Zew Pustkowi

Obrazek

„Chcę znowu widzieć gwiazdy nad traktem, chcę gwizdać wśród nocy balladę Jaskra. I pragnę walki, tańca z mieczem, pragnę ryzyka, pragnę rozkoszy, jaką daje zwycięstwo.”


Bajarz
Awatar użytkownika
Posty: 69
Rejestracja: 29 lis 2018, 11:18

Zew Pustkowi

Post autor: Bajarz » 28 lis 2021, 0:08

Obrazek

Rok później.




Zakapturzona postać odchyliła się na oparciu. Przenikliwe wejrzenie jej oczu zatrzymało się po drugiej stronie stołu, na zastygłym w służalczym półukłonie informatorze.

Nie karm mnie — zaczęła z niezadowoleniem, uderzając upierścienioną dłonią w spoczywający przed nią rulon z raportem. - Wczorajszymi plotkami. Słyszałem o incydencie w gospodzie i ich przybyciu do miasta. Ja chcę wiedzieć kim są naprawdę. Skąd przyszli. A nade wszystko jakież to przeklęte fata przywiodły ich do zawiązania tego kuriozalnego aliansu, abym wiedział jak go rozwiązać!



Karawana — twór złożony z dziesiątek głów, setek członków — ludzkich i zwierzęcych oraz terkocących wehikułów, na pozór olbrzymiego, lecz niezmordowanego robaka przesuwa się ślamazarnie przez wyżynę, zostawiając za sobą popioły wygaszanych na postojach ognisk.
Iglaste szczyty sosen od wielu mil powtarzają się na tle szarobłękitnego nieba. Droga, a raczej świeżo wytyczona ścieżynka wiedzie na południe, wijąc między omszałymi głazami oraz kosodrzewinami stanowiącymi forpocztę otaczającego ich boru. Na horyzoncie, ponad ostrymi koronami, wznoszą się porośnięte skąpą roślinnością wzgórza oraz wyrastający nad nie kamienny kształt, nazbyt smukły i regularny, aby móc uchodzić za dzieło natury. Każda kolejna przebyta staja czyniła go wyraźniejszym, ujawniając w nim gargantuiczną, choć niekompletną sylwetkę humanoidalnego zarysu, jawiącą się owocem iście cyklopowego wysiłku i prawiecznego zamiaru.
„Relikt zamierzchłej ery” — tak oto skwitował dostrzeżone w oddali zjawisko podróżujący z karawaną Gilchrist, uczony z Północnych Wrót. Gilchrist, lubiący uchodzić za wszechwiedzącego, nie popisał się wiedzą — tu, na odludziu z dala od cywilizacji, wszystko mogło okazać się reliktem zamierzchłej ery.
Karawana przemierza bór. Gdzieś wysoko, w konarach, kukułka powtarza swoją piosnkę. Gdzieś nieco bliżej, dzięcioł wybija jej werbel. Zaraz obok, na lewo od kierunku wędrówki, szemrze niewielki strumień zaznaczony brzegiem usypanym z jasnych, drobnych kamyczków. Kawałek w dół zmierzającego na północ nurtu przechodził w malowniczą siklawę wpadającą do górskiego jeziora. Nieco ponad kwadrans temu zakończyliście tam krótki popas, zażywszy nieco wywczasu dla napełniania manierek i napojenia koni.
Radzi i orzeźwieni, ruszyliście w dalszą drogę. Wozy podskakiwały na wybojach, przy wtórze podzwaniającego dobytku, parskań, odgłosów kopyt i skrzypu obracających się piast. Woźnice klęli i pogwizdywali. Pasażerowie próbowali zabijać czas na różne sposoby, poczynając od snu, przez picie, a na hazardzie kończąc, ale w obecnych warunkach żadne narzędzie zbrodni nie było dosyć skutecznym. Matki zajęte były rwącymi się do strumienia smarkaczami, nieliczna eskorta karawany pod przewodnictwem jadącego na czele Trenta — wpatrywaniem w dal i powstrzymywaniem się od ziewania. Na samym końcu, objuczeni nie gorzej niż dotrzymujące im tempa muły, marudzili tragarze. Kilku najwytrwalszych marudziło z pieśnią na ustach.







Dwóch synów matuś miała,
Jeden słynął z mądrości
A drugi, co był głupi
Popłynął do Brax i otworzył bajzel

Ti ru la li li la la

Ti ru la li li la la

I otworzył bajzel




Jechali, mijając strzeliste pnie świerków i sosen. Pnie i krzaki. Pnie i krzaki. Omszały głaz i zaskoczonego świstaka. Świstaka umykającego między pnie i krzaki. Kolejny głaz, bez świstaka. Pnie i krzaki. Pnie i krzaki. Monstrualną, prawie trzymetrową sylwetkę o kynocefalnie wydłużonej, bezwłosnej czaszce uzbrojoną w wielgachną, ćwiekowaną maczugę. Oniemiałą ze zgrozy, pobladłą jak wapno twarz wysuniętego najdalej na prawo strażnika karawany.

Dalej poszło szybko.


Trafiony maczugą strażnik zostaje zmieciony z siodła. Jego koń, spłoszony i porzucony, tańczy w miejscu — krótko, bo zaraz zostaje obalony drugim uderzeniem w łeb o sile małego tarana. Spomiędzy pni i krzaków, prosto na karawanę pędzi cała banda długorękich olbrzymów zbrojna w maczugi i wydająca z siebie bojowe okrzyki na przemian z rechotem. Stwory te, z grubsza człowieczej postury i z cienka człowieczej inteligencji, w narzeczu Dzikich nosiły nazwę belgheth. Midlandczycy zwykli zwać je po prostu ogrami.
Zasadzka! Alaaarm! — wydziera się nieodkrywczo Roggio, jeden ze strażników karawany, usiłując osadzić w miejscu panikującego wierzchowca i opanować rozgrywające się wkoło pandemonium. Jeden z belgheth, przez Midlandczyków zwanych po prostu ogrami, rozłupuje mu czaszkę niby dojrzałego harbuza, zanim Roggio nabierze tchu do kolejnego krzyku.
Ogryyy! Ogryyy! — wrzeszczy któryś z tragarzy z tyłu, wzorem pozostałych, porzucając dobytek i szukając ocalenia w rozpierzchnięciu się na wszystkie strony. Ogrowa noga spada mu na plecy, przyciska do ściółki przy wtórze trzasku żeber, rozdeptuje jak robaka.
Jeden z wozów próbujący umknąć poza zasięg napastników, wpada wprost pod obalające się na ścieżkę drzewo. Sosna wali się na burtę wehikułu, impet wysadza wozaka z kozła przy chmurze drzazg. Jeden z olbrzymów ściąga sobie z wehikułu małego rozszczekanego kundla na antypast — odgryza mu głowę, by natychmiast wypluć pod nogi przeraźliwie wrzeszczącej kobiety, nadaremnie próbującej odnaleźć swoje dziecko w całym zaistniałym zamieszaniu.
Belgheth! W dyrdy, rengi! W dyrdy, rudy kąsku! Nie oglądaj się! — Kha’ra, podróżująca z karawaną Dzika, za sprawą niepokoju swego kociego towarzysza Vuka jako jedna z pierwszych przeczuła nadchodzące zagrożenie, celowo trzymając się z tyłu i blisko nurtu strumienia. Gdy się zaczęło, bez namysłu pociągnęła za sobą Tycjana w kierunku rzeki. Tycjan pociągnął Idę, Ida ciotkę Ryksę i summa summarum w szóstkę skąpali się w chłodnym i rześkim nurcie. W szóstkę, bo pomysłowi z ucieczką przez wodę radzi-nieradzi byli również poważna i ciemnowłosa Amelia oraz postawny Karok Menko, jak niemal każdy Karok — siwy, choć jeszcze niestary. Górska rzeczka okazała się głębsza i bardziej zdradliwa niż jawiła się widzianą z brzegu. Pomimo ich starań i kotłowań i najrozpaczliwszych wysiłków, nurt pociągnął ich za sobą, daleko od brzegu i miejsca zasadzki, ratując im życia. Summa summarum czworgu z nich, bo po locie wodospadem i uderzeniu z bez mała z pięćdziesięciu metrów w taflę górskiego jeziora, tylko tyle ich zostało. Przemoczonych, dyszących i gramolących się na brzeg. Ciotka Ryksa nie wypłynęła. Kha’ra, pomysłodawczyni ucieczki postradała życie, niefortunnie rozbijając się na jednej ze skał pod siklawą.
Sucze syny! Pokraki! Kurwa wasza mać jebana! — Trent, przewodnik nad karawaną, jako ostatni żywy z tylnej straży, bronił się niby lew, do ostatniego szypu. A kiedy nie stało szypów, raz po raz wypuszczanych z łuku na ogrzych napastników, otoczony przez dwóch olbrzymów, w przypływie wściekłości i straceńczej odwagi dobył długiego, podróżnego noża. Do samego końca, to jest swojego, próbował oganiać się nim bestii, póki zasypany gradem maczug, nie poległ na ściółce, bez choćby jednej całej kości w ciele. Jedyne co po nim zostało, to jego żona Hilda, schwytana w sieć niby rak u brzegu i przewieszona przez ogrowe ramię, oddaliła się porwana przez jednego z napastników, wrzeszcząc wniebogłosy. Bohaterstwo Trenta nie poszło jednak całkiem na marne. Opór jego oraz jego świty kupił nieco czasu i drogę odwrotu sześciu innym osobom: Tytusowi, Hektorowi, Szóstemu,Słowikowi, Fumarowi i Alyssie. Niemal zabijając się o własne nogi i nie oglądając się za siebie pomimo dolatujących ich krzyków, pobiegli i przestali biec dopiero wówczas, gdy zabrakło im tchu, zaszyli się głębiej w borze i zorientowali się, że już nikt ich nie goni. A także w tym, że Fumar i Alyssa odłączyli się od nich podczas ucieczki i jeden Wodon raczył widzieć, gdzie mogli się teraz podziewać.
Nie ruszajcie się. Choćby nie wiem co — w samym sercu pobojowiska, w które atak ogrów zmienił środkowy szereg karawany, nie miało prawa być nikogo żywego. Świeża posoka poiła usłaną rozlicznymi ciałami oraz porozbijanym dobytkiem ziemię. Martwe końskie truchła stygły tu pospołu z ludzkimi. „Ani drgnijcie” przykazał trojgu innych ocalałych czarnowłosy Nydysyjczyk Tassian, kiedy za jego przykładem padli na ziemię, by uczynić się na pozór martwych dla ogrów, którzy po przypuszczeniu ataku zajęli się wyłapywaniem z pola masakry ostatnich żywych. Nie drgnęła Solveig, chociaż jeden z olbrzymów omal jej nie nadepnął, przestępując obok. Nie poruszyła się krwawowłosa Eliana, spoczywająca twarzą w kałuży prawdziwej krwi. Bez fałszu grał nieboszczyka imć Balian, choć tuż obok niego, godząc w niebo zeszklonym wzrokiem, zimna i martwa leżała Naylei, żona jego druha Dunstana. Gdzież były teraz jej drwinki, jej morały i małżeńskie gderania, którymi zawsze wieńczyła ich wspólne popijawy? Nie miały wrócić już nigdy. Cała zastygła w tanatozie czwórka żywiła wspólną nadzieję, że to samo będzie tyczyło się również i ogrów.
Męstwo ma postać rozmaitą i tę zasadniczą właściwość, że wymaga odpowiedniego czasu, by mogło się prawdziwie objawić. Trudno było o lepszy czas niźli obecny, w którym wyjątkowo wielki, a przynajmniej wyjątkiem paskudny ogr szykował się właśnie do urwania głowy równemu chłopu Jobstowi, a zaraz potem kilku Argonie ducha winnym smarkaczom kryjącym się pod przewróconym wozem. Ogrowi, jako starej i ciemnej bestii z gór, nie było widać dane słyszeć o pewnej starej, lecz niezmiennej prawdzie brzmiącej „lepiej nie wkurwiać Trakthora”. Trakthor, chłopisko krzepkiej budowy, z natury cierpliwe, doprowadzone do ostateczności, chwyciwszy ułamany dyszel od wozu, powtórnie złamało go ogrowi na niekształtnym łbie. I to tak, że ogrzysko zmuszone było dać sobie krótką przerwę do namysłu, by zrewaluować swoje dotychczasowe życiowe wybory. Lub przyjść do przytomności tudzież otrząsnąć z konfuzji, że coś odeń niższego mogło dysponować podobną krzepą. Wykorzystując czas, Jobst złapawszy chyba ostatniego ocalałego na pobojowisku konia, ładując się na jego grzbiet wraz z druhem, ruszyli galopem w kierunku, z którego przyszli wraz z karawaną. Ucieczka nie potrwała długo — okulawione zwierzę wywiodło ich poza zasięg masakry, zmuszając by skryli się w chaszczach i kosodrzewinach, w których zastali także ukrywające się bliźniaczki Rdeścik i Firletkę, będące niedawnymi świadkami porwania przez ogry ich ojca Horsta oraz kobiety, która wedle opisu mogła być wyłącznie znaną Trakthorowi Isobel.

Bajarz
Awatar użytkownika
Posty: 69
Rejestracja: 29 lis 2018, 11:18

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Bajarz » 09 sty 2022, 2:34

Ocalali z masakry — jeszcze do niedawna ofiary i uciekinierzy, teraz, dzięki stanowczemu działaniu i współpracy, zdołali wydrzeć losowi niewielkie zwycięstwo. To, co przed chwilą było dla nich śmiertelnym zagrożeniem, teraz pozostawało już jedynie stygnącym i nieruchomym zewłokiem. Chociaż wciąż wzbudzającym reminiscencję respektu swoimi rozmiarami, to zupełnie niezdolnym do tego, aby im zaszkodzić.
Dwoje, a właściwie dwie z nich doszło nawet do wniosku, że nie tylko nie zaszkodzić, ale jeszcze się przydać. Palec stwora, wciąż jeszcze świeży stawił pile Amelii znikomy opór, dzięki czemu kobieta mogła mieć zeń dalszy pożytek, jakikolwiek by on nie był. Wysiłki strzelczyni Firletki dozwoliły zaś pozyszczyć z truchła dwa wciąż jeszcze nieułamane i nadające się do użytku bełty. Stan bardzo dobry, wystrzelone tylko raz.
Śmierć potwora cementowała rodzący się alians, dawała nadzieję na przetrwanie. Bo kto był sam, ten musiał zginąć. Jeśli zaś byli tacy, którzy powątpiewali prawdziwości tego twierdzenia, zawsze mogli zapytać o nie nadbiegającego z pobliskich zarośli łysego mężczyznę ściganego przez wymachującego maczugą ogra.
Nim osiągnęli konsensus względem dalszego nasłuchu i obserwacji, nim przepadli za gęstą zasłoną krzaczorów, z pobliskiej gęstwiny dobiegł ich ryk na tyle gromki i wyraźny, by nikt nie wątpił w powtórzone przez brodatego męża słowa o wciąż czającym się w okolicy zagrożeniu. Włącznie z samym brodatym mężem.
Właśnie wówczas ujrzeli łysego. Łysego, ogorzałego mocnym słońcem, o okazałym podkręconym zawadiacko wąsie. Biegnącego i nieoglądającego się za siebie, a prawie i przed siebie z powodu powiewających na nim w strzępach pajęczyn, które zerwał po drodze klucząc między drzewami. Mąż był sam, nie licząc oczywista ogona w postaci ogra, niemal identycznego z tym, którego niedawno powalili i nawet podobnie rozjuszonego. Główną różnicą było to, że nie tkwił jedną nogą w pułapce. Owa różnica dawała mu zasadniczą przewagę, z którą skrupulatnie wykorzystywał — podczas pogoni sadził wielkie susy, a każdy taki sus nieubłaganie zmniejszał dystans dzielący go od ściganego nieszczęśnika, który z kolei starał się o skrócenie swojego dystansu względem pobojowiska z karawaną.
Zadanie nie należało do najłatwiejszych. Ogr był wściekły jak cholera, a owa wściekłość dodawała mu iście nadludzkiej lotności. Dum. Dum. Dum. W trzech wielgachnych skokach przybliżył się do omotanego pajęczynami łysego niemal na tyle, by dyszeć mu w kark. Dosłownie cale dzieliły go od zawadzenia ogrową maczugą w słabiznę. Ułamki sekund od podzielenia losu Szóstego.
Jako pierwsza z zaskoczenia otrząsnęła się grupa, która jeszcze niedawno musiała salwować się skąpaniem w rzece i skokiem z wodospadu. Karok Menko, niewiele myśląc (w tej sytuacji jak i w ogóle), wystąpił naprzeciw, wprost na trajektorię goniącego uciekiniera z lasu ogra, dzierżąc w ręku tęgi kij z jakiegoś powodu zakończony zwitkiem chrustu służącym do zamiatania. Przeklinający straceńczą krótkowzroczność i brak wyobraźni kompana towarzysze ruszyli mu bez zwłoki w sukurs. Piegowata Ida, dobywszy naprędce solidny garnek z tobołów i wskakując na głaz, ciska go w kierunku ogra. Pudłuje z kretesem, uszkadzając naczynie na mniejszym kamieniu. Schowany za tym samym głazem Tycjan próbuje powtórzyć sztukę z mąką i podkurzaczem, z nie lepszym niż ostatnio rezultatem — udaje mu się zapylić dokładnie wszystko wokół poza samym ogrem, przysłaniając widok przekradającej się w stronę krzaków Amelii.
Człowiek, który nadbiegł od strony lasu, mija Karoka w pędzie. Ostatnim co ujrzy on oraz pozostali, nim mączny pył przesłoni im widok, będzie białowłosy Karok niewzruszony na pozycji, wznoszący miotłę naprzeciw szarżującemu na niego olbrzymowi z maczugą.
Potem wszyscy już tylko usłyszą głuchy trzask, zbolały jęk i tąpnięcie towarzyszące upadkowi czegoś ciężkiego na ziemię.
Oraz zapadającą naraz pośród lasu głuchą ciszę. Mączna chmura, niby bitewny pył albo dymy pobojowiska opada z wolna na ziemię, wirując w powietrzu białymi drobinkami. Spod rozwiewającej się pylistej kurtyny dostrzegają Karoka o włosach białych jak śnieg i żelaznym postanowieniu. Trwającego niewzruszenie w miejscu, ze wciąż dzierżoną w ręku miotłą. I ciężkim, ponad stu kilowym zewłokiem leżącym u jego stóp z maską zaskoczenia zastygłej na szkaradnej twarzy.
Menko zabił ogra.

Sokolnik
Awatar użytkownika
Posty: 20
Rejestracja: 14 lis 2021, 22:02
Medale: 4
Miano: Gerhard de Mischling
Rasa: Człowiek
Wiek: 34
Złoto: 160 Denarów
Stan zdrowia: Zdrowy
Karta Postaci: viewtopic.php?f=10&t=827
Szczegółowa Karta Postaci: viewtopic.php?f=25&t=828

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Sokolnik » 11 sty 2022, 8:35

W to wszystko nie dało się kurwa uwierzyć. Przecież nie mógł tak skończyć. On, z wielkiej, wspaniałej (choć nieco przeklętej i zubożałej) rodziny. Dziedzic fortuny, powiązań i połączeń handlowych. Nie mógł zdechnąć pod cielskiem bestii śmierdzącej bardziej niż jego niedoszli towarzysze, najprawdopodobniej jako smażone girlandy z podrobów. Po prostu nie. Wycofywał się zatem pędem na z góry upatrzone pozycje, a właściwie to gdziekolwiek byleby dalej od pędzącego za nim gargantuicznego monstrum, na które z jakiegoś powodu się porwali. Tytus nie dopuszczał oczywiście do siebie myśli, że ktoś może nie chcieć mu pomóc. Wierzył przecież głęboko w ludzkie serce, jedność w nieszczęściu i dobro człowiecze. W końcu nie raz je wykorzystywał. Tupot nóg rozbrzmiewał jednak coraz bardziej, a on przecież nie nawykł do długodystansowych ucieczek. Płuca paliły żywym ogniem, oddech wyciskał się z gardzieli z coraz większym sapaniem. Mięśnie, chwytane w żelazne obręcze skurczy, powoli zaczynały odmawiać posłuszeństwa. I wtedy to się stało. Bialowłosy zbawiciel, dzierżący tajemną broń stanął pewnie, a pewnością ta wywołał też pewność w Tytusie. Krawiec minął go i nie mógł odmówić sobie obejrzenia się za siebie, by dojrzeć ten efekt zniszczenia. To dzieło apokalipsy, zwiastuna śmierci przy pracy. Gdy zaś ogr padł, Tytus wyrzucił ręce wysoko do góry w zwycięskim okrzyku, jakoby to on zadał ostateczny cios. — TAK! TAK KRÓLU ZŁOTY! — Roześmiał się i pobiegł do Menko, poklepać go po ramieniu, a następnie wprost do ogra. — I co teraz?! I co kurwa?! Ty zasmarkana, obsrana, pierdolona kupo mięsa?! Jak byś miał mózg, to może by Ci się udało, a tak? Ha! Żryj piach! — Wiązankę pełną radości z przeżycia okrasił kilkoma kopnięciami w ogrzy czerep, po czym zdał sobie sprawę, że są przecież inne - ważniejsze rzeczy, które musi zrobić. Zanim jednak to - musiał jakoś zająć resztę gapiów.

— Dzięki Ci, o Potężny Wojowniku! — Zaczał, podchodząc do Menko z ukłonem i nawet nie musiał zbytnio udawać wdzięczności, bo ta przecież zatliła się w sercu plugawym i czarnym jak smoła. - Błagam, pomóżcie mi jeszcze. W lesie leży trójka moich towarzyszy, przy wielkim głazie na polanie po drugiej stronie drzew. Błagam, pomóżcie ich pozbierać. Może jeszcze któregoś się da uratować. Ogr nas zaszedł, nie mieliśmy szans na reakcję. Ja jestem krawcem, spróbuję poszukać igieł w resztkach z pochodu i może uda mi się zaszyć rany. Błagam, tam. Pomóżcie - Wskazał jeszcze raz kierunek, z którego uciekał, a następnie ruszył, jak zapowiedział - w stronę karawany, a właściwie jej czoła. Dokładnie tam, gdzie mógł znaleźć to, czego szukał. Jeżeli się nie udało, spróbował tam, gdzie natknęli się na ogra wieszającego paciorki z jelit. Dopiero wtedy - czy też znalazł przedmiot, czy też nie - wrócił na polanę, gdzie życie tracili jego towarzysze, żywo właściwie zainteresowany, czy tamtej zgrai uda się kogoś podniesć. Jak nie, to należy pamiętać o podniesieniu topora i tasaka. Łopata w sumie też...
You must beware of black haired girls. Else, one will cause your death.

Juno
Awatar użytkownika
Posty: 404
Rejestracja: 23 gru 2018, 17:44
Medale: 17
Miano: Morgana Mavelle
Rasa: Człowiek
Wiek: Ćwierćwiecze +
Złoto: 33 korony 90 kp.
Stan zdrowia: Suchotnica
Karta Postaci: http://vattghern.com/viewtopic.php?f=10&t=305
Szczegółowa Karta Postaci: http://vattghern.com/viewtopic.php?f=25&t=304

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Juno » 14 sty 2022, 19:28

Gdy mączna mgła przesłoniła scenę teatru działań bitewnych, a z jej głębi dało się słyszeć trzask i łupnięcie, byli pewni, że to albinos padł pod naporem ogrzej maczugi. Ida ryknęła gniewnie i wzięła zamach drugim garnkiem, by pomścić druha, ale nie cisnęła naczyniem. Coś ją powstrzymało, coś było nie tak.
Za cicho.
Cisza, która opadła na pobojowisko wraz z białym pyłem, rychło odsłoniła widok niecodzienny, jeśli nie nieprawdopodobny — oto samojeden człowiek, białowłosy jak starzec, stał naprzeciw powalonego belghetha. Ściskał oburącz sękatą lagę zwieńczoną chruściskiem i dyszał bezgłośnie. Muskularne barki unosiły się, gdy nabierał wielkie hausty powietrza i to był cały ruch, jaki imał się kamiennej sylwety bohaterskiego zamiatacza.
Przynajmniej do momentu, w którym czyjś głos nie zburzył tej sceny jak z batalistycznego malowidła głośnym okrzykiem. Menko drgnął, klepnięty w ramię, i spojrzał na mężczyznę, który naraił im schadzkę z kolejnym ogrem, po czym odwrócił się do swoich towarzyszy i rzekł to, co wszyscy zdążyli już dostrzec, choć niekoniecznie zinternalizować:
Menko zabił ogra.
TAAAK! — wydarła się radośnie pszczelarka, zeskakując z głazu. — MENKO POGROMCA OGRÓW!
Tycjan złapał rozentuzjazmowaną Idę w locie, wypuścił ją jak rozbrykane dziecko. Dziewczyna pobiegła do Menka i rzuciła mu się na szyję. Piekarczyk ruszył za nią, ale obejrzał się przez ramię, jakby ciekaw czegoś, a napotkawszy spojrzenie jasnowłosej Solveig oraz złapawszy filuterne mrugnięcie Rdeścik, speszył się, spiekł raka i wypieprzył jak długi.
Dobra robota, Karoku — pochwaliła oszczędnie, ale szczerze Amelia, podchodząc do albinosa. Piły jednak nie schowała. Bacznie, choć nienachalnie, obserwowała poczynania niedoszłej ofiary ogra i słuchała jego szczebiotania. Coś jej zgrzytało w tej uniżoności. W Brax nie brakowało cwaniaków, w swojej szemranej karierze zdążyła poznać ów specyficzny typ człowieka i jedno wiedziała na pewno — najdłużej na powierzchni utrzymywali się ci najbardziej kameleonowaci. I bezduszni.
Oni nie mieli szans na reakcję — poprawiła go spokojnie, bez krztyny agresji czy wyrzutu w głosie. — Ty uciekłeś.
Kto by nie uciekł! — wtrąciła się Ida, przejęta relacją nieznajomego. Łyknęła wszystko jak młody pelikan, na jej drobnej, piegowatej twarzy malowało się współczucie. — MUSIMY mu pomóc!
Jak? — zapytała Amelia rzeczowo. — Nie ma wśród nas medyka.
To, co widzisz, co się zdaObrazekjak sen we śnie jeno trwa.

Michu
Awatar użytkownika
Posty: 5
Rejestracja: 28 lis 2021, 12:52
Miano: Voron
Rasa: Człowiek
Wiek: 39 lat
Złoto: 31 denarów
Stan zdrowia: Zdrowy
Karta Postaci: viewtopic.php?f=10&t=834

Zew Pustkowi

Post autor: Michu » 14 sty 2022, 20:31

Wszystko wyglądało zbyt pięknie i działo się zbyt szybko, by ekipa firletkowo-trakthorowa miała jakiekolwiek szanse zabłysnąć raz jeszcze. Może to i dobrze. Może limit został wyczerpany. A jeśli nie, to warto było zachować resztkę fartu na później.
Jeden mąż dołączyli do wiwatów, choć niektórzy mniej ochoczo — Rdeścik naburmuszyła się widocznie i podeszła do trupa, by ocenić, czy na pewno padł od uderzenia miotłą.
— Medyka nie mamy, ale nie zaszkodzi poudawać. Czasem i to pomaga — wreszcie, NARESZCIE, odezwał się Jobst, racząc towarzystwo czymś więcej niż swym zwyczajnym popisem wrodzonej obślizgłości. — A jeśli nie, to na ich miejscu nie chciałbym zdechnąć sam.
Trakthor tylko przytaknął i westchnął, a Firletka zamyśliła się, wodząc nieprzytomnym spojrzeniem po twarzach "ocalałych"

Rdeścik natomiast, w dalszym ciągu zajęta była dokładnymi oględzinami. Widziała tą cholernie wielką ranę na plecach wielgusa, gdy zaś reszta drużyny ruszyła za Tytusem, dziewczę dostrzegło też ślady krwi. Nie trzeba było być mistrzem celnych obserwacji, by dostrzec równy, bordowy szlak, który ciągnął się przez całą przebytą ścieżkę. Ogr był ranny i wcale nie zdechł od palnięcia przez łeb.

Nie powiedziała jednak ani słowa, bo... Nie chciała. Ludzie potrzebowali bohatera. Potrzebowali też kolejnego ziarna tej durnej, ludzkiej, ale i krzepiącej nadziei. Bo i nic innego im nie zostało. Poza tym, Rdeścik nie należała do idiotek. I miała serce po właściwej stronie.

Vespera
Awatar użytkownika
Posty: 64
Rejestracja: 07 cze 2021, 15:44
Medale: 6
Miano: Elspeth Favres
Rasa: Człowiek
Wiek: 30
Złoto: 22 korony
Stan zdrowia: Zdrowy
Karta Postaci: viewtopic.php?f=10&t=814
Szczegółowa Karta Postaci: viewtopic.php?f=25&t=811

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Vespera » 17 sty 2022, 1:47

Jeśli masz zaszywać rany towarzyszom równie zręcznie, jak szyjesz im buty, to zrób im ostatnią przysługę i więcej ich nie tykaj tymi swoimi igłami — skomentował cierpko Tassian z rękami założonymi na piersi, bowiem podzielał wątpliwości ponurej kobiety z piłą co do szczerości cudownie ocalałego. A poza tym nie lubił skamlenia, które w przypadku dorosłego mężczyzny brzmiało wyjątkowo żałośnie. Jakby chciał takowe dźwięki admirować, poszedłby sobie posłuchać byle podwórkowego burka w budzie przy jakiejś wiejskiej chacie.
Gdyby tylko na przykład nie utknął w chędożonej dziczy.
Mamy „medyka” i nie będziemy niczego udawać — ozwał się znów Nydysyjczyk nadętym tonem, a potem zwrócił się bezpośrednio do swojej kompanii: — Zobaczę, czy da się im jeszcze pomóc, a wy w tym czasie przeszukajcie dobytek karawany. Postarajcie się znaleźć broń, sznur, prowiant...
Wiemy, czego mamy szukać — odezwała się ponuro ciemnoruda i piegowata młódka z jego drużyny, na którą wołali „Eli”. Spieszno jej było przede wszystkim do przepatrzenia twarzy poległych, by ustalić, czy są wśród nich bliskie jej osoby, a ten wypruty z emocji rezoner smęcił jej o jakichś sznurach. — Idź już i nie trać czasu.
... A gdy skończycie, ruszcie w naszą stronę — skonkludował Tassian, ostentacyjnie nie zwracając uwagi na wypowiedź dziewczyny. Potem zaś zawinął się na pięcie i poszedł z innymi ocalałymi, którzy udali się w stronę poszkodowanych.
Reszta drużyny bezzwłocznie zaczęła przeszukiwać pozostałości karawany, z wyjątkiem Solveig. Varnorka bowiem swoje poszukiwania rozpoczęła od zlokalizowania w trawie przewróconego znów rudzielca, któremu pomogła odnaleźć pomocną dłoń do powstania.
Nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie.

Bajarz
Awatar użytkownika
Posty: 69
Rejestracja: 29 lis 2018, 11:18

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Bajarz » 22 sty 2022, 1:56

Po upadku ostatniego ogra pozostałego na miejscu masakry, cztery grupy ocalałych zdawały się być jedynymi rozumnymi istotami pośrodku leśnego traktu. Cztery grupy, jak na istoty rozumne przystało, zdecydowały się na współpracę i podział obowiązków w ramach tejże.
Inicjatywa Tytusa okazała się poszukiwaniem igły w stogu siana. Igłą były igły zaś stogiem — rozbebeszone pobojowisko — wielka mieszanina ludzkich i końskich szczątków, wehikułów i skrupulatnie niszczonego przez ogry dobytku. Nie udało mu się odnaleźć tego, czego szukał, więc po bezowocnej próbie poprowadził pozostałych w kierunku swych rannych towarzyszy. Wraz z nim szedł ten ciemnowłosy i zgryźliwy, powiadający się medykiem. Ubezpieczała ich zaś czwórka, która całkiem niedawno i całkiem chwacko poradziła sobie z zasadzką na ogra. Im wszystkim przewodził Jobst idący na czele drużyny, czujny jak świstak i nadstawiający ucha na każdy szelest. Pochód zamykały dwa piegowato-rudawa parka, podobna do siebie niemal jak rodzeństwo — pszczelarka Ida oraz dźwignięty z pomocą Varnorki młynarczyk Tycjan.
Zapuściwszy się kawałek w głąb lasu, cało i bezpiecznie dotarli na udekorowane girlandami flaków miejsce, w którym powitał ich obraz nędzy i rozpaczy w osobie jasnowłosego młodzika o posturze i ubiorze stracha na wróble. Jared vel Szósty był jedyną kontaktująca osobą, którą zastali na miejscu. Ze starcia z ogrem i drzewem, poza ogólnym osłabieniem spowodowanym lekkim wstrząśnieniem mózgu i omdleniem, wyszedł właściwie bez szwanku. Jedynym trwałym uszczerbkiem była biegnące przez pół twarzy draśnięcie, które rokowało na bardzo efektowną i godną bohatera bliznę, która nierozumiejącemu obliczu młokosa mogła dodać wyłącznie męstwa i powagi.
Inaczej i gorzej rzecz miała się z pozostałymi dwoma. Słowik żył. Jęczał półprzytomny, kiedy podeszli bliżej, a biegły, powiadający się medykiem i smagłolicy osobnik odkrył, że jedyne ramię rzeźnika ma paskudnie naderwany biceps, po tym, jak ogr omal nie wyrwał mu go ze stawu. Sporządziwszy prowizoryczny opatrunek i pozyskawszy z pomocą Jobsta kilka ziół uśmierzających ból, udało im się przywrócić jednorękiego do żywych. Obecnie półrękiego, bo ramieniu przez jakiś czas miało być daleko do pełnej sprawności.
Oparcie Hectora o pień drzewa okazało się niemałym wyzwaniem nawet nie przez słuszne gabaryty dzierżącego topór mężczyzny, ale ze względu na ból, który sprawiała mu siedząca pozycja. Ekspertyza Tassiana poparta reakcjami pacjenta oraz sinokrwawymi wykwitami w okolicy żeber potwierdzała obrażenia wewnętrzne. Odpowiednio obandażowane doskwierały jakby mniej, ale ponury mąż musiał przyzwyczaić się do tego, że każde jego splunięcie będzie naznaczone krwią.
Tymczasem dla dwójki z czwórki pozostałych na pobojowisku osób, poszukiwania okazały się owocne. Przynajmniej w części tyczącej się odzyskiwania zapasów, bo Naylei, żona nieobecnego Dunstana wciąż pozostawała martwa. Ani śladu po Desmondzie i Calebie, Gunnvorze, Trygve. Zniknął nawet wilczur Aki. Białowłosy Świeżo upieczony ogrobójca razem z ciemnowłosą kobietą z piłą mieli własne, a pilne baczenie na pobojowisko, ale ich miny oraz brak reakcji zwiastował, że także nie natrafili na żywych.
W jednej z rozbitych skrzyń Solveig odkryła sześć zdatnych jeszcze do użytku, niepogiętych i niestępionych żelaznych ćwieków. Elianie z rąk jednego z poległych obrońców karawany udało się zaś wyjąć działający i napięty jeszcze samostrzał — prawdziwą machinę z solidnego, polerowanego drewna o potężnych możliwościach naciągu. Potężnych, lecz nie dość szybkich, by były właściciel zdążył je wykorzystać. Do kompletu udało jej się odszukać także dwa bełty.

Sokolnik
Awatar użytkownika
Posty: 20
Rejestracja: 14 lis 2021, 22:02
Medale: 4
Miano: Gerhard de Mischling
Rasa: Człowiek
Wiek: 34
Złoto: 160 Denarów
Stan zdrowia: Zdrowy
Karta Postaci: viewtopic.php?f=10&t=827
Szczegółowa Karta Postaci: viewtopic.php?f=25&t=828

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Sokolnik » 24 sty 2022, 11:18

Gdy cała grupa ratunkowa pod wezwaniem Ogrobójcy dotarła na miejsce, powitał ich widok opłakany i sromotny. Pogrom jaki miał tu miejsce, zdawał się wydarzyć bardzo szybko i bardzo brutalnie. Szósty - chłopak o posturze wątłej jak wierzbowa nitka, z malowniczo rozkwitającą czerwienią na twarzy, do tej pory kucający przy Hektorze, podniósł się chwiejnie na nogi, gdy usłyszał zbliżające się kroki. Poderwał z trudem katowski topór i trzymając go oburącz, nieco przygarbiony pod ciężarem broni, stanał przed kompanem, odcinając drogę do niego potencjalnym agresorom. Z ostrza wciąż ściekała ogrza krew, a Szósty dyszał ciężko, próbując opanować intensywne dzwonienie w uszach. Strach niemal go paraliżował, ale przecież nie mógłby zostawić towarzyszy podróży na pastwę dzikich zwierząt. Bohaterowie tak nie robią.

Bohaterowie... czy był już jednym z nich? Gdy okazało się, że nadchodząca drużyna nie powzięła złych zamiarów względem jego i dwóch prawie-trupów, ulga wymalowała się na - chłopięcym przecież jeszcze - obliczu. Zdał sobie za to sprawę z jednej, bardzo ważnej rzeczy. Przeżył. Przeżył starcie z ogrem. Nagle urósł, obrósł w piórka i wyprężył lichy tors, prawie jakby dzierżył Ogrobójcę (w sensie, miotłę). I jeszcze będzie miał bliznę! Na pewno! Oby wielką, która rozora jego twarz i powie wszystkim jaki jest męski i odważny, a kobietom nogi same się rozłożą na jego widok. O tak! Gdy Tassian ratował jego znajomków, on sam zerkał ku niewiastom, jakby już teraz same zapraszały go na posłanie z mchu i paproci. Strzygł wzrokiem, błyszczał uśmiechem i puszył się jak paw. — Jestem Szósty! Od zawsze tak na mnie mówią. Dokąd was nogi niosą, drodzy podróżnicy! — Patetyczny ton wypowiedzi sam bohatersko nasunął mu się na ledwie zakończoną mutację strun głosowych. Może którejś oświadczy się w podróży? To by było romantyczne. I z pewnością bardzo bohaterskie.

W tym samym czasie Słowik, niegdyś z pewnością przystojny, teraz ciut otyły jednoręki Rzeźnik, jęczał śpiewnie swoim skądinąd ładnym głosem, nawet gdy prowizoryczny temblak już był założony. Nie omieszkał także podziękować wszystkim za ratunek po dwakroć. W tym akurat zawtórował Tytusowi, który dotarł na miejsce, obwieszczając, że nic nie znalazł i jeszcze raz dziękując za pomoc. Przy okazji szybko ocenił skład drużyny oraz swoje szanse na przejęcie dowodzenia. Póki co, grał zdecydowanie na straconej pozycji. Należało poczekać i zobaczyć kto zajmie decydujące głosy, by później wślizgnąć się w łaski. Albo poderżnąć gardło we śnie. Oba sposoby działały doskonale.

Ostatni do siebie doszedł Hektor - barczysty, wysoki, czarnowłosy mężczyzna z trzydniowym zarostem i okiem ciemnym jak smolne doły. — Dzięki. — Rzucił krótko do medyka, który doprowadził go do porządku i odkaszlną krwistym ulepkiem z juchy i śliny. — Wszystkim. Oddaj to Młody. — Mruknął do Szóstego, zabierając mu zakrwawioną broń, którą od razu zaczął czyścić szmatką zrobioną z koszuli. — Co teraz? Dalej w tym samym kierunku? Tak jak żeśmy szli? Może być ich więcej. — Dodał niechętnie swoim basem, zwiastując kolejne bestie. Z drugiej strony - była ich całkiem solidna grupka, która dała radę dwóm monstrom. Całkiem nieźle, jak na grupę "niktów".
You must beware of black haired girls. Else, one will cause your death.

Juno
Awatar użytkownika
Posty: 404
Rejestracja: 23 gru 2018, 17:44
Medale: 17
Miano: Morgana Mavelle
Rasa: Człowiek
Wiek: Ćwierćwiecze +
Złoto: 33 korony 90 kp.
Stan zdrowia: Suchotnica
Karta Postaci: http://vattghern.com/viewtopic.php?f=10&t=305
Szczegółowa Karta Postaci: http://vattghern.com/viewtopic.php?f=25&t=304

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Juno » 25 sty 2022, 21:05

Uch... Dzi-dziękuję... Nie trzeba, na-naprawdę... — Tycjan dukał i mienił się na twarzy wszystkimi odcieniami czerwieni, gdy Solveig po raz drugi w przeciągu kwadransa zbierała go z ziemi. Mimo niemrawych zaprzeczeń i uśmiechów na podobieństwo starej panny, której prawiono komplementy, z ochotą przyjął podaną mu dłoń. Trzymał ją jeszcze chwilę po tym, jak stanął na nogi, o pół uderzenia serca dłużej niż trzeba było, by ostatecznie złapać równowagę.
Zmitygował się, gdy usłyszał za sobą wołanie Idy i puścił rękę Varnorki jak oparzony.
Odwdzięczę się! — obiecał jej na odchodnym i pobiegł za pszczelarką. Tym razem, o dziwo, nie wywalił się.
Amelia tymczasem miała baczenie na Tytusa, obserwując każdy jego ruch. Mężczyzna zdawał się nie zwracać na nią uwagi, pochłonięty własnymi myślami. I czynnościami, bo ewidentnie czegoś szukał. Pytanie: czego? Bo coś jej podpowiadało, że nie igieł. Ostatecznie podniósł coś z jednego z trupów, ale była niemal pewna, że nie to, na co liczył. Gdy oddalił się w kierunku polany, rozejrzała się baczniej po samym pobojowisku.
To, co zobaczyła nie zwiastowało niczego pokrzepiającego. Jeżeli ktoś jeszcze przeżył pogrom, to tylko po to, by robić za zapasy dla ogrów, które stąd uszły. Nikt z leżących na ziemi, w większości zresztą dość mocno zdekomponowanych, nie zdradzał oznak żywotności. Ironią było to, że wokół leżało tyle surowca, a ona nie miała komu go opchnąć.
Ani nawet jak zebrać i zakonserwować na później.
Rozstrojona marnotrawstwem walających się po pobojowisku organów, z których Stary Fuks złożyłby swoje dzieło na raz, a jej zapłacił tyle, że przez miesiąc mogłaby jeść smażone na maśle węgorzyki, zapijając je przednim wrońskim — westchnęła, co zdarzało jej się raczej rzadko. Jeszcze rzadziej zdarzało jej się westchnąć dwa razy pod rząd, ale doszło i do tego, bowiem na ziemi, w krwawym błocie, leżał rozciągnięty krzyżem Menko.
Znaleźliście coś przydatnego? — Machnąwszy w duchu ręką na dziwactwa Karoka, zwróciła się do części grupy od medyka, która została, by przeszukać pozostawiony przez ogry burdel, a teraz z wolna zbierała się, by ruszyć ku polanie.
Polanie, na której w tym czasie dokonywał się cud zmartwychwstania, choć niekoniecznie ozdrowień psychicznych. Gdy młodzik, powiadający się Szóstym, zapiał coś o „nogach” i „podróżnikach”, wypinając wątłą pierś, a rozgorączkowanym wzrokiem błądząc po sylwetkach bliźniaczek i jej własnej, Ida zerknęła nań z lekkim przestrachem. Potem, już do końca czynności felczerskich, trzymała się z dala od chłopaka, a jak najbliżej Tassiana, z wypiekami na twarzy obserwując, jak ten pracuje i co chwilę oferując mu swoją pomoc.
Chyba powinniśmy pomyśleć raczej o rozbiciu obozowiska — odrzekł Hektorowi Tycjan, cokolwiek naburmuszony zainteresowaniem, jakie okazywała medykowi Ida. — Głodni i zmęczeni daleko nie zajdziemy.
To, co widzisz, co się zdaObrazekjak sen we śnie jeno trwa.

Vespera
Awatar użytkownika
Posty: 64
Rejestracja: 07 cze 2021, 15:44
Medale: 6
Miano: Elspeth Favres
Rasa: Człowiek
Wiek: 30
Złoto: 22 korony
Stan zdrowia: Zdrowy
Karta Postaci: viewtopic.php?f=10&t=814
Szczegółowa Karta Postaci: viewtopic.php?f=25&t=811

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Vespera » 26 sty 2022, 3:00

Tragikomiczny widok chucherka ledwo dzierżącego katowski topór w bohaterskiej obronie bez ochyby wywołałby salwę śmiechu w igrcach odbywających się na placach stolicy Midlandu, a on sam bez wątpienia odnalazłby się w roli histriona, po spektaklach obsypywanego pocałunkami przez niewiasty w tawernach. Gdyby tylko nie dramatyczne cyrkumstancje, które mroziły krew w żyłach, a bólem, śmiercią i fetorem przypominały wszystkim, iże prędzej im nynie do udziału w krwawych igrzyskach, niźli swawolnych igrcach.
Tassian potraktował anemicznego męża stanu z orężem w dłoni w sobie charakterystyczny sposób, to jest bez słowa go wyminął i nie zaszczycił nawet spojrzeniem, nie uznając go za godnego zwracania nań uwagi. Na jego obronę rzec jednak trzeba, że natychmiast wziął się za opatrywanie rannych, i z ukontentowaniem przyjął wsparcie Jobsta, który sprawnie odnajdywał potrzebne zioła. Wokół nich latała dziewczyna nieustępliwa jak miodna pszczoła, która również spieszyła z chęcią pomocy, lecz wobec stopnia ran poszkodowanych i konieczności szybkiego działania jedyne zadanie, jakie mógł jej zlecić Nydysjanin, to pojenie wodą rannych.
Ale jeśli będziesz chciała, to w drodze mogę ci pokazać kilka podstawowych opatrunków i leczniczych ziół — dodał Idzie na pocieszenie, uznając, że w sumie dobrze by było, gdyby ktokolwiek w ich kompanii opanował jakiekolwiek podstawy opatrywania ran, na wypadek gdyby on sam zaniemógł lub potrzebował pomocy.
Po przywróceniu ofiar ogra do stanu jako tako funkcjonalnego i pouczenia ich co do konieczności oszczędzania się, naturalnie przyszedł czas na dysputę na temat planu dalszego działania.
Powinniśmy pomyśleć przede wszystkim o jak najszybszym i najdalszym oddaleniu się od miejsca rzezi — odniósł się natychmiast do propozycji Tycjana. — Zapach krwi rychło zwabi wilki i inne leśne stwory. Ruszmy na południe, chcemy przecież dotrzeć do nowej osady. Na wszelki wypadek możemy obejść część traktu okrężną drogą, przez las, i dopiero za jakiś czas wrócić na gościniec. Mamy przecież Jobsta, który mógłby nas poprowadzić przez ostępy. — Nagle łowczy został nobilitowany przez Tassiana do roli najbardziej kompetentnej osoby w całej zgrai, co było nie lada osiągnięciem, biorąc pod uwagę wysokie standardy intelektualne nydysjańskiego snoba.
Mamy też kompas, który wziąłem z sobą. I mamy zdrowy rozsądek. A przynajmniej większość z nas go ma — podsumował, nie precyzując jednak, kogo nie zalicza do owych wybrańców. Wspomnienie Menka biegnącego z miotłą na ogra niezręcznie zawisło w powietrzu.
Zaczekajmy jeno na resztę, która winna zaraz do nas dołączyć.
Wspomniana reszta z kolei w tym czasie właśnie kończyła przeszukiwania resztek karawany.
Mamy kuszę — odpowiedziała Eliana Amelii dokładnie w tym samym momencie, w którym kilkadziesiąt sążni dalej czarnowłosy osobnik obwieszczał, iż „mamy Jobsta, kompas i zdrowy rozsądek”. — I kilka żelaznych ćwieków — uzupełniła informację o znalezisko Solveig, Varnorka bowiem zajęta była nawoływaniem swojego psa.
Szkoda czasu. Ruszajmy — rzuciła do wszystkich, łapiąc Solveig za ramię i prawie siłą odwodząc ją od dalszych poszukiwań wilczura, by poszła wreszcie w stronę polany. Na koniec stanowczo odmówiła Balianowi przyjęcia pomocy w niesieniu kuszy. Nie takie ciężary już w życiu nosiła. Dosłowne i metaforyczne.
Nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie.

Odpowiedz
meble kuchenne na wymiar cennik warszawa kraków wrocław