Zew Pustkowi

Obrazek

„Chcę znowu widzieć gwiazdy nad traktem, chcę gwizdać wśród nocy balladę Jaskra. I pragnę walki, tańca z mieczem, pragnę ryzyka, pragnę rozkoszy, jaką daje zwycięstwo.”


Bajarz
Awatar użytkownika
Posty: 78
Rejestracja: 29 lis 2018, 11:18

Zew Pustkowi

Post autor: Bajarz » 28 lis 2021, 0:08

Obrazek

Rok później.




Zakapturzona postać odchyliła się na oparciu. Przenikliwe wejrzenie jej oczu zatrzymało się po drugiej stronie stołu, na zastygłym w służalczym półukłonie informatorze.

Nie karm mnie — zaczęła z niezadowoleniem, uderzając upierścienioną dłonią w spoczywający przed nią rulon z raportem. - Wczorajszymi plotkami. Słyszałem o incydencie w gospodzie i ich przybyciu do miasta. Ja chcę wiedzieć kim są naprawdę. Skąd przyszli. A nade wszystko jakież to przeklęte fata przywiodły ich do zawiązania tego kuriozalnego aliansu, abym wiedział jak go rozwiązać!



Karawana — twór złożony z dziesiątek głów, setek członków — ludzkich i zwierzęcych oraz terkocących wehikułów, na pozór olbrzymiego, lecz niezmordowanego robaka przesuwa się ślamazarnie przez wyżynę, zostawiając za sobą popioły wygaszanych na postojach ognisk.
Iglaste szczyty sosen od wielu mil powtarzają się na tle szarobłękitnego nieba. Droga, a raczej świeżo wytyczona ścieżynka wiedzie na południe, wijąc między omszałymi głazami oraz kosodrzewinami stanowiącymi forpocztę otaczającego ich boru. Na horyzoncie, ponad ostrymi koronami, wznoszą się porośnięte skąpą roślinnością wzgórza oraz wyrastający nad nie kamienny kształt, nazbyt smukły i regularny, aby móc uchodzić za dzieło natury. Każda kolejna przebyta staja czyniła go wyraźniejszym, ujawniając w nim gargantuiczną, choć niekompletną sylwetkę humanoidalnego zarysu, jawiącą się owocem iście cyklopowego wysiłku i prawiecznego zamiaru.
„Relikt zamierzchłej ery” — tak oto skwitował dostrzeżone w oddali zjawisko podróżujący z karawaną Gilchrist, uczony z Północnych Wrót. Gilchrist, lubiący uchodzić za wszechwiedzącego, nie popisał się wiedzą — tu, na odludziu z dala od cywilizacji, wszystko mogło okazać się reliktem zamierzchłej ery.
Karawana przemierza bór. Gdzieś wysoko, w konarach, kukułka powtarza swoją piosnkę. Gdzieś nieco bliżej, dzięcioł wybija jej werbel. Zaraz obok, na lewo od kierunku wędrówki, szemrze niewielki strumień zaznaczony brzegiem usypanym z jasnych, drobnych kamyczków. Kawałek w dół zmierzającego na północ nurtu przechodził w malowniczą siklawę wpadającą do górskiego jeziora. Nieco ponad kwadrans temu zakończyliście tam krótki popas, zażywszy nieco wywczasu dla napełniania manierek i napojenia koni.
Radzi i orzeźwieni, ruszyliście w dalszą drogę. Wozy podskakiwały na wybojach, przy wtórze podzwaniającego dobytku, parskań, odgłosów kopyt i skrzypu obracających się piast. Woźnice klęli i pogwizdywali. Pasażerowie próbowali zabijać czas na różne sposoby, poczynając od snu, przez picie, a na hazardzie kończąc, ale w obecnych warunkach żadne narzędzie zbrodni nie było dosyć skutecznym. Matki zajęte były rwącymi się do strumienia smarkaczami, nieliczna eskorta karawany pod przewodnictwem jadącego na czele Trenta — wpatrywaniem w dal i powstrzymywaniem się od ziewania. Na samym końcu, objuczeni nie gorzej niż dotrzymujące im tempa muły, marudzili tragarze. Kilku najwytrwalszych marudziło z pieśnią na ustach.







Dwóch synów matuś miała,
Jeden słynął z mądrości
A drugi, co był głupi
Popłynął do Brax i otworzył bajzel

Ti ru la li li la la

Ti ru la li li la la

I otworzył bajzel




Jechali, mijając strzeliste pnie świerków i sosen. Pnie i krzaki. Pnie i krzaki. Omszały głaz i zaskoczonego świstaka. Świstaka umykającego między pnie i krzaki. Kolejny głaz, bez świstaka. Pnie i krzaki. Pnie i krzaki. Monstrualną, prawie trzymetrową sylwetkę o kynocefalnie wydłużonej, bezwłosnej czaszce uzbrojoną w wielgachną, ćwiekowaną maczugę. Oniemiałą ze zgrozy, pobladłą jak wapno twarz wysuniętego najdalej na prawo strażnika karawany.

Dalej poszło szybko.


Trafiony maczugą strażnik zostaje zmieciony z siodła. Jego koń, spłoszony i porzucony, tańczy w miejscu — krótko, bo zaraz zostaje obalony drugim uderzeniem w łeb o sile małego tarana. Spomiędzy pni i krzaków, prosto na karawanę pędzi cała banda długorękich olbrzymów zbrojna w maczugi i wydająca z siebie bojowe okrzyki na przemian z rechotem. Stwory te, z grubsza człowieczej postury i z cienka człowieczej inteligencji, w narzeczu Dzikich nosiły nazwę belgheth. Midlandczycy zwykli zwać je po prostu ogrami.
Zasadzka! Alaaarm! — wydziera się nieodkrywczo Roggio, jeden ze strażników karawany, usiłując osadzić w miejscu panikującego wierzchowca i opanować rozgrywające się wkoło pandemonium. Jeden z belgheth, przez Midlandczyków zwanych po prostu ogrami, rozłupuje mu czaszkę niby dojrzałego harbuza, zanim Roggio nabierze tchu do kolejnego krzyku.
Ogryyy! Ogryyy! — wrzeszczy któryś z tragarzy z tyłu, wzorem pozostałych, porzucając dobytek i szukając ocalenia w rozpierzchnięciu się na wszystkie strony. Ogrowa noga spada mu na plecy, przyciska do ściółki przy wtórze trzasku żeber, rozdeptuje jak robaka.
Jeden z wozów próbujący umknąć poza zasięg napastników, wpada wprost pod obalające się na ścieżkę drzewo. Sosna wali się na burtę wehikułu, impet wysadza wozaka z kozła przy chmurze drzazg. Jeden z olbrzymów ściąga sobie z wehikułu małego rozszczekanego kundla na antypast — odgryza mu głowę, by natychmiast wypluć pod nogi przeraźliwie wrzeszczącej kobiety, nadaremnie próbującej odnaleźć swoje dziecko w całym zaistniałym zamieszaniu.
Belgheth! W dyrdy, rengi! W dyrdy, rudy kąsku! Nie oglądaj się! — Kha’ra, podróżująca z karawaną Dzika, za sprawą niepokoju swego kociego towarzysza Vuka jako jedna z pierwszych przeczuła nadchodzące zagrożenie, celowo trzymając się z tyłu i blisko nurtu strumienia. Gdy się zaczęło, bez namysłu pociągnęła za sobą Tycjana w kierunku rzeki. Tycjan pociągnął Idę, Ida ciotkę Ryksę i summa summarum w szóstkę skąpali się w chłodnym i rześkim nurcie. W szóstkę, bo pomysłowi z ucieczką przez wodę radzi-nieradzi byli również poważna i ciemnowłosa Amelia oraz postawny Karok Menko, jak niemal każdy Karok — siwy, choć jeszcze niestary. Górska rzeczka okazała się głębsza i bardziej zdradliwa niż jawiła się widzianą z brzegu. Pomimo ich starań i kotłowań i najrozpaczliwszych wysiłków, nurt pociągnął ich za sobą, daleko od brzegu i miejsca zasadzki, ratując im życia. Summa summarum czworgu z nich, bo po locie wodospadem i uderzeniu z bez mała z pięćdziesięciu metrów w taflę górskiego jeziora, tylko tyle ich zostało. Przemoczonych, dyszących i gramolących się na brzeg. Ciotka Ryksa nie wypłynęła. Kha’ra, pomysłodawczyni ucieczki postradała życie, niefortunnie rozbijając się na jednej ze skał pod siklawą.
Sucze syny! Pokraki! Kurwa wasza mać jebana! — Trent, przewodnik nad karawaną, jako ostatni żywy z tylnej straży, bronił się niby lew, do ostatniego szypu. A kiedy nie stało szypów, raz po raz wypuszczanych z łuku na ogrzych napastników, otoczony przez dwóch olbrzymów, w przypływie wściekłości i straceńczej odwagi dobył długiego, podróżnego noża. Do samego końca, to jest swojego, próbował oganiać się nim bestii, póki zasypany gradem maczug, nie poległ na ściółce, bez choćby jednej całej kości w ciele. Jedyne co po nim zostało, to jego żona Hilda, schwytana w sieć niby rak u brzegu i przewieszona przez ogrowe ramię, oddaliła się porwana przez jednego z napastników, wrzeszcząc wniebogłosy. Bohaterstwo Trenta nie poszło jednak całkiem na marne. Opór jego oraz jego świty kupił nieco czasu i drogę odwrotu sześciu innym osobom: Tytusowi, Hektorowi, Szóstemu,Słowikowi, Fumarowi i Alyssie. Niemal zabijając się o własne nogi i nie oglądając się za siebie pomimo dolatujących ich krzyków, pobiegli i przestali biec dopiero wówczas, gdy zabrakło im tchu, zaszyli się głębiej w borze i zorientowali się, że już nikt ich nie goni. A także w tym, że Fumar i Alyssa odłączyli się od nich podczas ucieczki i jeden Wodon raczył widzieć, gdzie mogli się teraz podziewać.
Nie ruszajcie się. Choćby nie wiem co — w samym sercu pobojowiska, w które atak ogrów zmienił środkowy szereg karawany, nie miało prawa być nikogo żywego. Świeża posoka poiła usłaną rozlicznymi ciałami oraz porozbijanym dobytkiem ziemię. Martwe końskie truchła stygły tu pospołu z ludzkimi. „Ani drgnijcie” przykazał trojgu innych ocalałych czarnowłosy Nydysyjczyk Tassian, kiedy za jego przykładem padli na ziemię, by uczynić się na pozór martwych dla ogrów, którzy po przypuszczeniu ataku zajęli się wyłapywaniem z pola masakry ostatnich żywych. Nie drgnęła Solveig, chociaż jeden z olbrzymów omal jej nie nadepnął, przestępując obok. Nie poruszyła się krwawowłosa Eliana, spoczywająca twarzą w kałuży prawdziwej krwi. Bez fałszu grał nieboszczyka imć Balian, choć tuż obok niego, godząc w niebo zeszklonym wzrokiem, zimna i martwa leżała Naylei, żona jego druha Dunstana. Gdzież były teraz jej drwinki, jej morały i małżeńskie gderania, którymi zawsze wieńczyła ich wspólne popijawy? Nie miały wrócić już nigdy. Cała zastygła w tanatozie czwórka żywiła wspólną nadzieję, że to samo będzie tyczyło się również i ogrów.
Męstwo ma postać rozmaitą i tę zasadniczą właściwość, że wymaga odpowiedniego czasu, by mogło się prawdziwie objawić. Trudno było o lepszy czas niźli obecny, w którym wyjątkowo wielki, a przynajmniej wyjątkiem paskudny ogr szykował się właśnie do urwania głowy równemu chłopu Jobstowi, a zaraz potem kilku Argonie ducha winnym smarkaczom kryjącym się pod przewróconym wozem. Ogrowi, jako starej i ciemnej bestii z gór, nie było widać dane słyszeć o pewnej starej, lecz niezmiennej prawdzie brzmiącej „lepiej nie wkurwiać Trakthora”. Trakthor, chłopisko krzepkiej budowy, z natury cierpliwe, doprowadzone do ostateczności, chwyciwszy ułamany dyszel od wozu, powtórnie złamało go ogrowi na niekształtnym łbie. I to tak, że ogrzysko zmuszone było dać sobie krótką przerwę do namysłu, by zrewaluować swoje dotychczasowe życiowe wybory. Lub przyjść do przytomności tudzież otrząsnąć z konfuzji, że coś odeń niższego mogło dysponować podobną krzepą. Wykorzystując czas, Jobst złapawszy chyba ostatniego ocalałego na pobojowisku konia, ładując się na jego grzbiet wraz z druhem, ruszyli galopem w kierunku, z którego przyszli wraz z karawaną. Ucieczka nie potrwała długo — okulawione zwierzę wywiodło ich poza zasięg masakry, zmuszając by skryli się w chaszczach i kosodrzewinach, w których zastali także ukrywające się bliźniaczki Rdeścik i Firletkę, będące niedawnymi świadkami porwania przez ogry ich ojca Horsta oraz kobiety, która wedle opisu mogła być wyłącznie znaną Trakthorowi Isobel.

Bajarz
Awatar użytkownika
Posty: 78
Rejestracja: 29 lis 2018, 11:18

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Bajarz » 16 mar 2022, 19:57

Zmierzch przyszedł szybko, pozwalając drużynie na wcielenie w czyn podjętych wcześniej zamysłów. Po rozbiciu obozowiska w zagajniku na północny wschód od osady troje spośród nich zakradło się do chaty archeologa, aby odzyskać ciało Borghildy. Niedługi czas po tym, zwłoki poddane oględzinom przez drużynowego biegłego, spłonęły pod gołym niebem w oddaleniu od obozu. Kremacji Dugonii towarzyszyły różne okoliczności — od nienaturalnych, mających odebrać spokój tym, którzy układali jej stos, po konfliktowe, skutkujące bijatyką i banicją kochanka denatki, woźnicy Vagena.
Nie był to koniec osobliwych zdarzeń, którym świadkowała dzisiejsza noc nad Krańcem Therga. Ale o tym mieli przekonać się dopiero nazajutrz.
Poczucie bycia obserwowanymi zbudziło ich jeszcze zanim zrobił to chłód poranka oraz koszmary, które dręczyły tych, których zeszłej nocy owiał dym stosu Borghildy. Wylegając z namiotów i ciepłych kokonów śpiworów na szary świt zorientowali się, że nie byli sami.
W sumie jedenaście osób otaczało szerokim kręgiem popioły wczorajszego ogniska. Sześć z nich było członkami wioskowej milicji w kolczym rynsztunku. Stali nieruchomo, w równych odstępach, z obnażonymi, lecz opuszczonymi swobodnie mieczami, taksując otoczenie biwaku. Za ich plecami czekało czterech innych, nieumundurowanych, zbrojnych w kosy i motyki wioskowych o ponurych wejrzeniach, przestępujących nerwowo z nogi na nogę.
Jedenastą z nich była znana im już kapitan Roswitha z Krańca Therga. Wysunięta na czoło, z dłonią opartą na głowicy obciążającego pas miecza, z podniesioną głową, przeszywająca spojrzeniem pierwsze rozbudzone czupryny, które wychyliły się spod płacht.
Wychodzić powoli, ręce z dala od broni. — przywitała ich głosem zimniejszym niż powietrze wokół, wejrzeniem beznamiętnym jak niebo nad ich głowami. — Odpowiadacie na moje pytania.
Na początek — zaczęła, poprawiając pozycję lekkim rozkrokiem. — Co robiliście wczorajszej nocy i co robi zwęglony szkielet w zagajniku na północ od waszego obozowiska. Gdzie jest gruby wozak i wytatuowana Varnorka.
Ale przede wszystkim. — Głos kobiety, choć daleki od krzyku, odbił się echem pośród otaczających obóz drzew. — Gdzie, do kurwy nędzy, jest morderca Kiyana i ten cholerny Braxanin!
Kurwy nędzy! — podłapał skrzekliwie Limbo z gałęzi pobliskiej sosny, zmartwychwstały po wczorajszym kamiennym śnie.

Vespera
Awatar użytkownika
Posty: 77
Rejestracja: 07 cze 2021, 15:44
Medale: 7
Miano: Elspeth Favres
Rasa: Człowiek
Wiek: 30
Złoto: 22 korony
Stan zdrowia: Zdrowy
Karta Postaci: viewtopic.php?f=10&t=814
Szczegółowa Karta Postaci: viewtopic.php?f=25&t=811

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Vespera » 20 mar 2022, 0:36

W razie, gdyby jeszcze nie dość nadojadły się drużynie wszelkie sensacje minionej nocy, zła passa postanowiła znów dać im popalić – i to bynajmniej nie kolejnych nieboszczyków. Jakby czytając w ich umęczonych umysłach zamiar, ażeby z samego rana opuścić przeklęte miejsce, przekorne fatum zamyśliło ten koncept uniemożliwić tuż przed jego realizacją.
Jako pierwszy klarowność myślenia w porannym zaspaniu odzyskał Tassian, jako że to jego najmocniej zapiekła wewnętrznie gorycz ironii losu. Nie po to nawiał przed imperialnym Ordo Malefactus, żeby go teraz aresztowała jakaś wioskowa milicja na jakimś zapomnianym przez cywilizację Krańcu Świata bądź Therga, innymi słowy – skończonym zadupiu. Gramoląc się z namiotu, pociągnął za sobą Idę, której rzucił kilka słów na uspokojenie, mniej więcej coś o tym, żeby się nie martwiła i że wszystko będzie dobrze. Ostatnim, czego teraz potrzebował, był płacz dziewczyny i pomocne ramię tej rudej fajtłapy, które za każdym razem w tego typu sytuacjach znajdowało się irytująco blisko pszczelarki.
Dzień dobry, pani kapitan — przywitał się wpierw chłodno Tassian, skoro komitet powitalny nie raczył wykazać się pierwszy podstawowymi zasadami kultury. — To pytania nie do nas, ale do wspomnianego Braxanina — odpowiedział zimno Roswicie, głosem tak opanowanym, jak gdyby chodziło o wyjaśnienie nieporozumienia związanego z niepoprawnym wydaniem reszty przez handlarza w trakcie zakupów. Bynajmniej nie dlatego, że bagatelizował sprawę i powagę zarzutów. Po prostu był Nydysjaninem, zatem przesadzone emocjonalne reakcje uwłaczały jego godności. — Z wioski znikają wymienione osoby, podczas gdy inni nowo przybyli śpią spokojnie na terenie osady. Fakt, że tylko tamci nawiali świadczy o tym, że to oni mają coś na sumieniu, nie my.
Pani, ostrzegaliśmy przed niejakim Dratwą — podłapał zapalczywie Balian, który miał za sobą wyjątkowo fatalną noc pełną koszmarów i wciąż słyszał w środku te przerażające szepty, na myśl których aż kurczył się w środku. — Prosiliśmy, byście nie wypuszczali go z aresztu. Jest to człowiek niebezpieczny i pozbawiony moralności, od początku przybycia trzymaliśmy się od niego z daleka. Nie zdziwiłbym się, gdyby to on odpowiadał za uwolnienie mordercy Kiyana.
Vagen od początku zadawał się z Dratwą. Jako jedyny bronił go przed wymierzeniem kary za kradzież, której dokonał rzezimiech. Opowiadaliśmy wam przecież, że cała czwórka dołączyła do nas później i nigdy nie uważaliśmy, by należała do drużyny. Oni wszyscy byli w jednej wielkiej komitywie — podkreśliła kąśliwie Eliana, zakładając ręce na piersi. — Kiedy Karok zaatakował Kiyana, rzuciliśmy się, by ratować karczmarza. Dlaczego niby teraz mielibyśmy pomagać jemu albo jego wspólnikom w ucieczce? To przecież nie my odpowiadamy za pilnowanie baraków, w których był aresztowany, ale doświadczeni zbrojni.
Co? Morderca uciekł?! — rzuciła nieprzytomnie Solveig, gdyż autentycznie nie rozumiała, co się dzieje, jako że nie miała żadnej wiedzy na temat nocnych wydarzeń. Teraz jednak emanowała świętym oburzeniem, gdyż spędziła pierwszą tak upojną noc od śmierci swojego męża i miała lepsze plany na ten poranek, jak choćby podgrzanie Jobstowi i sobie śniadania, niż tłumaczenie się jakiejś głupiej milicji z rzeczy, których nie zrobiła. — Ruszajmy go ścigać, na pewno nie zdążyli uciec daleko od osady! — powiedziała z wściekłością, szarpiąc łowczego za ramię w geście: „Jobst, zrób coś!”.
Nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie.

Michu
Awatar użytkownika
Posty: 13
Rejestracja: 28 lis 2021, 12:52
Miano: Voron
Rasa: Człowiek
Wiek: 39 lat
Złoto: 31 denarów
Stan zdrowia: Zdrowy
Karta Postaci: viewtopic.php?f=10&t=834

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Michu » 20 mar 2022, 19:15

Jako pierwszy z sennego kokonu wylęgł się Jobst. Ledwie zdążył odkaszlnąć poranną flegmę, ledwie dorzucił do ognia, obudził i wysłał bliźniaczki do strumienia po wodę i dopiero co sprawdził, czy Solveig przypadkiem nie zmarzła, liźnięta porannym jęzorem chłodu, gdy zza płachty namiotu dobiegł go jakże orzeźwiający, zimny głos Jaśnie Kapitan. Jak na sygnał wylazł więc na zewnątrz, mrucząc pod nosem coś na kształt „nosz ja pierdolę, zostawić ten bajzel samopas ledwie na chwilę„. W odróżnieniu od Nydysjanina, Dzikiego trafił jasny szlag.
— Jak to „co robiliście"? Odpoczywaliśmy, jak normalni ludzie. Pytanie CO WY ROBILIŚCIE, skoro to wam spierdolił więzień?! — dorzucił swoje trzy grosze do wyjaśnień Tassiana, mierząc każdą autochtońską mordę z osobna, by bez specjalnego zaproszenia mogli skąpać się w jego ognistym, autentycznym wkurwie i oburzeniu. Naraz jednak rozpogodził się, czując szarpnięcie za ramię.
— Nie denerwuj się, Złotko, mam wszystko pod kontrolą — dodał uspokajającą słodyczą, choć jobstowe spojrzenie nadal lśniło żywą wściekłością. Po broń nie sięgnął, zerknął tylko kontrolnie na ledwo przytomnego Trakthora, który w tej chwili krzyżował ramiona na szerokiej piersi i unosił jedną brew, w milczeniu czekając na wyjaśnienia wioskowych przygłupów.

Juno
Awatar użytkownika
Posty: 429
Rejestracja: 23 gru 2018, 17:44
Medale: 18
Miano: Morgana Mavelle
Rasa: Człowiek
Wiek: Ćwierćwiecze +
Złoto: 33 korony 90 kp.
Stan zdrowia: Suchotnica
Karta Postaci: http://vattghern.com/viewtopic.php?f=10&t=305
Szczegółowa Karta Postaci: http://vattghern.com/viewtopic.php?f=25&t=304

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Juno » 20 mar 2022, 22:27

Ale co się dzieje? — chciała wiedzieć Ida, nie dając zbyć się uspokajającymi formułkami. — Co się stało?
Mimo że była lekko oszołomiona nagłym wybudzeniem, długi sen dobrze jej zrobił, bo nie zapowiadało się, by miała histeryzować czy płakać. Gdy Tassian przejął na siebie ciężar wyjaśniania dziwnej sytuacji, pszczelarka ciekawsko kukała zza jego ramienia, próbując doprowadzić do ładu rozczochrane włosy.
Spokojnie, po co te nerwy? — wtrąciła Amelia, wychynąwszy z namiotu, z którego dobiegało chrapanie rudego fajtłapy. Zdawała się zwracać zarówno do kapitan, jak i do swoich towarzyszy. Zaostrzanie konfliktu, nawet przy wyrównanych szansach, nie leżało w interesie żadnej z grup. — Przecież gdybyśmy mieli z tym coś wspólnego, już by nas tu nie było. Nie jesteśmy głupcami.
W momencie, gdy handlarka skończyła mówić, z krzaków wylazł Menko, skończywszy coś zgoła innego, choć wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi — z równie gównianym skutkiem.
Menko stworzył potwora — oznajmił poważnie albinos, próbując podciągnąć gacie jedną ręką, bo w drugiej ściskał drąga. — Teraz głodny.
To, co widzisz, co się zdaObrazekjak sen we śnie jeno trwa.

Bajarz
Awatar użytkownika
Posty: 78
Rejestracja: 29 lis 2018, 11:18

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Bajarz » 10 kwie 2022, 1:26

Odpowiadacie na moje pytania, nie na odwrót. Zdecyduję, czy zasłużyliście na wzajemność. — Roswitha ucięła zasypującą ją lawinę pytań, dygresji i wątpliwości, skinąwszy najbliższym podkomendnych oraz wskazując im szałasy drużyny. Pozostałe straże, włącznie ze zmobilizowanymi wioskowymi, otaczały obozowisko szerokim półkolem. Zaciskające się na orężu dłonie, wespół z szurającymi po ściółce stopami zdradzały zniecierpliwienie. Nieruchome poza rozbieganymi oczami twarze — nieładne i pochopne myśli.
Przeszukać namioty. Dryblik do mnie. — zaordynowała, przywołując stojącego po jej prawicy strażnika, który nie dołączył do przepatrujących, a zaraz potem wskazując Amelię, Baliana i Jobsta. — A wy za mną. Do zagajnika.
Wypowiadając słowa ostatniego polecenia, odczytali z jej twarzy wyraźną sugestię. Nieme pytanie, zalążek porozumienia przeczący początkowemu i pozorowanemu wzburzeniu.
Nie mając lepszego wyboru — poszli. Roswitha na czele prowadziła ich raźnym, żołnierskim krokiem, poza zasięg uszu i oczu pozostałych w trzebionym obozowisku osób. Milczący i żwawy pochód zamykał milicjant Dryblik, z kołyszącym się u pasa mieczem i zsuwającym się na oczy szyszaku.
Zatrzymali się przy kupie popiołów pozostałej z Borghildy po wczorajszym całopaleniu. Roswitha zabluźniła szkaradnie, widząc ją z daleka. Widząc ją z bliska, zabluźniła jeszcze szkaradniej. Milicjant Dryblik sekundował jej siarczystym splunięciem na mokrą od rosy ściółkę.
Jedynym, co w tej chwili dzieli was od samosądu mieszkańców Krańca, jest moja skromna osoba — zaczęła bez ogródek i ku ich zaskoczeniu — od czegoś innego niż kwestia spalonych zwłok, w których obecności rozmawiali. — Tedy w interesie waszych własnych gardeł jest, abyście zaoferowali mi szczerość. I zachowali dla siebie, to co za chwilę wam powiem.
Kobieta zmilczała przez chwilę, spoglądając na całą trójkę poważnie. Las wokół nich odezwał się odległymi trelami budzącego się do życia ptactwa. Poranna szaruga, wciąż niesyta promieniami rozbudzonego słońca przypominała o sobie grającym na odsłoniętej skórze chłodem. Dryblik chuchał w dłonie, bluźniąc cicho pod nosem. Kapitan mówiła.
Wczorajszej nocy, podczas mojej warty, Braxanin, przed którym przestrzegaliście mnie po przybyciu, przybiegł do mnie zziajany, twierdząc, że został napadnięty w kwaterach górniczych, gdzie nocował. Nielegalnie, po tym jak dostał się do środka bez wiedzy i zgody naszej sztygarki. Udawał głupiego, tłumacząc się nieznajomością prawa, więc uznałam to za włamanie i aresztowałam. I na tym by się skończyło, ALE...
Dzisiejszego ranka — kontynuowała opowieść, przechadzając się z wolna tam i z powrotem. — Zastałam dwie puste cele. Jego i mordercy Kiyana. A także moich strażników, śniętych jak ryby po przymrozku i bez pamięci. Podobnie jak wielu mieszkańcom, przeszło mi przez myśl, że maczaliście w tym palce. Ale moi wartownicy donieśli mi o ognisku wypatrzonym z daleka. Nadto, relacja owego Dratwy była dziurawa i nie trzymała się kupy. Ktoś pomógł mu się dostać do kwater górniczych zeszłego wieczora. Pomimo tego, że został tam zaatakowany, zataił to przede mną. Wręcz dopraszał, ażebym go zamknęła. Razem z Astorią, sztygarką, przeprowadziłyśmy własne dochodzenie. Ale o tym zaraz.

Roswitha stanęła w miejscu, zatrzymała przed trójką, poprawiając obciążony bronią pas, przyglądając się każdemu z osobna.
Wciąż nie jestem pewna czy mogę wam zaufać. Zadra ze złodziejem i luki w jego zeznaniach przemawiają na waszą korzyść. Na razie. Wioska nie podziela moich wątpliwości. Upatrują w was źródła wszystkich problemów, które dziwnym trafem zbiegły się z waszym pojawieniem się u nas. — Przekąs rozbrzmiał w jej głosie, jej wargi skrzywiły się pod wpływem tych słów. — Wiem, że macie pośród siebie ludzi, którzy pomogliby mi odnaleźć odpowiedzi. Specjalistów, którzy przyjrzeliby się dowodom. Nie muszę wam tłumaczyć jak bardzo to teraz w waszym interesie. Jestem skłonna obdzielić was zaufaniem, ale zanim to zrobię, muszę wiedzieć. Bezwzględnie i wszystko. Co robiliście wczoraj, kiedy moi ludzie zauważyli ogień z wieżyczki. Kto kręcił się wczoraj nocą po wiosce. I w końcu, na czyj zagrzebany w popiele szkielet właśnie patrzę.

Juno
Awatar użytkownika
Posty: 429
Rejestracja: 23 gru 2018, 17:44
Medale: 18
Miano: Morgana Mavelle
Rasa: Człowiek
Wiek: Ćwierćwiecze +
Złoto: 33 korony 90 kp.
Stan zdrowia: Suchotnica
Karta Postaci: http://vattghern.com/viewtopic.php?f=10&t=305
Szczegółowa Karta Postaci: http://vattghern.com/viewtopic.php?f=25&t=304

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Juno » 16 kwie 2022, 15:12

Kiedy w piątkę dotarli do zagajnika, Amelia również miała ochotę splunąć na widok sczerniałego szkieletu, na poły zagrzebanego we wciąż lekko dymiącym popiele. Nie zrobiła tego jednak, prawdopodobnie przez wzgląd na bogów. Pożegnawszy Borg gestem wyznawców Baala (dotknięcia czoła i ust skrzyżowanymi palcami wskazującym i serdecznym lewej dłoni), obrzuciła uważnym spojrzeniem otoczenie, w skupieniu słuchając kapitan.
To Borghilda — powiedziała, gdy Roswitha skończyła swój monolog. Nie było sensu kłamać, a po minach Baliana i Jobsta handlarka widziała, że byli tego samego zdania. — Ta, która chciała ratować syna z łap ogrów. Była u waszego archeologa. Nie wiemy, czego tam szukała, ale wiemy, co znalazła. Zabraliśmy ją stamtąd w nocy i pochowaliśmy zgodnie ze zwyczajem jej ludu. Być może było to pochopne działanie, ale sama widzisz, że i bez informowania cię o tym incydencie, jesteśmy, gdzie jesteśmy. Nie ufacie nam. Cokolwiek zrobimy, będzie to w waszych oczach podejrzane.
Amelia wzruszyła ramionami. Wiedziała, że nie pozwolą im odejść inaczej niż w objęcia Baala. Nie teraz, kiedy byli ich jedyną szansą na wygodnego kozła ofiarnego. Bo coś działo się w tej wiosce, coś bardzo niedobrego. I mieszkańcy Therga wiedzieli o tym równie dobrze, jak przyjezdni. Pozostawało pytanie, czy autochtoni chcieli problem rozwiązać, czy tylko zamieść go na chwilę pod dywan, do czego powieszenie kilku obcych świetnie się nadawało.
To, co widzisz, co się zdaObrazekjak sen we śnie jeno trwa.

Michu
Awatar użytkownika
Posty: 13
Rejestracja: 28 lis 2021, 12:52
Miano: Voron
Rasa: Człowiek
Wiek: 39 lat
Złoto: 31 denarów
Stan zdrowia: Zdrowy
Karta Postaci: viewtopic.php?f=10&t=834

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Michu » 16 kwie 2022, 16:12

Im dalej w zagajnik, tym Jobst był... spokojniejszy. Stopniowo odzyskiwał też parszywy humorek, więc na samym wstępnie swych wyjaśnień nie darował pani kapitan drobnej uszczypliwości:
— Od początku przestrzegaliśmy was przed Braxaninem, to teraz nie płaczcie, że cały ten dym jest naszą robotą — mruknął, przeciągnąwszy wnętrzem dłoni po zmęczonym obliczu.
Wzdrygnął się, gdy zobaczyli w końcu szczątki Borghildy. I jakim skurwiałym pacanem Jobst by nie był, tak zamilkł na dłuższą chwilę i pochylił głowę, by oddać honory i szacunek zmarłej.
— A co ja robiłem wczoraj wieczorem? — podjął dopiero wtedy, gdy Amelia skończyła przemawiać i wzruszyła ramionami. Westchnął, próbując zapanować nad tym, by rozanielony uśmiech nie wpełzł w kąciki ust podczas przywoływania miłego wspomnienia.
— Powiem szczerze i wprost — przeruchałem zadymę, szanowna pani kapitan. Aż mi w kolanie strzykło... — wzruszył ramionami zupełnie tak jak jego przedmówczyni i skinął na Baliana, by towarzysz swoją wersją wydarzeń postawił kropkę nad „i”.

Vespera
Awatar użytkownika
Posty: 77
Rejestracja: 07 cze 2021, 15:44
Medale: 7
Miano: Elspeth Favres
Rasa: Człowiek
Wiek: 30
Złoto: 22 korony
Stan zdrowia: Zdrowy
Karta Postaci: viewtopic.php?f=10&t=814
Szczegółowa Karta Postaci: viewtopic.php?f=25&t=811

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Vespera » 16 kwie 2022, 22:40

Tak, Jobst, akurat to, co robiłeś wczoraj, są w stanie potwierdzić wszyscy, włączając w to samych mieszkańców wioski, gdyż oni zapewne również wysłuchali waszego nocnego koncertu z namiotu miłości — Balian zaświadczył o prawdziwości wersji wydarzeń łowczego, nie mogąc przy tym powstrzymać się od przytyku. Inni złośliwi rzekliby, że ani chybi powiedział tak z zazdrości, iż sam nie spędził ostatniej nocy na miłosnych podbojach. Mieliby w tym nieco racji, gdyż gorzelnik zdecydowanie wolałby pamiętać czyjś biust i pośladki zamiast upiornych szeptów towarzyszących spalaniu zwłok. Jego zmizerniała aparycja mówiła na temat doświadczeń ostatnich godzin więcej niż tysiąc podlanych okowitą słów.
Żałujemy, ale zabrakło nam czasu i możliwości na godniejszy pochówek — podjął po chwili, patrząc zasępionym wzrokiem na eksczłowieka o imieniu Borghilda. — Wszystkie słowa Amelii są prawdziwe, pani, i w obecnych okolicznościach sądzimy, że lepiej dla nas byłoby natychmiast opuścić tę wioskę. Skoro jednak wy macie inny ogląd na tę sprawę... Owszem, pomożemy wam rozwikłać tę tajemnicę, ale do tego konieczna jest wasza pełna współpraca — podkreślił bez cienia arogancji czy butności.
A zatem, czy w Krańcu Therga działy się ostatnimi czasy jakieś niepokojące i nadnaturalne rzeczy? Co ustaliło wasze i Astorii dochodzenie?
Nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie.

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 1928
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Dziki Gon » 22 kwie 2022, 14:17

Czyli była u Atala — Roswitha zwróciła się do Amelii. Ignorując pozostałe szczegóły jej opowieści, z miejsca przeszła do najistotniejszego pytania. — Co znalazła w jego chacie?
Ten wasz Braxanin jest śliski jak gówno w majonezie — skwitowała, kiedy Dziki przestał mówić, przyjmując jego alibi za dobrą monetę, przynajmniej na tyle, by nie prosić o szczegóły. — Nie ulega wątpliwości. Ale wczorajszego wieczora nie powiedział mi całej prawdy, nawet wtedy, kiedy ta świadczyła na jego korzyść.
Macie ją — przyrzekła krótko Balianowi, kiedy ten wspomniał o współpracy. — Mogę was ochronić pod pretekstem aresztu i zebrania dowodów. Nie zostawię jednak tej sprawy nierozwiązanej.
Kapitan rozluźniła się zauważalnie. Choć nadal stała twardo i nie wyzbywała się żołnierskich manieryzmów, na jej twarzy znać było więcej zainteresowania niźli napięcia. Stojący obok Dryblik spoczął, wodząc bystrymi oczami od Roswithy do członków drużyny.
Tu, z dala od aglomeracji, nietrudno o niepokojące i nadnaturalne wydarzenia. Zgony i zaginięcia jeszcze przed najazdem Dzikich były dla nas normą. Liczyliśmy się z tym, gdzie przyjdzie nam żyć, tedy nie byliśmy szczególnie podejrzliwi wobec incydentów. Ale teraz, po niedawnym ataku na wioskę i śmierci Kiyana, mieszkańcy zachowują się dziwnie. Są spokojni.
Kapitan poczyniła krótką pauzę, pozwalającą wybrzmieć jej słowom i dając sobie chwilę na wyłapanie reakcji słuchaczy.
Zrozumcie mnie dobrze. Osadnicy to twardzi, zahartowani ludzie. Rozumieją sytuację, w której się znaleźli. Bez ludzi ani zapasów nie utrzymamy sioła, jednak wielu nadal nie chce słyszeć o wyjeździe. Zamierzają tu zostać i żyć jak dotychczas. Nie pojmuję tej pewności, bo wiem, że nie jest powodowana ignorancją ani sentymentem za tym miejscem.
Razem z Astorią znaleźliśmy trzech winnych. — podjęła wątek dochodzenia przeprowadzonego w górniczej społeczności. Nazywają się Gielo, Ziga i Manek i są kopaczami. Wszyscy trzej idą w zaparte i powtarzają tę samą historię o tym, że wczorajszej nocy usłyszeli hałas w jednej z komór na sprzęt i poszli go sprawdzić. Znaleźli Braxanina, który napadł ich z nożem, ciął Gielo, pozostałych wywrócił i puścił się szczupakiem w kierunku baraków. Rozpytując pozostałych, dowiedzieliśmy się jednak, że zarówno Gielo jak Ziga byli widziani z nim wcześniej. Grali razem w kości, a później, niedługo przed zmierzchem rozmawiali, prawdopodobnie ubijali jakiś szemrany interes. Jeden z górników twierdzi, że sami przemycili go do środka. Ślady wskazują, że w miejscu, w którym go zdybali, ktoś wcześniej przeniósł zapasową pryczę i próbował nieudolnie schować.
Rudokopy są podzieleni — wtrącił się milczący od dłuższego czasu Dryblik. — Część nich milczy i kryje kompanów. Jakby Astoria nie zrobiła im koło rzyci, pewnie nie wiedzielibym nawet i tego.

Odpowiedz
meble kuchenne na wymiar cennik warszawa kraków wrocław