Zew Pustkowi

Obrazek

„Chcę znowu widzieć gwiazdy nad traktem, chcę gwizdać wśród nocy balladę Jaskra. I pragnę walki, tańca z mieczem, pragnę ryzyka, pragnę rozkoszy, jaką daje zwycięstwo.”


Bajarz
Awatar użytkownika
Posty: 88
Rejestracja: 29 lis 2018, 11:18

Zew Pustkowi

Post autor: Bajarz » 28 lis 2021, 0:08

Obrazek

Rok później.




Zakapturzona postać odchyliła się na oparciu. Przenikliwe wejrzenie jej oczu zatrzymało się po drugiej stronie stołu, na zastygłym w służalczym półukłonie informatorze.

Nie karm mnie — zaczęła z niezadowoleniem, uderzając upierścienioną dłonią w spoczywający przed nią rulon z raportem. - Wczorajszymi plotkami. Słyszałem o incydencie w gospodzie i ich przybyciu do miasta. Ja chcę wiedzieć kim są naprawdę. Skąd przyszli. A nade wszystko jakież to przeklęte fata przywiodły ich do zawiązania tego kuriozalnego aliansu, abym wiedział jak go rozwiązać!



Karawana — twór złożony z dziesiątek głów, setek członków — ludzkich i zwierzęcych oraz terkocących wehikułów, na pozór olbrzymiego, lecz niezmordowanego robaka przesuwa się ślamazarnie przez wyżynę, zostawiając za sobą popioły wygaszanych na postojach ognisk.
Iglaste szczyty sosen od wielu mil powtarzają się na tle szarobłękitnego nieba. Droga, a raczej świeżo wytyczona ścieżynka wiedzie na południe, wijąc między omszałymi głazami oraz kosodrzewinami stanowiącymi forpocztę otaczającego ich boru. Na horyzoncie, ponad ostrymi koronami, wznoszą się porośnięte skąpą roślinnością wzgórza oraz wyrastający nad nie kamienny kształt, nazbyt smukły i regularny, aby móc uchodzić za dzieło natury. Każda kolejna przebyta staja czyniła go wyraźniejszym, ujawniając w nim gargantuiczną, choć niekompletną sylwetkę humanoidalnego zarysu, jawiącą się owocem iście cyklopowego wysiłku i prawiecznego zamiaru.
„Relikt zamierzchłej ery” — tak oto skwitował dostrzeżone w oddali zjawisko podróżujący z karawaną Gilchrist, uczony z Północnych Wrót. Gilchrist, lubiący uchodzić za wszechwiedzącego, nie popisał się wiedzą — tu, na odludziu z dala od cywilizacji, wszystko mogło okazać się reliktem zamierzchłej ery.
Karawana przemierza bór. Gdzieś wysoko, w konarach, kukułka powtarza swoją piosnkę. Gdzieś nieco bliżej, dzięcioł wybija jej werbel. Zaraz obok, na lewo od kierunku wędrówki, szemrze niewielki strumień zaznaczony brzegiem usypanym z jasnych, drobnych kamyczków. Kawałek w dół zmierzającego na północ nurtu przechodził w malowniczą siklawę wpadającą do górskiego jeziora. Nieco ponad kwadrans temu zakończyliście tam krótki popas, zażywszy nieco wywczasu dla napełniania manierek i napojenia koni.
Radzi i orzeźwieni, ruszyliście w dalszą drogę. Wozy podskakiwały na wybojach, przy wtórze podzwaniającego dobytku, parskań, odgłosów kopyt i skrzypu obracających się piast. Woźnice klęli i pogwizdywali. Pasażerowie próbowali zabijać czas na różne sposoby, poczynając od snu, przez picie, a na hazardzie kończąc, ale w obecnych warunkach żadne narzędzie zbrodni nie było dosyć skutecznym. Matki zajęte były rwącymi się do strumienia smarkaczami, nieliczna eskorta karawany pod przewodnictwem jadącego na czele Trenta — wpatrywaniem w dal i powstrzymywaniem się od ziewania. Na samym końcu, objuczeni nie gorzej niż dotrzymujące im tempa muły, marudzili tragarze. Kilku najwytrwalszych marudziło z pieśnią na ustach.







Dwóch synów matuś miała,
Jeden słynął z mądrości
A drugi, co był głupi
Popłynął do Brax i otworzył bajzel

Ti ru la li li la la

Ti ru la li li la la

I otworzył bajzel




Jechali, mijając strzeliste pnie świerków i sosen. Pnie i krzaki. Pnie i krzaki. Omszały głaz i zaskoczonego świstaka. Świstaka umykającego między pnie i krzaki. Kolejny głaz, bez świstaka. Pnie i krzaki. Pnie i krzaki. Monstrualną, prawie trzymetrową sylwetkę o kynocefalnie wydłużonej, bezwłosnej czaszce uzbrojoną w wielgachną, ćwiekowaną maczugę. Oniemiałą ze zgrozy, pobladłą jak wapno twarz wysuniętego najdalej na prawo strażnika karawany.

Dalej poszło szybko.


Trafiony maczugą strażnik zostaje zmieciony z siodła. Jego koń, spłoszony i porzucony, tańczy w miejscu — krótko, bo zaraz zostaje obalony drugim uderzeniem w łeb o sile małego tarana. Spomiędzy pni i krzaków, prosto na karawanę pędzi cała banda długorękich olbrzymów zbrojna w maczugi i wydająca z siebie bojowe okrzyki na przemian z rechotem. Stwory te, z grubsza człowieczej postury i z cienka człowieczej inteligencji, w narzeczu Dzikich nosiły nazwę belgheth. Midlandczycy zwykli zwać je po prostu ogrami.
Zasadzka! Alaaarm! — wydziera się nieodkrywczo Roggio, jeden ze strażników karawany, usiłując osadzić w miejscu panikującego wierzchowca i opanować rozgrywające się wkoło pandemonium. Jeden z belgheth, przez Midlandczyków zwanych po prostu ogrami, rozłupuje mu czaszkę niby dojrzałego harbuza, zanim Roggio nabierze tchu do kolejnego krzyku.
Ogryyy! Ogryyy! — wrzeszczy któryś z tragarzy z tyłu, wzorem pozostałych, porzucając dobytek i szukając ocalenia w rozpierzchnięciu się na wszystkie strony. Ogrowa noga spada mu na plecy, przyciska do ściółki przy wtórze trzasku żeber, rozdeptuje jak robaka.
Jeden z wozów próbujący umknąć poza zasięg napastników, wpada wprost pod obalające się na ścieżkę drzewo. Sosna wali się na burtę wehikułu, impet wysadza wozaka z kozła przy chmurze drzazg. Jeden z olbrzymów ściąga sobie z wehikułu małego rozszczekanego kundla na antypast — odgryza mu głowę, by natychmiast wypluć pod nogi przeraźliwie wrzeszczącej kobiety, nadaremnie próbującej odnaleźć swoje dziecko w całym zaistniałym zamieszaniu.
Belgheth! W dyrdy, rengi! W dyrdy, rudy kąsku! Nie oglądaj się! — Kha’ra, podróżująca z karawaną Dzika, za sprawą niepokoju swego kociego towarzysza Vuka jako jedna z pierwszych przeczuła nadchodzące zagrożenie, celowo trzymając się z tyłu i blisko nurtu strumienia. Gdy się zaczęło, bez namysłu pociągnęła za sobą Tycjana w kierunku rzeki. Tycjan pociągnął Idę, Ida ciotkę Ryksę i summa summarum w szóstkę skąpali się w chłodnym i rześkim nurcie. W szóstkę, bo pomysłowi z ucieczką przez wodę radzi-nieradzi byli również poważna i ciemnowłosa Amelia oraz postawny Karok Menko, jak niemal każdy Karok — siwy, choć jeszcze niestary. Górska rzeczka okazała się głębsza i bardziej zdradliwa niż jawiła się widzianą z brzegu. Pomimo ich starań i kotłowań i najrozpaczliwszych wysiłków, nurt pociągnął ich za sobą, daleko od brzegu i miejsca zasadzki, ratując im życia. Summa summarum czworgu z nich, bo po locie wodospadem i uderzeniu z bez mała z pięćdziesięciu metrów w taflę górskiego jeziora, tylko tyle ich zostało. Przemoczonych, dyszących i gramolących się na brzeg. Ciotka Ryksa nie wypłynęła. Kha’ra, pomysłodawczyni ucieczki postradała życie, niefortunnie rozbijając się na jednej ze skał pod siklawą.
Sucze syny! Pokraki! Kurwa wasza mać jebana! — Trent, przewodnik nad karawaną, jako ostatni żywy z tylnej straży, bronił się niby lew, do ostatniego szypu. A kiedy nie stało szypów, raz po raz wypuszczanych z łuku na ogrzych napastników, otoczony przez dwóch olbrzymów, w przypływie wściekłości i straceńczej odwagi dobył długiego, podróżnego noża. Do samego końca, to jest swojego, próbował oganiać się nim bestii, póki zasypany gradem maczug, nie poległ na ściółce, bez choćby jednej całej kości w ciele. Jedyne co po nim zostało, to jego żona Hilda, schwytana w sieć niby rak u brzegu i przewieszona przez ogrowe ramię, oddaliła się porwana przez jednego z napastników, wrzeszcząc wniebogłosy. Bohaterstwo Trenta nie poszło jednak całkiem na marne. Opór jego oraz jego świty kupił nieco czasu i drogę odwrotu sześciu innym osobom: Tytusowi, Hektorowi, Szóstemu,Słowikowi, Fumarowi i Alyssie. Niemal zabijając się o własne nogi i nie oglądając się za siebie pomimo dolatujących ich krzyków, pobiegli i przestali biec dopiero wówczas, gdy zabrakło im tchu, zaszyli się głębiej w borze i zorientowali się, że już nikt ich nie goni. A także w tym, że Fumar i Alyssa odłączyli się od nich podczas ucieczki i jeden Wodon raczył widzieć, gdzie mogli się teraz podziewać.
Nie ruszajcie się. Choćby nie wiem co — w samym sercu pobojowiska, w które atak ogrów zmienił środkowy szereg karawany, nie miało prawa być nikogo żywego. Świeża posoka poiła usłaną rozlicznymi ciałami oraz porozbijanym dobytkiem ziemię. Martwe końskie truchła stygły tu pospołu z ludzkimi. „Ani drgnijcie” przykazał trojgu innych ocalałych czarnowłosy Nydysyjczyk Tassian, kiedy za jego przykładem padli na ziemię, by uczynić się na pozór martwych dla ogrów, którzy po przypuszczeniu ataku zajęli się wyłapywaniem z pola masakry ostatnich żywych. Nie drgnęła Solveig, chociaż jeden z olbrzymów omal jej nie nadepnął, przestępując obok. Nie poruszyła się krwawowłosa Eliana, spoczywająca twarzą w kałuży prawdziwej krwi. Bez fałszu grał nieboszczyka imć Balian, choć tuż obok niego, godząc w niebo zeszklonym wzrokiem, zimna i martwa leżała Naylei, żona jego druha Dunstana. Gdzież były teraz jej drwinki, jej morały i małżeńskie gderania, którymi zawsze wieńczyła ich wspólne popijawy? Nie miały wrócić już nigdy. Cała zastygła w tanatozie czwórka żywiła wspólną nadzieję, że to samo będzie tyczyło się również i ogrów.
Męstwo ma postać rozmaitą i tę zasadniczą właściwość, że wymaga odpowiedniego czasu, by mogło się prawdziwie objawić. Trudno było o lepszy czas niźli obecny, w którym wyjątkowo wielki, a przynajmniej wyjątkiem paskudny ogr szykował się właśnie do urwania głowy równemu chłopu Jobstowi, a zaraz potem kilku Argonie ducha winnym smarkaczom kryjącym się pod przewróconym wozem. Ogrowi, jako starej i ciemnej bestii z gór, nie było widać dane słyszeć o pewnej starej, lecz niezmiennej prawdzie brzmiącej „lepiej nie wkurwiać Trakthora”. Trakthor, chłopisko krzepkiej budowy, z natury cierpliwe, doprowadzone do ostateczności, chwyciwszy ułamany dyszel od wozu, powtórnie złamało go ogrowi na niekształtnym łbie. I to tak, że ogrzysko zmuszone było dać sobie krótką przerwę do namysłu, by zrewaluować swoje dotychczasowe życiowe wybory. Lub przyjść do przytomności tudzież otrząsnąć z konfuzji, że coś odeń niższego mogło dysponować podobną krzepą. Wykorzystując czas, Jobst złapawszy chyba ostatniego ocalałego na pobojowisku konia, ładując się na jego grzbiet wraz z druhem, ruszyli galopem w kierunku, z którego przyszli wraz z karawaną. Ucieczka nie potrwała długo — okulawione zwierzę wywiodło ich poza zasięg masakry, zmuszając by skryli się w chaszczach i kosodrzewinach, w których zastali także ukrywające się bliźniaczki Rdeścik i Firletkę, będące niedawnymi świadkami porwania przez ogry ich ojca Horsta oraz kobiety, która wedle opisu mogła być wyłącznie znaną Trakthorowi Isobel.
Ilość słów: 0

Juno
Awatar użytkownika
Posty: 487
Rejestracja: 23 gru 2018, 17:44
Miano: Morgana Mavelle
Zdrowie: Suchotnica
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Juno » 18 lut 2022, 10:04

A my wolelibyśmy już nie walczyć — odrzekła strażniczce Amelia, pokazując puste dłonie w geście pokoju. Z kieszeni jej płaszcza wystawał pyszczek węszącej Nerki. — Przeprawa z ogrami to dość na taką zbieraninę, jak nasza.
Menko zabił ogra — poinformował albinos, ściskając w łapie sękatą miotłę. Wiszące na nim postrzępione odzienie i ledwo trzymające się w kupie buty komponowały się z wypowiadanymi beznamiętnym tonem przechwałkami iście epicko. Jeżeli obrońcy Therga uznawali ich za zagrożenie, to występ zamiatacza niewątpliwie kazał im zrewidować poglądy na ten temat.
Jesteśmy pozostałością karawany, która miała zasilić osadę. Część nie żyje na pewno, część — Amelia zawahała się, splatając ręce pod biustem, by ukryć ich drżenie — być może przetrwała.
Na wieść o tym, że widziano Moirę całą, Amelia żywiła głupią (bo jakążby inną?) nadzieję na jej odnalezienie. Gdyby nie wrodzony rozsądek, momentami wręcz obezwładniający wolę i chęć działania handlarki, pewnie oddzieliłaby się od grupy na rozstajach i do tej pory była już obgryziona do kości przez belghethy. Ale skoro w osadzie stacjonował garnizon, istniała realna szansa na ruszenie potencjalnym ocaleńcom z pomocą. Nawet jeśli miałaby ona polegać tylko na zwiadzie i znajomości okolicznych terenów, bo stan wojaków niewiele odbiegał od ich własnego.
Tycjan trzymał się z tyłu, błądząc spojrzeniem po szczerbach w palisadzie. To, co widział w tych przestrzeniach dalekie było od jego wyobrażeń na temat Krańca Therga. Wyglądał, jakby dostał obuszkiem przez łeb tudzież doznał nader niemiłego olśnienia. Tymczasem Ida z zebranym po drodze naręczem ziół i chwastów, o których w swej niezmierzonej (i wymuszonej upierdliwością pieguski) dobroci opowiedział jej Tassian, wychyliła się zza Amelii i uśmiechnęła się szeroko do Roswithy.
Jestem Ida z Apiverii — przedstawiła się, po czym dodała na jednym wydechu, wskazując po kolei palcem: — A to jest Amelia, Menko, Tycjan, Tassian, Rdeścik, Firletka, Borghilda, Jobst, Trakthor, Solveig, Eliana, Balian, Vagen i Morion.
Może porozmawiamy przy naparze z liści malin, mięty i dzikiej róży? — zaproponowała z uśmiechem, wyciągając przed siebie wonne wiechcie i pękaty tobołek ze związanego szalu, do którego z zapałem zaczynała się właśnie dobierać szczurzyca.
Ilość słów: 0
To, co widzisz, co się zdaObrazekjak sen we śnie jeno trwa.

Arbalest
Awatar użytkownika
Posty: 150
Rejestracja: 01 sty 2022, 21:49
Miano: Issaen Hiseerosh, zwana Istką
Zdrowie: niewyspana, gojące się lewe ramię (zabandażowane)
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Arbalest » 18 lut 2022, 12:59

Jak przystało na kogoś z jego doświadczeniem — i aparycją — Vagen orzekł prosto z mostu, że bierze pierwszą wartę podczas nocnego postoju, zostawiając przy tym stosunkowo mało miejsca do jakichkolwiek negocjacji. Wytrzymał całkiem długo, bo dopiero dwie godziny po północy zdecydował się obudzić najbliższego nieszczęśnika, który to miał go zastąpić. Czyli Dratwę.
Wstawaj, łapserdaku. Twoja kolej.
Sam żeś łapser...łapserdak! — obudził się nagle łysy, motywowany szturchnięciem vageńskiego buta między żebra — A niby to, kurwa, czemu moja? Wybierz kogoś innego.
Nie zrzędź jak baba. Ktoś musi na warcie stać, a mnie się już oczy kleją. Zresztą, i tak nic nie widzę w tej ciemnicy. Młody jesteś, ty oczy masz dobre. No, już, zapierdalaj!
Braxańczyk skapitulował, powzdychał w cichym proteście, ale ostatecznie zebrał się na równe nogi. Ale zanim odszedł by wypełnić swój „obowiązek”, odezwał się do Varnora raz jeszcze.
Te, jak o babach mowa to sprawdź ty lepiej tą swoją. — przez moment kapturnik mógł przysiąc, że starszy mężczyzna kontempluje czy nie dać mu po mordzie za takie gadanie, dlatego szybko uzupełnił — Bo ten... Pod oczami ma jakieś takie... sine. Chuj wie, czy to nie od tej mgły... wiesz której — a potem oddalił się czym szybciej w swoją stronę, nie chcąc ryzykować kolejnego językowego faux pas. Czas aż do poranka spędził już faktycznie na warcie, nerwowo wiercąc się i podkarmiając resztką racji swoją fretkę, która dotychczas siedziała skitrana u niego w kieszeni.
Vagen, natomiast, nie chcąc traktować słów rzezimiecha jako przesadnie złego omenu, udał do śpiącej Borghildy. Nie chcąc jej budzić, a samemu niewiele widząc, nawet przy świetle trzaskającego ogniska, ostatecznie zrezygnował z oględzin, padając ze zmęczenia gdzieś obok. Dopiero rano zagaił swoją lubą, która faktycznie miała pod oczami sino. I bynajmniej nie był to tylko kiepski makijaż.
Dobrze się czujesz? Na zmęczoną wyglądasz. Nie nałykałaś się tej mgły od tego magika, mam nadzieję... — zapytał krótko, acz rzeczowo. Dość było rzec, że większość czasu marszruty w stronę osady Vagen spędził w jej towarzystwie, starając się nią opiekować, choć — jak na varnorską modłę i kobietę przystało — nie będąc przy tym zbyt nachalnym, bo i z porcelany przecież jej nie zrobili.
Nie do końca zaś wyspany Dratwa, nie mając nic lepszego do roboty, początkowo zastanawiał się nad zagajeniem Amelii na temat jej towarzyszki, ale uznał że co miał powiedzieć to już powiedział i nie ma co gadać po próżnicy. Tym bardziej, że lepiej niż kto inny znał typowe kobiety Braxu, a do takich lepiej czasem bez kija nie podchodź. Miast tego, w pewnym momencie znalazł się gdzieś między bliźniaczkami — Firletką i Rdeścikiem, które to zagadał mało szarmancką krotochwilą.
Te... Z ciekawości — miała któraś kiedyś chłopa, co pomylił jedną z drugą? Bo idę o głowę, że musiało się zdarzyć — zarechotał łysy, rozbawiony własnym dowcipem, jakby był kilkanaście co najmniej lat młodszy.
Niedługo po felernym obozowaniu, podczas którego rzezimiech został wygnany z drużyny za próbę kradzieży, w pewnym momencie na horyzoncie pojawiły się już pierwsze „umocnienia” Krańca Therga i tutaj już nawet domorosły Varnor nie mógł kryć wyraźnej ulgi. Ulgi tej nie zburzył nawet ton kapitan straży, bo od razu było widać, że kobiecina jest po prostu ostrożna i wcale nie zależy jej na tym, żeby tłuc się z nowoprzybyłymi. Na wzór Amelii podniósł ręce w pojednawczym geście, a na komendę zbrojnej zatrzymał się w stosownej odległości.
Tak jak powiedziała — skinął głową na towarzyszkę z czarno-siwymi włosami, jednocześnie ignorując rudowłosą gówniarę z jej niepoważnymi propozycjami picia naparu i albinosa-najpewniej-wariata — moja kamratka — my swoi, nie mamy złych zamiarów, bo samiśmy ledwo i szczęściem uszli z życiem. Dlatego opuśćcie broń i pogadajmy jak ludzie — bardziej nakazał niż poprosił, nieco jakby skłaniając się ku wojowniczej naturze swojego ludu. — Vagen mnie wołają. Byłem woźnicą w karawanie, póki nie napadły na nas ogry. Jakieś dwa dni drogi traktem stąd. Jeśli jacyś jeszcze żyją to porwani, zabierali ich w stronę tych ruin, co je było na horyzoncie widać — wskazał mniej więcej kierunek paluchem. — Pewno się tam gnieżdżą. Na moje to wszyscy inni zginęli, jak jeszcze tu nie dotarli. A po waszej reakcji zakładam, że nie dotarli — skwitował Vagen swój i tak lakoniczny raport sytuacyjny.
Ostatnio zmieniony 21 lut 2022, 13:42 przez Arbalest, łącznie zmieniany 1 raz. Ilość słów: 0

Vespera
Awatar użytkownika
Posty: 100
Rejestracja: 07 cze 2021, 15:44
Miano: Elspeth Favres
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Vespera » 19 lut 2022, 15:28

Dalsza wędrówka upływała pod znakiem przemęczenia przetykanego lichym popasem, konsolidacji kompanii, a zarazem nieufności względem pojedynczych członków ekipy – wzmożonej doświadczeniami z Tytusem - oraz ich indagacji. Dla precyzji, tych nowo i rzekomo ocalałych. W przerwach od nawijania Idzie o chwastach, Tassian miał mnóstwo pytań na temat okoliczności ich ucieczki i co rusz dręczył nową grupę swoistą interrogacją, tyle że bez ciemnicowych warunków oraz możliwych sankcji. Co do ostatniego - przynajmniej w teorii, bowiem tuż obok niego sugestywny cień na proces uzyskiwania informacji rzucał masywny Balian, który zdawał się wyjątkowo nie trawić niejakiego Dratwy i tylko wstrzymanie przez Nydysjanina uratowało rzezimiecha przed niespodziewanym strzałem w pysk na kolejne „czego kurwa nie rozumiesz”. Doświadczenia gorzelnika z Brax i niechęć do podobnych Dratwie wisiały w powietrzu i zdawały się tylko dojrzewać do dogodniejszego momentu na obrazowe wyrażenie swojej opinii na jego temat.
Z kolei rozmowa z Rdeścik na uboczu tylko utwierdziła Tassiana w jego podejrzeniach, toteż podziękowawszy jej za czujność i spostrzeżenia, przy aprobacie reszty swojej drużyny zwrócił się stanowczo do Borghildy z pytaniami o jej stan zdrowia oraz ofertą udzielenia uzdrowicielskiej pomocy, planując przy tym poddać ją oględzinom w celu ustalenia, czy i w jakim stopniu dotknęło ją zdarzenie z mgłą.
Kiedy dotarli wreszcie do Krańcu Therga, cała czwórka poczuła zawód, jako że zdecydowanie spodziewała się czegoś więcej po „osadzie”, jak szumnie określano to miejsce we Wroniej Twierdzy przed wyruszeniem karawany. Żadne z nich nie było jednak w nastroju na snucie opowieści o swoich życiorysach, tedy po krótkim przedstawieniu wszystkich ze strony Idy, przed szereg wystąpił jeno dyżurny gorzelnik.
Pani, wpuśćcie nas — wyrzekł Balian zmęczonym głosem do kapitan. — Zdrożeni jesteśmy co niemiara. Dajcie nam zażyć wywczasu, a my też gotowi będziemy walczyć z wami do ostatniego za to sioło na skraju lasu.
Ilość słów: 0
Nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie.

Michu
Awatar użytkownika
Posty: 14
Rejestracja: 28 lis 2021, 12:52
Miano: Voron
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Zew Pustkowi

Post autor: Michu » 19 lut 2022, 17:10

Podobnie sprawa wyglądała z Trakthorem, Jobstem, Rdeścikiem i Firletką — nowi członkowie drużyny nie zostali przez nich przyjęci ciepło, lecz jako zło konieczne. W grupie mieli większe szanse nie tylko na przetrwanie, ale i na zarzewie pierwszego konfliktu. Długo zresztą nie trzeba było czekać.
— Owszem. A wszyscy ci, którzy pomylili, wyłysieli — rzuciła Firletka, mrugnąwszy okiem jeszcze zanim dostrzegła Jobsta kręcącego głową, by nie odpowiadała na zaczepkę. Bynajmniej nie w ten sposób.
— Jemu to już nie grozi. Trzeba było powiedzieć, że kuśka im uwiędła — dorzuciła swoje trzy grosze Rdeścik, jako że Dratwa wciął się idealnie między wódę a zakąskę.
Szabrowniczce nie trzeba było wiele, by dodatkowo wzmóc czujność; wystarczył komentarz łysego dowcipnisia, wyjaśnienia na temat mgły i sama obecność rudowłosej kobiety ze spiżu. Przy pierwszej możliwej okazji Rdeścik nie tylko podzieliła się swymi spostrzeżeniami z Tassianem, ale też zagadnęła Jobsta i Trakthora, by ustalili ze smagłolicym dalszy plan działania, który zakładał dokładniejsze obejrzenie Borghildy pod kątem wcześniejszych podejrzeń choroby odmagicznej. Tassian miał więc wsparcie w postaci rodaka, jeśli oględzin trzeba było dokonać przy użyciu drobnej perswazji siłowej.

W końcu dotarli do palisady. Od razu po przedstawieniach i pierwszych próbach kontaktu ze strony Idy, Vagena i Baliana, na czoło wysunęła się drobna trubadurka, która postanowiła wykorzystać swój naturalny talent do zjednywania ludzi. Najpierw zagrała na strunach, których nie musiała zbytnio dostrajać, bo ich brzmienie było czyste i prawdziwe:
— Naszą karawanę rozgromiły ogry. Cudem ocaleliśmy, nie mamy gdzie się podziać ani siły walczyć. Na nic się wam zdamy, jeśli padniemy w okolicy z głodu i wyczerpania, prawda? Zobaczcie no człowieka w człowieku.
Ilość słów: 0

Asteral von Carlina
Awatar użytkownika
Posty: 132
Rejestracja: 25 lis 2021, 9:05
Miano: Asteral von Carlina
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Asteral von Carlina » 19 lut 2022, 18:58

Mori i Borg, jak ich zdrobniano, byli zupełnymi przeciwieństwami, ale na swój sposób wpasowali się w towarzystwo obozowe, nikomu nie nadeptują na odcisk. W przeciwieństwie do Dratwy, który potrafił przysporzyć nie małych kłopotów. Nawet podczas samej ucieczki z gniazda ogrów, a teraz w trakcie wspólnej podróży darzyli go rezerwą. Choć Karok naznaczony bielactwem trzymał dystans w stosunku do każdego, zarówno w przenośni jak i bezpośrednio. Z pozostałymi ludźmi niezbyt dużo rozmawiał, raczej pozostawiał to innym z jego drużyny lub burczał coś niezrozumiałego pod nosem. Wieczorem zaś siedział na skraju obozu, trzymając w dłoniach drewniany kubek z jakimś alkoholem, sącząc go przez większość czasu i wpatrując się w mrok lasu. Co niektóre bardziej spostrzegawcze osoby, mogły dojrzeć w jego oczach podobny mrok, zagnieżdżony głęboko smutek. Był tak przeraźliwie przesiąknięty goryczą, że nie sposób było przebywać z nim dłuższy czas. Co było dla niego na rękę. Natomiast czerwonowłosa chętnie uczestniczyła we wszelkich dyskusjach, popijawach i zabawach. Dużo opowiadała, ale raczej barwne historie z okresu rozbojów marynarskich, niż o dalszych losach swojej grupy po ataku potworów. Tutaj pozostawiła przestrzeń swojemu kochankowi.
-- Czuję się fatalnie, ale nie bardziej niż ty i każdy, który przeżył tą masakrę. Przecież wiesz, że co mnie nie zabije, to mnie wzmocni. Musimy jak najszybciej wrócić, aby odbić naszych ludzi, albo zarżnąć te przerośnięte knury – narracja kobiety była stała i niezmienna. Nie zamierzała się pogodzić ze stratą syna, który pozostał w rękach ogrów, nawet jeżeli miała odnaleźć jego zwłoki. Słona woda i smagnięcia wiatru nadały jej hardości, której nie sposób szukać u niejednego mężczyzny. Nie załamała się, była nieziemsko wściekła, wkurwiona. Nawet gdyby rozwiązaniem byłoby wykarczowanie i spalenie całego lasu, byłaby do tego zdolna.
Podobnym komentarzem uraczyła Tassiana i każdego, który poddawał w wątpliwość jej sprawność fizyczną. Varnorowi nie wypadało pokazywać się ze słabej strony, a ona była nie do zdarcia. Po pewnym czasie jednak zgodziła się, aby jedyna osoba znająca się na medycynie obejrzała objawy zetknięcia się z oparami fioletowej mgły. Raczej zrobiła to dla świętego spokoju, niż wierząc, że ten poda jej jakieś lekarstwo lub rzetelnie określi dalsze konsekwencje zdrowotne.
W oczach marynarki wybrakowana fortyfikacja i marny garnizon broniąca granicy, była i tak czymś więcej, niż mogła się spodziewać. Pamiętając wydarzenia z ataku na karawanę- poprzewracane wozy, rozrywane ciała, wnętrzności rozciągnięte po drzewach, czerwone plamy rozgniecionych, jak robaki, osadników, była pełna podziwu, że potrafili tak długo przetrwać. Niestety nie dostrzegała w nich zbyt dużej pomocy, spodziewała się odmowy w próbie uratowania pozostałych. Mogli jednak odpocząć, nabrać sił i przemyśleć działania w miejscu względnie bezpiecznym.
— Mam nadzieję, że rzeczywiście jesteście gotowi walczyć do ostatniego, ale po tej samej stronie barykady co my.
— Aha – zaszczycił swoim komentarzem Morion
Ilość słów: 0

Bajarz
Awatar użytkownika
Posty: 88
Rejestracja: 29 lis 2018, 11:18

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Bajarz » 21 lut 2022, 1:08

Kapitan słuchała ich po kolei, nie przerywając ani nie zmieniając wyrazu twarzy. Co jakiś czas mrużyła przy tym oczy, zimnobłękitne o czujnym wejrzeniu. Od wiejącego z zachodu wiatru, który przyprowadzili ze sobą. Słuchała ich uważnie, taksując kolejno każde i nie pomijając żadnego, niby introdukująca ich Ida.
Jej podkomendni, ustawieni za nią w rozwłóczonym szeregu odwzajemniali ciekawość, w której niekiedy przeglądał się niepokój. Zwłaszcza na widok wytatuowanej, rudowłosej Varnorki oraz powiadającego się ogrobójcą albinosa z krzywym szyszakiem nasadzonym na głowę i dzierżącego miotłę niby pikę. Na przekór ogólnemu komizmowi postaci łachmaniarza.
Roswitha — odezwał się z tyłu jeden z miejscowych milicjantów, w którym widać ruszyło się sumienie albo zniecierpliwienie spowodowane trzymaniem i tak liczniejszej ekipy na progu osady. — To będą oni. Toć mówią dokład…
Kobieta uciszyła go stanowczo, jednym krótkim gestem, bez odwracania się za siebie. Podkomendny posłuchał, nie odzywając się więcej. Jednak sama kapitan zamiarowała oszczędzić im dalszych indagacji i nie ostawiać ich dłużej w niepewności.
Słyszeliśmy już o karawanie, ale wiemy już również, że mówicie prawdę — odrzekła w końcu. — Nie będę was okłamywała. W obecnej sytuacji trudno o gorsze wieści.
Ludzie, którzy za mną widzicie to wszyscy, obecnie znajdujący się pod moją komendą. Ostatni z garnizonu naszej milicji liczącego dotychczas czterdzieści dusz. Dzicy. — Ostatnie słowo było wyjaśnieniem zastanego przez nich stanu rzeczy. Wyjaśnieniem dostatecznie wymownym w połączeniu z noszącą ślady ataku, podniszczoną palisadą, przez którą właśnie rozmawiali. — Z tą garstką, pozbawieni zapasów nie przetrwamy kolejnego ataku. Wasza karawana była naszą ostatnią nadzieją.
Gorycz wlana w słowa kobiety przeważyła na moment jej pełen opanowania, chłodny profesjonalizm. Zimnobłękitne oczy o czujnym wejrzeniu zaszkliły się krótko. Od wiejącego z zachodu wiatru, który przyprowadzili ze sobą.
Teraz kiedy wiemy, będziemy musieli porzucić osadę. Muszę przekazać wieści pozostałym mieszkańcom, a was rozpytać o szczegóły ataku. Przedtem jednak… — Tutaj skupiła swoją uwagę na Balianie. — Mogę zaproponować wam wspólną kwaterę w naszych barkach, zwolniło się nam sporo miejsc. Jeśliście głodni, podejmiemy was skromnym posiłkiem. Pozwalam wam wejść do wioski i rozgościć się w niej, właściwie to nawet zachęcam. Wasze wieści muszą dotrzeć do jak największej liczby mieszkańców. Kiedy podjecie i wypoczniecie, sama również mogę mieć do was pytania.
Jest jeszcze coś. — Kobieta popatrzyła na woźnicę Vagena. — Ktoś. Ktoś, kto dotarł tu na krótko przed wami i twierdził, że was zna. Będzie ze trzy godziny temu lub niewiele więcej. Braxanin. Chudy jak śmierć i wygolony. Przyszedł otwarcie i nieuzbrojony. Mówił dużo, i to samo co wy. Z grubsza.
Kobieta zrobiła krótką pauzę, obserwując reakcje na twarzach przybyszy. Kilku z jej podkomendnych wymieniło za jej plecami głupkowate uśmiechy.
Mówił dużo, ale nie spodobało mi się JAK mówił, więc zamknęłam go w naszym areszcie do wyjaśnienia. Z uwagi na wyjątkowy stan w naszej osadzie jestem skłonna go wypuścić, ale uprzedzam, że w granicach tej osady nie życzymy sobie żadnej wróżdy ani zatargów naruszających nasz spokój i lokalne prawo. Pojęliście?
Ilość słów: 0

Juno
Awatar użytkownika
Posty: 487
Rejestracja: 23 gru 2018, 17:44
Miano: Morgana Mavelle
Zdrowie: Suchotnica
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Juno » 21 lut 2022, 13:11

Kiedy Roswitha powiedziała, że będą musieli opuścić osadę, blady i wczorajszy Tycjan zbladł jeszcze bardziej, po czym odszedł na stronę i zwymiotował. Po głowie kołatały mu się nieskładne i niewesołe myśli. Zaczynał dostrzegać pochopność swoich poczynań. Poszedł za Idą, porzucając termin i wygodne życie we Wroniej Twierdzy, naiwnie wierząc, że dziewczyna zakocha się w nim z biegiem czasu, że pobiorą się i zbudują w Krańcu Therga dom, że będą mieli gromadkę dzieci, psa, krowę i owocowy sad. Tymczasem pszczelarka traktowała go w najlepszym razie jak ramię do wypłakiwania się, a i nawet tego skąpiła mu odkąd poznała Tassiana.
Piekarczyk jęknął, porażony własną głupotą i klapnął na ziemi. Czuł, że już nie wstanie. Zresztą, po co? I tak nie czeka go już nic, poza zeżarciem przez ogry lub zabiciem przez dzikich.
Wszystko skończone.
Zaaferowana rozmową z kapitan Ida zupełnie nie zwróciła uwagi na Tycjana, co mogło potwierdzać ponure wnioski chłopaka. Mogło, ale wcale nie musiało. Ostatecznie kac występował na własne życzenie cierpiącego i nie zagrażał życiu, a młoda i ciekawa świata dziewczyna miała do oglądania w nowym miejscu rzeczy dużo ciekawsze niźli rzygającego po krzakach chłopa. Przekonana przez Tassiana i Baliana zeszłego wieczoru, że Dratwa istotnie ich okradł, teraz zaniepokoiła się na wieść, że Braxanin przebywa w osadzie. Nie wtrącała się jednak w rozmowę na ten temat, przebierając już nogami, by czym prędzej odwiedzić lokalnego kolegę po fachu.
Pojęliśmy — odpowiedziała Amelia, choć zdawała sobie sprawę, że pojąć to jedno, a zastosować się — coś zupełnie innego. Ale Dratwa nie był jej problemem i nie zamierzała wtrącać się w jego rozwiązywanie. — Dzięki za gościnę, pani kapitan.
Proponuję posilić się nim przejdziemy do czegokolwiek innego — zwróciła się do swych towarzyszy. — To była długa droga.
Menko głodny — oznajmił Karok, potwierdzając stanowisko handlarki względem priorytetów na najbliższe godziny.
Ilość słów: 0
To, co widzisz, co się zdaObrazekjak sen we śnie jeno trwa.

Asteral von Carlina
Awatar użytkownika
Posty: 132
Rejestracja: 25 lis 2021, 9:05
Miano: Asteral von Carlina
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Asteral von Carlina » 23 lut 2022, 19:00

Tego się spodziewali- smętnych twarzy, rezygnacji i totalnego szamba; a więc ciężko było mówić o rozczarowaniu. W Morionie dawno zgasł płomień nadziei, co było widać w każdym jego geście, ruchu czy słowie, choć na większość pytań po prostu odburkiwał lub po prostu ignorował rozmówcę, trzymając się porzekadła, że mowa jest srebrem, a milczenie złotem. A jak każdy Karok cenił sobie drogocenne kruszce. Więc kolejne złe wieści, nie mogły nic zmienić w jego nastawieniu do życia. Ich los dawno został zapisany na kartach historii, które teraz ktoś odczytywał z szyderczym uśmiechem na twarzy, ktoś kto na ironię, zwać się mógłby bajarzem.
Posępnie wlokąc jedną nogę za drugą, jakby od niechcenia, wprowadził w ruch swoje grubo ciosane ciało, aby bezmyślnie za sugestią jednego z towarzyszy podążyć do baraków, gdzie czekał na nich ciepły, choć mizerny posiłek. Niezależnie co by mu podali, pewnie przełknąłby to z tą samą bez wyrazu miną, nic przy tym nie mówiąc. Uczestniczył w życiu społeczności na uboczu, co raz bardziej zapadając się w sobie.
W zupełnie odmienny sposób reagowała Borghilda, w której rozniecał się pożar emocji, a którego nie sposób byłoby utopić hektolitrami łez, ani żadną najbardziej okrutną wieścią. Nie potrzebowała żadnego wsparcia, aby ruszyć na ogry i stoczyć z nimi starcie, a każda żywa dusza, mogła być tylko środkiem do realizacji swojego celu- uratowania lub pomszczenia syna.
Ale no właśnie… gdzie jej nieprawdopodobne historie, cięte riposty, pokrzykiwania, sprośne dowcipy, pogwizdywanie i skrzeczenie irytującej papugi, która przeważnie musiała mieć ostatnie słowo. Gdzie to jazgotliwe i wilgotne „kurwa mać”, nim Limbo (jak zwała się papuga) siadła na ramieniu rudowłosej kobiety, a które prawdopodobnie było osobliwą formą przywitania. Nim reszta zdążyła się spostrzec Varnorki nie było między nimi, bo ruszyła w głąb „osady”.
Ilość słów: 0

Arbalest
Awatar użytkownika
Posty: 150
Rejestracja: 01 sty 2022, 21:49
Miano: Issaen Hiseerosh, zwana Istką
Zdrowie: niewyspana, gojące się lewe ramię (zabandażowane)
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Arbalest » 25 lut 2022, 12:39

Jasne, jako słońce. — odrzekł Varnor na monolog kapitan, nie okazując przy tym żadnych konkretnych emocji. Może poza czymś z pogranicza konwencjonalnej apatii. — Poróżnilim się trochę z owym jegomościem. Parę rzeczy moich towarzyszy zginęło. Ale skoro tak stawiacie sprawę to najwyższy czas zakopać topór wojenny. — posłał spojrzenie dwóm drużynom, które to opowiedziały się za bezwarunkowym wyrzuceniem Dratwy z grupy. Słowami tymi chciał również upewnić Roswithę, że nie dojdzie do rękoczynów, które nie tylko dla Tassiana i spółki, ale nawet i dla niego samego mogły skończyć się marnie. Dratwa mógł być winny. Ba, pewnie i był — uzmysłowił sobie z czasem. Ale jakie miało to teraz znaczenie, skoro i tak byli w dupie? — Pewien jestem, że reszta też sobie to do serca weźmie. Widać jego bogowie zdecydowali, że jeszcze im się przyda. Nie nam to osądzać.
I w tym temacie nie powiedział już nic więcej. Ani miłosnymi rozterkami Tycjana, ani stałym milczeniem Moriona (to zresztą było jak najnormalniejsze zachowanie w jego przypadku), ani nawet obawami Idy zdawał się nie przejmować. Na dobrą sprawę nawet nie dostrzegł zachowania swoich towarzyszy, zamiast tego przyklejając się za to do Borg, doskonale wiedząc o czym kobieta myśli.
Znajdziemy go. To silny chłopak, nic mu nie będzie. Jeśli już od nich nie uciekł i właśnie tu nie biegnie. — starał się niezgrabnie pocieszyć partnerkę tymi nędznymi słowami otuchy. Klepnął ją w to ramię na którym nie siedziało to przeklęte ptaszysko, do którego była tak przywiązana. Zrozumiał, że kobieta nie ma prawdopodobnie ochoty na rozmowę, więc gdy oddalała się w stronę wioski, rzucił jeszcze tylko na odchodne:
Jak odetchniesz to znajdź mnie w karczmie. Omówimy co zrobić, żeby uratować resztę. Choćbyśmy mieli to zrobić sami.
I tam właśnie planował się udać. Po tym jak tylko zostawi swoje graty przy swoim nowym legowisku w baraku i wrzuci coś na ząb. Bowiem podobnie jak Menko — Vagen był zwyczajnie głodny, nawet jeśli na ten stan rzeczy nie zwykł narzekać.
Ilość słów: 0

Vespera
Awatar użytkownika
Posty: 100
Rejestracja: 07 cze 2021, 15:44
Miano: Elspeth Favres
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Vespera » 26 lut 2022, 0:11

Wieści o najazdach Dzikich były z pewnością fatalne, ale konieczność opuszczenia osady nie zdruzgotała jeszcze do reszty dzielnej czwórki, którą przecież już uprzednio doświadczało życie. Wszak połączył ich wspólnik mianownik – zaczęli wyprawę z niczym, tedy literalnie niczego nie stracili, nie otrzymując ziemi obiecanej na Krańcu Therga. Pozostawał tylko jeden drobny detal do zrealizowania – przeżyć.
Na dobitkę zaraz znów wypłynęła sprawa Dratwy, która niezmiennie ich rozsierdzała. Łotr nie miał nawet na tyle przyzwoitości, by dać się zeżreć ogrom i zwyczajnie nie pojawiać się więcej na ich drodze. Słysząc miano oprycha, niewiasty z drużyny jawnie zareagowały skrzywionymi ustami i nosami. Balian spojrzał znacząco najpierw na Trakthora, a potem na Rdeścika, tej ostatniej posyłając wymowny uśmiech. Komitywa na straży sprawiedliwości może i musiała przejść na jakiś czas do podziemia, ale na pewno nie kończyła swej działalności.
Tassian natomiast patrzył na perorującego Vagena z pogardą, wzrastającą w miarę wygłaszania kolejnych farmazonów przez jurnego spaślaka. Szczyt hipokryzji stanowiła forma mnoga „poróżnilim się” w ustach kogoś, kto najzacieklej bronił podłego homo trium literarum, a kwintesencję niedorzeczności – określenie „decyzją bogów” racjonalnego wyroku kompanii, by wygnać szkodzącego społeczności przestępcę. Jako oświecony ateista, wyznawca jedynej słusznej filozofii Lucentum, Nydysjanin gardził podobnym zabobonem. Nie sabotował jednak słów Vagena, gdyż służyły ich celowi, jakim było przekonanie kapitan o nieszkodliwości nowoprzybyłych. Zamiast tego rzekł tylko Idzie, żeby się nie obawiała Dratwy, bo w razie potrzeby on, Tassian, zawsze chętnie jej potowarzyszy. Dla jej bezpieczeństwa naturalnie.
To jest niepojęte — mruknęła Eliana do Solveig, słysząc tenże komentarz.
Prawda? — zaniepokoiła się Varnorka, która patrzyła właśnie na Tycjana i uznała, że przyjaciółka kwituje w tym momencie jego stan. A z czystej sympatii do nieporadnego rudzielca chciała go uchronić przed czymś, co jej lud uznawał za całkowitą kompromitację męskości. — Zróbmy coś z nim.
Dwie wiedźmy stanęły tedy nad upadkiem Tycjana, akcydentalnie nie dosłownym (jak to miał w zwyczaju), lecz psychicznym.
To jeszcze nie koniec świata, to tylko Kraniec Therga – rzekła doń Solveig z uśmiechem.
Ale niektórzy nazywają go także „kacem”. A od niego jeszcze nikt nie umarł – dodała rybaczka.
Chodź, jak zjesz coś ciepłego zrobi ci się lepiej. – Solveig po raz kolejny wyciągnęła pomocną dłoń do Tycjana. — Lepiej, żeby inni nie widzieli cię w tym stanie.
Grupa rychło podchwyciła inicjatywę Amelii i wyruszyła do gospody spożyć posiłek. W jego trakcie Tassian zasugerował całej kompanii, by po określonym czasie spotkali się wszyscy celem ustalenia dalszego planu działania. A do czasu narady– jego własna drużyna planowała się rozdzielić, każdy bowiem miał do zrealizowania pomniejsze działania.
Ilość słów: 0
Nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie.

Bajarz
Awatar użytkownika
Posty: 88
Rejestracja: 29 lis 2018, 11:18

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Bajarz » 27 lut 2022, 22:51

Cała hulajpartia jednomyślną decyzją postanowiła rozstasować się w „Borsuku” — jedynym przybytku we wiosce służącym za gospodę i w pełni zasługującego na to określenie. Wpuszczeni za wybrakowaną palisadę, podążyli w głąb osady. Mijając otoczony niewielkim wyrębem barak, czyli miejscowe „koszary” milicji ich oczom ukazał się nieco mniejszy, za to solidniejszy i murowany jednopiętrowy dom ze składem beczek na tyłach oraz dymiącym biało kominem. Od frontu prezentował się jak prawdziwa karczma — schludnie, jasno i już z daleka zachęcająco pachnąc jadłem. Miał nawet malowany szyld (wyobrażający patronujące karczmie zwierzę) powiewający na wietrze, choć trzymając się na jednym tylko łańcuchu.
Wnętrze było ciasne choć przytulne, rustykalne, skromne i schludne jednocześnie. Krótki szynkwas z nieociosanego, skamieniałego drzewa wyznaczał linię podziału kwatery na dwie części, którymi było zaplecze gospodarzy z paleniskiem, kuchnią i schodami na piętro oraz tę wydzieloną dla gości. Ta druga potęgowała wrażenie przytulności. Inaczej niż w wielkomiejskich tawernach, stoły znalazły się tylko cztery i tylko dwa razy więcej zydli, z czego dwa były już zajęte przez jedynych o tej porze gości gospody — dwóch autochtonów w skórzanych kubrakach z kołczanami na plecach dopijających piwo.
Obydwaj autochtoni, widząc pakującą się do wnętrza szesnastkę, przyspieszyli dopijanie, by ustąpić im miejsca i powitać ich gościnnie, choć niewylewnie. Nie byli ludźmi wielu słów, byli ludźmi puszczy — respektującymi ciszę i szczędzącymi zbędnej mowy tym, którzy wyglądali na strudzonych, spragnionych ciepłej sprawy i odrobiny odpoczynku. Nadto zaś wiedzieli, że wnet gospodarze sami rozpytają ich o wszystko. Oni sami zajęli tedy stojące miejsca przy szynkwasie w oczekiwaniu na gospodarzy.
Gospodarzami „Mosiężnego Borsuka” było małżeństwo Kiyana i Imildy — para dojrzałego wieku, mająca za sobą co najmniej kryształowe gody. On — niewysoki, wąsaty mąż o długich, ciemnych, choć posiwiałych na skroniach i noszonych luźno włosach. Poważnego wejrzenia i charakteru, istne zaprzeczenie stereotypu jowialnego oberżysty. Ona — przerastająca go o głowę postawna niewiasta, małomówna i o bystrym wejrzeniu, sprawiająca wrażenie obrotnej i wszędobylskiej.
Witajcie w Krańcu. I w „Mosiężnym Borsuku” — przywitał ich właściciel, szczerze rad ich obecności, choć jego twarz pozostała niewzruszona. — Imilda wnet poda wam jadło, a ja doniosę wam siedzisk. Siedniecie sobie, bo pewnoście zmęczeni.
Zgodnie z obietnicą i bez czekania na powtórzone dyspozycje Roswithy, jadło i napitek zagościły na stołach drużyny, a obiecane dodatkowe krzesła wokół stołów. Gospodę wypełniał teraz tłumek, jakiego od dawna nie pamiętano, chyba że przy okazji jakiegoś większego święta czy popijawy na zwieńczenie żniw.
Małżeństwo właścicieli spragnione wieści równie mocno co nasi bohaterowie strawy nie strzymało jednak długo. Dając im czas na nasycenie się kilkoma łykami gorącej polewki z omastą, dali pardon ciekawości, która popchnęła ich do indagowania. Pytali kolejno o losy pozostałych członków karawany, o zapasy, które nie dotarły do miejsca przeznaczenia, a nade wszystko o ogrowy napad, którego niedoszłymi ofiarami padli.
Prawda to — upewnił się poważnym głosem ponury i przejęty zarazem Kiyan, obserwując twarze zasiadających za stołami przybyszów. — Że z całej karawany przeżyliście tylko wy?
Wkrótce po podaniu jadła dołączyła do nich Borghilda, którą również, nie mitrężąc, podjęto jadłem i gościną. Niedługi czas potem, drzwi od gospody uchyliły się po raz wtóry, wpuszczając do środka wysoką postać w skórzanym ubraniu — wnioskując z detali stroju — jednego z tutejszych, który skierował swoje kroki w kierunku szynkwasu pomiędzy przyglądających mu się ciekawie myśliwych zajętych słuchaniem relacji bohaterów.
Co dla ciebie… — zaczęła stojąca za szynkwasem Imilda, taksując przybysza z nie mniejszym zainteresowaniem. — ...kimkolwiek jesteś. Bo nie widziałam cię tu wcześniej.
Kiyan, łypnąwszy koso przez ramie ku kontuarowi, obrócił się z powrotem do bohaterów.
Macie gdzie spać? Dopóty się nie ochędożycie i nie odetchniecie, dozwolę wam mieszkać na kwaterach na piętrze. Prawie darmo, policzę jeno za wikt.


Jakiś czas później

Kapitan Roswitha wyszła na zewnątrz, zatrzymując się przed barakiem. Jej spojrzenie zabłądziło gdzieś w dal, w kierunku górskich szczytów i rozciągającego się nad nimi chmurnego, szarobłękitnego nieba. Jej twarz nie zdradzała niczego poza zmęczeniem. Było to zmęczenie z rodzaju tych, które nie brały się z braku snu, a których nie leczył najdłuższy nawet wywczas.
Dzicy najeżdżają naszą wioskę. Karawana zostaje rozbita przez ogry. Ocalali, którzy nie zdążyli spędzić tu jednego dnia, mordują naszego eldormana. — Kobieta oderwała spojrzenie od chmurnych szczytów horyzontów, przenosząc go na zebraną pod barakiem grupę przybyszów. — To tyle, jeśli chodzi o naszą przyszłość w tym miejscu. Gwiezdna Pani ma widno pilniejsze sprawy na głowie, skoro odwróciła swój wzrok od Krańca Therga. A może nigdy tutaj nie sięgał?
Powinnam zamknąć dla przykładu jeszcze kilkoro z was — podjęła swój monolog, kierując go ku sprawom bieżącym i przyziemnym. — Albo wychłostać ku pokrzepieniu morale, jak doradzali mi niektórzy. Niestety, po sprawiedliwości, w którą wciąż wierzę, nijak mi to uczynić. Wiem, że reszta nie miała z tym nic wspólnego. Na część miałam już oko przy palisadzie, za resztę mi poręczono.
Incydent z Morionem i kilofem zgodnie ze wszelkimi oczekiwaniami dał początek oskarżeniom i ogólnej atmosferze wrogości, która z oczywistych względów skrupiła się na nowoprzybyłych. To, że rzecz nie zakończyła się samosądem, zawdzięczali kilku głosom prawdy i rozsądku, które zdążyły rozejść się po tłumie dość szybko, zanim ten zdołał je zakrzyczeć. Jak na ironię, większą część tłuszczy skrzykniętej pod „Borsuka” stanowili górnicy, koledzy po fachu zabójcy.
Jako jeden z pierwszych poręczył więc pszczelarz Teo, a dostarczone przez niego alibi pokrywało się z wersją zielarzy, którzy mieli sposobność rozpowszechnić ją natychmiast, gdyż z rychło pokazało się, że z czaszki Kiyana nie ma co zbierać. Niespodziewanym sojusznikiem okazał się faktor Hugon, który skwapliwie zaręczył o niewinności swoich „nowych klientów”. Ostatecznym i wiążącym dowodem była jednak relacja łowczego Olova, który potwierdził, że obecni podczas tragedii w „Borsuku” współtowarzysze Karoka próbowali przemówić do rozsądku i powstrzymać, wliczając w to osobę i wysiłki pewnego śliskiego i tykowatego typka w kapturze, po którym spodziewano się zgoła samych problemów.
Dlatego właśnie teraz, przesłuchawszy, puszczam was wolno. Z dobrą radą, byście nie nadużywali tej wolności, bardziej niż to konieczne. — Kapitan skinęła ku swoim „chłopcom”, to jest obserwującej ich pro forma trójki uzbrojonych strażników, którzy z wyraźną ulgą przeszli do „spocznij”. — Wasz towarzysz zostanie w areszcie do jutra, wyrok w jego sprawie wyda wieczorny wiec. Na waszym miejscu nie liczyłabym na pardon. Ani nie próbowała niczego głupiego.
Wzrok Roswithy powiedział im jeszcze więcej niż popierający go mimowolny gest oparcia przez nią dłoni na rękojeści miecza. Doprowadzenie porażonego stuporem po morderczym szale Karoka Moriona do aresztu było dla czterech podejmujących się zadania milicjantów i jednego łowczego zadaniem dostatecznie stresującym, by nie chcieli powtarzać podobnego hazardu w najbliższej przyszłości.
Idźcie w pokoju. Postarajcie się nie rzucać przy tym w oczy, lecz zanim to zrobicie… — Roswitha poczyniła krok do przodu, występując naprzeciw zgromadzonej w okolicy czternastki. — Wiem, że nie doliczyliście się jeden z waszych. Rudowłosa kobieta z północy — wytatuowana i z dziwnymi cieniami pod oczami. Rozmawiałam z nią krótko przed jej zniknięciem i wydawała się zdesperowana. Na tyle, że opowiadała mi o planach samotnej wyprawy w kierunku kamiennego kolosa na południu. Myślę, że powinniście to wiedzieć.
Ilość słów: 0

Juno
Awatar użytkownika
Posty: 487
Rejestracja: 23 gru 2018, 17:44
Miano: Morgana Mavelle
Zdrowie: Suchotnica
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Juno » 09 mar 2022, 11:28

Amelia, którą ominęło mordowanie eldormana, dotarła pod gospodę tylko dlatego, że w chacie zielarzy napotkała nie ich, lecz swego druha. Blady jak kacze gówno Tycjan streścił handlarce całe zajście w kilku rozlatujących się słowach, po czym dźwignął się z gleby z jej pomocą i wspólnie ruszyli na miejsce zdarzenia.
Handlarka, choć zwykle stoicka i spokojna, miała bardzo nieciekawą minę, a kącik oka drgał jej jak opętany, odejmując kolejne punkty w rankingu piękności, w którym i tak nie plasowała się za wysoko. Słuchała kapitan w ponurym milczeniu.
Oderwany od rąbania drewna Menko zaś stał opodal i patrzył. Trudno było stwierdzić, czy pojmował, co właśnie zaszło i czy miał na ten temat jakieś zdanie. Morion był jego krajanem, jednak albinos nie przejawiał specjalnej troski losem karokskiego górnika ani w ogóle faktem, że doszło do brutalnego i zupełnie kuriozalnego morderstwa.
Ida chlipała, ponownie w ramię Tycjana, który znalazł się akurat opodal. Chłopak zdawał się ignorować zarówno fakt, że jego niedoszła żona znów używa go jako chusteczki do nosa, jak i to, że w ogóle tam jest. Zmaltretowany kacem, wizją przyszłości tudzież jej brakiem i coraz gorszym obrotem spraw uległ najwyraźniej głębokiej dysocjacji.
Żadne z nich nie dyskutowało z Roswithą.
Amelia, gdyby ktoś w zaistniałej sytuacji w ogóle pokwapił się obserwować akurat ją, wyglądała na spiętą. Ewidentnie na coś czekała, a gdy kapitan oddaliła się, zostawiając ich kompanię samą sobie, okazało się, że właśnie na to. Było jasnym, że należy omówić sytuację i gdy wreszcie do tego doszło, być może w obozowisku na skraju osady, które zdecydowali się założyć Trakthor, Jobst i bliźniaczki, Amelia przeszła od razu do rzeczy.
Borghilda nie żyje — powiedziała i spojrzała na Vagena, jakby chciała go tym spojrzeniem uspokoić albo może okiełznać. — Przykro mi. Znalazłam ją w chacie archeologa. Nadal tam jest, razem z papugą. Wyglądało, jakby szukała czegoś konkretnego… Znała tego człowieka?
Pod szafą była skrytka zabezpieczona pułapką — podjęła, niezależnie od tego, jak i czy w ogóle Vagen jej odpowiedział. — Musiała zwolnić mechanizm, zginęła prawdopodobnie od trucizny. W środku było to.
Handlarka wyjęła z wypchanej torby żółtą szatę z kapturem, na której wyszyty był symbol przywodzący na myśl godło bądź monetę oraz butelkę, od której zalatywało apteczną nutą.
Natomiast Dzika, która pracuje jako rymarka, nie była rozmowna, a jej pomocnicy wyglądali na zastraszonych. Według niej atakujący wioskę chcą po prostu siać zniszczenie i śmierć. Na pytanie o statuę zaczęła przestrzegać, by tam nie iść, ale brzmiało to jak groźba. Mówiła, że to miejsce to śmierć i szaleństwo. Draoidhea, tak to chyba nazwała. Mówi ci to coś? — zapytała, patrząc na Jobsta.
Ilość słów: 0
To, co widzisz, co się zdaObrazekjak sen we śnie jeno trwa.

Arbalest
Awatar użytkownika
Posty: 150
Rejestracja: 01 sty 2022, 21:49
Miano: Issaen Hiseerosh, zwana Istką
Zdrowie: niewyspana, gojące się lewe ramię (zabandażowane)
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Arbalest » 09 mar 2022, 12:51

Dratwa, ewidentnie, nie był zadowolony z całokształtu obrotu spraw. „Aresztowano” go już po raz drugi tego samego dnia, i to właśnie wtedy kiedy — jak na ironię — usilnie starał się nie naruszać litery prawa ze względu na ostatnie wydarzenia. A przy wydarzeniach dni ostatnich — i tak wydawało mu się, że czerpał ze źródełka szczęścia aż nadto, osuszając je z każdym kolejnym fartem, gdy wydawałoby się, że zaraz będzie trupem. Niemniej to był całokształt, a było przecież jeszcze tu i teraz. Na szczęście w dużej mierze nie dotyczące jego samego. Bo to nie jego będą wieszać. Nie dziś, jeszcze nie, nawet jeśli był skazany na egzystencję ze świadomymi ofiarami dokonanej przez niego kradzieży w jednej wiosce, przynajmniej na ten czas.
Gdy więc kapitan przędła swój monolog, nie odezwał się ani słowem, bo i nie było takiej potrzeby. Powiedział co wiedział już na przesłuchaniu i nawet nie miał powodu, żeby kłamać, bo los morderczego Karoka obchodził go tyle co śnieg zeszłego roku, mimo że znał go chyba jakieś dwa tygodnie i jechali jednak na jednym wozie większość trasy. Zawczasu za to zajął strategiczne miejsce gdzieś pomiędzy — jak ciągle mu się wydawało — neutralnymi wobec niego Vagenem i Amelią, by tego wszystkie wysłuchać i mieć święty spokój.
Podobnie cierpliwe stanowisko wobec tego wszystkiego objął również Varnor, a to głównie dlatego, że dobrze rozumiał pozycję kapitan, starającą się zapewnić w tej beczce prochu jakiś porządek. Ta dobrze wiedziała gdzie był gdy mord się dokonywał, więc i pytań nie było wiele, a na wszystkie mężczyzna starał się odpowiedzieć zgodnie ze swoją wiedzą. I prawdą. Zabójstwo wstrząsnęło nim niewiele, bo i sam za młodu śmierci się naoglądał. Tknęło go, jeśli już, to, że sprawcą był jego — od jakichś dwóch tygodni — towarzysz niedoli, a przynajmniej do niedawna był gotów tak go nazwać. Chciał jeszcze z nim porozmawiać nim dokona się oczywiste, zrozumieć jego motywy. I być może spełnić jakieś jego ostatnie prośby, jeśli nie byłyby one zbyt wielkie i nie kolidowały z jego interesami. Morderca czy nie — jego rodzina zasługiwałaby, żeby wiedzieć.
Kwestię Moriona przyćmiło jednak szybko to co usłyszał na temat Borghildy i jej nieobecności, która dotychczas umknęła jego uwadze.
Ta rudowłosa... wyruszyła już? Wiadomo wam coś, żeby wybyła z wioski, Pani? Gdzie ją ostatnio widzieliście? Może ktoś z waszych ludzi widział...? — spytał żywo, niemal zbyt żywo jak na człowieka którego zdążyli do tej pory poznać.
Niezależnie od odpowiedzi kapitan musiał dowiedzieć się więcej. Podążył więc za drużyną, widząc jedynie kątem oka jak Dratwa odchodzi gdzieś w kierunku baraku, najpewniej by w końcu zmrużyć oko. Ale to była tylko spekulacja.
Dopiero w skleconym naprędce obozowisku, Amelia wyjawiła mu prawdę. Obserwować mogła jak twarz Varnora staje się jeszcze bledsza, jak z każdym słowem szok i niedowierzanie wpełzały w jego lico.
C-co... co to znaczy, że nie żyje...? CO TO ZNACZY, ŻE NIE ŻYJE?! JAK?! — wydarł się, niemal kompletnie tracąc nad sobą kontrolę — spojrzenie handlarki nie pomogło ani krztynę. Szczęście tylko sprawiło, że został na miejscu dość długo, by kobieta wyjaśniła mu to co udało jej się do tej pory odkryć, zarówno w kwestii znaleziska jak i podejrzanej rymarki.
A potem pobiegł w stronę chaty archeologa, nie tracąc więcej czasu.
Ilość słów: 0

Michu
Awatar użytkownika
Posty: 14
Rejestracja: 28 lis 2021, 12:52
Miano: Voron
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Zew Pustkowi

Post autor: Michu » 09 mar 2022, 21:47

Drużynie traktorsko-jobstowo-bliźniaczej zdawało się, że ostatnie wydarzenia były tak popierdolone jak sen schizofrenika. Wpierw burda, potem trupy, a teraz kolejne zwłoki, wrzaski, lamenty, dziwne butelki i szaty. Zupełnie jakby znaleźli się nie tylko na samiutkim Krańcu Therga, ale dotarli do granicy swego skromnego pojmowania, gdzie znajdował się wielki wodospad gnojówki, belghethy używały go jako ślizgawki, a cały ten burdel podtrzymywał na swojej skorupie dementywny żółw.

Jobst poczekał więc z rewelacjami aż do momentu, w którym Vagen wypruł w stronę chaty archeologa. Za cholerę nie ufał Wielkiemu Obrońcy Złodzieja i nie poczytywał go za członka drużyny (a raczej za członka zupełnie innego rodzaju).
— Draoidhea znaczy "czarostwo" — odpowiedział Amelii, a następnie przeniósł spojrzenie na Firletkę i Baliana.
— Nie będziemy spać na gołej ziemi. Widzieliście w składzie coś bardziej przydatnego do obozowania niż durnostoje przecudnej urody i gustowne duperszwance?
Jasnowłosa uśmiechnęła się szerzej, przytaknąwszy krótko:
— Aha. Dziadyga nieźle sobie śpiewa za te fanty, ale jak zrobimy zrzutę, to powinno starczyć na kilka śpiworów i namiotów.

Srebro błysnęło w dłoniach, bo na niemą prośbę siostry od razu przystała Rdest, po czym dyskretnie porozumiała się z resztą, by zebrać skromną dolę od każdego, kto chciałby wesprzeć wydatek na rzecz przyzwoitego obozowania. Ta chwila i tak musiała nadejść, prędzej czy później, bo przecież nie zostaliby w wiosce na zawsze. W dalszej kolejności, Rdest i Trakthor (oraz chętni do towarzystwa) udaliby się prosto do Hugona, by wyczyścić jego skład z namiotów i śpiworów, przy okazji próbując swojego szczęścia w targowaniu. Firletka i Jobst zostali z resztą, by ustalić plan działania tyczący się Borghildy.

Jobst wykorzystał też okazję, by zakręcić się przy Solveig, do której wpierw mrugnął okiem, a potem nachylił się nad nią tak, by tylko ona usłyszała jego słowa.
— Trzeba będzie się poprzytulać. Żeby nie tracić ciepła, oczywiście — zagadnął cicho tym swoim nieprzyzwoicie niskim tembrem głosu, który ściszony niemal do szeptu rozbrzmiewał w uszach przyjemnym wibrato.
Ilość słów: 0

Vespera
Awatar użytkownika
Posty: 100
Rejestracja: 07 cze 2021, 15:44
Miano: Elspeth Favres
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Vespera » 11 mar 2022, 23:42

Nie było w słowniku ludzi kulturalnych słów, które mogłyby dostatecznie obelżywie określić postępowanie Moriona. I całej reszty popapranej zgrai, która dołączyła do kompanii w późniejszym czasie i narobiła jej mnóstwo smrodu i gówna.
Pozostaje jeno wyrazić nam wdzięczność za sprawiedliwe względem nas postępowanie – podsumował smętnie wywód Roswithy Balian. – Przykro nam z powodu Kiyana, pani. Czy zbrodniarz sumitował się chociaż, czemu popełnił tak podły czyn? Postępek jego dalece wykracza poza nasze pojmowanie.
Żadne z nich nie miało nic więcej do dodania, tedy rychło potem udali się z resztą towarzyszy do nowego obozowiska, nie mogąc odżałować niespełnionego luksusu snu na siennikach w przytulnych barakach. Za to Amelia nie miała litości i owszem, dodała – tyle, że jeno więcej oliwy pod płonący stos ich parszywej sytuacji. I kiedy reszta zajęła się dywagowaniem o Borghildzie, zbiórkach i innych ważnych kwestiach dotyczących przetrwania, Tassian przejął od Amelii znaleziska z domu archeologa i bez słowa zajął się ich organoleptycznym badaniem.
Silna mieszanka ziołowa – orzekł wreszcie, powąchawszy jej zawartość. – Stosuje się ją przy usypianiu pacjentów operacji chirurgicznych. Zrobiona z roślin naturalnych i rosnących dziko, występujących także tutaj. Robota nie amatora, ale człowieka biegłego w sztuce alchemicznej – skonkludował. Jak dotąd spotkał w okolicy dwóch potencjalnych kandydatów, którzy mogliby wykonać substancję, ale ich umiejętności per se jeszcze o niczym nie świadczyły.
Oddając miksturę handlarce, jego wzrok na chwilę zatrzymał się na panu Chusteczce do Nosa, ale odpuścił metaforyczne smarkanie na niego, gdyż rudy już i tak wyglądał, jakby wysmarkał się sam w siebie.
Zwykła tkanina dobrej jakości – skomentował trzymaną przez siebie szatę. – Farbowana czystą, żółtą barwą, co kosztuje. Ten dziwny sigil w środku otacza albo pismo w języku, którego nikt z nas nie rozpoznaje, albo to po prostu wyszyte bazgroły, które nic nie znaczą. Wskazówka niewiele warta na ten moment.
Kiedy przybyliśmy do gospody, od początku coś było nie na miejscu – zakomunikował sucho grupie, oddając Amelii ostatni fant. – Coś trapiło gospodarzy, ale była to inna nerwowość niż po prostu strapienie z powodu przyniesionych wieści. Zdradzała ich mowa ciała i intensywność niektórych pytań na temat ataku przez ogry. Myślę, że przede wszystkim warto ustalić, gdzie się podziewał Morion przed atakiem. Wszakże po wyjściu z gospody zniknął na jakiś czas wszystkim z oczu. Być może w tym czasie wydarzyło się coś, co bezpośrednio sprowokowało go do rzucenia się na dziwnego gospodarza.
Nydysjanin zamilknął na chwilę, wdzięczny w duchu grupie Jobsta za błyskawiczne i praktyczne rozwiązanie kwestii dzisiejszego noclegu w czasie, w którym inni, włączając to jego samego, mielili tylko jęzorem.
Jeśli chcecie zabrać ciało Borghildy, dzisiejszy wieczorny wiec wydaje się najlepszą ku temu sposobnością, która odwraca od nas uwagę. Najważniejsi będą się naradzać, a reszta wioski zaaferowana jest przygotowaniami do pogrzebu. Przy okazji można przeszukać domostwo, tym razem nieco bardziej rozważnie – zasugerował, chociaż najchętniej po prostu z rana wyniósłby się z tej przeklętej wioski i miał serdecznie w rzyci ostańce, domy archeologa i świrów rozbijających czaszki kilofami.
Och, ależ naturalnie. Nie wolno odmawiać ciepła potrzebującemu w trudnych warunkach – odrzekła łowczemu w tym samym czasie z filuternym uśmiechem Solveig, która niezbyt uważnie słuchała tego całego gadania, najwyraźniej amory z Jobstem plasując wyżej na liście priorytetów niż jakieś tajemnicze kocopoły z wioski przeklętej przez fatum.
Ilość słów: 0
Nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie.

Odpowiedz
meble kuchenne na wymiar cennik warszawa kraków wrocław