Zajazd „Pod Knurem”

Obrazek

Tartaki, kuźnie, huty i manufaktury, szwalnie i folusze, słodownie i warzelnie. Cztery młyny wodne i bezlik mniejszych warsztatów. Wzbierające pod murami morze kolorowych i dymiących dachów, nad którymi zawsze unosi się harmider pracy i handlu.


Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2095
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Zajazd „Pod Knurem”

Post autor: Dziki Gon » 31 mar 2018, 0:10

Obrazek Przyjęty prawem obyczaj, by po zmroku zamykać miejskie bramy to jeden z powodów, dla którego postawionym naprzeciw Bramy Wielkiej zajazd „Pod Knurem” nie narzeka na brak klientów. Kolejnym jest renoma. Minęło trzysta lat od czasu postawienia jej przez pierwszego właściciela oraz zapoczątkowania gospodarskiej tradycji krasnoludzkiego klanu Craggsów. Zajazd to małe i samowystarczalne gospodarstwo, z własnym kurnikiem, stajniami i chlewem. Część przeznaczona dla gości mieści wspólną izbę w postaci przestronnej sali z dwoma wyposażonymi w rożny paleniskami po jej przeciwnych krańcach. W rogu pomyślano również o podium dla muzykantów. Spragnieni prywatności mogą zaszyć się za kotarą w którymś z alkierzy z osobnym kominkiem. Szynkwas wraz z kuchnią i spiżarnią na tyłach umiejscowiono nieopodal schodów prowadzących na piętro, gdzie znajdują się pokoje gościnne, kwatery dla służby oraz lokum gospodarza. Gdy braknie miejsc lub środków, lza przespać się na ławie we wspólnej sali za znacznie niższą cenę.
Ilość słów: 0

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2095
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Zajazd „Pod Knurem”

Post autor: Dziki Gon » 11 lis 2018, 23:02

Jeżeli to faktycznie Tibert odstawiał zakapturzoną personę w kącie to chyba jednak nie był aż takim idiotą, za jakiego uważała go jego najmądrzejsza siostra, a do tego ewidentnie minął się z powołaniem. Powołaniem aktora, a niewykluczone, że nawet cyrkowca biorąc pod uwagę jak świetnie wychodziło mu naśladowanie głosu i dziwacznego akcentu jakim posługiwał się tajemniczy przybysz. Tajemniczy przybysz, który upewniwszy się u karczemnej „czy są śledzi?”, polecił jej „to da dwóch”, rozglądając się wokół nerwowo i zupełnie nie w stylu jej brata.
Strzęp rozmowy, którą podsłuchała u mijanego wygniecionego żabota nadal tyczyła się jego i jego kumpla Rolfa, konkretniej ich perypetii w Novigradzie.
… wtedy się poznaliśmy. Początkowo chcieliśmy poudzielać się w „Rogach”, ale tamtejszy właściciel jest z kolei wyspiarzem z klanu, który od wieków nienawidzi się z klanem Rolfa, czy coś w tym guście.
O. A z jakiego?
Bo ja wiem? Klanów na Skellige jest jak psów! Cięgiem się, jak te psy, żrących. Kto by się w tym wszystkim połapał?
Fakt. Kto by.
Choć Lotta powitała kolejnego interesanta dyskretnie i bez wrogości, ten słysząc jej głos, omal nie zakrztusił się swoim śledziem. — Dzień dobry — wykaszlał, gdy jego twarz z sinopurpurowej i wytrzeszczonej na powrót stała się zacienioną kapturem opończy i tajemniczą. — Ja w sprawie ogłoszenia. Łazi mi o list. Z pogróżkami. — Tu głos postaci zniżył się do konfidencjonalnego szeptu, a oczy rozbłysnęły z przejęcia. — Powiadali mi, że można kupić u was taki ze szczególnie okrutnemi. A z groźnemi? — upewniła się enigmatyczna persona, przysuwając się nieco w kierunku poetki. — Zależy mi koniecznie, żeby pogróżki w liście były groźnemi.
Ilość słów: 0

Aishele
Awatar użytkownika
Posty: 39
Rejestracja: 30 mar 2018, 18:59
Miano: Burza
Zdrowie: ujdzie

Re: Zajazd „Pod Knurem”

Post autor: Aishele » 13 lis 2018, 19:49

— Smacznego — rzekła spokojnie przyszła autorka listu z pogróżkami, myśląc sobie, że jak zabraknie jej natchnienia przy tym zleceniu, to wystarczy rzut oka na blond muzykanta i wio. Odrażający był. Od-ra-ża-ją-cy. — Pewnie. Można i z groźnemi, a jakże. Groźne są w cenie okrutnych — zaznaczyła dla jasności. — Do kogo mają być skierowane i czego dokładnie dotyczyć? Co to za sprawa?

O imię tajemniczego nieznajomego nie pytała, jako że zależało mu chyba na zachowaniu tejże tajemniczości. O pochodzenie też nie, chociaż korciło. Skąd ten akcent? Wsłuchiwała się w każde słowo i próbowała umiejscowić sobie tę osobliwą mowę gdzieś na rozpostartej w głowie mapie świata.

Rzeczywiście, przy bliższym oglądzie gość nie wyglądał jak Tibert i to była jego niezaprzeczalna zaleta. Ale z drugiej strony mógł teoretycznie być kimś jeszcze gorszym. Kimś, kto jest zarazem niebezpieczny i mało rozgarnięty, czyli w zasadzie podwójnie niebezpieczny. Ta niemądra maskarada, te równie usilne, co żałosne próby pozostania niezauważonym, ten rozgorączkowany, przejęty, rozpalony wzrok... Kto może siadać w najciemniejszym rogu karczmy, skryty pod głębokim kapturem? Ani chybi jakiś początkujący złoczyńca. Ewentualnie początkujący awanturnik, który nasłuchał się głupich opowieści, a w efekcie opuścił rodzinną wioskę i stado kurczaków, by udać się w szeroki świat na poszukiwanie guza, znaczy przygód. Każdy kiedyś zaczynał, trzeba to zrozumieć, ale lepiej zachować ostrożność i nie dać się wciągnąć w jakąś durną i szemraną historię... Wskutek tych wszystkich refleksji, jakie przebiegły jej przez głowę, poetka postanowiła zachować pewien zdroworozsądkowy dystans wobec owego człowieka i jego spraw, przynajmniej dopóki nie przekona jej czymś... czymś przekonującym, no.

Ale tak naprawdę równie dobrze mogła o tym za moment zapomnieć.
Ilość słów: 0
Miłość napadła na nas tak, jak napada w zaułku wyrastający spod ziemi morderca, i poraziła nas oboje od razu. Tak właśnie razi grom albo nóż bandyty!

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2095
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Zajazd „Pod Knurem”

Post autor: Dziki Gon » 15 lis 2018, 0:37

Podziękował — podziękował był tajemniczy jegomość. Uprzejmie, choć nieco poniewczasie, bo przypominając sobie o tym dopiero, gdy już przedstawił sprawę. — A. A to dobrze, że we cenie. No. Zatem, tego, wielmożna pani pisarko… — Zamotał się i zakręcił, nim w końcu udało mu się sformułować myśli, ale gdy w końcu zaczął gadać, robił to za dwóch. — U nas we wsi mieszka taki jeden. Straszny łotr i szkodnik, co to naprzykrza się okrutnie. Niby od niedawna, ale mielim podejrzenia, odkąd się wprowadził, będzie równy rok temu. Cięgiem łaził do zagajnika jak śnięty, poprzedniego dnia szukał. Chrustu wcale nie przynosił, a jak go pytali, to mówił że grzyby się wybierał. Grzyby? Wiesną? — Tu postać zrobiła dramatyczną w zamierzeniu pauzę, ale szybko ją przerwała, pukając się w czoło. — Inszym razem ktoś nakroił… Z przeproszeniem uszu panienki, ale nie bójmy się tego powiedzieć – kupę! Prosto między rządki kapusty! Uczyniliśmy dochodzenie, ale nie udało nam się niczego zmiarkować. Chocia dziwnym trafem stało się to akurat nazajutrz po wieczorze, kiedy ony szkodnik wracał od Pietra i Jakuba z karczmy „Pod Podkową”, tej samej, która dawniej zwała się „Rozbrykany Kogut”. Przypadek? — Przybysz pozwolił pytaniu przebrzmieć i nabrać stosownej wagi, nie precyzując jednak który konkretnie przypadek ma na myśli. — Guta powiadała też, że kiedyś na własne uszy słyszała jak w biały dzień bluźnił przeciw świętemu Smerdzie, patronowi naszego sioła, ale Gucie to akurat bym wiary nie dawał, bo ona powtarza najrozmaitsze łże i brednie, jak na przykład o tym, że na strychu jej stodoły zalągł się wurdułak… — Jegomość potarł czoło pod kapturem, a widok jego zmrużonych oczu sugerował, że właśnie podejmował ukierunkowany wysiłek intelektualny. — A. I delikwent nazywa się Josyp, jeżeli to istotny strzegół. Łazi mi przede wszystkim o to, że mój kum mieszka z nim po sąsiędzku, no płot w płot. A po jego obejściu panoszą się gęsi. I przez to u niego też, bo przechodzą. A są okrutnie zdziczałe zawzięte, nie boją się nikogo i niczego, nawet kota jak go nimi poszczuć. A jakem jedną próbował ucapić, to tak mnie okrutnie udziobała, że sińca mam do tyj pory. Znaczy się mój kum próbował i to on ma tego sińca. Skargami ni prośbami nic żeśmy nie zdziałali w sprawie tego rajzera, bo on uparcie odrzeka, że jego gęsi nie chadzają po obejściu mojego kuma. To mię w końcu poprosili, żebym coś wykoncypował w sprawie tych gęsi. I ja sam, nie chwaląc się, wykoncypowałem, że może podłożyć mu jakie pismo. Koniecznie z groźnemi pogróżkami, bo on to się podobno do wsi wprowadził, po tym jak go jego nieprzyjacioły wygnały z podgrodzia, gdzie przedtem mieszkał i miał problemy z prawem. No. — skonkludował. — Pomożecie?
Ilość słów: 0

Aishele
Awatar użytkownika
Posty: 39
Rejestracja: 30 mar 2018, 18:59
Miano: Burza
Zdrowie: ujdzie

Re: Zajazd „Pod Knurem”

Post autor: Aishele » 18 lis 2018, 20:23

— Wielmożny przyjacielu — zaczęła poetka, powoli wypuszczając powietrze z płuc. — Pewnyś, że ten wasz Josyp-szkodnik to czytać umie? Bo jak nie umie, to dużo sobie z listu z groźbami nie zrobi i cały trud na nic. A w ogóle, jeśli zechcesz posłuchać mojej rady, to może nie ma co go jednak straszyć? Może starczy jeszcze raz tak zwyczajnie po sąsiedzku porozmawiać? Bez pogróżek i złości? Spokojnie powiedzieć, co wam przeszkadza? Na te gęsi to może, nie wiem, płot wystarczy naprawić? Albo poprosić sąsiada, żeby je gdzie indziej wypasał i kogoś do pilnowania zatrudnił? Dzieciaków żadnych we wsi nie macie, którym się nudzi, robią głupoty, a mogłyby zrobić coś pożytecznego i zająć się pasaniem gęsi? Znaczy wiesz, ja ten list mogę wam napisać. Ale zdaje mi się, że może po prostu nie poskutkować. Jak będzie trzeba to... a niech tam, to pójdę z wami do tego Josypa i pomogę go przekonać. Hm?
Ilość słów: 0
Miłość napadła na nas tak, jak napada w zaułku wyrastający spod ziemi morderca, i poraziła nas oboje od razu. Tak właśnie razi grom albo nóż bandyty!

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2095
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Zajazd „Pod Knurem”

Post autor: Dziki Gon » 18 lis 2018, 21:06

Tajemniczy przybysz pokraśniał wyraźnie, co dało się stwierdzić nawet pomimo kaptura i na podstawie machnięcia, którym opędził się od tego jak nazwała go poetka.
Jaki ja tam ze mnie wielmożny, uczona pani! Mówcie mi po prostu… — Świeżo mianowany wielmożą jegomość urwał w pół zdania, w porę ugryzłwszy się w język — … przyjacielu. A, że przeczyta to jestem pewien, bo ma on podle wsią swojego kamrata, z którym chadza bimber pędzać, a ludziska mówią, że kiedyś to se nawet tam w pliszki grali przed chałupą! — Jej rozmówca urwał ponownie, tym razem po to, by nadać swym słowom należytej trwogi. — On mu pismo przeczyta, bo umny jest — objaśnił, a zaraz potem rozdziawił gębę na propozycję poetki, słuchając jej niby świnia grzmotów. — Znaczy się jak? Nie chcecie zapłaty? Czy za mało? — Spytał, a słysząc o dzieciach i wypasie poruszył się nagle. — Oj nie, dzieciaki onych potworów nie upilnują, broń mateczko Melitele, żeby je do nich posyłać. Une gęsi to szczętem zdziczałe są, zbierają się w całe bandy, które potrafią zamłócić kota na śmierć! Sam żem widział! — Gdy oddech uspokoił mu się na tyle, by móc kontynuować opowieść, przybysz zastanowił się moment, rozważając możliwość, by Lotta osobiście zrobiła porządek z rozrabiaką Josypem i jego gęsią bandą. — No… A wiela byście sobie za to zażyczyli? No i wprzódy przyrzekniecie, że nie rzekniecie, że to ja was na niego nasłałem. A jak spuścicie z ceny to sam was tam zawiozę. To niedaleczko stąd, koleśno będzie nie więcej jak trzy-cztery dni. Podejmę jadłem i gorzałką… Jak lubicie. Lubicie?
Ilość słów: 0

Aishele
Awatar użytkownika
Posty: 39
Rejestracja: 30 mar 2018, 18:59
Miano: Burza
Zdrowie: ujdzie

Re: Zajazd „Pod Knurem”

Post autor: Aishele » 25 lis 2018, 11:04

— Lubimy. I gorzałkę, i jadło. Spuszczę ci z ceny, przyjacielu, i będzie tyle, co za ten list by wyszło, zgoda? Chyba dobry interes. Josyp się nie dowie, że masz z tym coś wspólnego, bez obaw. Możemy ruszyć jutro po obiedzie, dobrze?

Nie żeby Lotta nie miała przeczucia, że pakuje się w jakąś głupią historię. Gęsi. Pff. Prawdziwie poetycka rzecz, nie ma co. Nie żeby nie przewidywała również, co powie na to Tibert, jak się dowie... jeśli się dowie. Bo w zasadzie to nie zamierzała mu chyba o tym mówić, tylko po prostu wyjechać bez słowa, pooddychać świeżym wiejskim powietrzem z dala od zaduchu wielkiego miasta, nazbierać kwiatków, pogłaskać dziatki po głowach, pogadać miło z właścicielem gęsi, napić się, najeść i wrócić z kajetem pełnym nowych piosenek. Sprowadzić pomiędzy ubogie chaty pokój i miłość sąsiedzką. Dobry uczynek zrobić i zapisać się złotymi zgłoskami we wdzięcznej pamięci wieśniaków. A może i ten Josyp okaże się jakimś ciekawym osobnikiem? Co mogłoby pójść nie tak?

Tylko najważniejsze to się nie wygadać. Przecież gdyby dziewczyna powiedziała bratu o swoim właśnie powziętym planie, to albo nie pozwoliłby jej jechać, albo dołączyłby i przez jakiś głupi zbieg okoliczności wioska skończyłaby wyrżnięta w pień i spalona do gołej ziemi. A zupełnie nie tak poetka chciała się tam wsławić. Zupełnie nie tak.

Założywszy, że tajemniczy przybysz z wioski będzie zbyt zaszczycony i uradowany, żeby marudzić, Burza pożegnała się z nim, po czym, nie tracąc już więcej czasu, wzięła swoją lutnię i poszła wreszcie do muzykantów. Niechaj bogowie będą świadkami, że starała się przynajmniej na wstępie nie krzywić za bardzo na tego blondasa. Właściwie usiłowała go po prostu nie zauważać, a zwróciła się bezpośrednio do jedynej w towarzystwie dziewczyny:

— Cześć, Burza jestem, Wili mnie do was przysłał na pomoc, bo wam się ponoć ktoś pochorował. Nie że uleczę, ale może chwilowo godnie zastąpię. Co gracie? Przećwiczyłabym chętnie.
Ilość słów: 0
Miłość napadła na nas tak, jak napada w zaułku wyrastający spod ziemi morderca, i poraziła nas oboje od razu. Tak właśnie razi grom albo nóż bandyty!

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2095
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Zajazd „Pod Knurem”

Post autor: Dziki Gon » 25 lis 2018, 17:21

Zgoda, zgoda, szanowna. Tak, jak najbardziej — przytaknął skwapliwie rozmówca, pewny że robi właśnie interes życia. Jego zapał nieco opadł na wzmiankę o terminie wyjazdu — Co? Jutro? Zaszczyceniśmy ale, ale… — zapowietrzył i zaszczycił się jegomość, a zanim zdążył odetkać, Lotta była już przy muzykantach.
Burza? To pseudonim artystyczny? — zainteresowała się dziewczyna, po chwili ciszy i skierowanej na Lottę uwagi, która nastąpiła, gdy podeszła do ich stolika.
Pasuje jej, od razu przechodzi do konkretów — zauważył blondyn, niepomny na ostentacyjne próby ignorowania go. — Przedstaw nas, Ines.
Ines Parlo — spełniła grzeczność dziewczyna, dokonując introdukcji jako pierwsza. — Ten przemądrzały tutaj to Farys — ruchem oczu, wskazała na upatrzonego ulubieńca poetki, który wyszczerzył się zaanonsowany. — I jego przyjaciel… Olaf, tak?
Rolf — poprawił ją ten nazwany Farysem, zwracając się do wywołanego i jego uwagę na Burzę. — Rolf, ładna dziewczyna.
Urid — stwierdził Rolf, cokolwiek to znaczyło.
No i Rob Milczek — dopełniła formalności Ines, prezentując ostatniego z towarzystwa, tęgawego bruneta, który także w pełni zasłużył na swój przydomek, bo nie odzywając się od początku rozmowy, a witając się nieznacznym uśmiechem i uniesieniem dłoni na powitanie.
Był jeszcze Wenzel, ale on zaniemógł. Zasiądź z nami — zaprosiła ją do stołu, przesuwając się do środka i robiąc jej miejsca na skraju ławy.
Gramy raczej swobodne formy instrumentalne. Melodię z „Różyczko, różyczko” albo „Z tamtej strony jeziora”. Rzadziej lirykę śpiewaną, z tej ostatniej zwykle ronda, na przykład „In taberna”. Osobiście najbardziej przepadam za twórczością Beatriz z Caravisty i Modesta Raschenau, a chłopcy nieźle akompaniują pod Arnusa De Mitthoffa, ale…
Ale grać Mitthoffa albo Beatriz do polewki to profanacja.
Właśnie. Poza tym chwilowo jestem jedynym głosem w zespole, a najlepsze utwory tychże wykonuje się co najmniej na dwa. Poza śpiewem radzę sobie z surmą i szałamają, Farys preferuje fidel, a Rob jest bębniarzem. Na dzisiaj umyśliliśmy grać wszystko jak leci ze zbioru „Jakież rozkosze” ale z braku strunowca będziemy musieli przerzucić się na „Czerwone wino, białe wino” i inne pieśni weselne. Farys zna kilka całkiem dobrych, a publika nawet je lubi.
To znaczy, że zdarza im się nagrodzić je sporadycznymi oklaskami, jeżeli nie są na tyle pijani, żeby trafić ręką o rękę. — Znawca pospieszył z wyjaśnieniem.
No ale widzę, że masz tu ze sobą niebrzydką luteńkę — zauważyła Ines. — Istne cudeńko. A na takie można zasłużyć sobie albo wieloletnią praktyką albo spadkiem po wielkim artyście. Jesteś może potomkinią jakiejś sławy? — Kompania przyjrzała się jej zaciekawiona. Nawet Rolf, który dotychczas miał pewne problemy ze zrozumieniem co się dookoła niego dzieje.
Ilość słów: 0

Aishele
Awatar użytkownika
Posty: 39
Rejestracja: 30 mar 2018, 18:59
Miano: Burza
Zdrowie: ujdzie

Re: Zajazd „Pod Knurem”

Post autor: Aishele » 14 lut 2019, 14:44

— Słyszeliście o Ijonie, znamienitym bardzie z Cidaris? Nazywali go Gawronem, swoją drogą doprawdy nie wiem dlaczego, bo śpiewał jak słowik raczej, a pióra miał rude, nie czarne. Powiadają, że gawrony są jednymi z mędrszych ptaków, ale i to kiepski trop, bo tak szczerze mówiąc, to Ijon raczej był człekiem serca i uczucia, niźli tęgiego rozumu. Wyrwał mnie kiedyś z rąk złej czarownicy, która więziła mnie w swym zamczysku i zmuszała do najgorszych posług. Tak zaczęła się nasza znajomość. — Tak było, zdawały się mówić granatowe oczy Lotty, szczere jak pole w którejś z otaczających Novigrad wioseczek. — Kiedy w końcu umknęliśmy hen poza jej włości, mój wybawiciel zgodził się wyuczyć mnie swojego fachu. Stałam się jego przyjaciółką, towarzyszką w nieskończonej podróży, prawie córką. Występowaliśmy razem w wielu miastach i wsiach, które wyrosły na naszej drodze. Tysiąc przygód razem przeżyliśmy. A kiedy go zabito, tego podniebnego śpiewaka, została mi po nim, ot, ta lutnia i niewiele więcej.

Burza w ogóle nie drgnęła, mówiąc o śmierci drogiego przyjaciela. Nie pobladła, nie zalała się łzami ani nic. A to przecież tak niedawno. Jeszcze nie zdążyły opaść kwiaty akacji, które kwitły tamtego dnia.

— Że publika lubi wino, równie mocno białe, jak czerwone, to ja nie wątpię... — westchnęła dziewczyna, rozważając poruszoną wcześniej kwestę repertuaru. Weselne pieśni. Tandeta. Ratuj, słodka Melitele. — Co jednak dobre dla spragnionego gardła, to niekoniecznie dla ucha. Za to śmiem twierdzić, że w rozkoszach jestem obeznana nie gorzej od was. — Jedno oko poetki samowolnie posłało figlarne mrugnięcie w kierunku Ines. — Poważnie mówię, piłowaliśmy z Ijonem ten zbiór od Brugge po Wyzimę. Mogę zagrać, co chcecie. Zaśpiewać większość też, jeśli będzie potrzeba drugiego głosu, jak w Dłoniach miłej panienki czy Złotym sznureczku. A wino zostawmy do picia. Co wy na to?
Ilość słów: 0
Miłość napadła na nas tak, jak napada w zaułku wyrastający spod ziemi morderca, i poraziła nas oboje od razu. Tak właśnie razi grom albo nóż bandyty!

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2095
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Zajazd „Pod Knurem”

Post autor: Dziki Gon » 21 lut 2019, 0:25

Spojrzenia, które muzycy wymieniali między sobą oraz, którymi obdarzali dziewczynę w trakcie jej opowieści, sugerowały, że o Ijonie, znamienitym bardzie z Cidaris, nazywanym Gawronem słuchali właśnie po raz pierwszy. Zresztą z całkiem uprzejmym i chyba nawet nieudawanym zainteresowaniem, bo opowieść, wzorem dobrej bajki lub, jakże by inaczej — ballady, posiadała liczne zwroty akcji i trzymała w napięciu aż do samej dramatycznej puenty.
Kompania porozumiewawczymi uśmiechami i pełnymi uznania potaknięciami nagrodziła życiorys Lotty, biorąc go za wyjątkowo kreatywną introdukcję. A przynajmniej ubarwioną. Nie domyślając się nic a nic, że w tym konkretnym, jak i tragicznym przypadku, to życie wyprzedziło sztukę.
Nie tylko publika — tęsknie rozmarzył się Farys, a Ines niepewna znaczenia posłanego jej właśnie mrugnięcia, taktownie obejrzała zawartość swojego kufla, który podobnie jak naczynia jej kompanów — zawierał piwo. Cienkie.
Zapadła chwila milczenia, którą zdecydowała przerwać Ines Parlo, adeptka surmy i szałamai, jeżeli nie liczyć gardłowo-nosowego dźwięku wydanego w międzyczasie przez Rolfa, który równie dobrze co czasownikiem, mógł być stłumionym beknięciem.
Będzie nam bardzo miło. I z przyjemnością dostosujemy się do twojego repertuaru, skoro zdecydowałaś się do nas dołączyć dzisiaj wieczorem.
Zasiądź z nami i bądź naszym gościem, Burzo, uczennico Ijona z Cidaris, niech mu ziemia lekką będzie! — oznajmił pyszałkowaty dureń i imbecyl, przedstawiony jako ten preferujący fidel. Ku jej zgrozie lub zaskoczeniu, przysuwając się do milczącego, choć uśmiechającego się do niej życzliwie Roba, by zrobić miejsca przy stole.
Myślicie, że „Złotym sznureczku” znalazłoby się miejsce na bęben? — zastanowiła się Ines. — Chciałabym zmodyfikować niektóre partie, żeby chłopcy mogli nam częściej akompaniować.
A o czym to? To było to o tej utopionej sierocie? — zapytał Farys.
Sam jesteś utopiona sierota. — parsknął w kufel Rob, dowodząc, że pomimo werbalnej niewylewności, wiedział kiedy należy się odezwać.
Nie, ciołku. O chłopaku, który pojechał na wojnę i wspomina swoją ukochaną, która dała mu na pamiątkę, tytułowy złoty sznureczek. Burzo? — wyjaśniła cierpliwie Ines z duża dozą iście siostrzanej cierpliwości, by następnie zwrócić się do Lotty. — Zechcesz zaśpiewać ten utwór na otwarcie, czy tylko akompaniować?
Ilość słów: 0

Aishele
Awatar użytkownika
Posty: 39
Rejestracja: 30 mar 2018, 18:59
Miano: Burza
Zdrowie: ujdzie

Re: Zajazd „Pod Knurem”

Post autor: Aishele » 25 mar 2019, 17:27

Parsknięcie Roba wywołało u nowej kompanki zespołu bliźniaczą reakcję. Dziewczyna z lekką nutą politowania w głosie, nieudolnie kryjąc rozbawienie, objaśniła Farysowi, że pomylił Złoty sznureczek ze Złotą kulą. Tam w istocie występowała utopiona sierota, w dodatku pośmiertnie przemieniona w żabę, która zabawiała się piłeczką z drogocennego kruszcu przy każdej pełni księżyca. Mówiąc to wszystko, Burza piorunowała chłopaka wzrokiem spod uniesionych brwi tak okrutnie, jakby właśnie popełnił gafę w rodzaju pytania, czy Błękitna Perła to może ten słynny piracki statek, którego załogę pradawna klątwa króla bobołaków poprzemieniała w żywe szkielety. Wstyd, wstyd!

— Z miłą chęcią zaśpiewam o złotym sznureczku. A bębny? Pewnie, bębny byłyby według mnie w sam raz pomiędzy partiami wspomnieniowymi, tam gdzie chłopak maszeruje razem z wojskiem. No i na koniec, przy kondukcie pogrzebowym. Prawda? Rob, bębniarzu, jak myślisz? To co, popróbujemy może? Dużo czasu nam zostało?
Ilość słów: 0
Miłość napadła na nas tak, jak napada w zaułku wyrastający spod ziemi morderca, i poraziła nas oboje od razu. Tak właśnie razi grom albo nóż bandyty!

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2095
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Zajazd „Pod Knurem”

Post autor: Dziki Gon » 29 mar 2019, 21:51

Farys, któremu najwyraźniej obce było uczucie wstydu, zarżał perliście nad własną gafą, nie dostrzegając lub nie rozumiejąc posyłanych mu spojrzeniem błyskawic. Szarogranat oczu poetki zapowiadał gromy nawet bez dodatkowych wysiłków z jej strony, a mimiczne niuanse w postaci jej uniesionych brwi, zwykle wzlatujących wysoko niby spłoszone ptactwo, mogły umykać percepcji mniej rozgarniętych osobników. Zwłaszcza jeżeli mniej rozgarnięci osobnicy zajęci byli patrzeniem nie na poetkę, ale na do kufla i szturchaniem stojącego obok Rolfa oraz tłumaczeniem mu — na poły na migi, a na poły bezokolicznikami — o czym za chwilę zagrają.
Rob bębniarz skinął w odpowiedzi głową, dając do zrozumienia, że myśli jak najlepiej. Ines zareagowała bardziej entuzjastycznie. Klasnąwszy w dłonie, natychmiast przyszła w sukurs propozycji Lotty, dzieląc się własną wizją i spostrzeżeniami.
Mógłbyś wybić nam taki miarowy i głęboki rytm do marszu, podobny do tarabanów. O, i jeszcze ktoś mógłby wygrać nam krótki hejnał na surmie, przed partiami o wojsku! Jak na heraldycznej trąbce, tylko kto poza mną… Farys! — Czująca wzbierającego organizatorskiego ducha dziewczyna poderwała się z miejsca, wskazując fidelistę palcem.
Co, że niby ja?
Nie, utopiona sierota. Pewno, że ty. Zagrasz nam hejnał między partiami.
Kiedy ja nie umiem!
Nie marudź, to ma być tylko prosty dwudźwięk, dla samej tylko okrasy. Nic trudnego, nauczę cię w try miga. Zresztą do momentu partii z konduktem pogrzebowym i tak nie będziesz miał nic lepszego do roboty. A i gębę zajmiesz, czymś innym niż kuflem! Ha, alem to zgrabnie wykoncypowała! — Młoda panna Parlo obróciła się tanecznym krokiem, furkocząc sukienką. Zatrzymując, rozejrzała się po sali, zerkając ku drzwiom i taksując zgromadzonych wewnątrz gości.
Mamy jeszcze trochę czasu nim ludziska się zejdą. Trudno mi powiedzieć ile dokładnie. Zgaduję, że mniej niż godzinę. Rob, Farys! — pogoniła resztę orkiestry. — Bierzcie instrumenty i sio na podium
Dopijając co się dało, ekipa poczęła gramolić się zza stołu, wyciągając dotychczas ukryte pod blatem sakwy i futerały z narzędziami swojej pracy. Pomagał im w tym również wyspiarz Rolf, podążający ich śladem i nieodłączny niby wierny pies.
Kilka głów na sali obróciło się w ich kierunku, gdy rozstawiali się na scenie, karmiąc ich pierwszymi oznakami przelotnego zainteresowania.
Bardziej w lewo, Rob. Podaj mi futerał, Farys. Nie ten, tamten brązowy. Burzo? — Komenderująca przygotowaniami Ines, odwróciła się do Lotty, poświęcając jej swoją uwagę oraz spojrzenie brązowych oczu w kształcie migdałów, przepuszczając schodzącego z podium Farysa, który poszedł po zydle, na których będą siedzieć. — Jeżeli też będziesz śpiewać, będziemy musiały podzielić się rolami. Bierzesz dziewczynę czy narzeczonego?
Ilość słów: 0

Aishele
Awatar użytkownika
Posty: 39
Rejestracja: 30 mar 2018, 18:59
Miano: Burza
Zdrowie: ujdzie

Re: Zajazd „Pod Knurem”

Post autor: Aishele » 28 kwie 2019, 19:42

Poddając się organizatorskiemu zapałowi nowo poznanej koleżanki, Lotta posłusznie zajęła na podium miejsce, które tamta zechciała jej wskazać. Krótkim skinięciem głowy podziękowała Farysowi, kiedy ten przyniósł jej siedzisko. Półuśmiech, który mu przy tym niechcący posłała, był chyba na szczęście na tyle niewyraźny, że nierozgarnięty osobnik miał sporą szansę go przegapić, tak czy inaczej poetka na wszelki wypadek szybko odwróciła się do szefowej całego przedsięwzięcia i to na niej skupiła uwagę, by czym prędzej zgasić w sobie chęć przywalenia chłopakowi w pysk. Bo przecież wciąż należało mu się za ten żabot.

— Wolę dziewczynę — odparła po krótkiej chwili wahania. Przejechała palcami po strunach swojej lutni, przysłuchując się, czy nie potrzeba jej jeszcze dostroić. — Wtedy ty zaczniesz z narzeczonym w swojej tonacji, a ja się do ciebie dostosuję. Chyba że wygodniej ci odwrotnie, to wtedy się nie upieram. Ty tu rządzisz!

Ostatnie stwierdzenie było zarówno okraszonym uśmiechem wyrazem siostrzeńskiej solidarności, jak i oznajmieniem niepodważalnego faktu, zważywszy na to, jak Ines rozstawiała chłopaków po kątach. I dobrze, ktoś musiał pilnować porządku w tej bandzie łobuzów.

Posłyszawszy, jak ktoś z towarzystwa intonuje na próbę Złoty sznureczek, Burza włączyła się gładko z rzewnym zaśpiewem gawronowej lutni. Dopiero wraz z rozbrzmiewającymi tonami, nie wcześniej, zjawiały się w jej głowie także słowa pieśni, wplecione jak kwiaty w warkocz melodii. Dopiero z pomocą układających się w sensowną całość dźwięków wydobywała je z ciemnej gęstwiny tego, co zapamiętane i zapomniane.
Ilość słów: 0
Miłość napadła na nas tak, jak napada w zaułku wyrastający spod ziemi morderca, i poraziła nas oboje od razu. Tak właśnie razi grom albo nóż bandyty!

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2095
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Zajazd „Pod Knurem”

Post autor: Dziki Gon » 03 maja 2019, 13:30

Ines rosła i promieniała: werwą i autorytetem, niepodważalną inkarnacją organizatorskiego ducha, który opętawszy ją i posiadłszy, przydawał jej oczom wszechobecności gorejącej, a ruchom dłoni — energicznej niechybności godnej samego Demiurga, zapalającego pierwsze Fixa Sydera zawieszone w wakuum Primuum Mobile. Z tą jedyną różnicą, że tu — na padole, mocom jej woli podlegały (jeszcze nie) gwiazdy ruchome, in spe dopiero wschodzące, a przynajmniej bardzo pragnące się za takowe uważać. Łobuzy, ale kochane, odrzucające wszystkie świętości poza dwoma: Sztuką i solidarnością wobec innych rara avis. Zdatni, czujni, zdolni i gotowi zrobić, zagrać, podać, znaleźć, przynieść wszystko — oprócz zawodu.
Będziesz dziewczyną, wedle uznania. — Świeżo mianowana władza okazała się dla Lotty łaskawa. — Raz chłopaczek, raz dziewczyna — potwierdziła kolejność, współdzieląc uwagę z wnętrzem futerału, z którego na światło dzienne wydobyła nie szurmę, nie szałamaję, ale niewielką trąbkę, która po rozwinięciu okazała się być kajetem, któremu czyjeś staranne pismo nadało przeznaczenie śpiewnika. W skupieniu chłonęła jego rozprostowane na skraju sceny stronice, nim podała je kolejno chłopcom, wskazując ustępy przeznaczone ich uwadze.
Odhaczając poinstruowanie akompaniatorów z listy przygotowań, Ines Parlo odegrała pośrodku sceny osobliwą pantomimę, przybierając kolejno rolę krzywiącej się małpki, cmokającej rybki i ziewającego przeciągle kota. Nie była to jeszcze właściwa część występu, a rozgrzewka aparatu fonetycznego, poprzedzającego właściwą gimnastykę artykulacyjną.
Sownociardełko, prestidigitator, rozżarzony, dżdżysty, trznadel, usatysfakcjonowany, gżegżółka, treść, sierp, sierść, Deithwen Addan yn Carn aep Morvudd — oznajmiła uroczyście i na jednym oddechu. — Czesał czyżyk czarny koczek, czyszcząc w koczku każdy loczek. Po czym przykrył koczek toczkiem, lecz część loczków wyszła boczkiem — dodała niezmieszana.
Dość powiedzieć, że gdy palce Lotty na strunach przędły splatany z pięciolinii warkocz melodii, panna Parlo rozsiadła się na dolnych oktawach równie wdzięcznie, co na zajmowanym obok Burzy zydelku.
W kolejnej partii wzniosła się z niego razem z tonem, skacząc z naśladującego tenor sopranu g na dwie oktawy w górę. Chociaż dynamika jej śpiewu była raczej na styk, a kilka razy zdarzyło jej się wychylić ponad skalę, jej emfaza (oddawana nie tylko mową, ale uczynkiem, kiedy chodziła po scenie i całym ciałem ogrywała niedole tęsknoty młodego brańca) pozostała bezbłędna. Nie wiedziałeś, czy to podmiot liryczny, czy już sama Ines żegnała się z ukochaną w lecie, obiecując jej codziennie list zalakowany pocałunkiem. Nakazywała rozglądać się wokół, szukać wśród publiczności onej bogdanki, mającej odbierać przysięgę o ofiarowaniu jej pamięci każdej nocy samotnej, spędzanej z mieczem, kiedy mnąc w palcach sznureczek, złoty niby jej pukle…
Łup! — grzmotnął ktoś kuflem.
Grzmotnął tak gromko i niespodzianie, że zasłuchany Farys, aż podskoczył na taborecie, smagając Roba karcącym spojrzeniem, z zamiarem złajania go za przedwczesny o dwie zwrotki kontrapunkt, kadencję części pożegnalnej, a początek interludium z maszerującym wojskiem. Jednakoż obydwie jego dłonie i dzierżone w nich pałki do bębna znajdowały się z dala od membrany, dokładnie na wysokości jego równie zdziwionej co u przyjaciela twarzy. Reakcja wybitej z rytmu Ines nie odstawała od pozostałych, a pierwszym z towarzystwa, który bez cienia ochyby rozpoznał wraży hałas, był Rolf, nieodrodny syn Skellig, niezdolen pomylić rąbnięcia kuszem o blat z niczym innym, nawet gdyby przyszło mu je usłyszeć wśród najgłębszych czeluści Mörhoggu.
Cisza, jaka zapadła na sali i posyłane zewsząd spojrzenia zasłuchanej do niedawna widowni (w większości drobnicy kupieckiej i kilku niziołków-farmerów) wyłuskały opartego o podporę wysokiego człowieka w sznurowanej koszuli i butach do jazdy, wysysającego wargami resztki piany, które piwo z odstawionego grzmotnięciem kufla pozostawiło na jego obwisłych wąsach. Zmierzwiony skalp na czubie podgolonej głowy oraz świeże ślady pyłu na nogawkach wskazywały, że do „Knura” zawitał prosto z traktu, nie dalej jak trzy zwrotki temu.
Co to ma być? — Usta pod wąsem skrzywiły się nieładnie. — Co za lichotę się tu gra? Ani przy tym zjeść, ani potańcować.
A rzewne to, kurwa! — przyszedł mu w sukurs skrzekliwy głos zbliżający się w kierunku sceny od przeciwległego kierunku. — Jak na oczepinach! — Tam, gdzie kroczył jego właściciel, goście karczmy, przysuwali się do siebie na ławach, spuszczając głowy w kufle lub pod blaty stołów. Nie tylko z powodu exeterskiej schiavony i dwóch sztyletów, których rękojeści sterczały mu z pasów — nabitego srebrem, noszonego poniżej bioder i przecinającego pierś, ozdobionego klamrą w kształcie karcianej figury pik. Głównym powodem była jednak facjata, którą wylegitymował się, wkraczając w krąg oświetlającego scenę żaru pobliskiego paleniska. Błyszcząca w jego blasku gruba na palec bruzda, ukośnie i głęboko orała mu policzek od podniesionego i napiętego ubytkiem skóry lewego kącika ust, aż po zmasakrowane resztki ucha.
To zasiądź sinistrem k’podium, Vert — prychnął mu w odpowiedzi trzeci z towarzystwa, objawiający się naprzeciw sceny, targając ze sobą ze zgrzytem ciągniętych po podłodze nóg wyściełane siedzisko, rekwizyt raczej niż mebel, stawiany tu nie do użytku, ale ku świętej pamięci poprzedniego właściciela. Rękę wolną od trzymania wleczonego za plecami oparcia zajmowała mu zgarnięta z szynkwasu butla sznapsa.
Ostatni z tria był więcej niż tylko jego dopełnieniem. Zdradzała to większa niż u kompanów swoboda poczynań, szeptały ozdabiające dłoń pierścienie, srebrne, złote, pieczętne. Krzyczał ręcznie haftowany kaftan z drogiego sukna, wykończony frędzlami u kieszeni i kołnierza. Ostrzegało osobliwe, smukłe ostrze z rozbudowanym jelcem, zawieszone u boku w okutej pochwie wyglądającej raczej na osobne rękodzieło niż ledwie akcesorium. W końcu twarz. Przystojna, a nieładna, o niesięgającym (błękitnych? Zielonych? Nieokreślonych?) oczu uśmiechu, z opadającym na nią pojedynczym kosmykiem ciemnych, półdługich włosów, który wyrwał się spod jarzma przewiązującej współbraci opaski z czarnego jedwabiu.
Ale kiep z ciebie, jeśli tak postąpisz. — Herszt intruzów obrócił ciągnięty mebel ku scenie i wykorzystał, zgodnie z przeznaczeniem, choć nadając czynności przesiadywania w nim pełną swobody nonszalancję. — I poskąpisz oczom miłego widoku — zakończył, odszpuntowując butlę z głośnym odgłosem implodującego w głąb szyjki powietrza. A nie skąpiąc przy tym oczom widoku poetki. Pozostała dwójka, jak laufrzy zajęła miejsca po jego bokach. Wąsaty nie zasiadł, lecz stał, rozdając kubki, które bez protestów ściągnął po drodze z blatu przypadkowych osób. Siedzący frontem k’podium pół-blizna-pół-twarz, odebrał je razem z butelką i zaczął polewać. Uwolniony od naczyń wąsaty, niespiesznie zbliżył do wystawionego nad paleniskiem rusztu.
Państwu już podziękujemy. Oprócz pani z lutnią, która będzie uprzejma zostać i umilić strudzonym wędrowcom resztę wieczoru. Jeśli nie ich uszom, to przynajmniej innym zmysłom. Pan Dereszka będzie względny na repertuar, prawda panie Dereszka?
Jegomość przy ruszcie, sadząc z reakcji — adresat ostatniej wypowiedzi, bez słowa wzruszył ramionami, zajęty w tej chwili sprawdzaniem gotowości opiekanego mięsiwa za pomocą dobytego zza paska noża. Człowiek w haftowanym kaftanie nie odwrócił się, by poszukać bardziej wymiernego potwierdzenia.
Właściwie — wtrącił się okaleczony, wychylając kolejkę przed wszystkimi i jeszcze bardziej napinając skórę na rozharatanej twarzy, w ohydnym grymasie, który dopiero po chwili patrzenia dało się rozszyfrować jako uśmiech. — Druga z pań może zostać. I pozwolić do mnie. Jeśli flecistka.
Flecistka? Do gwizdka? — wykpił kompana wracający właśnie znad rusztu Dereszka i rozgryzł nabite na czubek kozika pieczyste, które ściekło mu po brodzie puszczonym sokiem. Blizna tylko prychnął w odpowiedzi, a mógł zabić. Ale akurat nie chciał.
W sali „Knura” szło siać makiem. Sporo osób szło też w kierunku wyjścia, równie cicho i niepostrzeżenie. Uwaga pozostałych zgromadzonych tężała teraz na podium oraz orkiestrze, choć nie z powodów, z których orkiestra by sobie życzyła. Pobladły Farys, porzuciwszy zydel, wpijał pobielałe palce w bark stojącego na stopniach podium Rolfa, który nieprzerwanie taksował ich nową widownię spod ściągniętych gniewnie brwi. Widownia, póki co, uprzejmie tego nie zauważała, choć ten nazwany Vertem ewidentnie szukał u autorytetu grupy choćby cienia sygnału zwiastującego odmianę niniejszego stanu rzeczy. Zastygły Rob nadal trzymał pałki, jak gdyby w każdej chwili spodziewał się podjęcia melodii i momentu swojej partii. Ines, choć z trudem powstrzymująca drżenie (gniewu, strachu, bezsiły, upokorzenia — nie będziemy teraz roztrząsać), uniosła hardo głowę, i choć powinna była i miała do tego prawo — nie zareagowała na dictum sprawców zamieszania ani ich wulgarne zaczepki, zwracając się wprost do Lotty. — Jeśli nie zechcesz tu zostać, nie odejdziemy bez ciebie.
Ilość słów: 0

Jomo
Awatar użytkownika
Posty: 8
Rejestracja: 10 sie 2022, 18:39
Miano: Jomo
Zdrowie: W pełni sił
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zajazd „Pod Knurem”

Post autor: Jomo » 21 sie 2022, 9:07

Chociaż blask świtu jeszcze nie zdążył okryć całej kwatery, Jomo już babrał się w swoim żywiole. Siedział bowiem w notatkach, przeglądając stare przepisy, myśląc nad tym, jak można by je wprowadzić w realia wielkiego miasta. Były solidne, lecz w założeniach bardzo prymitywne i proste. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nasz niziołek nie wziął sobie za zadanie udowodnienia mieszczanom Novigradu swojego talentu. Jednak naszła go refleksja, czemu miałby robić coś na siłę? Czy w tym wszystkim nie chodzi właśnie o to, aby przez strawę pokazać siebie, swoje korzenie? Z drugiej strony, kuchnia jest jak płótno, a Jomo uważał się za artystę innowatora. Rozterka jednak nie trwała długo, trzeba było zakasać rękawy i brać się do roboty. Nie mitrężył się, jak na jego gabaryty zwinnie i szybko wziął swój fartuch pod pachę i zszedł na dół.
Zajazd cieszył się popularnością, lokalizacja przed Wielką Bramą nadawała mu renomy i co za tym idzie gości, czyli tego, co najważniejsze w tym biznesie. Schodząc po schodach, Jomo kiwnął głową na powitanie karczmarza i służby — tylko z grzeczności, w jego głowie już wrzało na samą myśl o ponownym wstąpieniu do kuchni. Każdy dzień traktował z należytym szacunkiem z przeświadczeniem, że robi to, co kocha, uśmiechał się do siebie z dumą, w końcu będzie mógł się pochłonąć swojej miłości w pełni.
Na początku jednak przyziemne, lecz równie ważne sprawy — trzeba przygotować kuchnię do pracy. Jomo przeprowadził staranne oględziny swojego stanowiska pracy, zwracając uwagę na najmniejszy detal. Sprawdził, czy wszystkie niezbędne mu akcesoria są na swoim miejscu, potem sprawdził pobieżnie stan czystości kuchni, jak na warunki, w których przyszło mu pracować, nie było tragedii. Zarzucił na siebie więc swój fartuch, zawiązał go starannie z tyłu. Włosy ukrył pod czapką. Później, przygotował rezerwuar z wodą, dokładnie oczyścił swoje ręce i przystąpił do swoich obowiązków. Na początek — zrobić miejsce. Odsunął więc niepotrzebne mu elementy na bok, aby wyłonić ze skromnego kawałka blatu jakże piękną i potrzebną przestrzeń. Dorzucił do paleniska trochę drewna. Ponownie umył swoje dłonie, zapominając, że mógł zająć się ogniem wcześniej. Wziął do rąk nóż oraz ostrzałkę, wystarczy powiedzieć, że zrobił z nich użytek. Tak zaczął się kolejny dzień, przygotowując warzywa, myślał, co tym razem przyniesie mu los.
Ilość słów: 0

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2095
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Zajazd „Pod Knurem”

Post autor: Dziki Gon » 21 sie 2022, 20:41

Wilhelm Craggs, którego załoga „Knura” wołała pieszczotliwie „szefuniem Wilim” i traktowała jak ojca, zatrudnił był Jomo nie tylko przez wzgląd na umiejętności i zapał niziołka, ale również dlatego, że jego dotychczasowi kucharze — Merla i Rufus, musieli pilnie udać się do Hirundum w sprawach rodzinnych. Poznał ich tedy przelotnie i został zupełnie sam na placu boju, ale dzięki nieobecności niziołczego rodzeństwa mógł się wykazać. No i miał całą kuchnię dla siebie, z czego korzystał właśnie z pełnym namaszczenia uniesieniem.
A właściwie — korzystałby, gdyby nie fakt, że zniknęły wszystkie noże.
Zaaferowany umiłowanym zajęciem, wymył warzywa i poukładał je równiutko na blacie w kolejności, w jakiej zamierzał je pokroić, i dopiero wówczas zorientował się, że nie miał czym tego zrobić. Przeszukał każdy kąt i zakamarek kuchennego dominium, ale znalazł jeno wyschnięty na kamień kawałek kiełbasy, walający się między piecem a skrzynią na drewno, oraz trupka zmiażdżonej pułapką myszy opodal worka z mąką.
Kiedy udał się z tym ambarasem do właściciela przybytku, krasnolud żachnął się, trzepnąwszy ze złością ścierką o szynkwas, aż podskoczyła jedna z dziewek służebnych.
By to zaraza pasiasta... Zaś?! Jak nie łyżki, miski i chochelki, psia jego mać, to noże!
Craggs zasapał się i poczerwieniał na licu. Tuszy był słusznej, tedy uspokojenie oddechu przychodziło mu z niejakim trudem. Nie chcąc jednak zrazić do siebie jedynego kuchmistrza, jaki mu pozostał, a z którym nie zdążył jeszcze dobrze się poznajomić i wypić bruderszafta, westchnął i machnął ręką.
Trudno. Może mus nam po specjalistę jakiego posłać... — zamyślił się, sięgając do kieszeni fartucha. — Ale to potem, po niedzieli. Teraz, Jomo, leć do Fryca po nowe noże. Ma stoisko na obrzeżach Kuźni, tuż przy Wielkiej, i nos jak kabaczek. Znajdziesz na pewno, to blisko — zapewnił krasnolud i wręczył niziołkowi trzy srebrzaki.
Wiem, żeś nie na posyłki się tu najmował — uśmiechnął się Craggs przepraszająco — ale wszyscy akuratnie wybyli, a mnie mus z dziewczętami sali pilnować. Lada chwila pierwsi klienci zawitają, goście się pobudzą...
Ilość słów: 0

Odpowiedz
meble kuchenne na wymiar cennik warszawa kraków wrocław