia i zaskoczenia.
Czy ty właśnie zdefekowałaś?
Ilość słów: 0

Arbalest
Awatar użytkownika
Posty: 215
Rejestracja: 01 sty 2022, 21:49
Miano: Issaen Hiseerosh, zwana Istką
Zdrowie: W pełni sił; cuchnie apteką i gnojem
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Wieża pod miastem

Post autor: Arbalest » 30 sty 2023, 1:49

Elfka podjęła wyraźny wysiłek, by wyjaśnić magiczny proceder w miarę prostych, jasnych dla przeciętnego zjadacza kaszy, słowach. Pomagało na pewno to, że sama w świat zaklęć i czarodziejstwa wszelakiego ledwie co wkroczyła, perspektywę miała tedy ciągle dość przyziemną. Choć to trochę za dużo powiedziane — tak naprawdę ledwie się o niego otarła. W każdym razie — zamierzała kontynuować w podobnym tonie.
— Mistrz wszedł w posiadanie tamtejszego dworku, który kiedyś należał do waszego teścia... to znaczy — ojca waszej żony — zdecydowała się dostosować odpowiednio nomenklaturę do swojego rozmówcy. — Ja zaś tam pomieszkuję, bo jak już mówiłam — pracujemy razem. A o co dokładnie chodzi — to już... — urwała nagle. Lukasowi nie było dane się dowiedzieć o co „dokładnie chodzi”, nie od Istki przynajmniej.
Nie wyczuła Mocy, a przynajmniej nie w sposób, który wywołałby u niej reakcję na ten bodziec. Wyczuła za to, że nagle coś zaczęło jej ciążyć w kieszeni koszuliny, a ta jakby się powiększyła... i zabarwiła na brązowo od ściekającej, smrodliwej i gęstej cieczy.
— Błeeeee... C-co?! Co to?! — wyjęczała z obrzydzenia, zakrywając instynktownie nos, który na zapachu poznał się szybciej niż elfka dodała dwa do dwóch. Nieszczęśniczka zajrzała do wcięcia we własnym ubiorze i szybko tego pożałowała. Zaraz potem, z nieukrywanym grymasem i w pośpiechu, przechyliła kieszeń tak by zawartość zaczęła wylatywać na podłoże przed domostwem cieśli spod Aldersbergu. Byle dalej od siebie i byle nie dotykać tego łapami.
— A-ale... Jak?! Sukin-... Ty to zrobiłeś?! — zmroziła niebieskimi oczyma Austa, spojrzeniem pełnym najpierw niedowierzania, a zaraz potem oskarżycielskiego gniewu i wyrzutu. Jasne było kogo podejrzewała o ten nieśmieszny dowcip w pierwszym rzucie. Raczej nie musiała odpowiadać na jego pytanie. Gówno — poza tym, że było ciepłe, rzadkie i cuchnęło jak padlina — było najprawdopodobniej zwierzęcym łajnem i zmaterializowało się przecież w jej kieszeni, dość daleko od miejsca gdzie podobne rzeczy opuszczają ciało w sposób naturalny.
— Bogowie, dlaczego...?! Zaraza... D'yaebl aep arse! — pisnęła trochę nazbyt dramatycznie przy nachylaniu się nad ubiorem, by ocenić straty, ale z drugiej strony — i tak niemożliwym by było dla niej teraz zniknąć z centrum wydarzeń.
— Muszę zmienić to przeklęte ubranie... Gdzie mogę się przebrać? Dostanę trochę wody? Błagam... — spojrzała na gospodarza, licząc że ten wskaże jej jakiekolwiek skryte miejsce, w którym mogłaby uratować resztki godności i zmienić koszulę na ostatni posiadany przez nią czysty egzemplarz. A także spódnicę, na tą utytłaną wcześniej od ziemi na polu Ristearda, bo tu już dalszego zapasu nie miała.
Ilość słów: 0

Odpowiedz
meble kuchenne na wymiar cennik warszawa kraków wrocław