Zew Pustkowi

Obrazek

„Chcę znowu widzieć gwiazdy nad traktem, chcę gwizdać wśród nocy balladę Jaskra. I pragnę walki, tańca z mieczem, pragnę ryzyka, pragnę rozkoszy, jaką daje zwycięstwo.”


Bajarz
Awatar użytkownika
Posty: 82
Rejestracja: 29 lis 2018, 11:18

Zew Pustkowi

Post autor: Bajarz » 28 lis 2021, 0:08

Obrazek

Rok później.




Zakapturzona postać odchyliła się na oparciu. Przenikliwe wejrzenie jej oczu zatrzymało się po drugiej stronie stołu, na zastygłym w służalczym półukłonie informatorze.

Nie karm mnie — zaczęła z niezadowoleniem, uderzając upierścienioną dłonią w spoczywający przed nią rulon z raportem. - Wczorajszymi plotkami. Słyszałem o incydencie w gospodzie i ich przybyciu do miasta. Ja chcę wiedzieć kim są naprawdę. Skąd przyszli. A nade wszystko jakież to przeklęte fata przywiodły ich do zawiązania tego kuriozalnego aliansu, abym wiedział jak go rozwiązać!



Karawana — twór złożony z dziesiątek głów, setek członków — ludzkich i zwierzęcych oraz terkocących wehikułów, na pozór olbrzymiego, lecz niezmordowanego robaka przesuwa się ślamazarnie przez wyżynę, zostawiając za sobą popioły wygaszanych na postojach ognisk.
Iglaste szczyty sosen od wielu mil powtarzają się na tle szarobłękitnego nieba. Droga, a raczej świeżo wytyczona ścieżynka wiedzie na południe, wijąc między omszałymi głazami oraz kosodrzewinami stanowiącymi forpocztę otaczającego ich boru. Na horyzoncie, ponad ostrymi koronami, wznoszą się porośnięte skąpą roślinnością wzgórza oraz wyrastający nad nie kamienny kształt, nazbyt smukły i regularny, aby móc uchodzić za dzieło natury. Każda kolejna przebyta staja czyniła go wyraźniejszym, ujawniając w nim gargantuiczną, choć niekompletną sylwetkę humanoidalnego zarysu, jawiącą się owocem iście cyklopowego wysiłku i prawiecznego zamiaru.
„Relikt zamierzchłej ery” — tak oto skwitował dostrzeżone w oddali zjawisko podróżujący z karawaną Gilchrist, uczony z Północnych Wrót. Gilchrist, lubiący uchodzić za wszechwiedzącego, nie popisał się wiedzą — tu, na odludziu z dala od cywilizacji, wszystko mogło okazać się reliktem zamierzchłej ery.
Karawana przemierza bór. Gdzieś wysoko, w konarach, kukułka powtarza swoją piosnkę. Gdzieś nieco bliżej, dzięcioł wybija jej werbel. Zaraz obok, na lewo od kierunku wędrówki, szemrze niewielki strumień zaznaczony brzegiem usypanym z jasnych, drobnych kamyczków. Kawałek w dół zmierzającego na północ nurtu przechodził w malowniczą siklawę wpadającą do górskiego jeziora. Nieco ponad kwadrans temu zakończyliście tam krótki popas, zażywszy nieco wywczasu dla napełniania manierek i napojenia koni.
Radzi i orzeźwieni, ruszyliście w dalszą drogę. Wozy podskakiwały na wybojach, przy wtórze podzwaniającego dobytku, parskań, odgłosów kopyt i skrzypu obracających się piast. Woźnice klęli i pogwizdywali. Pasażerowie próbowali zabijać czas na różne sposoby, poczynając od snu, przez picie, a na hazardzie kończąc, ale w obecnych warunkach żadne narzędzie zbrodni nie było dosyć skutecznym. Matki zajęte były rwącymi się do strumienia smarkaczami, nieliczna eskorta karawany pod przewodnictwem jadącego na czele Trenta — wpatrywaniem w dal i powstrzymywaniem się od ziewania. Na samym końcu, objuczeni nie gorzej niż dotrzymujące im tempa muły, marudzili tragarze. Kilku najwytrwalszych marudziło z pieśnią na ustach.







Dwóch synów matuś miała,
Jeden słynął z mądrości
A drugi, co był głupi
Popłynął do Brax i otworzył bajzel

Ti ru la li li la la

Ti ru la li li la la

I otworzył bajzel




Jechali, mijając strzeliste pnie świerków i sosen. Pnie i krzaki. Pnie i krzaki. Omszały głaz i zaskoczonego świstaka. Świstaka umykającego między pnie i krzaki. Kolejny głaz, bez świstaka. Pnie i krzaki. Pnie i krzaki. Monstrualną, prawie trzymetrową sylwetkę o kynocefalnie wydłużonej, bezwłosnej czaszce uzbrojoną w wielgachną, ćwiekowaną maczugę. Oniemiałą ze zgrozy, pobladłą jak wapno twarz wysuniętego najdalej na prawo strażnika karawany.

Dalej poszło szybko.


Trafiony maczugą strażnik zostaje zmieciony z siodła. Jego koń, spłoszony i porzucony, tańczy w miejscu — krótko, bo zaraz zostaje obalony drugim uderzeniem w łeb o sile małego tarana. Spomiędzy pni i krzaków, prosto na karawanę pędzi cała banda długorękich olbrzymów zbrojna w maczugi i wydająca z siebie bojowe okrzyki na przemian z rechotem. Stwory te, z grubsza człowieczej postury i z cienka człowieczej inteligencji, w narzeczu Dzikich nosiły nazwę belgheth. Midlandczycy zwykli zwać je po prostu ogrami.
Zasadzka! Alaaarm! — wydziera się nieodkrywczo Roggio, jeden ze strażników karawany, usiłując osadzić w miejscu panikującego wierzchowca i opanować rozgrywające się wkoło pandemonium. Jeden z belgheth, przez Midlandczyków zwanych po prostu ogrami, rozłupuje mu czaszkę niby dojrzałego harbuza, zanim Roggio nabierze tchu do kolejnego krzyku.
Ogryyy! Ogryyy! — wrzeszczy któryś z tragarzy z tyłu, wzorem pozostałych, porzucając dobytek i szukając ocalenia w rozpierzchnięciu się na wszystkie strony. Ogrowa noga spada mu na plecy, przyciska do ściółki przy wtórze trzasku żeber, rozdeptuje jak robaka.
Jeden z wozów próbujący umknąć poza zasięg napastników, wpada wprost pod obalające się na ścieżkę drzewo. Sosna wali się na burtę wehikułu, impet wysadza wozaka z kozła przy chmurze drzazg. Jeden z olbrzymów ściąga sobie z wehikułu małego rozszczekanego kundla na antypast — odgryza mu głowę, by natychmiast wypluć pod nogi przeraźliwie wrzeszczącej kobiety, nadaremnie próbującej odnaleźć swoje dziecko w całym zaistniałym zamieszaniu.
Belgheth! W dyrdy, rengi! W dyrdy, rudy kąsku! Nie oglądaj się! — Kha’ra, podróżująca z karawaną Dzika, za sprawą niepokoju swego kociego towarzysza Vuka jako jedna z pierwszych przeczuła nadchodzące zagrożenie, celowo trzymając się z tyłu i blisko nurtu strumienia. Gdy się zaczęło, bez namysłu pociągnęła za sobą Tycjana w kierunku rzeki. Tycjan pociągnął Idę, Ida ciotkę Ryksę i summa summarum w szóstkę skąpali się w chłodnym i rześkim nurcie. W szóstkę, bo pomysłowi z ucieczką przez wodę radzi-nieradzi byli również poważna i ciemnowłosa Amelia oraz postawny Karok Menko, jak niemal każdy Karok — siwy, choć jeszcze niestary. Górska rzeczka okazała się głębsza i bardziej zdradliwa niż jawiła się widzianą z brzegu. Pomimo ich starań i kotłowań i najrozpaczliwszych wysiłków, nurt pociągnął ich za sobą, daleko od brzegu i miejsca zasadzki, ratując im życia. Summa summarum czworgu z nich, bo po locie wodospadem i uderzeniu z bez mała z pięćdziesięciu metrów w taflę górskiego jeziora, tylko tyle ich zostało. Przemoczonych, dyszących i gramolących się na brzeg. Ciotka Ryksa nie wypłynęła. Kha’ra, pomysłodawczyni ucieczki postradała życie, niefortunnie rozbijając się na jednej ze skał pod siklawą.
Sucze syny! Pokraki! Kurwa wasza mać jebana! — Trent, przewodnik nad karawaną, jako ostatni żywy z tylnej straży, bronił się niby lew, do ostatniego szypu. A kiedy nie stało szypów, raz po raz wypuszczanych z łuku na ogrzych napastników, otoczony przez dwóch olbrzymów, w przypływie wściekłości i straceńczej odwagi dobył długiego, podróżnego noża. Do samego końca, to jest swojego, próbował oganiać się nim bestii, póki zasypany gradem maczug, nie poległ na ściółce, bez choćby jednej całej kości w ciele. Jedyne co po nim zostało, to jego żona Hilda, schwytana w sieć niby rak u brzegu i przewieszona przez ogrowe ramię, oddaliła się porwana przez jednego z napastników, wrzeszcząc wniebogłosy. Bohaterstwo Trenta nie poszło jednak całkiem na marne. Opór jego oraz jego świty kupił nieco czasu i drogę odwrotu sześciu innym osobom: Tytusowi, Hektorowi, Szóstemu,Słowikowi, Fumarowi i Alyssie. Niemal zabijając się o własne nogi i nie oglądając się za siebie pomimo dolatujących ich krzyków, pobiegli i przestali biec dopiero wówczas, gdy zabrakło im tchu, zaszyli się głębiej w borze i zorientowali się, że już nikt ich nie goni. A także w tym, że Fumar i Alyssa odłączyli się od nich podczas ucieczki i jeden Wodon raczył widzieć, gdzie mogli się teraz podziewać.
Nie ruszajcie się. Choćby nie wiem co — w samym sercu pobojowiska, w które atak ogrów zmienił środkowy szereg karawany, nie miało prawa być nikogo żywego. Świeża posoka poiła usłaną rozlicznymi ciałami oraz porozbijanym dobytkiem ziemię. Martwe końskie truchła stygły tu pospołu z ludzkimi. „Ani drgnijcie” przykazał trojgu innych ocalałych czarnowłosy Nydysyjczyk Tassian, kiedy za jego przykładem padli na ziemię, by uczynić się na pozór martwych dla ogrów, którzy po przypuszczeniu ataku zajęli się wyłapywaniem z pola masakry ostatnich żywych. Nie drgnęła Solveig, chociaż jeden z olbrzymów omal jej nie nadepnął, przestępując obok. Nie poruszyła się krwawowłosa Eliana, spoczywająca twarzą w kałuży prawdziwej krwi. Bez fałszu grał nieboszczyka imć Balian, choć tuż obok niego, godząc w niebo zeszklonym wzrokiem, zimna i martwa leżała Naylei, żona jego druha Dunstana. Gdzież były teraz jej drwinki, jej morały i małżeńskie gderania, którymi zawsze wieńczyła ich wspólne popijawy? Nie miały wrócić już nigdy. Cała zastygła w tanatozie czwórka żywiła wspólną nadzieję, że to samo będzie tyczyło się również i ogrów.
Męstwo ma postać rozmaitą i tę zasadniczą właściwość, że wymaga odpowiedniego czasu, by mogło się prawdziwie objawić. Trudno było o lepszy czas niźli obecny, w którym wyjątkowo wielki, a przynajmniej wyjątkiem paskudny ogr szykował się właśnie do urwania głowy równemu chłopu Jobstowi, a zaraz potem kilku Argonie ducha winnym smarkaczom kryjącym się pod przewróconym wozem. Ogrowi, jako starej i ciemnej bestii z gór, nie było widać dane słyszeć o pewnej starej, lecz niezmiennej prawdzie brzmiącej „lepiej nie wkurwiać Trakthora”. Trakthor, chłopisko krzepkiej budowy, z natury cierpliwe, doprowadzone do ostateczności, chwyciwszy ułamany dyszel od wozu, powtórnie złamało go ogrowi na niekształtnym łbie. I to tak, że ogrzysko zmuszone było dać sobie krótką przerwę do namysłu, by zrewaluować swoje dotychczasowe życiowe wybory. Lub przyjść do przytomności tudzież otrząsnąć z konfuzji, że coś odeń niższego mogło dysponować podobną krzepą. Wykorzystując czas, Jobst złapawszy chyba ostatniego ocalałego na pobojowisku konia, ładując się na jego grzbiet wraz z druhem, ruszyli galopem w kierunku, z którego przyszli wraz z karawaną. Ucieczka nie potrwała długo — okulawione zwierzę wywiodło ich poza zasięg masakry, zmuszając by skryli się w chaszczach i kosodrzewinach, w których zastali także ukrywające się bliźniaczki Rdeścik i Firletkę, będące niedawnymi świadkami porwania przez ogry ich ojca Horsta oraz kobiety, która wedle opisu mogła być wyłącznie znaną Trakthorowi Isobel.
Ilość słów: 0

Bajarz
Awatar użytkownika
Posty: 82
Rejestracja: 29 lis 2018, 11:18

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Bajarz » 16 mar 2022, 19:57

Zmierzch przyszedł szybko, pozwalając drużynie na wcielenie w czyn podjętych wcześniej zamysłów. Po rozbiciu obozowiska w zagajniku na północny wschód od osady troje spośród nich zakradło się do chaty archeologa, aby odzyskać ciało Borghildy. Niedługi czas po tym, zwłoki poddane oględzinom przez drużynowego biegłego, spłonęły pod gołym niebem w oddaleniu od obozu. Kremacji Dugonii towarzyszyły różne okoliczności — od nienaturalnych, mających odebrać spokój tym, którzy układali jej stos, po konfliktowe, skutkujące bijatyką i banicją kochanka denatki, woźnicy Vagena.
Nie był to koniec osobliwych zdarzeń, którym świadkowała dzisiejsza noc nad Krańcem Therga. Ale o tym mieli przekonać się dopiero nazajutrz.
Poczucie bycia obserwowanymi zbudziło ich jeszcze zanim zrobił to chłód poranka oraz koszmary, które dręczyły tych, których zeszłej nocy owiał dym stosu Borghildy. Wylegając z namiotów i ciepłych kokonów śpiworów na szary świt zorientowali się, że nie byli sami.
W sumie jedenaście osób otaczało szerokim kręgiem popioły wczorajszego ogniska. Sześć z nich było członkami wioskowej milicji w kolczym rynsztunku. Stali nieruchomo, w równych odstępach, z obnażonymi, lecz opuszczonymi swobodnie mieczami, taksując otoczenie biwaku. Za ich plecami czekało czterech innych, nieumundurowanych, zbrojnych w kosy i motyki wioskowych o ponurych wejrzeniach, przestępujących nerwowo z nogi na nogę.
Jedenastą z nich była znana im już kapitan Roswitha z Krańca Therga. Wysunięta na czoło, z dłonią opartą na głowicy obciążającego pas miecza, z podniesioną głową, przeszywająca spojrzeniem pierwsze rozbudzone czupryny, które wychyliły się spod płacht.
Wychodzić powoli, ręce z dala od broni. — przywitała ich głosem zimniejszym niż powietrze wokół, wejrzeniem beznamiętnym jak niebo nad ich głowami. — Odpowiadacie na moje pytania.
Na początek — zaczęła, poprawiając pozycję lekkim rozkrokiem. — Co robiliście wczorajszej nocy i co robi zwęglony szkielet w zagajniku na północ od waszego obozowiska. Gdzie jest gruby wozak i wytatuowana Varnorka.
Ale przede wszystkim. — Głos kobiety, choć daleki od krzyku, odbił się echem pośród otaczających obóz drzew. — Gdzie, do kurwy nędzy, jest morderca Kiyana i ten cholerny Braxanin!
Kurwy nędzy! — podłapał skrzekliwie Limbo z gałęzi pobliskiej sosny, zmartwychwstały po wczorajszym kamiennym śnie.
Ilość słów: 0

Vespera
Awatar użytkownika
Posty: 94
Rejestracja: 07 cze 2021, 15:44
Miano: Elspeth Favres
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Vespera » 20 mar 2022, 0:36

W razie, gdyby jeszcze nie dość nadojadły się drużynie wszelkie sensacje minionej nocy, zła passa postanowiła znów dać im popalić – i to bynajmniej nie kolejnych nieboszczyków. Jakby czytając w ich umęczonych umysłach zamiar, ażeby z samego rana opuścić przeklęte miejsce, przekorne fatum zamyśliło ten koncept uniemożliwić tuż przed jego realizacją.
Jako pierwszy klarowność myślenia w porannym zaspaniu odzyskał Tassian, jako że to jego najmocniej zapiekła wewnętrznie gorycz ironii losu. Nie po to nawiał przed imperialnym Ordo Malefactus, żeby go teraz aresztowała jakaś wioskowa milicja na jakimś zapomnianym przez cywilizację Krańcu Świata bądź Therga, innymi słowy – skończonym zadupiu. Gramoląc się z namiotu, pociągnął za sobą Idę, której rzucił kilka słów na uspokojenie, mniej więcej coś o tym, żeby się nie martwiła i że wszystko będzie dobrze. Ostatnim, czego teraz potrzebował, był płacz dziewczyny i pomocne ramię tej rudej fajtłapy, które za każdym razem w tego typu sytuacjach znajdowało się irytująco blisko pszczelarki.
Dzień dobry, pani kapitan — przywitał się wpierw chłodno Tassian, skoro komitet powitalny nie raczył wykazać się pierwszy podstawowymi zasadami kultury. — To pytania nie do nas, ale do wspomnianego Braxanina — odpowiedział zimno Roswicie, głosem tak opanowanym, jak gdyby chodziło o wyjaśnienie nieporozumienia związanego z niepoprawnym wydaniem reszty przez handlarza w trakcie zakupów. Bynajmniej nie dlatego, że bagatelizował sprawę i powagę zarzutów. Po prostu był Nydysjaninem, zatem przesadzone emocjonalne reakcje uwłaczały jego godności. — Z wioski znikają wymienione osoby, podczas gdy inni nowo przybyli śpią spokojnie na terenie osady. Fakt, że tylko tamci nawiali świadczy o tym, że to oni mają coś na sumieniu, nie my.
Pani, ostrzegaliśmy przed niejakim Dratwą — podłapał zapalczywie Balian, który miał za sobą wyjątkowo fatalną noc pełną koszmarów i wciąż słyszał w środku te przerażające szepty, na myśl których aż kurczył się w środku. — Prosiliśmy, byście nie wypuszczali go z aresztu. Jest to człowiek niebezpieczny i pozbawiony moralności, od początku przybycia trzymaliśmy się od niego z daleka. Nie zdziwiłbym się, gdyby to on odpowiadał za uwolnienie mordercy Kiyana.
Vagen od początku zadawał się z Dratwą. Jako jedyny bronił go przed wymierzeniem kary za kradzież, której dokonał rzezimiech. Opowiadaliśmy wam przecież, że cała czwórka dołączyła do nas później i nigdy nie uważaliśmy, by należała do drużyny. Oni wszyscy byli w jednej wielkiej komitywie — podkreśliła kąśliwie Eliana, zakładając ręce na piersi. — Kiedy Karok zaatakował Kiyana, rzuciliśmy się, by ratować karczmarza. Dlaczego niby teraz mielibyśmy pomagać jemu albo jego wspólnikom w ucieczce? To przecież nie my odpowiadamy za pilnowanie baraków, w których był aresztowany, ale doświadczeni zbrojni.
Co? Morderca uciekł?! — rzuciła nieprzytomnie Solveig, gdyż autentycznie nie rozumiała, co się dzieje, jako że nie miała żadnej wiedzy na temat nocnych wydarzeń. Teraz jednak emanowała świętym oburzeniem, gdyż spędziła pierwszą tak upojną noc od śmierci swojego męża i miała lepsze plany na ten poranek, jak choćby podgrzanie Jobstowi i sobie śniadania, niż tłumaczenie się jakiejś głupiej milicji z rzeczy, których nie zrobiła. — Ruszajmy go ścigać, na pewno nie zdążyli uciec daleko od osady! — powiedziała z wściekłością, szarpiąc łowczego za ramię w geście: „Jobst, zrób coś!”.
Ilość słów: 0
Nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie.

Michu
Awatar użytkownika
Posty: 14
Rejestracja: 28 lis 2021, 12:52
Miano: Voron
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Michu » 20 mar 2022, 19:15

Jako pierwszy z sennego kokonu wylęgł się Jobst. Ledwie zdążył odkaszlnąć poranną flegmę, ledwie dorzucił do ognia, obudził i wysłał bliźniaczki do strumienia po wodę i dopiero co sprawdził, czy Solveig przypadkiem nie zmarzła, liźnięta porannym jęzorem chłodu, gdy zza płachty namiotu dobiegł go jakże orzeźwiający, zimny głos Jaśnie Kapitan. Jak na sygnał wylazł więc na zewnątrz, mrucząc pod nosem coś na kształt „nosz ja pierdolę, zostawić ten bajzel samopas ledwie na chwilę„. W odróżnieniu od Nydysjanina, Dzikiego trafił jasny szlag.
— Jak to „co robiliście"? Odpoczywaliśmy, jak normalni ludzie. Pytanie CO WY ROBILIŚCIE, skoro to wam spierdolił więzień?! — dorzucił swoje trzy grosze do wyjaśnień Tassiana, mierząc każdą autochtońską mordę z osobna, by bez specjalnego zaproszenia mogli skąpać się w jego ognistym, autentycznym wkurwie i oburzeniu. Naraz jednak rozpogodził się, czując szarpnięcie za ramię.
— Nie denerwuj się, Złotko, mam wszystko pod kontrolą — dodał uspokajającą słodyczą, choć jobstowe spojrzenie nadal lśniło żywą wściekłością. Po broń nie sięgnął, zerknął tylko kontrolnie na ledwo przytomnego Trakthora, który w tej chwili krzyżował ramiona na szerokiej piersi i unosił jedną brew, w milczeniu czekając na wyjaśnienia wioskowych przygłupów.
Ilość słów: 0

Juno
Awatar użytkownika
Posty: 474
Rejestracja: 23 gru 2018, 17:44
Miano: Morgana Mavelle
Zdrowie: Suchotnica
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Juno » 20 mar 2022, 22:27

Ale co się dzieje? — chciała wiedzieć Ida, nie dając zbyć się uspokajającymi formułkami. — Co się stało?
Mimo że była lekko oszołomiona nagłym wybudzeniem, długi sen dobrze jej zrobił, bo nie zapowiadało się, by miała histeryzować czy płakać. Gdy Tassian przejął na siebie ciężar wyjaśniania dziwnej sytuacji, pszczelarka ciekawsko kukała zza jego ramienia, próbując doprowadzić do ładu rozczochrane włosy.
Spokojnie, po co te nerwy? — wtrąciła Amelia, wychynąwszy z namiotu, z którego dobiegało chrapanie rudego fajtłapy. Zdawała się zwracać zarówno do kapitan, jak i do swoich towarzyszy. Zaostrzanie konfliktu, nawet przy wyrównanych szansach, nie leżało w interesie żadnej z grup. — Przecież gdybyśmy mieli z tym coś wspólnego, już by nas tu nie było. Nie jesteśmy głupcami.
W momencie, gdy handlarka skończyła mówić, z krzaków wylazł Menko, skończywszy coś zgoła innego, choć wedle wszelkich znaków na niebie i ziemi — z równie gównianym skutkiem.
Menko stworzył potwora — oznajmił poważnie albinos, próbując podciągnąć gacie jedną ręką, bo w drugiej ściskał drąga. — Teraz głodny.
Ilość słów: 0
To, co widzisz, co się zdaObrazekjak sen we śnie jeno trwa.

Bajarz
Awatar użytkownika
Posty: 82
Rejestracja: 29 lis 2018, 11:18

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Bajarz » 10 kwie 2022, 1:26

Odpowiadacie na moje pytania, nie na odwrót. Zdecyduję, czy zasłużyliście na wzajemność. — Roswitha ucięła zasypującą ją lawinę pytań, dygresji i wątpliwości, skinąwszy najbliższym podkomendnych oraz wskazując im szałasy drużyny. Pozostałe straże, włącznie ze zmobilizowanymi wioskowymi, otaczały obozowisko szerokim półkolem. Zaciskające się na orężu dłonie, wespół z szurającymi po ściółce stopami zdradzały zniecierpliwienie. Nieruchome poza rozbieganymi oczami twarze — nieładne i pochopne myśli.
Przeszukać namioty. Dryblik do mnie. — zaordynowała, przywołując stojącego po jej prawicy strażnika, który nie dołączył do przepatrujących, a zaraz potem wskazując Amelię, Baliana i Jobsta. — A wy za mną. Do zagajnika.
Wypowiadając słowa ostatniego polecenia, odczytali z jej twarzy wyraźną sugestię. Nieme pytanie, zalążek porozumienia przeczący początkowemu i pozorowanemu wzburzeniu.
Nie mając lepszego wyboru — poszli. Roswitha na czele prowadziła ich raźnym, żołnierskim krokiem, poza zasięg uszu i oczu pozostałych w trzebionym obozowisku osób. Milczący i żwawy pochód zamykał milicjant Dryblik, z kołyszącym się u pasa mieczem i zsuwającym się na oczy szyszaku.
Zatrzymali się przy kupie popiołów pozostałej z Borghildy po wczorajszym całopaleniu. Roswitha zabluźniła szkaradnie, widząc ją z daleka. Widząc ją z bliska, zabluźniła jeszcze szkaradniej. Milicjant Dryblik sekundował jej siarczystym splunięciem na mokrą od rosy ściółkę.
Jedynym, co w tej chwili dzieli was od samosądu mieszkańców Krańca, jest moja skromna osoba — zaczęła bez ogródek i ku ich zaskoczeniu — od czegoś innego niż kwestia spalonych zwłok, w których obecności rozmawiali. — Tedy w interesie waszych własnych gardeł jest, abyście zaoferowali mi szczerość. I zachowali dla siebie, to co za chwilę wam powiem.
Kobieta zmilczała przez chwilę, spoglądając na całą trójkę poważnie. Las wokół nich odezwał się odległymi trelami budzącego się do życia ptactwa. Poranna szaruga, wciąż niesyta promieniami rozbudzonego słońca przypominała o sobie grającym na odsłoniętej skórze chłodem. Dryblik chuchał w dłonie, bluźniąc cicho pod nosem. Kapitan mówiła.
Wczorajszej nocy, podczas mojej warty, Braxanin, przed którym przestrzegaliście mnie po przybyciu, przybiegł do mnie zziajany, twierdząc, że został napadnięty w kwaterach górniczych, gdzie nocował. Nielegalnie, po tym jak dostał się do środka bez wiedzy i zgody naszej sztygarki. Udawał głupiego, tłumacząc się nieznajomością prawa, więc uznałam to za włamanie i aresztowałam. I na tym by się skończyło, ALE...
Dzisiejszego ranka — kontynuowała opowieść, przechadzając się z wolna tam i z powrotem. — Zastałam dwie puste cele. Jego i mordercy Kiyana. A także moich strażników, śniętych jak ryby po przymrozku i bez pamięci. Podobnie jak wielu mieszkańcom, przeszło mi przez myśl, że maczaliście w tym palce. Ale moi wartownicy donieśli mi o ognisku wypatrzonym z daleka. Nadto, relacja owego Dratwy była dziurawa i nie trzymała się kupy. Ktoś pomógł mu się dostać do kwater górniczych zeszłego wieczora. Pomimo tego, że został tam zaatakowany, zataił to przede mną. Wręcz dopraszał, ażebym go zamknęła. Razem z Astorią, sztygarką, przeprowadziłyśmy własne dochodzenie. Ale o tym zaraz.

Roswitha stanęła w miejscu, zatrzymała przed trójką, poprawiając obciążony bronią pas, przyglądając się każdemu z osobna.
Wciąż nie jestem pewna czy mogę wam zaufać. Zadra ze złodziejem i luki w jego zeznaniach przemawiają na waszą korzyść. Na razie. Wioska nie podziela moich wątpliwości. Upatrują w was źródła wszystkich problemów, które dziwnym trafem zbiegły się z waszym pojawieniem się u nas. — Przekąs rozbrzmiał w jej głosie, jej wargi skrzywiły się pod wpływem tych słów. — Wiem, że macie pośród siebie ludzi, którzy pomogliby mi odnaleźć odpowiedzi. Specjalistów, którzy przyjrzeliby się dowodom. Nie muszę wam tłumaczyć jak bardzo to teraz w waszym interesie. Jestem skłonna obdzielić was zaufaniem, ale zanim to zrobię, muszę wiedzieć. Bezwzględnie i wszystko. Co robiliście wczoraj, kiedy moi ludzie zauważyli ogień z wieżyczki. Kto kręcił się wczoraj nocą po wiosce. I w końcu, na czyj zagrzebany w popiele szkielet właśnie patrzę.
Ilość słów: 0

Juno
Awatar użytkownika
Posty: 474
Rejestracja: 23 gru 2018, 17:44
Miano: Morgana Mavelle
Zdrowie: Suchotnica
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Juno » 16 kwie 2022, 15:12

Kiedy w piątkę dotarli do zagajnika, Amelia również miała ochotę splunąć na widok sczerniałego szkieletu, na poły zagrzebanego we wciąż lekko dymiącym popiele. Nie zrobiła tego jednak, prawdopodobnie przez wzgląd na bogów. Pożegnawszy Borg gestem wyznawców Baala (dotknięcia czoła i ust skrzyżowanymi palcami wskazującym i serdecznym lewej dłoni), obrzuciła uważnym spojrzeniem otoczenie, w skupieniu słuchając kapitan.
To Borghilda — powiedziała, gdy Roswitha skończyła swój monolog. Nie było sensu kłamać, a po minach Baliana i Jobsta handlarka widziała, że byli tego samego zdania. — Ta, która chciała ratować syna z łap ogrów. Była u waszego archeologa. Nie wiemy, czego tam szukała, ale wiemy, co znalazła. Zabraliśmy ją stamtąd w nocy i pochowaliśmy zgodnie ze zwyczajem jej ludu. Być może było to pochopne działanie, ale sama widzisz, że i bez informowania cię o tym incydencie, jesteśmy, gdzie jesteśmy. Nie ufacie nam. Cokolwiek zrobimy, będzie to w waszych oczach podejrzane.
Amelia wzruszyła ramionami. Wiedziała, że nie pozwolą im odejść inaczej niż w objęcia Baala. Nie teraz, kiedy byli ich jedyną szansą na wygodnego kozła ofiarnego. Bo coś działo się w tej wiosce, coś bardzo niedobrego. I mieszkańcy Therga wiedzieli o tym równie dobrze, jak przyjezdni. Pozostawało pytanie, czy autochtoni chcieli problem rozwiązać, czy tylko zamieść go na chwilę pod dywan, do czego powieszenie kilku obcych świetnie się nadawało.
Ilość słów: 0
To, co widzisz, co się zdaObrazekjak sen we śnie jeno trwa.

Michu
Awatar użytkownika
Posty: 14
Rejestracja: 28 lis 2021, 12:52
Miano: Voron
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Michu » 16 kwie 2022, 16:12

Im dalej w zagajnik, tym Jobst był... spokojniejszy. Stopniowo odzyskiwał też parszywy humorek, więc na samym wstępnie swych wyjaśnień nie darował pani kapitan drobnej uszczypliwości:
— Od początku przestrzegaliśmy was przed Braxaninem, to teraz nie płaczcie, że cały ten dym jest naszą robotą — mruknął, przeciągnąwszy wnętrzem dłoni po zmęczonym obliczu.
Wzdrygnął się, gdy zobaczyli w końcu szczątki Borghildy. I jakim skurwiałym pacanem Jobst by nie był, tak zamilkł na dłuższą chwilę i pochylił głowę, by oddać honory i szacunek zmarłej.
— A co ja robiłem wczoraj wieczorem? — podjął dopiero wtedy, gdy Amelia skończyła przemawiać i wzruszyła ramionami. Westchnął, próbując zapanować nad tym, by rozanielony uśmiech nie wpełzł w kąciki ust podczas przywoływania miłego wspomnienia.
— Powiem szczerze i wprost — przeruchałem zadymę, szanowna pani kapitan. Aż mi w kolanie strzykło... — wzruszył ramionami zupełnie tak jak jego przedmówczyni i skinął na Baliana, by towarzysz swoją wersją wydarzeń postawił kropkę nad „i”.
Ilość słów: 0

Vespera
Awatar użytkownika
Posty: 94
Rejestracja: 07 cze 2021, 15:44
Miano: Elspeth Favres
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Vespera » 16 kwie 2022, 22:40

Tak, Jobst, akurat to, co robiłeś wczoraj, są w stanie potwierdzić wszyscy, włączając w to samych mieszkańców wioski, gdyż oni zapewne również wysłuchali waszego nocnego koncertu z namiotu miłości — Balian zaświadczył o prawdziwości wersji wydarzeń łowczego, nie mogąc przy tym powstrzymać się od przytyku. Inni złośliwi rzekliby, że ani chybi powiedział tak z zazdrości, iż sam nie spędził ostatniej nocy na miłosnych podbojach. Mieliby w tym nieco racji, gdyż gorzelnik zdecydowanie wolałby pamiętać czyjś biust i pośladki zamiast upiornych szeptów towarzyszących spalaniu zwłok. Jego zmizerniała aparycja mówiła na temat doświadczeń ostatnich godzin więcej niż tysiąc podlanych okowitą słów.
Żałujemy, ale zabrakło nam czasu i możliwości na godniejszy pochówek — podjął po chwili, patrząc zasępionym wzrokiem na eksczłowieka o imieniu Borghilda. — Wszystkie słowa Amelii są prawdziwe, pani, i w obecnych okolicznościach sądzimy, że lepiej dla nas byłoby natychmiast opuścić tę wioskę. Skoro jednak wy macie inny ogląd na tę sprawę... Owszem, pomożemy wam rozwikłać tę tajemnicę, ale do tego konieczna jest wasza pełna współpraca — podkreślił bez cienia arogancji czy butności.
A zatem, czy w Krańcu Therga działy się ostatnimi czasy jakieś niepokojące i nadnaturalne rzeczy? Co ustaliło wasze i Astorii dochodzenie?
Ilość słów: 0
Nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie.

Bajarz
Awatar użytkownika
Posty: 82
Rejestracja: 29 lis 2018, 11:18

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Bajarz » 22 kwie 2022, 14:17

Czyli była u Atala — Roswitha zwróciła się do Amelii. Ignorując pozostałe szczegóły jej opowieści, z miejsca przeszła do najistotniejszego pytania. — Co znalazła w jego chacie?
Ten wasz Braxanin jest śliski jak gówno w majonezie — skwitowała, kiedy Dziki przestał mówić, przyjmując jego alibi za dobrą monetę, przynajmniej na tyle, by nie prosić o szczegóły. — Nie ulega wątpliwości. Ale wczorajszego wieczora nie powiedział mi całej prawdy, nawet wtedy, kiedy ta świadczyła na jego korzyść.
Macie ją — przyrzekła krótko Balianowi, kiedy ten wspomniał o współpracy. — Mogę was ochronić pod pretekstem aresztu i zebrania dowodów. Nie zostawię jednak tej sprawy nierozwiązanej.
Kapitan rozluźniła się zauważalnie. Choć nadal stała twardo i nie wyzbywała się żołnierskich manieryzmów, na jej twarzy znać było więcej zainteresowania niźli napięcia. Stojący obok Dryblik spoczął, wodząc bystrymi oczami od Roswithy do członków drużyny.
Tu, z dala od aglomeracji, nietrudno o niepokojące i nadnaturalne wydarzenia. Zgony i zaginięcia jeszcze przed najazdem Dzikich były dla nas normą. Liczyliśmy się z tym, gdzie przyjdzie nam żyć, tedy nie byliśmy szczególnie podejrzliwi wobec incydentów. Ale teraz, po niedawnym ataku na wioskę i śmierci Kiyana, mieszkańcy zachowują się dziwnie. Są spokojni.
Kapitan poczyniła krótką pauzę, pozwalającą wybrzmieć jej słowom i dając sobie chwilę na wyłapanie reakcji słuchaczy.
Zrozumcie mnie dobrze. Osadnicy to twardzi, zahartowani ludzie. Rozumieją sytuację, w której się znaleźli. Bez ludzi ani zapasów nie utrzymamy sioła, jednak wielu nadal nie chce słyszeć o wyjeździe. Zamierzają tu zostać i żyć jak dotychczas. Nie pojmuję tej pewności, bo wiem, że nie jest powodowana ignorancją ani sentymentem za tym miejscem.
Razem z Astorią znaleźliśmy trzech winnych. — podjęła wątek dochodzenia przeprowadzonego w górniczej społeczności. Nazywają się Gielo, Ziga i Manek i są kopaczami. Wszyscy trzej idą w zaparte i powtarzają tę samą historię o tym, że wczorajszej nocy usłyszeli hałas w jednej z komór na sprzęt i poszli go sprawdzić. Znaleźli Braxanina, który napadł ich z nożem, ciął Gielo, pozostałych wywrócił i puścił się szczupakiem w kierunku baraków. Rozpytując pozostałych, dowiedzieliśmy się jednak, że zarówno Gielo jak Ziga byli widziani z nim wcześniej. Grali razem w kości, a później, niedługo przed zmierzchem rozmawiali, prawdopodobnie ubijali jakiś szemrany interes. Jeden z górników twierdzi, że sami przemycili go do środka. Ślady wskazują, że w miejscu, w którym go zdybali, ktoś wcześniej przeniósł zapasową pryczę i próbował nieudolnie schować.
Rudokopy są podzieleni — wtrącił się milczący od dłuższego czasu Dryblik. — Część nich milczy i kryje kompanów. Jakby Astoria nie zrobiła im koło rzyci, pewnie nie wiedzielibym nawet i tego.
Ilość słów: 0

Bajarz
Awatar użytkownika
Posty: 82
Rejestracja: 29 lis 2018, 11:18

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Bajarz » 17 lip 2022, 19:20

Część druga: Relikt


Stwór, latający strażnik reliktu, skonał w milczeniu i bezruchu. Niby pozbawiona sprawczości lalkarza kukła, legł w rzadkiej trawie u stóp gigantycznego posągu, naznaczony wgnieceniami po licznych uderzeniach. Teraz był niczym więcej niż kupą metalowego żelastwa ze schnącą na szponach krwią, bierną i niezdolną zagrozić im w żaden sposób.
Kawałek dalej, zwiotczała i blada jak odsączony twaróg leżała pierwsza i jedyna ofiara maszkarona — jasnowłosa i ciemnooka szabrowniczka Rdest, którą od siostry Firletki odróżniało ją wyłącznie znamię na brodzie a teraz również jej obecny stan. Wianek przyjaciół z drużyny otacza ją żałobnie, z wyjątkiem aptekarza Tassiana stojącego nad pokonanym konstruktem. Choć Nydysjanin był człowiekiem wykształconym, jego wiedza na niewiele zdała mu się przy nekroskopii, bo stwór — wedle wszelkich prawideł konwencjonalnej nauki — nie miał prawa wzbić się w powietrze ani w ogóle zaistnieć w ekosystemie na drodze ewolucji. Do życia musiała powołać go magia. Kto wie, czy nie równie stara, co sam relikt, choć metal (przy oględzinach z bliska nabierał coraz większego przekonania, że jest to miedź), nie nosił śladów upływu wieków. Wyłącznie wgnieceń zadanych ich bronią oraz mniejszych, zapewne wcześniejszych rys pozbawionych większego znaczenia. Szturchnięty miotłą przed dołączającego do oględzin Karoka wyda z siebie dźwięczny, metaliczny odgłos, ale nic poza tym. Obok aptekarza i zamiatacza, truchłu istoty przygląda się zza ich pleców zalękniony i małomówny Manek, ze zgrozą badając ostre szpony, w które konstrukt został wyposażony przez swojego twórcę lub jakowąś inną siłę, która powołała go do tej parodii życia.
Cisza składała się z ciężkiego milczenia przyjaciół, przetykanego szlochem i szeptaną modlitwą do Baala. Górująca nad zbiegowiskiem olbrzymia figura, zdawała się wyniośle odwracać oblicze od padołu i rozgrywającej się u jej stóp tragedii. Nie pierwszej ani nie ostatniej mającej jeszcze nadejść w tym miejscu.
Na wzgórzach zerwał się wiatr. Wyczuwający zmianę ciśnienia oraz obserwujący ciemniejące niebo Jobst, mógł wieszczyć zbliżającą się słotę.
Ilość słów: 0

Juno
Awatar użytkownika
Posty: 474
Rejestracja: 23 gru 2018, 17:44
Miano: Morgana Mavelle
Zdrowie: Suchotnica
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Juno » 19 lip 2022, 13:29

... i niechaj Kruki powiodą jej duszę do krainy swego Pana. — Amelia zgarnęła kciukiem odrobinę ziemi i wyrysowała na czole zmarłej symbol Baala. Następnie wyjęła z kieszeni potarganego płaszcza garść ziaren i włożyła jedno z nich w usta dziewczyny. — Bezpiecznej drogi, siostro.
Handlarka wstała z kolan, pozostawiając Rdeścik w otoczeniu tych, którzy byli jej najbliżsi i łagodnym gestem zgarnęła ze sobą pochlipującą Idę. Stojący nieopodal Tycjan wyglądał na oszołomionego, na zmianę spoglądając na martwą dziewczynę i „martwego” stwora. Amelia i jego zabrała na stronę.
Dajmy im trochę czasu — powiedziała, wycierając ręce z krwi i ziemi o połę płaszcza. — Dobry cios — pochwaliła piekarczyka, klepnąwszy go po plecach, po czym zbliżyła się do kupy złomu, szturchanej miotłą i kłutej bystrym spojrzeniem Tassiana.
Sprawdzaliście w środku? Jakim cudem coś takiego unosiło się w powietrzu? Pomóżcie mi — zwróciła się do zebranych przy metalowym truchle, z zamiarem rozdziawienia paszczy i zajrzenia do wnętrza. Zboczenie zawodowe najwyraźniej nie wykluczało żadnego z tworzyw.
Menko ochotnie wziął się do rozbiorów, jakby chciał sobie wynagrodzić, że to nie jego cios powalił finalnie pokrakę. Zaparłszy się w ziemi piętami, napiął się, próbując otworzyć, a może i rozedrzeć miedzianą gardziel. Amelia w tym czasie starała się dojrzeć cokolwiek w jej głębi, nim zdecydowałaby się na ewentualną penetrację za pomocą ręki. Ida i Tycjan, z braku laku i trochę ze zdrożnej ciekawości, również zbliżyli się do potwora. Stając obok Manka, młodego górnika, obserwowali poczynania reszty.
Opończą i włosami pszczelarki jął targać silny wiatr, a niebo schmurzyło się złowieszczo. Rudy piekarczyk otoczył ramieniem towarzyszkę, ona zaś doń przylgnęła. Spojrzała chłopakowi w oczy z wdzięcznością, uśmiechnęła się i pociągnęła lekko w dół, by złożyć na jego ustach pocałunek. Tycjan poczuł naraz, że wyruszenie z karawaną było najlepszą decyzją w jego życiu.
Nawet jeśli miał zginąć przed nastaniem kolejnego świtu.
Ilość słów: 0
To, co widzisz, co się zdaObrazekjak sen we śnie jeno trwa.

Bajarz
Awatar użytkownika
Posty: 82
Rejestracja: 29 lis 2018, 11:18

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Bajarz » 24 lip 2022, 23:02

Amelia, z pomocą kilku innych członków drużyny przyłączyła się do oględzin. Szczęka stwora ustąpiła z metalicznym skrzypnięciem ukazując płytki, kończący się ślepym zwieńczeniem przełyk. Jakakolwiek plugawa siła, która wprawiła w ruch ów miedziany konstrukt, uczyniła to ze złośliwą przemyślnością. Szpony oraz kły stwora służyły mu do zabijania, ale nie zdobywania pożywienia. Mogły ranić i szarpać, były bronią i wyłącznie nią. Bronią zabójczą, o czym mieli okazję się niestety przekonać, opłaciwszy dotarcie do reliktu poświęceniem swojej przyjaciółki.
N-nie chcę być nieuprzejmy. — Ku wszelkiej ironii, nerwowy od dłuższego czasu Manek zdobył się na odwagę, żeby wyrazić na głos swoje obawy. — Ale ja b-bym nie zostawał tu długo na widoku. Kto wie, czy nie nadleci tu zaraz drugie co takiego…
Pozostali mogli podzielać obawy młodego kopacza przynajmniej częściowo. Przebywając u stóp statuy, wielu ze śmiałków czuło się dziwnie nieswojo i na widoku. Był to ten sam zalążek agorafobii, który pojawił się między nimi krótko po tym, kiedy podczas wędrówki otwartą równiną cudem udało im się wydrzeć Baliana ze szponów gryfa.
Ilość słów: 0

Juno
Awatar użytkownika
Posty: 474
Rejestracja: 23 gru 2018, 17:44
Miano: Morgana Mavelle
Zdrowie: Suchotnica
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Juno » 27 lip 2022, 15:04

Ma rację — poparła chłopaka Amelia. — Jesteśmy tu jak na widelcu. Trzeba zejść z widoku, może też zabrać ze sobą to żelastwo. Ukryć gdzieś w krzakach, żeby nie ściągało niepotrzebnej uwagi.
Menko sapnął i pokiwał odzianą w szyszak głową, jakby sam w głębi ducha mędrkował nad tematem. Tymczasem pod sklepieniem jego czaszki przemykały myśli zgoła odmienne, związane z przekonywaniem samego siebie, że gdyby potwora nie była latająca, pokonałby ją w try miga.
Pomogę przy pochówku — odezwała się cicho Ida i odłączyła się, by porozmawiać z pogrążonymi w smutku kompanami szabrowniczki.
Starała się delikatnie zachęcić ich do jak najszybszego działania. Niebo chmurzyło się coraz bardziej, przed nimi zaś czekało jeszcze zadanie wieczoru, do którego obecnie chyba nikomu się nie paliło. Wypadało tedy zażyć jeszcze odrobiny odpoczynku, nim pójdą w — być może ostatni — bój.
Tycjan patrzył rozmaślonym wzrokiem za pszczelarką, ale wnet się zmitygował, przewiany gwałtownym podmuchem, niechybnie zwiastującym ulewę. Przeszywający chłód otrzeźwił rudego, który zatknąwszy wałek za pas, przymierzył się do kupy złomu.
Menko sam — wyrwał się nagle Karok. — Tylko sznura trzeba.
Piekarczyk spojrzał powątpiewająco, ale nie kłócił się. Wzruszywszy ramionami, poszedł w kierunku opłakujących Rdeścik, by zapytać, czy ktoś posiada linę.
Amelia w tym czasie zbliżyła się do Tassiana i stanąwszy z nim ramię w ramię, zapatrzyła się w zgruchotane cudactwo.
Jeśli to ich dzieło — rzekła, mając na myśli tajemniczy kult, pleniący się na Krańcu Therga — nasze szanse w tym starciu właśnie drastycznie zmalały. Myślę, że szturm nie wchodzi w rachubę. Trzeba to rozegrać sprytnie, bo inaczej może zabraknąć rąk do usypania kurhanów. Masz jakiś pomysł?
Handlarka obserwowała i wyciągała wnioski. Z obserwacji Nydysjanina wyciągnęła taki, że medyk miał umysł ostry jak nóż chirurgiczny, którym zwykł kroić swoich pacjentów. Liczyła na to, że wspólnymi siłami zdołają opracować plan, który nie skończy się kompletnym fiaskiem.
Mamy tylko kilka masek, ale jest to wejście nad ziemią — dodała, odwracając wzrok w kierunku statuy. — Może jednak warto rozważyć wspinaczkę. Wzięlibyśmy ich w dwa ognie.
Ilość słów: 0
To, co widzisz, co się zdaObrazekjak sen we śnie jeno trwa.

Vespera
Awatar użytkownika
Posty: 94
Rejestracja: 07 cze 2021, 15:44
Miano: Elspeth Favres
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Vespera » 02 sie 2022, 1:18

Solveig właśnie wylewała morze łez w ramię Jobsta, a Balian obejmował pocieszająco Firletkę, kiedy Eliana odłączyła się od reszty i podeszła do Karoka, którego brak wylewności działał na nią w obliczu krytycznej sytuacji i emocjonalnych reakcji towarzyszy uspokajająco.
Nie ma sznura, Menko — podsumowała melancholijnie rybaczka. — Ale Trak i Jobst mają łańcuch, więc powinien też się nadać. Na pewno nie chcesz pomocy?
W tym czasie gorzelnik wspominał na głos krotochwilne usposobienie Rdeścika. Jej popisowy pościg z kuszą po lesie za perfidnym złodziejem. Świecenie „lepiej” lampą. „Pieczone ziemniaczki” podane woźnicy w sosie ripostowym. I wiele innych rzeczy, które przeciął wreszcie jak grom na niebie zimny rozsądek w zbliżającej się groźbie nawałnicy.
Zabierzmy ją stąd w jakieś ustronne miejsce, pochowajmy w ziemi i usypmy mały stosik z kamieni — powiedział martwym głosem Balian, a słysząca to Solveig szturchnęła Idę i Tycjana, by pomogli szukać kamieni. Sama Varnorka z kolei zaoferowała gorzelnikowi pomoc przy kopaniu. Choćby widłami i rękami.
Tassian natomiast wciąż spokojnie i bez słowa wpatrywał się w metaliczną kreaturę, jak gdyby jego oczy posiadały magiczne zdolności dokonywania autopsji, ignorując cały ten złowrogi anturaż, ponurą perspektywę wieczora, śmierć szabrowniczki i na końcu wreszcie tę cholerną Midlandkę skaczącą z kwiatka na kwiatek jak pszczoły, które z niezrozumiałego dlań powodu tak uwielbiała.
Spojrzał na Amelię dopiero, gdy skończyła mówić, nie ujawniając handlarce, że skrywa w sobie niezbyt przyjemną tajemnicę. Otóż Tassian nie miał żadnego dostatecznie dobrego pomysłu, ale nie mógł tego powiedzieć na głos, by nie podkopywać morale drużyny. Na szczęście albo nieszczęście, jak na rasowego Nydysjanina przystało, nie potrafił dobrze okazywać emocji w relacjach międzyludzkich, w związku z czym istniała jakaś szansa, że jego stan zwątpienia umknął Amelii.
Przede wszystkim zabezpieczmy się przed deszczem — zaczął jak zwykle logicznie, od początku. — W trakcie, kiedy reszta będzie naprędce organizować pochówek, Jobst mógłby znaleźć nam dobre miejsca, by ukryć się, rozproszyć i rozłożyć nad sobą płachty namiotów. Zaczekałbym do wieczora, część drużyny mogłaby wtedy wejść w maskach incognito z kultystami, a mała grupka zostałaby na zewnątrz. Ci pozostali zaczailiby się i zdobyli maski oraz szaty od zmierzających do posągu wyznawców, a następnie dołączyli do reszty w środku — aptekarz pozwolił sobie nie doprecyzowywać sposobu „pozyskania” owych rekwizytów. — Co do wspinaczki, zgadzam się z tobą, chociaż jest to obarczone sporym ryzykiem, bo nie mamy sznurów. Niektórzy z nas są jednak bardziej zręczni niż inni i mała grupa mogłaby dać radę nawet bez lin. Problem w tym, że musiałoby to nastąpić teraz, bo po deszczu skały będą śliskie. Po dostaniu się do środka nasi ochotnicy mogliby zaczekać jakiś czas z eksploracją wnętrza, a jeśli nie będą mieli takiej możliwości, od razu przystąpić do działania. Sami — skonkludował, nie dodając już, że w najgorszym scenariuszu po prostu zginą. Jednakże pozostawanie na widoku i bezczynność były znacznie gorsze niż jakakolwiek akcja. — Amelio, proponuję zgarnąć Jobsta, podzielić się zadaniami i natychmiast zacząć działać. Szkoda czasu.
Ilość słów: 0
Nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie.

Bajarz
Awatar użytkownika
Posty: 82
Rejestracja: 29 lis 2018, 11:18

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Bajarz » 08 sie 2022, 0:51

Od otaczających zmarłą szabrowniczkę osób, Tycjanowi nie udało się uzyskać liny. Otrzymał jednak informację, że Trakthor jest w posiadaniu sześciostopowego łańcucha, który w planowanym przez nich przedsięwzięciu powinien sprawdzić się nie gorzej od sznura.
Wysłany na rekonesans Jobst wyruszył natychmiast i wrócił w niedługi czas potem, przynosząc wieści. Traper poinformował ich, że nie niecałe pół mili na południe znajduje się osłonięta głazem skalna niecka, właściwie płytka jaskinia, zdolna pomieścić niewielkie obozowisko i osłonić ich przed kaprysami pogody. W pobliżu nie spostrzegł śladów dzikich zwierząt ani innych zagrożeń. Znalazł za to niewielki pagórek, ze zdatną do kopania pasujący w sam raz na prowizoryczny kurhanik.

***

Truchło powalonego konstruktu okazało się lżejsze, niż spodziewał się tego Menko. Udało mu się przemieścić je w pobliskie krzaki bez zapierania się i większego wysiłku.

Zgodnie z zamierzeniami, przenieśli ciało zmarłej na wzgórze i pochowali je, rozbijając obozowisko w skalnej niecce nieopodal. Wbrew początkowym zwiastunom, nadchodząca burza okazała się przelotna. Powiało i popadało przez jakieś dwie godziny, ale wynalezione schronienie dało im wystarczającą ochronę przed niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi. Zmierzchu udało im się doczekać bez dalszych trudności. W trakcie przygotowań do wieczornej akcji Solveig wyciągnęła butelkę z perłowobiałym proszkiem, jakiś czas temu testowaną przez Tassiana. Podzieliwszy na specyfik na cztery porcje, rozsypała go do bukłaków wszystkich członków swojej grupy. Spostrzegła, że substancja zdaje się lekko mienić w świetle gwiazd i księżyca.
Drużyna czekała, w świetle dnia obserwując relikt z daleka, a kiedy się ściemniło, wyprawiając krótkie zwiady w jego okolicę, ale obydwa zamysły okazały się jednakowo bezowocne. Wyglądało na to, że przez cały czas nikt nie wchodził do zamaskowanego wejścia statui. Nikt nie wychodził też z niej na zewnątrz. Musieli podjąć decyzję, co dalej.
Ilość słów: 0

Odpowiedz
meble kuchenne na wymiar cennik warszawa kraków wrocław