Dom aukcyjny Borsodych

Obrazek

Z rozkazu hierarchów wszystkie burdele, getta i inne bezeceństwa zostały oznakowane czerwonymi lampionami w oknach. Po zmroku ich blask rozświetla dzielnicę pożarową łuną, wabiąc wszystkich spragnionych tanich rozrywek i łatwego łupu.


Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 1970
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Dom aukcyjny Borsodych

Post autor: Dziki Gon » 18 mar 2018, 18:12

Obrazek
„Dom aukcyjny braci Borsodych mieścił się na placyku przy ulicy Głównej, faktycznie głównej arterii Novigradu, łączącej rynek ze świątynią Wiecznego Ognia. Braci, w początkach swej kariery handlujących końmi i owcami, wtedy stać było tylko na szopę na podgrodziu. Po czterdziestu dwóch latach od założenia dom aukcyjny zajmował imponujący trzypiętrowy budynek w najbardziej reprezentacyjnej części miasta.”
— „Sezon Burz”




Imponujący trzypiętrowy budynek w najbardziej reprezentacyjnej części miasta, na skraju jego najmniej reprezentatywnej dzielnicy. Raz na kwartał, niezmiennie w piątek, sale domu zapełniają się gośćmi, a dzieła sztuki, białe kruki, antyki, kurioza i precjoza zmieniają właścicieli za uderzeniem młotka o pulpit i towarzyszącego mu aksamitnego głosu tutejszego licytatora, Abnera de Navarette. Powiadają, że nigdzie nie da sprzedać się drożej niż u Borsodych, a łączny utarg wszystkich lotów osiąga niebotyczne nawet jak na Novigrad sumy. Głównym pomieszczeniem budynku jest licząca ponad sto miejsc sala aukcyjna zajmująca pierwsze piętro. Parter oraz piętra pozostałe mieszczą galerię, w której licytujący mogą zapoznać się z eksponatami, oraz składy i biura domu, gdzie rzeczoznawcy potwierdzają wartość i autentyczność licytowanych przedmiotów. W tym celu przedsiębiorstwo otwarte jest także w dni powszednie, poza licytacją.
Ilość słów: 0

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 1970
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Dom aukcyjny Borsodych

Post autor: Dziki Gon » 12 cze 2022, 22:54

Poznaliśmy się wcześniej. Twój towarzysz będzie oczekiwał na ciebie przy wyjściu — odpowiedziała jej, choć Morgana tego nie oczekiwała. Z początku na pierwsze dwa pytania, trzecie poprzedził krótki namysł. — Celem podobnego spędu jest braterstwo sobie podobnych. Oficjalnie, bo prawdziwego, faktycznie, nie poznasz. A przynajmniej nie mam zamiaru ci go ujawniać.
Bezlitosna przeczekała tyradę zmęczonej Morgany. Onyksy — ten na palcu i te w masce, zalśniły matowo w pełnym świetle miesiąca wypełniającego gabinet Borsody’ego. Wespół z ciszą.
Nie, przeszkadza mi wyłącznie twoja impertynencja. — Skroń kobiety ułożyła się na jej upierścienionej dłoni, po tym, kiedy ta rozmasowała ją sobie gestem zarezerwowanym dla objawów dokuczliwej migreny. — I potrzeba wypowiadania na głos oczywistości. Ale nic nie szkodzi, mam doświadczenie. Jestem matką dwójki dzieci.
Kiedy inwigilatorka przedstawiła się jej osobą nieznaczącą i obracająca się w środowisku o podobnie marginalnym znaczeniu, dostrzegła na twarzy gospodyni zaczyn uśmiechu, od którego pomimo całego roztaczanego przez nią wrażenia i opanowania, nie zdołała ukryć ani powstrzymać.
Mogę obiecać — wyrzekła z naciskiem na pierwsze słowo. — Że opuścisz to miejsce cała. Z mózgiem nietkniętym przez nic oprócz środka, który pozwoliłaś sobie zażyć przed dotarciem tutaj.
Rada byłabym posłuchać o Wyzimie, która działa się z twoim udziałem — podjęła. — Twoim i tłumu niesytych niewinnej krwi katów, którzy dokonywali w niej swych szaleńczych czynów. Tych, którym przewodził pewien człowiek zwany Willemerem, a z którym los zetknął cię na moment, nawet jeśli pośrednio. Przypomnij sobie wszystko, co wiesz. Daj mi go, a będziesz mogła liczyć nie tylko na moje wywiązanie się z obietnicy, ale i wdzięczność.
Ilość słów: 0

Juno
Awatar użytkownika
Posty: 445
Rejestracja: 23 gru 2018, 17:44
Miano: Morgana Mavelle
Zdrowie: Suchotnica
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Dom aukcyjny Borsodych

Post autor: Juno » 14 cze 2022, 20:36

Willemer? — Nie zdołała ukryć zaskoczenia. Czyli Bezlitosna istotnie znała prawdę, wiedziała, kim jest Morgana. Skąd? Mavelle zapewnie i tak nie uzyskałaby odpowiedzi, toteż darowała sobie pytanie. Nie zamierzała jednak udawać, że informacje tajemniczej Pani są trefne. Nie miała ochoty ani cierpliwości, a poza tym to nie był typ osoby, która dałaby się okpić.
Morgana zanurzyła się w pamięci, wypełnionej teraz obliczem Gelaba, jego głosem, gestami, jestestwem. Poczuła zapach kurzu zalegającego w jego gabinecie i charakterystyczną woń starego — mieszankę wody kolońskiej, palonego drewna i przepoconej koszuli. Pod powiekami rozbłysła jej oliwna lampka, która zawsze stała na stoliku w sieni, poczuła twardość nierównego siennika i przeciąg, niepodzielnie panujący w izbie na poddaszu, gdzie — paradoksalnie — spędziła najnormalniejsze lata swojego poplątanego życia.
Po chwili zmusiła się, by przekierować uwagę na kwestie mniej pozytywne, za to kluczowe dla toczącej się przy biurku Borsody’ego rozmowy.
Znam go tylko ze słyszenia — westchnęła, wzruszając ramionami. Nie dała się jednak ciągnąć za język, kontynuowała bez zachęty. — Ale mój… mistrz — uśmiechnęła się smutno, ulotnie — naraził mu się i przypłacił to życiem.
Udanie się w podróż do przeszłości, zwłaszcza tej jej części, nie było dla Morgany przyjemne, ale z jakiegoś powodu chciała mówić. Być może zbyt długo już tłumiła w sobie ten epizod, wciąż pełen zadr i niedokończonych spraw, ale znacznie bardziej prawdopodobnym było, że podświadomie wyczuwała szansę na zemstę. Szczerze i serdecznie chciała dać Bezlitosnej coś, co pogrążyłoby kapłana, zadość uczyniło duszy Gelaba, a jej samej zaocznie, pośrednio i poniewcześnie, ale jednak wynagrodziło doznane krzywdy. Ostatecznie Dieter działał z polecenia Willemera, nawet jeśli bez jego błogosławieństwa względem samej Morgany.
Nie wiem, ile o mnie wiesz — podjęła, uśmiechnąwszy się krzywo — a nie chcę znów zadręczać cię oczywistościami. Przyjmę zatem, że wiesz wszystko, co nawiasem mówiąc, w ogóle by mnie nie zdziwiło, i przejdę od razu do rzeczy.
Inwigilatorka napiła się wina, odchrząknęła i poprawiła w fotelu.
Przed trzynastoma laty zgłosił się do Gelaba pewien człowiek. Przedstawił się jako Vandyk — zmarszczyła brwi, jakby coś jej nie pasowało. — Albo jakoś podobnie. Bardzo mu zależało, by sprawdzić plotki krążące o wyzimskim żalniku, a właściwie o tym, co znajdowało się pod nim. Gość twierdził, że w katakumbach odbywały się jakieś nielegalne praktyki z udziałem lokalnej socjety, w tym duchowieństwa. Nie powiedział tego wprost, ale zależało mu przede wszystkim na Willemerze. Pamiętam, że Gelab był sceptycznie nastawiony. Specjalizowaliśmy się w znajdywaniu rzeczy i osób zaginionych, nie w śledzeniu podejrzanych, zwłaszcza takich, co mieli posłuch u króla. No i żadne z nas nie słyszało podobnych plotek, a trzymaliśmy rękę na pulsie. W końcu z tego żyliśmy.
Tak czy inaczej — podjęła po krótkiej przerwie — Vandyk płacił dużo i z góry, więc Gelab wziął zlecenie i zaczął węszyć. Jakieś dwa tygodnie później było już po wszystkim. Zakonni zabrali starego, bredząc coś o jego heretyckich postępkach, ale to była tylko przykrywka. Ewidentnie czegoś szukali. Nie wiem, czy znaleźli — zawahała się, ale zaraz odstawiła na stół pucharek, jakby stuknięciem chciała podkreślić swoje zdecydowanie i pewność co do wypowiadanych słów. — Nie, na pewno nie. Gelab nie był głupi. Miał depozyt w Stołecznym, na fałszywe nazwisko. Nie mogli o tym wiedzieć, bo… nikt nie wiedział. Gdyby nie to, że dzień wcześniej poszłam za nim, kiedy wybył z jakimś pakunkiem, ubrany jak szczur na otwarcie kanału, też bym nie wiedziała.
Morgana zamilkła. Księżyc za oknem przesłoniła rzadko tkana chmura, pędzona nocnym wiatrem, jej twarz — cień przykrego wspomnienia.
Miałam siedemnaście lat. Stary miał swoje wady, ale nigdy nie wystawiłby mnie na niebezpieczeństwo. Nie naumyślnie. Dlatego nic mi nie powiedział. Ale cokolwiek odkrył, powinno być w banku, pod nazwiskiem Dirilet. Albert von Dirilet.
Nigdy nie poważyła się, by wrócić i sprawdzić. By wymierzyć sprawiedliwość. Pochłonął ją wir nowego życia, o starym chciała zapomnieć. Teraz jednak przeszłość przypomniała o sobie, domagała się odkopania.
Przydupas Willemera — głos drgnął jej nieznacznie, kiedy znowu podjęła — opowiadał mi — i zapewniam, że mu przy tym stał bardziej niż w burdelu po zaliczeniu porządnej bójki — o nowych porządkach, jakie planowali. O „wyrugowaniu plugawego nasienia ogniem”, o „wielkim oczyszczeniu”, którego kolebką miała stać się Wyzima za sprawą Willemera. To był oszołom — skonstatowała, wydmuchując powietrze przez nos. — Fanatyk. Ale plotki, jakie od niedawna docierają z Temerii, potwierdzają jego słowa.
Morgana spojrzała Bezlitosnej w oczy. Jej własne były jak dwie bryłki lodowatego ognia.
Albert von Dirilet — powtórzyła jak zaklęcie. — Bank Stołeczny Wyzimy.
Ilość słów: 0
To, co widzisz, co się zdaObrazekjak sen we śnie jeno trwa.

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 1970
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Dom aukcyjny Borsodych

Post autor: Dziki Gon » 16 cze 2022, 0:01

Bezlitosna nie odpowiedziała. Milczała, słuchając. Za jej plecami, pośród nocy i jej odcieni Novigrad trwał w najlepsze. Na jeden krótki moment trwała też Wyzima, jej własne noce i dnie wypełnione młodością Morgany Mavelle. Wskrzeszona jej słowami, żywymi jak krążącą krew, nawet jeżeli upuszczona z dawno zabliźnionej rany.
Coś, zdaje się, że przeciąg, zabrzęczał zawartymi okiennicami gabinetu. Gdzieś wysoko nad miastem błysnęło oko spadającej gwiazdy. Bezlitosna patrzyła nieporuszona, z wyrazem uprzejmego zainteresowania spijając każde jej słowo z warg. Jej własne rozciągnęły się lekko w dziękczynnym uśmiechu, kiedy Morgana raczyła była przejść do sedna swojej historii.
...o wyzimskim żalniku, a właściwie o tym, co znajdowało się pod nim. — Jej własny głos, zniekształcony. Usłyszany spoza ciała. Wizja z lotu ptaka, przenikająca głębię ziemi. Zamglony, rozmigotany obraz. Korowody postaci w czarnych szatach zamkniętych ciasnych kamiennych ścianach, które wypełniał mdlący fetor starej krwi. Setki drobnych odnóży przebierających z każdego zakątka, wabionych przenikającym miejsce cuchem. Dzwon bije trzykrotnie, odbija się echem od kamiennych płyt. Człowiek w kapturze i ze sztyletem w ręku prowadzi młodą, nagą dziewczyną z zawiązanymi oczami. Jadowite światło zniekształca jej sylwetkę migotliwym cieniem, kiedy ta zanurza blade dłonie w misę pełną czarnej, ruchliwej masy. Wtóruje jej chóralny i agonalny zaśpiew wijących się na podłodze ciał.
Wynurzyła się do gabinetu Borsody’ego. Prosto z oczu Bezlitosnej, która siedziała po drugiej stronie biurka, uśmiechając się do niej tym samym subtelnym uśmiechem, którym niedawno jej dziękowała. Tym razem jednak zrobiła to również na głos.
Dziękuję ci, Spinozo. Za twoją szczerość i pomoc. Zgodnie z naszą umową, możesz opuścić to miejsce w spokoju. — Gospodyni przemówiła, ale cisza na końcu jej zdania była jedynie pauzą, Morgana wyczuła to od razu. Nogi i reszta ciała odmówiły jej posłuszeństwa w oczekiwaniu na dopowiedzenie. Przeczucie. Albo mieli tu bardzo wygodne fotele.
Ale zanim to zrobisz — potwierdziła jej przeczucia Bezlitosna, przesuwając palcem upierścienionej dłoni po blacie stojącego między nimi biurka. — Możesz poprosić mnie, o co chcesz. Spełnię twoją jedną prośbę. W granicach mojej wiedzy i możliwości.
Inteligencja i zmysł obserwacyjny Morgany pozwalała jej mniemać, że gospodyni spędu dysponuje szerokim spektrum sprawczości zarówno w jednym jak i drugim. Jednocześnie wkradający się pomiędzy jej przeczucia niepokój, nie pozwalał jej na postrzeganie aktu szczodrości ze strony kogoś takiego jak Piękna i Bezlitosna jako aktu altruizmu ani życzliwości.
Ilość słów: 0

Juno
Awatar użytkownika
Posty: 445
Rejestracja: 23 gru 2018, 17:44
Miano: Morgana Mavelle
Zdrowie: Suchotnica
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Dom aukcyjny Borsodych

Post autor: Juno » 20 cze 2022, 18:49

Ja… — zamrugała intensywnie, wynurzywszy się z obsydianowej toni. Zdezorientowana i nieswoja, jak po źle przespanej nocy. Dotknęła skroni trzęsącymi się palcami, odnosząc nieodparte wrażenie, że pod cienką skórą coś chrobocze, rozpycha się i pulsuje. — Cieszę się, że mogłam pomóc.
Znów było gorąco i duszno. Parno jak na Zachodnim w środku lata.
Potarła rozognione miejsce niecierpliwym gestem i odetchnęła, po raz ostatni — jak przekonywała w myślach samą siebie — podejmując wysiłek skupienia się pomimo zmęczenia i zjazdu wchodzącego w etap czysto fizyczny. Nie było to łatwe, bo w nozdrzach wciąż czuła drażniący odór starej krwi, a na opuchniętych kostkach muskanie pajęczych odnóży.
Wzdrygnęła się.
Dla odzyskania równowagi sięgnęła po jatański bibelot. Ruch dłoni i powietrza przy twarzy pozwolił jej zebrać myśli. Lapidarne i konkretne, jak słowa, które padły zaraz potem.
Niech ten skurwysyn pożałuje, że się urodził — oznajmiła. — Tyle mi wystarczy.
Mogła poprosić o wiele rzeczy. O wierzchowca wyrychtowanego do drogi, o ten uroczy pierścionek przypominający przyczajonego na srebrze pająka, o pękaty mieszek, przysługę w przyszłości albo namiar na fryzjera. Mogła również próbować wyciągnąć z Bezlitosnej jakieś informacje dotyczące kuriozum, w którym przyszło jej brać udział, ale czy naprawdę chciała wiedzieć? Czy też raczej — czy chciała wiedzieć na pewno, bo domysłów miała całe naręcze. Od kultu Lwiogłowego Pająka przez wampirzą klikę na bandzie bogatych zwyroli skończywszy. Dogłębna wiedza o którymkolwiek z powyższych potrzebna jej była jak kurwie desusy, choć niewątpliwie nakarmiłaby niezdrową ciekawość inwigilatorki.
Coś jednak, paranoja czy intuicja, kazało jej się powściągnąć, darować sobie — pozornie — łatwe zdobycze. Materialne czy nie. Czuła, że tak będzie lepiej.
Pójdę już — dodała, wstając z fotela. — Nie powiem, żeby było miło — uśmiechnęła się, po raz ostatni spoglądając na Bezlitosną — za to na pewno interesująco. Żegnaj i udanych łowów.
Morgana odwróciła się — od posągowego oblicza i onyksowych oczu, które przyprawiały ją o epileptyczne wizje, od biurka Borsody'ego i spoczywających na nim bladych dłoni, od nocy i od Novigradu, rozciągających się za szklaną taflą okna. Odwróciła się i wyszła z gabinetu, znikając za drzwiami z lakierowanego mahoniu, by spotkać się przy głównym wyjściu z kimś, kto winien był jej parę słów wyjaśnienia.
A także gustowny pucharek produkcji skelligijskiej.
Ilość słów: 0
To, co widzisz, co się zdaObrazekjak sen we śnie jeno trwa.

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 1970
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Dom aukcyjny Borsodych

Post autor: Dziki Gon » 29 cze 2022, 21:04

Gustowny pucharek produkcji skelligijskiej czekał na nią na zewnątrz, w wyciągniętej, urękawiczonej dłoni Pająka. Cudzoziemiec stał przed nią, nieruchomy jak posąg, z podobnie nieporuszoną twarzą niewyrażającą niczego poza grymasem utrwalonej w masce kreatury.
Pamiętała, że podniosła się z fotela. Nie pamiętała drogi do drzwi ani momentu, w którym je przekroczyła. Głowa, ze szczególnym uwzględnieniem skroni, ćmiła ją lekkim bólem, błędnik pozostawał nieufny wobec otoczenia, zezwalając jej na niespieszne i ostrożne kroki.
Pokieruję cię lub odprowadzę — powitał ją nadal nieporuszony Pająk. Pucharek czekał cierpliwie na odebranie własności, co nie było wcale proste z zerrikańską bronią w jednej, a jatańskim akcesorium w drugiej ręce. Dzisiejszego dnia, Morgana obłowiła się nie gorzej niż komiwojażer.
Dobiegające z głębi korytarza, a od strony schodów dźwięki wyrwały ją z krótkotrwałego odrętwienia, postawiły w stan gotowości. Głośny, przeszywający wrzask, przypuszczalnie mordowanej osoby. Litania klątw i złorzeczeń, wariacki rechot, odgłosy łamanych sprzętów i tłuczonego szkła. Kiedy ćmiąca jej głowę migrena poczęła ustępować na tyle, by ognie rozświetlających korytarz kandelabrów przestały być bolesną dla oczu świetlną mgłą, zaczęła dostrzegać w oddali pominięte dotychczas szczegóły. Jak nakryty przekrwawionym na wylot obrusem ludzki kształt pośrodku dywanu, nie więcej niż kilkanaście-kilkadziesiąt metrów od nich. Opartą o kolumnę, kołyszącą się w sierocym paroksyzmie dziewczynę, tę samą, która minęła ich wcześniej na czworakach.
Z pomieszczenia na wprost gabinetu Borsody’ego, odwijając z odsłoniętych podwiniętymi rękawami przedramion stalową, zakrwawioną garotę, wyłonił się właśnie jeden z bezimiennych diabłów. Ukłoniwszy im się bez słowa, ruszył w głąb korytarza, przyspieszając kroku. Dostrzegając kołyszącą się pod kolumną złotowłosą, zwolnił go na powrót, zaczynając owijać sobie stalową linkę wokół nadgarstka.
Chodźmy — ponaglił ją Pająk, wskazując ciemność na przeciwległym końcu korytarza. — Jeszcze jedno.
Razem z ostatnimi słowami wręczył jej niewielką, oprawioną w czarną i bardzo wytartą skórę książeczkę. Była cienka i ewidentnie wybrakowana, a jej kartki bardzo sztywne, przesycone nikłym, niewywabionym zapachem pleśni. Nie bez trudu rozpoznała w niej jeden z wylicytowanych przez siebie, a dla Feretsiego przedmiotów.
Przekaż mu przy okazji. A to jest dla ciebie. Na pamiątkę spotkania. — Drugiego przedmiotu nie kojarzyła jako eksponatu. Był niewielkim, okrągłym wisiorkiem wykonanym ze srebra, lekkim nawet jak na swoje rozmiary, najpewniej wydrążonym w środku. — Możesz go sprzedać albo wyrzucić. Ale jeżeli zdecydujesz się nosić i nie zdejmować, będzie ci dobrą wróżbą.
Ilość słów: 0

Juno
Awatar użytkownika
Posty: 445
Rejestracja: 23 gru 2018, 17:44
Miano: Morgana Mavelle
Zdrowie: Suchotnica
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Dom aukcyjny Borsodych

Post autor: Juno » 04 lip 2022, 13:27

Znowu ty — skonstatowała niemrawo, widząc znajome, choć zastępcze, oblicze Pająka. Mierzyła go chwilę spojrzeniem, jakby rozważała, czy warto i czy w ogóle jest w stanie spełnić daną mu obietnicę. Albo po prostu starała się odegnać ogarniające ją znużenie. — Jak dobry piesek, co?
Była kwaśna, bo nie mogła sobie pozwolić na nic innego. Anturaż jasno wskazywał na koniec imprezy, dla niektórych jej uczestników również metaforyczny i w tej metaforyczności definitywny, zaś jej własne samopoczucie dalekie było od walecznego. Morgana, nawet pomimo zapewnień Bezlitosnej, które kołatały jej się nieskładnie po głowie, nie zamierzała kusić losu. Ruszyła od razu i bez słowa, ale Pająk osadził ją w miejscu. Już miała sarknąć na to jego niezdecydowanie, kiedy podał jej sfatygowany notatnik.
A będzie taka okazja? — weszła mu w słowo, głową wskazując w kierunku Diabła i Złotowłosej. Był to jedynie gest, ruch, mający dać coś do zrozumienia. Sama nie odważyła się spojrzeć, nie odważyła się widzieć. Skupiła się na tym, co znalazło się w jej dłoni. Nic z tego nie rozumiała.
Dla mnie — powtórzyła za Pająkiem. — Na pamiątkę spotkania. — Podniosła wzrok i uśmiechnęła się wymuszenie ironicznie, zaciskając dłoń na dwóch tysiącach dwustu pięćdziesięciu koronach. Łańcuszek z gratisowego wisiora zwisał spomiędzy jej zbielałych od trzymania małej fortuny palców. — Jeśli to żart, to wiedz, że mnie omija. Chodźmy już, nie chcę tu spędzić ani chwili dłużej.
Minęła nieporuszonego, pełnego tajemnic i niepojętych pomysłów Pająka, kierując się we wskazaną przezeń ciemność. Czuła na skórze muskanie srebrnych ogniwek, po wewnętrznej stronie dłoni odciskał się kulisty kształt. Jej myśli wypełniały porwane fragmenty obrazów i dźwięków, tworząc kakofonię nie do zniesienia, przyprawiając Morganę o mdłości. Ze splątanych w wielki kołtun myśli, rozsadzających jej czaszkę, wyłaniało się tylko jedno sensowne i zasadne pytanie:
Gdzie był Feretsi?
Ilość słów: 0
To, co widzisz, co się zdaObrazekjak sen we śnie jeno trwa.

Odpowiedz
meble kuchenne na wymiar cennik warszawa kraków wrocław