Bal u Solomona

Obrazek

„Chcę znowu widzieć gwiazdy nad traktem, chcę gwizdać wśród nocy balladę Jaskra. I pragnę walki, tańca z mieczem, pragnę ryzyka, pragnę rozkoszy, jaką daje zwycięstwo.”


Bajarz
Awatar użytkownika
Posty: 87
Rejestracja: 29 lis 2018, 11:18

Bal u Solomona

Post autor: Bajarz » 31 sie 2022, 9:34

Obrazek
Taormińskie włości Solomona Durentiusa rozciągały się wzdłuż i wszerz, trudno było dostrzec ich koniec. Początek natomiast powitał ich zdobną bramą wjazdową, do której wiodła długa, prosta, obrzeżona cisami droga. Gdy przekroczyli coś, co wyglądało niemal jak łuk triumfalny na cześć pana tych ziem, jechali drugie tyle, nim dotarli do dworu.
Ten ostatni prezentował się majestatycznie i dostojnie, choć bywający tu już wcześniej goście zauważyć mogli pewne drobne zaniedbania: nienaprawione pęknięcia na elewacji; nieprzycięte róże na rabatach wokół placu przed głównym wejściem; matowe, nieodbijające należycie światła dnia ni gwiaździstego nieba szyby w oknach na wyższych kondygnacjach; zapchane tu i tam rynny. Były to jednak symboliczne wręcz niedociągnięcia, które wobec tragedii, jaka spotkała hrabiego, nikogo dziwić nie mogły.
Na dwór składał się potężnej kubatury, dwukondygnacyjny gmach główny wraz ze skrzydłami bocznymi — wschodnim dla gości i zachodnim dla mieszkańców. Oprócz klasycznie podzielonej bryły zwieńczonej zdobnymi attykami, do części pańskiej przyklejona była z tyłu wieżyca ze szpiczastym dachem; nad tyłem frontowej części budynku zaś połyskiwały misternie połączone ołowiem fasetki przeszklonej kopuły, która wieńczyła ogromny, półkolisty wykusz, będący elementem sali balowej.
Ci z gości, którzy kiedykolwiek zapuścili się gdzieś dalej niż na taras, by zaczerpnąć powietrza po jadle, napitku i zabawach, wiedzieli, iż na północ od dworu znajdował się rodowy żalnik z rzeźbionymi przez elfickich artystów grobowcami rodowymi Durentiusów, do którego droga wiodła malowniczym za dnia, a nieco upiornym po zmroku fragmentem starej dąbrowy.
Idąc w kierunku południowym, wśród odurzającego zapachu róż każdej chyba barwy, jaką stworzyli bogowie, i pokonując labirynt z misternie przyciętego żywopłotu, lza było dotrzeć do uroczego zagajnika na wzgórzu, gdzie w cieniu młodych sosen pobudowano filigranową oranżerię.
Wychodząc z lasku i przecinając rozległą połać łąki rozdzieloną na połowy strumieniem, zza zachodniego horyzontu zaczynały błyskać zalotnie wody Stawu Księżycowego, na którego środku mieściła się wysepka z wierzbą i posągiem, zaś skaliste brzegi pełne były zarośniętych powojem i bluszczem grot.
Na wschodzie znajdowały się dworskie, nieco tajemnicze ogrody. Wśród dzikiego wina, pachnących krzewów oraz kwiatów egzotycznych jak i takich, które równie dobrze można było spotkać przy polnej drodze, roiło się od kamiennych elementów małej architektury, które sprytnie poukrywane, pozwalały odpocząć, rozświetlić noc czy nakarmić zmysł estetyczny.
Ilość słów: 0

Bajarz
Awatar użytkownika
Posty: 87
Rejestracja: 29 lis 2018, 11:18

Re: Bal u Solomona

Post autor: Bajarz » 31 sie 2022, 10:18

Słońce spuszczało się z wolna ku zachodowi, kiedy dojechali do łuku bramy wjazdowej, zwieńczonej herbem Durentiusów: dwa anguły, tak z sobą powiązane, że pięć rogów wyrażają, albo Pentagonum złoty w polu błękitnym, na którego wierzchu we środku lilia biała, na hełmie trzy pióra strusie, całość w labry złoto-błękitne ujęta. W pomarańczowej poświacie zachodu dostrzec mogli delikatne spękania, zlazłą w paru miejscach pozłotę i osrane przez ptaki trzy pióra strusie.
Droga była sucha, posiadająca znośną ilość dziur i wertepów, dlatego też nie potrzebowali wypoczynku przed balem. A nawet gdyby było inaczej, wkrótce miało okazać się, iż potrzeba ta musiała zejść na drugi plan, jeśli nie zamierzali obrazić gospodarza.
Plac z wymyślną fontanną pośrodku oblegał mały tłumek gości, którzy zajechali tuż przed nimi; śmiali się, sprzeczali, konwersowali. Ale nade wszystko — plotkowali. Tematy plotek w każdym ze środowisk były raczej stałe, mało odkrywcze i oscylowały wokół osób nieobecnych, ale tym razem wszyscy szeptali głównie o nieoczekiwanym balu, dziwnej jego porze i tego, co działo się przez miniony rok z hrabim Durentiusem. W powietrzu czuć było woń podekscytowania, ale i niepokoju. Niektórzy nie wyglądali na zachwyconych wyprawianym w Saovine przyjęciem, ale ciekawość — lub wtłaczana do szlacheckich głów od małego etykieta — sprawiła, że jednak przybyli na wezwanie.
W wejściu głównym oczekiwała na gości służba, odziana jednak nie w liberie, ale w czarne szaty z naciągniętymi na głowy kapturami. Kłaniali się i bez słów, jedynie gestem i dziwną monetą, witali przybyłych. W holu paliły się setki świec, było niemal jasno jak w dzień, bo lustrzane i marmurowe powierzchnie odbijały światło. W głębi widać było salę balową, po której wśród stołów krążyli już rozgorączkowani goście. Każdy rozglądał się za Durentiusem, lecz hrabiego nigdzie nie było widać. Elementem dokładającym do pieca niecierpliwości zebranych była potężna, poprowadzona po okręgu kotara z czerwonego aksamitu, zasłaniająca część ze szklaną kopułą. Pilnowali jej gęsto rozlokowali słudzy, toteż nie lza było zapuścić żurawia bez łamania zasad dobrego obyczaju.
Na podeście tuż przed zasłoną stał człowiek o śniadej cerze i łysej czaszce. Również miał na sobie szatę podobną do tych, jakie nosili słudzy, lecz nie zasłaniał twarzy. Mimo że nie prezentował się szczególnie okazale, emanował aurą, która nie pozwalała go ignorować. Uśmiechał się niby gospodarz witający gości lub dobry ojciec swoje dzieci.
Nim zorientowali się, do czego rzecz zmierza, Magister Alvar, Ventios Mastarn, Powell de Loyanel oraz Aleksander von Rogutz zostali wyłowieni z tłumu i jako posiadacze złotych monet, postawieni przed faktem dokonanym. Krótko potem znaleźli się na zewnątrz, każdy z trójką dokoptowanego mu towarzystwa, kartką z zagadką i przedmiotem do zdobycia.
ALVAR
Obrazek
Alvara kopnął nie lada zaszczyt, bowiem do jego grupy przydzielono samą siostrę gospodarza — Atalię. Około czterdziestoletnia, ale doskonale zakonserwowana szatynka o błyszczących inteligencją i jakąś ukrytą żądzą błękitnych oczach, wyglądała na bardzo zadowoloną, że rozdzielono ją z mężem Ventiosem. Starała się to ukrywać, ale zdradzało ją wygładzanie co jakiś czas idealnie gładkiej sukni z szarego aksamitu i błąkający się po ustach uśmiech opitego śmietaną kota. Niestety pozostała dwójka nie prezentowała sobą pokrzepiającego widoku. Magister Reginald, znany Alvarowi wieczny prawiczek i niejaka Lianna von Vern, zgrabna blondynka o ładnych, ale tęskniących za rozumem zielonych oczach, zapowiadali się raczej jako balast niż pomoc.
GARŚĆ CZASU
W proch się obrócisz, jak z prochu powstałeś
Nieubłaganym jest czas, chyba że go okiełznałeś


Myślę — natężyła się Lianna po trzykrotnym odczytaniu kartki — że powinniśmy rozwalić zegar i zabrać wskazówki!
Dumna z siebie rozejrzała się po twarzach towarzyszy, oczekując wyrazów uznania dla jej przenikliwego umysłu, lecz jedyne, co otrzymała, to maślane spojrzenie Reginalda i sceptyczno-zakłopotane Atalii. Ta ostatnia, wyraźnie zaintrygowana i lekko zarumieniona z przejęcia, zmarszczyła brwi i wygładziła suknię po raz piąty tego wieczoru.
Skoro jest związek ze śmiercią — rzekła, patrząc na Alvara, bo Lianna strzeliła focha, a Magister Reginald starał się ją pocieszyć. — To może popiół?
Pomysł z zegarem jest doskonały, moja pani — zapewnił Reginald. — Widziałem jeden w pokojach gościnnych, moglibyśmy sprawdzić twój koncept. Powiedz tylko słowo, a pójdziemy tam razem — mężczyzna oblizał wargi i uśmiechnął się, w swoim mniemaniu szarmancko. Lśniąca od potu, kanciasta twarz Magistra naznaczona dziobami po ospie nie zachęciła jednak Lianny.
Nie, dziękuję — odparła grzecznie i odwróciła się do niego tyłem, który Reginald jął skwapliwie podziwiać.
VENTIOS
Obrazek
Ventiosa, być może ku jego zgrozie, połączono z Ilarią Crestcrag. Rudowłosa diablica w karminowej sukni ze szpiczastym dekoltem po sam pępek wyglądała na wielce rozbawioną obrotem spraw, zwłaszcza jeśli Mastarn okazał w jakikolwiek sposób swój dyskomfort. Jakby tego było mało, dołączyła do nich Helena von Rogutz, blond piękność, nieustępująca wcale Ilarii ani urodą, ani sposobem bycia — w jej sarnich, jasnoszarych oczach ewidentnie czaił się diabeł. Niejakim pocieszeniem dla Mastarna mógł być trzeci członek grupy, przybyły w towarzystwie Alvara profesor Katedry Zjawisk Nadnaturalnych, Bernhard Augustin Berlifitzing von Rinde. Mężczyzna wyglądał na rówieśnika Ventiosa.
ŚWIATŁO KSIĘŻYCA
Światło księżyca w kamień zaklęte
Co raz schwytane, może być przejęte


A kogóż to moje piękne oczy widzą! — klasnęła w dłonie Ilaria, śmiejąc się perliście. — Witaj, mój drogi, wyśmienicie znowu cię widzieć! A jak małżonka? Tuszę, że w dobrobycie, zdrowiu i miłości.
Kryształowo błękitne oczy Crestcrag, tak podobne do oczu Ventiosa, zdawały się śmiać i radować, ale szlachcic wiedział, co czaiło się za tymi błyskami, dużo, dużo głębiej. Ukryta w ostatnim słowie szpila nie umknęła jego uwadze.
A to państwo się znają? — zagadnęła Helena, wyczuwając pomiędzy Ilarią a Ventiosem jakieś smakowite napięcie. — Mam nadzieję, że dopuścicie nas do swego towarzystwa. To zawsze trudne, gdy część gości się zna, a reszta nie może nadążyć.
Och, jestem pewien, że niechybnie się odnajdziemy, droga pani — wtrącił dobrodusznie profesor Bernhard. — A co do tej sentencji, czy mają państwo jakieś pomysły?
POWELL
Obrazek
Powellowi dostała się energiczna i trochę roztrzepana Liboria Poisson, profesorka Katedry Alchemii, o krótko ściętych, brązowych włosach, piwnych oczach i piegowatej cerze. Był z nimi również Mortimer Bischoff, zdradzający cierpienie na owsiki i słowotok, a także wciskający kit pannom nie gorzej od de Loyanella brunet o zawadiackim spojrzeniu. Trzecią osobą był ktoś, kogo Powell być może liczył spotkać na balu. Bianca Welhalt wyglądała jeszcze piękniej, niż to zapamiętał z ostatniego rautu. Temerka olśniewała porcelanową cerą bez skazy, pełne usta sprawiały wrażenie stworzonych do pocałunków, a w ciemnobrązowych oczach lza było się utopić. Gdy go zobaczyła, uśmiechnęła się i skinęła głową na powitanie.
KORONA NOCY
Nocą zmysły upaja, po dniu daje wytchnienie
W wonnej bieli kielichów miłość i odrodzenie


Ach! — westchnął zachwycony Mortimer, wypuszczając nabrane w płuca jesienne powietrze i podkręcając płowego wąsa. — Wspaniała aura, cóż za zachód słońca! Prawie tak zapierający dech w piersiach, jak spojrzenie waszych cudnych oczów, moje panie! „Miłość i odrodzenie”, tak! Cóż za poetycki, pełen głębi aforyzm!
Bischoff słał uśmiechy, mrugnięcia i gesty jak najęty, wywołując plamy zawstydzenia, tudzież zażenowania na licach dam, które najwyraźniej nieprzyzwyczajone były do takiej błazenady. Najbardziej nietęgą minę miała Liboria, bądź co bądź intelektualistka i kobieta nauki.
Tak, tak — wtrąciła się w powódź słów Mortimera, ale zgubiła wątek. Podjęła go po chwili, przypominając sobie, po co znalazła się zewnątrz. — Skupmy się może na znaczeniu tych słów, hm? Nie lubię zimna. I mam tu coś do załatwienia. Nie chcę spędzić całego wieczoru na kręceniu się po ogrodach.
Jestem za — poparła ją Bianca. — Trzeba rzecz załatwić prędko i wracać do ciepłego. Zwłaszcza że gwoździem programu ma być sztuka teatralna. Bardzo bym chciała ją zobaczyć.
ALEKSANDER
Obrazek
Aleksandrowi trafiły się dwie trzecie jego rodzeństwa — temperamentny Filip, gotów podpalić świat, byle zdobyć tajemniczy przedmiot przed innymi, oraz stoicki, poważny Piotr, próbujący okiełznać młodszego brata, a także jakiś dziwny jegomość, który zdawał się mieć w głębokim poważaniu wszystko i wszystkich dookoła, a zwłaszcza zagadujących go ludzi. Wciąż ślęczał nad kajetem z jakimiś zapiskami i rysunkami, skórę palców lewej ręki przeżartą miał węglem. Z tego, co Aleksander zdołał się dowiedzieć od innych gości, mężczyzna nazywał się Edward Klutz i był zoologiem z Oxenfurtu. Rzecz potwierdziła się, gdy tylko odczytali kartkę, bo naukowiec nagle zaczął ich zauważać i wyglądał na podnieconego.
PŁASZCZ POSŁAŃCA
Kir jego płaszcza naporem i burzą niesiony
Kto podeń się skryje, będzie przeprawiony


To na pewno ptak! — wymruczał z emfazą. — Ptak, ani chybi!
Klutz rozejrzał się po niebie, wzrok braci podążył za jego spojrzeniem. Tu i ówdzie coś przelatywało, ale w zapadającej ćmie trudno było jednoznacznie stwierdzić, co. Równie dobrze mogły to być nietoperze.
Czyli czeka nas polowanie — wyszczerzył się Filip, ale uświadomiwszy sobie, że nie ma przy sobie łuku, żachnął się i kopnął jakiś niewidzialny śmieć. — Niech to szlag, nie wziąłem ze sobą Osy.
Nie sądzę — odezwał się flegmatycznie i z wyższością w głosie Piotr — by o to chodziło, bracie. Wątpliwym jest, by hrabia Durentius życzył sobie przetrzebić populację tutejszego ptactwa. To przenośnia.
Czyli co — burknął Filip, łypiąc na brata spod byka.
Czyli mamy coś znaleźć — odparł Filip, poprawiając koronkowe mankiety, co robił zawsze, gdy ktoś zaczynał działać mu na nerwy. — Nie zabijać.
Ilość słów: 0

Lasota
Awatar użytkownika
Posty: 95
Rejestracja: 21 kwie 2022, 12:02
Miano: Lasota z rodu Wielomirów
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Bal u Solomona

Post autor: Lasota » 31 sie 2022, 23:09

Obrazek
Jechał do szwagra na bogato.
Dwa wozy, ciągnięte przez juczne konie, obładowano cidariskim winem, precjozami i sprowadzanymi z czterech stron świata przyprawami były prezentem dla Solomona. Kolejne wehikuły, a było ich pięć, ciągnęły rzeczy osobiste samych gości, którzy zdecydowali udać się na bal. W dwóch karocach rozlokowano dworzan rodu Mastarn, a w trzeciej jechał pan z żoną. Kilku uzbrojonych po zęby strażników patrolowało karawanę, natomiast kilkunastu służących pieszo pokonywało dystans, doglądając wehikułów i rozwiązując jakiekolwiek problemy.
Najpiękniejsza z karoc w końcu się zatrzymała, służba otworzyła odrzwia, na których znajdował się herb arystokratycznej rodziny: w niebieskim polu tarczy na czarnym klinie trójząb skierowany w górę przezywający morskiego węża. Hełm stalowy, zamknięty, skierowany w prawo, zwieńczony niebieskoczarną opaską. W klejnocie macki ośmiornicy owinięte wokół czarnej perły.
Zeszło na plac małżeństwo, schodząc po drewnianych stopniach ustawionych schodków. Witali się ze wszystkimi zebranymi i powoli zmierzali do głównego budynku posiadłości. Za nimi wyszły z karoc młode damy, które sprowadziła pani rodu Mastarn. Młode szlachcianki mogły zaprezentować się na balu, zdobyć znajomości, a być może nawet zaaranżować więzy małżeńskie, jeżeli okazałoby się to dobrym interesem.
Hrabia Ventios Mastarn mierzył sześć stóp wysokości. Był wychudzony i słaby z budowy. Każdy postawiony przez niego krok zdawał się kosztować go wiele wysiłku. Często drżała mu prawa ręka, która trzymała metalową laskę zwieńczoną sferą z akwamarynu. Wyglądał na starego człowieka, gdyż głębokie zmarszczki orały jego twarz. Długie, siwe włosy, dawniej barwy ciemnej, wiązał w gruby kuc. Obdarzał zgromadzonych pogodnym spojrzeniem błękitnych jak morze oczów.
Ubrany był w szaty najwyższej jakości w barwach jego godła: błękit i czerń barwiły jedwab. Peleryna z bisioru, tak zwanego morskiego jedwabiu, stanowiła ekstrawagancki element jego stroju, bowiem była ona prawie przezroczysta, ukazując pod spodem houppelande z nakreślonymi znakami trójzębów przebijających morskie węże. Sprzączkę peleryny wykonano z masy perłowej, a pod nią znajdował się wisior z srebrną oprawą zamykającą czarną perłę. Głowę mężczyzna osłaniała bawełniana przyzwoitka.
Nie miał lewego ramienia.
Hrabia otrzymał monetę i rozdzielił się z żoną.
Po jakimś czasie opuścił budynek z zadaniem do wykonania. Żywił ambiwalentne uczucia do całej tej sytuacji, przede wszystkim nie mógł wyzbyć się silnej konsternacji, ponieważ nie do końca spodziewał się tak tajemniczego powitania ze strony szwagra. Najchętniej usiadłby z nim przy kominku, z winem w ręku i oddał się rozmowie, a takie zabawy pozostawiłby młodym. Także zaniepokoiło go fakt, iż przyszło mu rozwiązywać łamigłówkę z pozoru nieznanym towarzystwie.
Kiedy spostrzegł zbliżającą się Crestcrag, coś w nim stanęło. Zimny dreszcz przeszył jego ciało, a później zalało go nieprzyjemne zdziwienie. Nigdy nie był tak bliski zawału jak teraz. Na szczęście udało mu się opanować w ostatnim momencie, gdy dzielił go krótki dystans z nielubianą przeń kobietą.
Przyjął do wiadomości jej słowa, dał znać lekkim gestem głowy zrozumienie przekazu, ale nie odezwał się do niej jako pierwszej. Zamierzał podkreślić pogardę zignorowaniem jej na rzecz państwa, któremu zamierzał się przedstawić.
— To zaszczyt poznać tak prominentne osobistości. Jestem hrabia Ventios Mastarn i zaszczytem będzie towarzystwo państwu w tej niespodziewanej, choć niezłej zabawie wykonanej przez mego szwagra. — Wzniósł się na wyżyny swojej etykiety, żeby w sposób poprawny i widowiskowy przedstawić się profesorowi i Helenie.
Zerknął na diablicę, która mu jeszcze nie podpadła i ocenił, w jaki sposób chciała być przywitana, ponieważ damy często wysyłały sygnały o poziomie gestu powitania. Zrealizowawszy obowiązek introdukcji, hrabia przemówił.
— Poruszyła pani istotną kwestię. Skoro mamy współpracować, przyjemnością dla mnie będzie poznanie państwa godności i powierzchownych personaliów. — Zachęcił do przedstawienia się i zdradzenia nieco o sobie, żeby przełamać pierwsze lody.
— Ilario, a jak twoi kochankowie, hm? — odezwał się do niej jako ostatniej, ale tonem miłym dla ucha. Dwuznacznie zaczął rozmowę, aby również wbić jej szpilę. — Nie widzę, aby Klejnot Kochanków zdobił twą aparycję, więc mam nadzieję, że dbasz o ten niezwykle rzadki artefakt, hm? — dokończył z mistrzowsko zmajstrowanym tonem zaintrygowania. — A co do rzadkości. Zagadka brzmi jak adular, kamień księżycowy. Owe kamienie charakteryzują się opalescencją, wyglądającą tak, jakby kryształ zamknął w sobie niebieski promień. To mój strzał, co o nim sądzicie, moi mili państwo?
Ostatnio zmieniony 01 wrz 2022, 10:47 przez Lasota, łącznie zmieniany 1 raz. Ilość słów: 0
Kill count:
  1. zaskroniec

Ivan
Awatar użytkownika
Posty: 771
Rejestracja: 16 mar 2018, 12:47
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Bal u Solomona

Post autor: Ivan » 01 wrz 2022, 1:35

Obrazek
Nie będziemy niszczyli zegara — odezwał się magister Alvar, kiedy po przestudiowaniu wytrawionego na monecie sigila, przeczytał w końcu treść zagadki. — Ani innych sprzętów, których wartość przekracza roczną wysokość twojego stypendium, Reginaldzie.
Magister Alvar, osobnik niezbyt wysoki, choć bynajmniej nie niski, był szczupłej budowy ciała i bladej kompleksji. Chudą, wiecznie ściągniętą namysłem twarz przyozdabiał ciemny, przystrzyżony zarost, a przecinała blizna biegnąca przez jej prawą połowę. Długie czarne włosy zaczesywał do tyłu i wiązał harcapem; w odsłoniętym prawym uchu nosił srebrny kolczyk. Ubrany był w prosty, ciemnoniebieski dublet pozbawiony szamerunków i herbowych dystynkcji, nogawice do kompletu oraz wysokie buty z klamrami na cholewie.
Nieobecność gospodarza, zapewne celowa i zaplanowana, nadwyrężała jego cierpliwość. Podobnie jak dworskie gry będące preludium dla głównej atrakcji wieczoru. Miały jednak tę zaletę, że pozwalały mu uciec od protokolarnych interakcji i grzeczności, które nie były jego mocną stroną. W przeciwieństwie do zagadek, za którymi skądinąd przepadał.
Sądzę, że odpowiedzią jest klepsydra. — Mężczyzna złożył kartkę i przekazał ją Atalii. — Rozejrzę się po cmentarzu.
Ukłoniwszy się niezgrabnie damom, podążył w kierunku północnym, aby zrealizować swój zamiar. Szedł powoli, obserwując chylące się ku zachodowi słońce, którego nieobecność miała niedługo uczynić wyrastającą przed nim dąbrowę nieco upiorną. Nie przeszkadzało mu to. Zdecydowanie przedkładał lasy, nawet ich fragmenty, ponad stare rezydencje i towarzystwo.
Ilość słów: 0
Obrazek

Joreg
Awatar użytkownika
Posty: 71
Rejestracja: 19 maja 2022, 20:23
Miano: Joreg Borgerd
Zdrowie: Potłuczone jajca
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Bal u Solomona

Post autor: Joreg » 01 wrz 2022, 20:57

Obrazek
Herb rodu de Loyanell, prosty. W polu malował się zielenią jasną jak pierwsza wiosenna trawa, a obwód tarczy zaznaczono dodatkowo wąskim konturem o blado niebieskiej barwie. Na tle zielonego pola dostrzec można sylwetki dwu stojących dęba koni zwróconych ku sobie, jeden czarny, drugi biały. Całości dopełniały kłosy pszenicy i żyta wspinające się po tarczy niby bluszcz, a koronujące jej szczyt splecionymi wespół na wzór wieńca kłosami. Miniaturkę tegoż dzieła młodemu szlachcicowi wyszyto na żupanie, na wysokości piersi po prawej stronie.
Jak dotąd, jeżeli bywał u Durentiusa to razem z ojcem, lecz odmieniło się to, gdyż staruszek zachorował i póki co leżał tylko w łożu. Charczał, kaszlał i się dusił. Oznaczało to, że jako jedyny syn… Powell rozmarzył się, lecz na widok pewnej blondynki wrócił zaraz na ziemię. Pomacał wyszytą w żupanie kieszeń i nim jeszcze otrzymali monety posłał wspomnianej pełne wzgardy wymieszanej z nienawiścią spojrzenie. Tylko tej małej żmijki tu brakowało.
Jakiś czas później, w świetle zachodzącego słońca spotkał się z przydzielonymi do rozwiązania zagadki ludźmi. Oniemiał w pierwszej chwili, bo choć istotnie liczył na spotkanie, to jednak los od razu pchnął ich ku sobie. Bianca Welhalt. Serce zabiło mu szybciej, a Bischoff z potencjalnego towarzysza do pohulanki zaczynał jawić się bardziej jako niechciana konkurencja. Dość istotna konkurencja, ponieważ przeważało towarzystwo, wyschniętych, pomarszczonych bab i zniedołężniałych staruchów, jak choćby ledwie żywy już Ventios Mastarn. Idealnie.
— Żywię szczerą nadzieję, że podróż upłynęła ci w spokoju, a jej trudy nie zniechęciły do tańca i wybornego wina, droga Bianco. Pełna wrażeń noc już niebawem… — Ułożoną na wskazującym palcu monetę podbił kciukiem, ta zawirowała w powietrzu, by zaraz klapnąć cichutko o kremowy jedwab rękawiczki, wprost w rozwartą dłoń młodego mężczyzny. —...a jej koroną dla mnie będzie zaszczyt towarzyszenia ci w uciesze. — W promieniach zachodzącego słońca błysnęły w uśmiechu równe, białe zęby.
Powell nie był ani przesadnie wysoki, ani rozrośnięty w barach, a z twarzy łatwo było poznać, że wciąż jest jeszcze młody, nawet pomimo pełnego zarostu składającego się na równo, krótko przystrzyżoną brodę z bakami i wąsa. Krótką czuprynę na głowie zakończoną miał grzywką postawioną zadziornie na sztorc. Całość w kolorze jasnego brązu nie kontrastowała zanadto z kakaowymi źrenicami. Łukowate brwi dodawały mu nieco charakteru, urody zaś prosty, jak od linijki mierzony nos. Zdecydowanie można było uznać go za przystojnego, ale i z pewnością wyniosłego, ponieważ jego głowę zdobił złoty diadem z osadzonym od frontu szafirem oraz dwa złote kolczyki, po jednym w prawej brwi i prawym uchu. W kwestii odzienia, na dziś wybrał sobie czerwony żupan z jedwabiu ozdobiony miniaturką rodowego herbu, obwiązany szerokim, kremowym pasem. Do tego miał na sobie czarne spodnie z miękkiej skóry, wygodne i praktyczne, a na nogach brązowe trzewiki zdobione złotymi spinkami z cholewą sięgającą niemal pod kolano. Ponadto na dłoniach nieustannie nosił jedwabne rękawiczki, równie kremowe co pas żupana.
— Wracając jednakoż do tematu zagadki, szanowna pani, masz może jakiś pomysł? Może tobie przychodzi coś na myśl, Mortimerze? — Zwrócił się do zniecierpliwionej Poisson oraz rozgadanego Bischoffa. Powellowi również, wcale, a wcale nie uśmiechało się spędzać nocy na szwędaniu po majątku Solomona. Wolałby właśnie próbować pierwszej potrawy, słuchać muzyki, oglądać sztukę, choć tej ostatniej tak po prawdzie to nie rozumiał do końca. I stąd wynikał problem, bo rozwiązanie zagadki polegało poniekąd na rozumieniu sztuki metafor, a Powell nie był zbyt dobry w te klocki.
— Może chodzi o księżyc? Ale jak go skraść. Albo o chłód! Ciężko zasnąć w skwarny dzień. A może po prostu o schłodzone, białe wino, którego nam póki co pożałowano? — W głosie nie dało się wyczuć złośliwości, raczej to samo zniecierpliwienie co u pozostałych. Zanosiło się na to, że jednak chwilę im to zajmie…
Ilość słów: 0

Asteral von Carlina
Awatar użytkownika
Posty: 130
Rejestracja: 25 lis 2021, 9:05
Miano: Asteral von Carlina
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Bal u Solomona

Post autor: Asteral von Carlina » 08 wrz 2022, 14:01

Obrazek
Monotonny turkot kół, toczących się po wyjeżdżonej drodze, miarowy stukot końskich kopyt i skrzypienie drewnianej dawno niekonserwowanej konstrukcji karety, wprowadzał w stan zadumy. Aleksander od godzin nie rozmawiał ze swoim starszym bratem, nie z braku tematów, czy znudzenia swoimi osobami, ale z powodu pewnego napięcia, które panowało w Śniedziogrodzie od paru tygodni, dlatego jedynie wpatrywał się na przemijający redański krajobraz. W momencie, gdy minęli bramę wjazdową przysunął się do okna, a nawet momentami wychylał przez nie głowę, z pewnym zniecierpliwieniem wypatrując rezydencji Durentiusa. Zupełnie jak za dawnych lat, gdy był jeszcze podrostkiem, znudzonym siedząc w pudle powozu z obolałą rzycią i pełnym pęcherzem. Zerknąwszy na Piotra, dostrzegł jego oceniające poważne spojrzenie, którym mógłby wyrazić myśl „Już nam tak nie wypada”, ale w jego źrenicach było widać prawdziwe zaciekawienie. Zawsze jako pierwszy do dziedziczenia, zachowywał się z pewną wyższością w stosunku do pozostałych z rodzeństwa. Poprawiał ich i krytykował, choć zawsze stawał w ich obronie w obliczu innych osób. Był typowym starszym bratem. Wszyscy liczyli, że bal u Solomona będzie przyjemnym orzeźwieniem, pretekstem do opuszczenia włości rodowych, aby przewietrzyć zatrwożone głowy.
Na plac wtoczyły się piękne i zdobne karety w barwach malachitu i patyny, każda z widocznymi śladami użytkowania. Wydawały się osnute podobnym marazmem jak dwór – choć majestatyczne i dostojne, to nieznacznie zaniedbane. Jedynie herby wieńczące skrzynię wozów wydawały się odrestaurowane – Na polu ciemnozielonym jeleń wielkoróg barwy patynowej. Hełm stalowy, zamknięty, w prawo zwieńczony ciemnozielono-patynowym zwojem. W klejnocie jelenie rogi. Labry ciemnozielone podbite patyną. Rodzeństwo von Rogutz jako ostatnie dołączyło do pozostałych gości. Pierwszy wysiadł Piotr, który niedawno przejął władzę w Śniedziogrodzie, a zaraz za nim pojawili się Aleksander, Helena i Filip. Ludzie jednak powiadają, że bracia i siostra są tak blisko siebie, że rządzą wspólnie. Każdy z nich elegancko ubrany, każdy bez osoby towarzyszącej, każdy w służbie swojego hrabstwa. Nie było w ich towarzystwie ojca, Hektora, który wyzionął ducha kilka miesięcy temu, co było tematem wielu plotek.
W wspomnieniach Aleksandra majątek magnata zupełnie się nie zmienił. Nie dostrzegał niedociągnięć, pękniętej elewacji, nieprzyciętych róż, matowych szyb w oknach, zapchanych rynien. Udając się w stronę głównego wejścia, rozpamiętywał młodzieńcze lata, gdy razem z rodzeństwem wielce znudzeni towarzystwem dorosłych gonili się po dworskich ogrodach, chowając się w gęstych krzewach, za tajemniczymi kamiennymi figurami, czy wspinając się na drzewa. Odbierając monetę o enigmatycznie odzianej służby, delikatnie się uśmiechnął, przypominając sobie, że hrabia zawsze był tajemniczy i zaskakujący. Często raczył ich zagadkami, prezentował egzotyczne przedmioty czy wręczał dziwaczne prezenty, traktując ich trochę jak własne dzieci. Zawsze lubił tutaj przyjeżdżać, choć po pewnej kłótni między Hektorem a Solomonem, nigdy więcej tutaj nie przyjechali, aż do dzisiaj.
I tego wieczoru nie był zawiedziony, bo przygotował zacną zagadkę. Wprowadzając ich w mroczną opowieść za pomocą złotych monet i łamigłówki zapisanej na kartce. Wraz ze swoimi braćmi oraz wykładowcą z Oxenfurtu mieli odnaleźć płaszcz posłańca, czymkolwiek on był. Spojrzawszy przez ramię zobaczył, że ich siostra znalazła się z inną grupą. Więc nie tylko oni uczestniczyli w tak ciekawej grze, a to oznaczało, że musieli się śpieszyć. Aleksander nie mógł należeć do drużyny, której zaszczyt bycia pierwszym, zostanie odebrany przez kogokolwiek.
— Witam ptasi towarzyszu. – skłonił się przed uczonym – Ja jestem Aleksander von Rogutz, a to moi bracia Piotr i Filip. Jak powinniśmy się zwracać do Ciebie?
Odebrawszy od niego pergamin, przeczytał jego treść na głos i zupełnie nie dostrzegł tam ptaka. Tylko uśmiechnął się na komentarz Filipa. Gdyby był równie celny w swoich spostrzeżeniach, jak celne ma oko, już byśmy odnaleźli poszukiwany przedmiot, pomyślał.
— Nie sądzę. Ja widziałbym tutaj prędzej całun, którym okrywa się ciało zmarłego. – powtórzył znacznie ciszej w zamyśleniu — Kto podeń się skryje, będzie przeprawiony.
— Udajmy się do żalnika. Jest tam wiele figur, którąś może odziano w płaszcz posłańca. Nie możemy być w tyle, gdy wszyscy brną do przodu. — ruszył na północ od dworku.
Ostatnio zmieniony 13 wrz 2022, 9:58 przez Asteral von Carlina, łącznie zmieniany 1 raz. Ilość słów: 0

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2095
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Bal u Solomona

Post autor: Dziki Gon » 11 wrz 2022, 22:53

VENTIOS Szwagra? — ożywił się nieco za bardzo profesor. — Nie wiedziałem, że łączą was koligacje z hrabim Durentiusem, panie. Zaszczyt jest całkowicie po mojej stronie. — Uczony uścisnął dłoń Mastarna, ujmując ją w obie własne i potrząsając chwilę. — Profesor Bernhard Augustin Berlifitzing von Rinde, niezmiernie mi miło.
Pozwólcie, moi drodzy, że i ja się przedstawię: Helena von Rogutz, dziedziczka Śniedziogrodu — oznajmiła blondynka, przybierając bardziej uwodzicielską niźli pańską pozę. Spory dekolt grynszpanowej sukni rozchylił się zauważalnie, a pomiędzy piersiami zabłysnął w poświacie ognia płonącego w maźnicach srebrny wisior z cyjanitem. — Wespół z mymi braćmi — dodała, uśmiechając się do Ventiosa, jakby proponowała mu pentagram seksualny. — Rozdzielono nas, niestety, lecz tuszę, że wasze miłe towarzystwo zrekompensuje mi wszelkie familijne braki.
Na Ilarii zagrywka Ventiosa zrobiła umiarkowane wrażenie. Z jej karminowych ust nie znikał ironiczny uśmiech, a gdy przemówiła Helena, jedynie się uwydatnił. Rozbawione oczy Crestcrag obserwowały Mastarna.
Wszyscy zaspokojeni — odparła, okręcając rudy pukiel na palcu o wypielęgnowanych paznokciach. — Pamiętasz jeszcze, jak to jest? A o świecidełko nie musisz się troskać, mój drogi, jest w bezpiecznym miejscu.
Na tę wymianę zdań między Ventiosem a Ilarią, Helena łapczywie obserwowała rozwój wydarzeń, zaś profesor odchrząknął, zmieszany i pokraśniały, choć w warunkach panujących na zewnątrz nie było to szczególnie widoczne.
Doskonały, panie Mastarn — rzekł, by przeciąć narastającą, pełną napięcia ciszę Bernhard. — Przyznam, że sam o tym pomyślałem. Czy mają państwo pomysł, gdzie go szukać? Goszczę u hrabiego po raz pierwszy.

ALVAR Był pewien, że gdzieś już widział wytrawiony na monecie symbol. Może u Feldera, a może na którymś z rozlicznych zwojów, które przestudiował był na przestrzeni lat. Nie potrafił jednak przypomnieć sobie, co oznaczał ani czego dotyczył.
Uwagą odnośnie zarobków Reginalda Alvar ostatecznie pogrzebał szanse magistra na upojną schadzkę ze śliczną Lianną. Dziewczyna parsknęła, obrzuciwszy niedoszłego absztyfikanta lekceważącym spojrzeniem. Reginald zacisnął zęby, aż mięśnie szczęki zagrały mu pod skórą. Przysłuchująca się wymianie zdań Atalia uśmiechnęła się, przesłaniając urękawiczoną dłonią usta.
Cóż, brat istotnie nie byłby rad z uszkodzonych sprzętów — wtrąciła się Atalia dyplomatycznie. — Jest bardzo przywiązany do przedmiotów. Wracając do zagadki...
Umilkła zaskoczona, gdy Alvar wręczył jej kartkę i zwyczajnie sobie poszedł. Kobieta stała przez chwilę skonsternowana, patrząc za oddalającym się gościem, którego imienia nie poznała, po czym zebrała suknię i pobiegła jego śladem. Reginald i Lianna również ruszyli, choć zdecydowanie mniej entuzjastycznie i z dala od siebie.
Zaczekajcie, panie! — zawołała Atalia, posapując. Ostatecznie nie była już najmłodsza. — Nie tędy na żalnik droga wiedzie... Ona tam... — kobieta zrównała krok z Alvarem, łapiąc oddech i wskazała na wschód. — Pozwólcie, że poprowadzę, mieszkałam tutaj przeszło dwadzieścia lat. Wiem, jak tam dojść nawet z zamkniętymi oczami.
W momencie, gdy Alvar podążył wzrokiem we wskazanym kierunku, gdzieś z lewej usłyszał śmiech. Nie, nie śmiech, bardziej chichot. Chichot bawiących się dzieci. Początkowo rozlegał się z jednego miejsca, lecz po chwili, jak powtarzające echo, słychać go było bliżej lub dalej, ciszej lub głośniej. Atalia zdawała się w ogóle tego nie rejestrować.
Jestem Atalia Mastarn — przedstawiła się. — A jakim mianem zwracać się do was, panie?

POWELL Bianca spłoniła się lekko na powitanie Powella, odpowiadając coś zdawkowo i kurtuazyjnie. Była dobrze wychowaną młodą damą, nie wypadało jej zachęcać zalotników do czegoś więcej niźli komplementy, a de Loyanell w tańcu się nie chędożył — od razu przechodził do rzeczy, nawet jeśli na razie tylko metaforycznie.
Może to jakieś pachnidło? — zaproponowała nieśmiało Bianca, zerkając po towarzyszach.
Blisko, moja pani! — zapiał Mortimer, unosząc rękę z palcem wskazującym skierowanym w górę w nauczycielskiej manierze. — Bardzo blisko! Śliczna i mądra — ideał kobiety! Odpowiedzią jest jednak afrodyzjak! Tak jest, AFRODYZJAK! — ostatnie słowo wymówił z taką emfazą i podnieceniem, że panna Welhalt wycofała się za Liborię, która przeglądała jakiś notes.
Na rany Lebiody... — Poisson wywróciła oczami po wysłuchaniu propozycji zebranych, zwłaszcza pienia Bischoffa, który przed przybyciem na bal zaaplikował sobie nie tylko afrodyzjak, ale i fisstech. — Po prostu chodźmy do ogrodów. Ktoś zna drogę?

ALEKSANDER Na pytanie Aleksandra magister bakałarz Klutz nie odpowiedział. Spojrzał tylko na młodego mężczyznę jak z obrazka z dozą niepewności, irytacji i dystansu. Jakby nie wiedział, czy ma do czynienia z osobą niepełnosprawną umysłowo, czy może po prostu nie załapał żartu, co zdarzało mu się dosyć często. Nie ryzykował zatem i uciekł się do swojej standardowej strategii — milczał.
Wiedziałem, że opłacanie twoich zaliczeń z literatury oraz mitów, legend i podań nie było dobrym pomysłem — odezwał się Piotr znużonym głosem, a Filip zarechotał, łapiąc przytyk. — Nie rżyj jak koń, Filipie, nie jesteś w stajni. Tak, dobrze myślisz, widziałem cię, jak udajesz Sambuka. A ciebie Aleksandrze wyślemy na fakultety po powrocie. Nie jesteś byle najemnikiem, poza machaniem mieczem trzeba mieć jeszcze wiedzę i rozum. Tego ostatniego ci nie odmawiam, to edukacja jest tym, co u ciebie kuleje, bracie.
Nasz tajemniczy towarzysz ma słuszność — podjął Piotr po nudnawym monologu, który zdawał się usypiać nawet krążące przy maźnicach ćmy, spalające się w ogniu. — Aleksander tylko odrobinę racji. Otóż rzecz dotyczy przeprawy na tamten świat, jednakowoż to nie płaszcze przenoszą dusze zmarłych.
Tam! — rzucił napiętym szeptem uczony.
Jeśli spojrzeli we wskazanym kierunku, dostrzegli krążącą nad czymś czarną, rozdrobnioną chmarę. Na skrzydłach wiejącego od południa wiatru, docierało do nich ledwie słyszalne krakanie.
Ilość słów: 0

Lasota
Awatar użytkownika
Posty: 95
Rejestracja: 21 kwie 2022, 12:02
Miano: Lasota z rodu Wielomirów
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Bal u Solomona

Post autor: Lasota » 12 wrz 2022, 10:07

Obrazek
Jednoręki szlachcic zastanawiał się, gdzie ukrywał się kamień księżycowy, a to, że dumał nad tym, zdradzał intensywnym masowaniem sfery na lasce.
— Moi drodzy państwo, zacznijmy proszę od skrzydła poświęconego gościom. Tam się rozejrzymy — kiedy mówił przyjemnym, perfekcyjnie zaakcentowanym głosem, zerknął na damy. — A także znajdziemy ciepłe okrycia, bo przecież nie chcemy, aby panie się przeziębiły, czyż nie? — zakończył odpowiedź dwuznacznie, bo podkreślił ostatnie słowa, patrząc w oczy Crestcrag.
Po czym wskazał laską na wschodnią część posiadłości.
Ostatnio zmieniony 14 wrz 2022, 19:32 przez Lasota, łącznie zmieniany 1 raz. Ilość słów: 0
Kill count:
  1. zaskroniec

Asteral von Carlina
Awatar użytkownika
Posty: 130
Rejestracja: 25 lis 2021, 9:05
Miano: Asteral von Carlina
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Bal u Solomona

Post autor: Asteral von Carlina » 13 wrz 2022, 10:35

Obrazek
Rodzeństwo von Rogutz przypominało wrzący kocioł, w którym kolejno dodaje się gwałtownie reagujące ze sobą ingredienty. Połączenie silnych temperamentów, wyrazistych osobowości z widocznym rysem narcystycznym zazwyczaj przynosiło wojny, zniszczenia, erupcje, skandale towarzyskie, morderstwa i wzajemną nienawiść. Na szczęście trójka braci i ich siostra darzyli się nieumiarkowaną miłością, niektórzy powiadali, że wielce niestosowną, która była w stanie wybaczyć wszelkie niezgodności zdań. Każdy z nich czuł się ważniejszy i lepszy od pozostałych, ale na szczęście każdy z nich zajmował inny obszar zainteresowań. Aleksander choć ustępował elokwencją, wiedzą, spostrzegawczością i szybkością pozostałym, to jednak nie miał sobie równych w wojskowości i władaniu mieczem. Dlatego puścił mimo uszu krytykę brata. Nie znał się na legendach i literaturze, ale był nie lada strategiem. O tym nie raczył wspomnieć.
Do tego wszystkiego dołączył jeszcze uczony, który zupełnie nie wpasowywał się w panujący między nimi klimat. Cichy i milczący, trochę dziwaczny i pokręcony, niknął w oczach, gdy Piotr głosił kazania i emanował pewnością siebie. Ale jednak wydał z siebie przytłumiony głos, który na pozór przypominało krakanie kruków, których chmarę wskazał palcem.
— Powinniśmy więc podążać za ptakami? –zatrzymał się i spojrzał, gdzie niebo pokryte było nawałnicą czarnych piór niesionych wschodnim wiatrem, czując się zakłopotany treścią zagadki dodał – ptasie skrzydła nie przeprawią ludzkiej duszy na drugą stronę…
— Całymi dniami znikasz z zamku, przez co nie rozmawiamy nawet na rodzinnych ucztach, jak nie podróżujesz, to wdajesz się w bójki, jak nie polujesz na zwierzynę, to na miejscowych bandytów – zwrócił się do najmłodszego z nich, obejmując go ramieniem po bratersku – Upolowałeś może ostatnio jakąś urodziwą sarnę, czy liczysz na łowy w ogrodach Solomona?
Ilość słów: 0

Ivan
Awatar użytkownika
Posty: 771
Rejestracja: 16 mar 2018, 12:47
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Bal u Solomona

Post autor: Ivan » 13 wrz 2022, 23:53

Obrazek
Alvar. Z Creyden. — Nie odpowiedział od razu. Zamyślony, błądził wzrokiem po najbliższej okolicy, bezowocnie usiłując zlokalizować źródło dobiegających go odgłosów. Dźwięk wymykał się jednej tonacji i natężeniu. Odnotował też fakt, że podążająca za nim kobieta nie zareagowała nań nawet mimowolną reakcją. — Dziękuję.
Odwzajemniwszy introdukcję, poparł ją krótkim uściśnięciem dłoni Atalii. Biorąc pod uwagę jej sugestię, skierował się ku wschodniej ścieżce, zwalniając tempa i oferując kobiecie swoje ramię, jeżeli zechciała przyjąć podobną kurtuazję.
Krewna naszego gospodarza — odgadł z jej wcześniejszych słów, decydując się poświęcić rozmówczyni więcej uwagi niż dotychczas. — Interesujące. Odniosłem wrażenie, że cmentarz znajduje się na północ od dworu.
Ilość słów: 0
Obrazek

Joreg
Awatar użytkownika
Posty: 71
Rejestracja: 19 maja 2022, 20:23
Miano: Joreg Borgerd
Zdrowie: Potłuczone jajca
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Bal u Solomona

Post autor: Joreg » 16 wrz 2022, 16:20

Obrazek
Słysząc propozycję Bianci uśmiechnął się szelmowsko, skinął głową zgadzając się.
— Pachnidło… Zatem chodzi o jakiś kwiat? — Energiczność Bischoffa także nie umknęła jego uwadze, natomiast przypomniał sobie, że poza Biancą nie miał okazji chyba przedstawić się pozostałym.
— Ja znam, poprowadzę. — Zgłosił się na ochotnika, posłał sugestywne spojrzenie zgrabnej i pięknej Welhalt, zaprosił ją do siebie gestem, usłużył ramieniem, jeśli zechciała je przyjąć w drodze do ogrodów.
— Nie mieliśmy dotąd przyjemności się poznać, jeśli pamięć mnie zwodzi. Nazywam się Powell de Loyanel, pochodzę z Tretogoru. — O ile imię Bischoffa gdzieś przypadkiem zasłyszał, to z Liborią na pewno nie miał jeszcze okazji rozmawiać, albo zwyczajnie jej nie zapamiętał.
— Tutejsze ogrody znajdują się na wschodzie, obfito tam od winorośli, a jest jeszcze więcej roślin, których nazw nawet nie znam i widywałem dotąd wyłącznie u Solomona. To doskonałe miejsce, żeby odpocząć zarówno po trudach podróży, jak i na małą przerwę od tańców i wina. — Obejrzał się jak wyruszają kolejne grupy. Wyglądało na to, że wszystkim zależy na czasie. Za to Powell ścieżką do ogrodu spacerował, jak gdyby to on oprowadzał pozostałych po swych włościach.
Ilość słów: 0

Bajarz
Awatar użytkownika
Posty: 87
Rejestracja: 29 lis 2018, 11:18

Re: Bal u Solomona

Post autor: Bajarz » 18 wrz 2022, 23:23

VENTIOS Ilaria uniosła wymodelowaną brew i prychnęła, po czym dodała:
Nie znajdziesz go tam.
Coś w jej głosie kazało zastanowić się Ventiosowi, co właściwie miała na myśli. Albo zignorować, bo Crestcrag zawsze uwielbiała gierki, w których zwykle się gubił. Niemniej, towarzystwo ruszyło, podporządkowując się decyzji Mastarna owiniętej w pozory prośby. Profesor Bernhard nie odstępował go na krok, starając się pozyskać uwagę jednorękiego szlachcica i wciągnąć go w rozmowę. Helena zaś dołączyła do Ilarii, biorąc ją familiarnie po ramię i szepcząc coś do ucha. Potem nastąpiła seria chichotów, a panie wysforowały się naprzód, zostawiając zramolałych towarzyszy samym sobie.
To straszne, co spotkało małżonkę hrabiego — zatroskał się Berlifitzing, kręcąc głową. — Straszna tragedia. Widać jednak, że pan Solomon, jeśli wolno mi tak rzec, wraca powoli do siebie. Panowie z pewnością utrzymywali kontakt przez cały czas — profesor zawiesił głos, poruszył wąsem i odchrząknął, wygładzając czarny dublet. Czy dużym nietaktem z mej strony będzie, jeśli zapytam, czy hrabia w dalszym ciągu ma tak bogatą kolekcję zwojów i foliałów, jak przed rokiem?
Ostatnie pytanie zastało ich na schodach prowadzących do wnętrza wschodniego skrzydła. W głębi oświetlanego oliwnymi lampkami holu widzieli zmierzające na pierwsze piętro Ilarię i Helenę. Wbiegały na górę jak małe dziewczynki — ścigając się i zadzierając spódnice. Ich śmiech utonął w ciszy zalegającej parter i nagłym biciu zegara. Po prawej znajdowała się bawialnia, po lewej palarnia i to stamtąd dochodziły dźwięki czasomierza, który zabił sześć razy. Przed Ventiosem i Bernhardem rozłożyście spływały schody z ciemnej dębiny, ozdobione nadgryzionym przez mole chodnikiem o barwie rozlanego wina.
Nie widzieli nigdzie sług — ani Durentiusa, ani swoich własnych. Być może wciąż mozolili się w wozowni i przy stajniach.
Wszystkich, zdaje się, ulokowano na pierwszym piętrze — rzekł profesor, gdy zegar przestał bić. — Wątpię jednak, byśmy znaleźli tam to, czego szukamy, chyba że pośród tutejszych pokoi znajduje się coś, co mogłoby nawiązywać do blasku księżyca, również w formie „zaklętej w kamień”?
Pytanie zawisło na moment w ciszy. I właśnie wtedy Ventios usłyszał jęk. Jęk rozkoszy, narastający z każdą chwilą, wywołujący konsternację, a chwilę potem wstydliwe podniecenie. Dochodził z bawialni, w której głębi płonął kominek, przed którym leżała niedźwiedzia skóra. Toczka w toczkę jak ta, na której Mastarn po raz pierwszy wciął Ilarię w jej posiadłości w Vole. Tudzież ona wzięła jego, ujeżdżając jednorękiego jak dzika kotka.
Kiedy Ventios zdecydował się zajrzeć do środka rozległej sali, z jej ciemnych kątów wypełzły węże grube, jak jego przedramię. Sycząc i obnażając kły, zmierzały w jego kierunku, podczas gdy obsceniczne jęki osiągnęły swe apogeum i nie pozwalały mu się ruszyć z miejsca.
ALEKSANDER W dawnych wierzeniach kruki były posłańcami bogów — wyjaśnił Piotr, rad, że znów może się powymądrzać. Ale w trakcie przeszukiwania zakamarków swej rozległej wiedzy, jego teoria zaczynała się cokolwiek plątać. — Pod postacią tych ptaków dusze zmarłych wstępowały w nowe ciało... — zawahał się, więc by to zamaskować podjął pewnym siebie tonem. — To samo na wiosnę i w lecie robią zaś lelki.
Kiedy Aleksander zignorował przytyki i wynurzenia Piotra, zwracając się ku bardziej przystępnemu Filipowi, najstarszy z rodu von Rogutzów zasępiony podążał w ślad z resztą, na której czele szedł Klutz, wyposażony w przedziwny, wysuwający się binokl, który wyjął był z torby i zamontował sobie na głowie.
Takie polowania — uśmiechnął się znacząco Filip — lubię w stadzie, wiesz przecież. Ale masz rację, bracie, ta cała hucpa z Durentiusem jest idealnym pretekstem do odświeżenia naszych więzi, a przy tym doskonałym polem łowieckim...
Czarnowłosy młodzieniec sprzedał Aleksandrowi kułaka i puścił się przez labirynt z żywopłotu. Wędrujący niestrudzenie zoolog w ogóle nie zwracał na nich uwagi, po prostu obszedł krzaki dookoła, zmierzając do celu, którym okazała się oświetlana resztką zachodzącego słońca oranżeria na wzgórzu. Na ciemniejącym niebie krążyło stado kruków.
Przedziwne... — mruczał pod nosem Klutz. — Nietypowe...
Słyszeć go mógł jedynie Piotr, który wykazał się pragmatyzmem i również zrezygnował z ganianego przez zielony, choć już nieco wyleniały żywopłot, w którym migały sylwetki Filipa i Aleksandra. Ten ostatni, przedzierając się za bratem, nagle usłyszał za sobą głos. Kiedy się obejrzał, nie było tam jednak nikogo, ale rzecz powtórzyła się jeszcze dwukrotnie. Potem zapadła głucha, ciężka cisza, jakby młody oficer znalazł się pod wodą.
Nim upadł na żwir z nagłego braku tchu, kątem oka wyłapał ruch. To stado czarnych jak noc kotów jęło zbliżać się doń, osaczając go. Ich oczy błyszczały czerwonawo, pyski zdawały się wygięte w grymasie złowieszczego uśmiechu.
ALVAR Atalia wydawała się ukontentowana, nawet jeśli introdukcja nie była kwiecista. A może właśnie dlatego. Chętnie skorzystała z szarmanckiego gestu Alvara i bez zbędnego krygowania się chwyciła go pod ramię. Choć nie należała do ułomków, miała już swoje lata, a obszerna suknia nie ułatwiała jej poruszania się po niewybrukowanym terenie, zwłaszcza w jesiennym zmroku.
To prawda — przyznała, kierując ich kroki na ledwie wydeptaną ścieżkę, biegnącą skrajem dębowiny. — Cóż za niezwykła spostrzegawczość. Znam bodaj wszystkich obecnych na przyjęciu, ale was, panie Alvar, nie kojarzę nawet ze słyszenia. Czyżby mój drogi brat zaczął prowadzić jakieś sekretne życie?
Słowa pani Mastarn de domo Durentius dla niewprawnego ucha mogły brzmieć jak próba przesłuchania i złapania na gorącym uczynku, ale coś w tonie jej głosu kazało magistrowi upatrywać w nich raczej salonowego flirtu.
Dobrze, przyznaję się — podjęła, ściskając nieco mocniej ramię Alvara i wydychając powietrze z lekkim usprawiedliwieniem w głosie. — Byłam was po prostu ciekawa, ale ta ścieżka naprawdę jest lepsza. Nie wyglądacie na typowych znajomych mego brata... Nie sprawiacie wrażenia nadętych ani próżnych, nie jesteście zakochani w sobie. Zastanawiam się po prostu, co sprowadza kogoś takiego, jak wy, panie Alvarze z Creyden, na bal kogoś takiego jak mój biedny brat.
Atalia mówiła, stare drzewa skrzypiały i czerniały po ich lewej stronie. Magister usłyszał chichot jeszcze kilka razy, za każdym coraz bardziej oddalony i jakby z przodu. Dokładnie tam, gdzie po pewnym czasie jęły rysować się zarysy krypt i kaplicy podświetlonej maźnicami.
Uprzedzam, że nie znajdziecie tam żadnej klepsydry — rzekła Atalia, gdy byli już prawie na miejscu. — Solomon nie znosi ich od śmierci Ligii. Kazał wszystkie usunąć, wszędzie w domu stoją zegary, a znając obsesyjny charakter mego brata, zadbał zapewne, by i tutaj nie było żadnej.
Weszli na wysypany białym piaskiem plac, w którego centrum znajdowała się kamienna misa. Na wprost nich górowała elegancka kaplica z białego kamienia, zaś na boki ciągnęły się grobowce z takiego samego marmuru i w takim samym, elfickim stylu. Za dnia żalnik Durentiusów musiał wyglądać iście bajkowo, zupełnie nie tak, jak kojarzono zwykle cmentarze.
Wśród zabudowań rosły krzewy róż, jeśli wzrok nie mylił Alvara — również białych; po ażurowych, krętych kolumnach wspinał się bluszcz. Gdy znalazł się w centrum, magister dostrzegł w misie ten sam biały piach, który znajdował się pod jego stopami, oraz wypalone kadzidła. Utrudzona wędrówką Atalia spoczęła na jednej z kamiennych ławeczek, nad którymi poprowadzono kwiatowe pergole, teraz bezlistne.
Odpocznę chwilkę i zaraz do was dołączę — zapewniła, wachlując się dłonią.
Kiedy Alvar jął się rozglądać po otoczeniu, jego wzrok przyciągnęło mignięcie białej materii przy jednym z grobowców. Drzwi były nieznacznie uchylone, był pewien, że coś leży w progu.
POWELL Bianca uśmiechnęła się do Powella i ujęła go delikatnie pod ramię. Ciepło jej ciała momentalnie ogarnęło młodego panicza i niemal z miejsca przeniosło go do krainy szczęśliwości. Otrzeźwiał jednak nieco, gdy Mortimer, nie wiadomo jak i skąd, wręczył Welhalt cudnie pachnącą różę i ukłonił się szarmancko, wywołując mimowolne „ochnięcie” z jej strony. Podziękowała, zanurzając zgrabny nosek w płatkach i wdychając jego woń z niekłamaną przyjemnością. Szczęściem, nie puściła Powella.
Jam jest Mortimer Bischoff! — zapiał nim de Loyanel zdążył skończyć własną introdukcję. — Uniżony sługa i wielbiciel dam, wojownik o lwim sercu i doskonały tancerz! Całuję rączki! — Cmoknął trzymającą różę dłoń Bianci, po czym zwrócił się w kierunku Liborii, która odsunęła się w bok, serwując amantowi potknięcie i dość kiepskie zakończenie jego kwiecistej introdukcji.
Tak, tak — mruknęła Poisson. — I żadna się waści nie oprze. Wiemy. A co z ogrodami?
Alchemiczka spojrzała ponaglająco na Powella i Biancę, zgadując, że Bischoff wie tylko, jak mleć ozorem. Gdy de Loyanel zaoferował się zostać przewodnikiem, krótkowłosa kobieta wyraźnie się ożywiła.
Chodźmy zatem — ponagliła, ale nagle obróciła się do Powella, jakby o czymś sobie przypomniała. — Liboria Poisson, profesorka Katedry Alchemii w Oxenfurcie.
Bianca Welhalt, dziedziczka Alvernii — wtrąciła Temerka. Uczona skinęła jej głową, Mortimer tymczasem starał się pozbierać do kupy, obciągając szamerowany srebrem kaftan i poprawiając mankiety falbaniastej koszuli.
Powell poprowadził. Świetnie znał drogę, bo zwykle kończył na durentiusowych rautach z rozognionymi młódkami właśnie w ogrodowych zakamarkach. Teraz jednak było jakoś inaczej, być może brakowało mu szumu w głowie albo po prostu było za zimno na deprawacje, jakim zwykł był się tu oddawać. Coś wędrowało mu wzdłuż kręgosłupa i nie mógł uchwycić powodu dla takiego stanu rzeczy.
Sytuacja uległa zmianie, gdy na fragmencie artystycznie postarzonej ruiny muru, biegnącej wzdłuż ściany krzewów i kwiatów, Powell dostrzegł sylwetkę. Stąpała chwilę po zmurszałym murze, zdawała się tańczyć, i nagle — spadła. Przeraźliwy krzyk przeszył rześkie od chłodnego aromatu roślinności powietrze.
Ilość słów: 0

Lasota
Awatar użytkownika
Posty: 95
Rejestracja: 21 kwie 2022, 12:02
Miano: Lasota z rodu Wielomirów
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Bal u Solomona

Post autor: Lasota » 19 wrz 2022, 10:03

Obrazek
— To prawdziwy erudyta. Ponoć jego kolekcje ksiąg oraz manuskryptów sięgają czasów starożytnych, kiedy człowiek jeszcze nie postawił stopy na tych ziemiach. — Tłumacząc, patrzył na wieżę posiadłości.
Panowie wkroczyli do skrzydła po kobietach, które jako pierwsze spenetrowały tajemnice wnętrza budynku. Po jakimś czasie Ventios posłyszał jęki rozkoszy przynoszące na myśl jego romans z Crestcrag. Gdy próbował pokonać osłupienie i wkroczyć do miejsca żywcem wyjętego z jego wspomnień, zaatakowały go węże wynurzające się z ciemności kątów.
— Panie profesorze! — spróbował pokonać bezsilność krzykiem, aby przebudzić się z umysłowej niemocy. — Węże!
Potem arystokrata próbowałby powoli się wycofać, stąpając do tyłu. Zamierzałby wraz z partnerem uciec od gadów, wymanewrować je, aby przedostać się do źródła rozkoszy.
Ilość słów: 0
Kill count:
  1. zaskroniec

Joreg
Awatar użytkownika
Posty: 71
Rejestracja: 19 maja 2022, 20:23
Miano: Joreg Borgerd
Zdrowie: Potłuczone jajca
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Bal u Solomona

Post autor: Joreg » 20 wrz 2022, 19:07

Obrazek
Przyjęła zaproszenie, wsparła o jego ramię. Dotyk ten, choć odczuwalny przez warstwę ubrań, rozlał się po ciele błogim ciepłem. Serce szarpnęło mocniej w piersi, a na ustach Powella przez krótką chwilę gościł prawdziwie szczęśliwy uśmiech. Nie trwało to jednak zbyt długo, bo zaraz znów wyrwał się Bischoff, na dodatek z różą i jeszcze śmiał pchać swoją brudną gębę wprost w dłonie Temerki. Tego nie mógł znieść, ale i nie mógł pozwolić na to, by Bianca zbyt szybko poznała się na nim. Loyanel posłał Mortimerowi krótkie, ale wyraźnie rozgniewane spojrzenie, w oczach błysnęła groźba, trwało to mniej niż sekundę i szczerze wątpił, by Mortimer zdążył odnotować ten fakt. Miał natomiast pewien plan, jak wyeliminować jegomościa z dalszych zalotów na dobre, tylko wciąż brakowało okazji.
— Pani uczona? Oh, z takim wsparciem żadna zagadka nie będzie nam straszna. Czy powinniśmy szukać czegoś konkretnego? Zaiste, zabawy Solomona bywają przesadne, niebawem zrobi się ciemno! — Słowa Powella nie odzwierciedlały jednak w pełni jego myśli odnośnie Poisson. Jeszcze jej nie znał, natomiast miał jakieś tam blade pojęcie czym zajmują się alchemicy. Badaniami? Dokumentami? Nudnymi eksperymentami? Jak zacznie pieprzyć o jakichś składnikach i recepturach to się chyba porzygam. Zamiast zaprzątać sobie myśli tym, co jeszcze się nie wydarzyło, wrócił natychmiast do nowej wybranki swego serca.
— Alvernia musi być bez ciebie niezwykle smutnym miejsce Bianco, a wiesz czemu? Odnoszę wrażenie, jakby całe piękno tej krainy zamknięto w twych prześlicznych oczach, ale nie tylko w nich. Urodą promieniejesz wszkaże, jak wiosna pełnią życia o brzasku. — Powellowi istotnie czegoś brakowało, sam nie wiedział czego, a stan ten trwał od zakończenia podróży, albo od momentu, kiedy otrzymali monety? Nie potrafił określić.
W pierwszej chwili, pomyślał, że może chodzi o ojca? Ale nie, cieszył się w duchu, że starszy nie będzie trwonił majątku na jakieś magiczne gluty potrzebne Durentiusowi do… Do czego właściwie? Słyszał ich zwykle, rzadko jednak słuchał. Może brakowało mu kogoś do sprzeczki? To też odpadło i to szybko, bo na miejscu dostrzegł von Vern, dziwka, a w tej chwili miał już kolejny wrzód na żołądku, Mortimera Bischoffa – pod tym względem sprawy przybrały obiecujący obrót, nie musiał się zatem martwić, na kim ewentualnie wyładować perfidię. A może chodziło o kogoś, z kim mógłby spędzić wieczór? Zwykle nad tym nie rozmyślał, jako młody, przystojny i czarujący, szybko odnajdywał chętne poszczółki, a później zabierał im to, na co niektóre nawet nie były gotowe. Ponadto udało mu się ponownie spotkać Biancę Welhalt, sama jej obecność wypełniała tęskną pustkę w jego młodym sercu. Czego zatem, kogo? Ronalda? Królewskie insygnia władzy mu w rzyć, jakby ojciec nie nalegał, nie wziąłby go nawet ze sobą. Chodziło zatem o coś innego, o chłód, o atmosferę… Nie, to też nie to.
— Na te radzę uważać gdyby przyszła wam ochota na nocne spacery, jeden fałszywy krok i bam, reszta nocy spędzona na wyciąganua kolców! — Wskazał na rozrośnięty krzew jałowca obsypany dwukolorowymi owocami, tymi, które już dojrzały, a także tymi, którym zajmie to jeszcze jeden rok.
Gadanie, gadanie, gadanie, zawsze lepsze to, niż udręczanie się, a jednak wciąż czuł jakby coś mu umykało, jakby wyślizgiwało się z rąk. Miał otworzyć usta ponownie, by coś jeszcze dodać, wtedy ją zobaczył. Dziewczynę przemierzającą lekkim krokiem ozdobną ruinę muru, jakby tańczyła i nagle… potyka się, bo jak to wytłumaczyć? Spada z muru… Przystanął i zamarł niemal w bezruchu w chwili, w której przerażający pisk rozdarł przestrzeń.
— Na wszystkich bogów, spadła! Bianco, pani Poisson, lepiej żebyście tego nie oglądały, ten mur jest dość wysoki. — Położył dłoń w miękkiej rękawiczce na dłoni Temerki, zsunął ją ze swego ramienia jeśli była taka potrzeba, zrobił to delikatnie, choć zdecydowanie. Następnie zwrócił się ku Bischoffowi, a w kolejne zdanie włożył tyle charyzmy ile tylko zdołał z siebie wykrzesać.
— Mortimerze, pójdziesz ze mną. Ona może potrzebować naszej pomocy. Do dzieła, bohaterze. — On w sobie bohaterstwa nie miał za grosz, natomiast starał się robić dobre wrażenie na Biance i to go interesowało najmocniej. Nie zamierzał babrać się w czyjejś krwi, dlatego zwrócił się do Bischoffa. Nie chciał słuchać lamentów, dlatego starał się odwieść kobiety od pomysłu oględzin miejsca wypadku. Samemu również nie chciał tego oglądać, zmusił się jednak i zdecydowanym, szybkim krokiem ruszył w kierunku muru.
Zamierzał minąć ruinę z Bischoffem u boku i sprawdzić, co stało się z kobietą. Sprawdzić… Doświadczenie podpowiadało, że zamierzał się wyłącznie upewnić i odejść. Przy okazji postruga mitycznego herosa, zagra damom na uczuciach. Kosztowało go to jednak wiele, z każdym krokiem czuł, jakby żołądek podchodził mu do gardła, coraz wyżej. Na wspomnienie sprzed siedmiu lat poczuł ogarniający trzewia chłód, kiedyś już oglądał podobną scenę.
Ilość słów: 0

Ivan
Awatar użytkownika
Posty: 771
Rejestracja: 16 mar 2018, 12:47
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Bal u Solomona

Post autor: Ivan » 23 wrz 2022, 20:28

Obrazek
Nie miałem okazji poznać pani brata osobiście — wyjaśnił indagującej go kobiecie. – Otrzymałem zaproszenie na przyjęcie jako członek oxenfurckiej delegacji.
Alvar podtrzymywał rozmowę przez grzeczność, nie wyłapując kokieterii kobiety. Po części przez wrodzoną niewylewność, lecz przede wszystkim z powodu dźwiękowej anomalii. Zjawisko nie dawało mu spokoju i chociaż dyskretnie, to skupiał na nim większość swej uwagi.
Wiedza — odpowiedział po chwili na drugie pytanie. — Chęć wymiany doświadczeń. Pan Solomon cieszy się reputacją człowieka o szerokich zainteresowaniach. Także w akademickich kręgach.
Szli. Ustawione w szpaler, pokręcone drzewa niosły ku nim swoją skargę, gdy mijali je po drodze. Dźwięk słabnął z każdym powtórzeniem, lecz jednocześnie klarował, zdając się prowadzić ich tam, dokąd zmierzali.
Architektura cmentarza zafrapowała Alvara. Nie potrafił stwierdzić, czy miejsce było starsze niż rezydencja, ale samo jego istnienie wskazywało zamożność rodu gospodarza nie gorzej niż wystawność posiadłości. Na usługi rzeźbiarzy potrafiących imitować choćby ułamek kunsztu sztuki rzeźbiarskiej elfów nie było stać nikogo poza arystokracją. Podobnie jak na zakup artefaktów Aen Seidhe lub gruntów, na których takowe się zachowały. Rodowitym elfim mistrzom praktycznie nie zdarzało się wykonywać komercyjnych zleceń dla ludzi.
Klepsydra lub jej alegoria. Pył lub popiół. — rzekł, gdy weszli na plac, zanurzając palce w wypełnionej piaskiem misie. — Powszechny motyw sztuki sepulkralnej. Koresponduje z treścią zagadki.
Niedyspozycję kobiety przyjął uprzejmym potaknięciem oraz ze skrywanym ukontentowaniem, wyglądając sposobności do swobodnego rozejrzenia się po żalniku. Łowiąc okiem ruch i barwę, podążył za instynktem, a w kierunku grobowca z zamiarem otwarcia uchylonych drzwi i przekonania się co znajduje się za nimi.
Ilość słów: 0
Obrazek

Odpowiedz
meble kuchenne na wymiar cennik warszawa kraków wrocław