Zew Pustkowi

Obrazek

„Chcę znowu widzieć gwiazdy nad traktem, chcę gwizdać wśród nocy balladę Jaskra. I pragnę walki, tańca z mieczem, pragnę ryzyka, pragnę rozkoszy, jaką daje zwycięstwo.”


Bajarz
Awatar użytkownika
Posty: 82
Rejestracja: 29 lis 2018, 11:18

Zew Pustkowi

Post autor: Bajarz » 28 lis 2021, 0:08

Obrazek

Rok później.




Zakapturzona postać odchyliła się na oparciu. Przenikliwe wejrzenie jej oczu zatrzymało się po drugiej stronie stołu, na zastygłym w służalczym półukłonie informatorze.

Nie karm mnie — zaczęła z niezadowoleniem, uderzając upierścienioną dłonią w spoczywający przed nią rulon z raportem. - Wczorajszymi plotkami. Słyszałem o incydencie w gospodzie i ich przybyciu do miasta. Ja chcę wiedzieć kim są naprawdę. Skąd przyszli. A nade wszystko jakież to przeklęte fata przywiodły ich do zawiązania tego kuriozalnego aliansu, abym wiedział jak go rozwiązać!



Karawana — twór złożony z dziesiątek głów, setek członków — ludzkich i zwierzęcych oraz terkocących wehikułów, na pozór olbrzymiego, lecz niezmordowanego robaka przesuwa się ślamazarnie przez wyżynę, zostawiając za sobą popioły wygaszanych na postojach ognisk.
Iglaste szczyty sosen od wielu mil powtarzają się na tle szarobłękitnego nieba. Droga, a raczej świeżo wytyczona ścieżynka wiedzie na południe, wijąc między omszałymi głazami oraz kosodrzewinami stanowiącymi forpocztę otaczającego ich boru. Na horyzoncie, ponad ostrymi koronami, wznoszą się porośnięte skąpą roślinnością wzgórza oraz wyrastający nad nie kamienny kształt, nazbyt smukły i regularny, aby móc uchodzić za dzieło natury. Każda kolejna przebyta staja czyniła go wyraźniejszym, ujawniając w nim gargantuiczną, choć niekompletną sylwetkę humanoidalnego zarysu, jawiącą się owocem iście cyklopowego wysiłku i prawiecznego zamiaru.
„Relikt zamierzchłej ery” — tak oto skwitował dostrzeżone w oddali zjawisko podróżujący z karawaną Gilchrist, uczony z Północnych Wrót. Gilchrist, lubiący uchodzić za wszechwiedzącego, nie popisał się wiedzą — tu, na odludziu z dala od cywilizacji, wszystko mogło okazać się reliktem zamierzchłej ery.
Karawana przemierza bór. Gdzieś wysoko, w konarach, kukułka powtarza swoją piosnkę. Gdzieś nieco bliżej, dzięcioł wybija jej werbel. Zaraz obok, na lewo od kierunku wędrówki, szemrze niewielki strumień zaznaczony brzegiem usypanym z jasnych, drobnych kamyczków. Kawałek w dół zmierzającego na północ nurtu przechodził w malowniczą siklawę wpadającą do górskiego jeziora. Nieco ponad kwadrans temu zakończyliście tam krótki popas, zażywszy nieco wywczasu dla napełniania manierek i napojenia koni.
Radzi i orzeźwieni, ruszyliście w dalszą drogę. Wozy podskakiwały na wybojach, przy wtórze podzwaniającego dobytku, parskań, odgłosów kopyt i skrzypu obracających się piast. Woźnice klęli i pogwizdywali. Pasażerowie próbowali zabijać czas na różne sposoby, poczynając od snu, przez picie, a na hazardzie kończąc, ale w obecnych warunkach żadne narzędzie zbrodni nie było dosyć skutecznym. Matki zajęte były rwącymi się do strumienia smarkaczami, nieliczna eskorta karawany pod przewodnictwem jadącego na czele Trenta — wpatrywaniem w dal i powstrzymywaniem się od ziewania. Na samym końcu, objuczeni nie gorzej niż dotrzymujące im tempa muły, marudzili tragarze. Kilku najwytrwalszych marudziło z pieśnią na ustach.







Dwóch synów matuś miała,
Jeden słynął z mądrości
A drugi, co był głupi
Popłynął do Brax i otworzył bajzel

Ti ru la li li la la

Ti ru la li li la la

I otworzył bajzel




Jechali, mijając strzeliste pnie świerków i sosen. Pnie i krzaki. Pnie i krzaki. Omszały głaz i zaskoczonego świstaka. Świstaka umykającego między pnie i krzaki. Kolejny głaz, bez świstaka. Pnie i krzaki. Pnie i krzaki. Monstrualną, prawie trzymetrową sylwetkę o kynocefalnie wydłużonej, bezwłosnej czaszce uzbrojoną w wielgachną, ćwiekowaną maczugę. Oniemiałą ze zgrozy, pobladłą jak wapno twarz wysuniętego najdalej na prawo strażnika karawany.

Dalej poszło szybko.


Trafiony maczugą strażnik zostaje zmieciony z siodła. Jego koń, spłoszony i porzucony, tańczy w miejscu — krótko, bo zaraz zostaje obalony drugim uderzeniem w łeb o sile małego tarana. Spomiędzy pni i krzaków, prosto na karawanę pędzi cała banda długorękich olbrzymów zbrojna w maczugi i wydająca z siebie bojowe okrzyki na przemian z rechotem. Stwory te, z grubsza człowieczej postury i z cienka człowieczej inteligencji, w narzeczu Dzikich nosiły nazwę belgheth. Midlandczycy zwykli zwać je po prostu ogrami.
Zasadzka! Alaaarm! — wydziera się nieodkrywczo Roggio, jeden ze strażników karawany, usiłując osadzić w miejscu panikującego wierzchowca i opanować rozgrywające się wkoło pandemonium. Jeden z belgheth, przez Midlandczyków zwanych po prostu ogrami, rozłupuje mu czaszkę niby dojrzałego harbuza, zanim Roggio nabierze tchu do kolejnego krzyku.
Ogryyy! Ogryyy! — wrzeszczy któryś z tragarzy z tyłu, wzorem pozostałych, porzucając dobytek i szukając ocalenia w rozpierzchnięciu się na wszystkie strony. Ogrowa noga spada mu na plecy, przyciska do ściółki przy wtórze trzasku żeber, rozdeptuje jak robaka.
Jeden z wozów próbujący umknąć poza zasięg napastników, wpada wprost pod obalające się na ścieżkę drzewo. Sosna wali się na burtę wehikułu, impet wysadza wozaka z kozła przy chmurze drzazg. Jeden z olbrzymów ściąga sobie z wehikułu małego rozszczekanego kundla na antypast — odgryza mu głowę, by natychmiast wypluć pod nogi przeraźliwie wrzeszczącej kobiety, nadaremnie próbującej odnaleźć swoje dziecko w całym zaistniałym zamieszaniu.
Belgheth! W dyrdy, rengi! W dyrdy, rudy kąsku! Nie oglądaj się! — Kha’ra, podróżująca z karawaną Dzika, za sprawą niepokoju swego kociego towarzysza Vuka jako jedna z pierwszych przeczuła nadchodzące zagrożenie, celowo trzymając się z tyłu i blisko nurtu strumienia. Gdy się zaczęło, bez namysłu pociągnęła za sobą Tycjana w kierunku rzeki. Tycjan pociągnął Idę, Ida ciotkę Ryksę i summa summarum w szóstkę skąpali się w chłodnym i rześkim nurcie. W szóstkę, bo pomysłowi z ucieczką przez wodę radzi-nieradzi byli również poważna i ciemnowłosa Amelia oraz postawny Karok Menko, jak niemal każdy Karok — siwy, choć jeszcze niestary. Górska rzeczka okazała się głębsza i bardziej zdradliwa niż jawiła się widzianą z brzegu. Pomimo ich starań i kotłowań i najrozpaczliwszych wysiłków, nurt pociągnął ich za sobą, daleko od brzegu i miejsca zasadzki, ratując im życia. Summa summarum czworgu z nich, bo po locie wodospadem i uderzeniu z bez mała z pięćdziesięciu metrów w taflę górskiego jeziora, tylko tyle ich zostało. Przemoczonych, dyszących i gramolących się na brzeg. Ciotka Ryksa nie wypłynęła. Kha’ra, pomysłodawczyni ucieczki postradała życie, niefortunnie rozbijając się na jednej ze skał pod siklawą.
Sucze syny! Pokraki! Kurwa wasza mać jebana! — Trent, przewodnik nad karawaną, jako ostatni żywy z tylnej straży, bronił się niby lew, do ostatniego szypu. A kiedy nie stało szypów, raz po raz wypuszczanych z łuku na ogrzych napastników, otoczony przez dwóch olbrzymów, w przypływie wściekłości i straceńczej odwagi dobył długiego, podróżnego noża. Do samego końca, to jest swojego, próbował oganiać się nim bestii, póki zasypany gradem maczug, nie poległ na ściółce, bez choćby jednej całej kości w ciele. Jedyne co po nim zostało, to jego żona Hilda, schwytana w sieć niby rak u brzegu i przewieszona przez ogrowe ramię, oddaliła się porwana przez jednego z napastników, wrzeszcząc wniebogłosy. Bohaterstwo Trenta nie poszło jednak całkiem na marne. Opór jego oraz jego świty kupił nieco czasu i drogę odwrotu sześciu innym osobom: Tytusowi, Hektorowi, Szóstemu,Słowikowi, Fumarowi i Alyssie. Niemal zabijając się o własne nogi i nie oglądając się za siebie pomimo dolatujących ich krzyków, pobiegli i przestali biec dopiero wówczas, gdy zabrakło im tchu, zaszyli się głębiej w borze i zorientowali się, że już nikt ich nie goni. A także w tym, że Fumar i Alyssa odłączyli się od nich podczas ucieczki i jeden Wodon raczył widzieć, gdzie mogli się teraz podziewać.
Nie ruszajcie się. Choćby nie wiem co — w samym sercu pobojowiska, w które atak ogrów zmienił środkowy szereg karawany, nie miało prawa być nikogo żywego. Świeża posoka poiła usłaną rozlicznymi ciałami oraz porozbijanym dobytkiem ziemię. Martwe końskie truchła stygły tu pospołu z ludzkimi. „Ani drgnijcie” przykazał trojgu innych ocalałych czarnowłosy Nydysyjczyk Tassian, kiedy za jego przykładem padli na ziemię, by uczynić się na pozór martwych dla ogrów, którzy po przypuszczeniu ataku zajęli się wyłapywaniem z pola masakry ostatnich żywych. Nie drgnęła Solveig, chociaż jeden z olbrzymów omal jej nie nadepnął, przestępując obok. Nie poruszyła się krwawowłosa Eliana, spoczywająca twarzą w kałuży prawdziwej krwi. Bez fałszu grał nieboszczyka imć Balian, choć tuż obok niego, godząc w niebo zeszklonym wzrokiem, zimna i martwa leżała Naylei, żona jego druha Dunstana. Gdzież były teraz jej drwinki, jej morały i małżeńskie gderania, którymi zawsze wieńczyła ich wspólne popijawy? Nie miały wrócić już nigdy. Cała zastygła w tanatozie czwórka żywiła wspólną nadzieję, że to samo będzie tyczyło się również i ogrów.
Męstwo ma postać rozmaitą i tę zasadniczą właściwość, że wymaga odpowiedniego czasu, by mogło się prawdziwie objawić. Trudno było o lepszy czas niźli obecny, w którym wyjątkowo wielki, a przynajmniej wyjątkiem paskudny ogr szykował się właśnie do urwania głowy równemu chłopu Jobstowi, a zaraz potem kilku Argonie ducha winnym smarkaczom kryjącym się pod przewróconym wozem. Ogrowi, jako starej i ciemnej bestii z gór, nie było widać dane słyszeć o pewnej starej, lecz niezmiennej prawdzie brzmiącej „lepiej nie wkurwiać Trakthora”. Trakthor, chłopisko krzepkiej budowy, z natury cierpliwe, doprowadzone do ostateczności, chwyciwszy ułamany dyszel od wozu, powtórnie złamało go ogrowi na niekształtnym łbie. I to tak, że ogrzysko zmuszone było dać sobie krótką przerwę do namysłu, by zrewaluować swoje dotychczasowe życiowe wybory. Lub przyjść do przytomności tudzież otrząsnąć z konfuzji, że coś odeń niższego mogło dysponować podobną krzepą. Wykorzystując czas, Jobst złapawszy chyba ostatniego ocalałego na pobojowisku konia, ładując się na jego grzbiet wraz z druhem, ruszyli galopem w kierunku, z którego przyszli wraz z karawaną. Ucieczka nie potrwała długo — okulawione zwierzę wywiodło ich poza zasięg masakry, zmuszając by skryli się w chaszczach i kosodrzewinach, w których zastali także ukrywające się bliźniaczki Rdeścik i Firletkę, będące niedawnymi świadkami porwania przez ogry ich ojca Horsta oraz kobiety, która wedle opisu mogła być wyłącznie znaną Trakthorowi Isobel.
Ilość słów: 0

Juno
Awatar użytkownika
Posty: 474
Rejestracja: 23 gru 2018, 17:44
Miano: Morgana Mavelle
Zdrowie: Suchotnica
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Juno » 28 lis 2021, 21:18

Wyczołgali się na brzeg, plując wodą, kaszląc, dysząc i szukając wokół siebie tego, co było dla nich najcenniejsze.
Ida wołała ciotkę nim krzyk i dławiące łzy odebrały jej głos na równi z kubrakiem Tycjana, tulącego do siebie roztrzęsioną dziewczynę. Menko, jak tonący brzytwy, chwytał się swojej miotły przez cały „rejs” w dół górskiego potoku i był absolutnie przekonany, że to właśnie ona ocaliła mu życie. Leżał więc teraz rozciągnięty krzyżem na skalistym brzegu, nie wypuszczając kija z ręki i dyszał ciężko, dziękczynnie. Klęcząca opodal Amelia zwymiotowała pod siebie wodę, której opiła się podczas rozpaczliwej rejterady przez rzekę i wyczerpana zwaliła się na bok. Czuła, że Nerka siedzi jej na głowie, więc nie musiała niczego szukać. Wczepiona we włosy szczurzyca pisnęła z wrzutem, spadłszy na ziemię, po czym błyskawicznie schowała się w kieszeni starganego, połatanego, a teraz na dodatek przemoczonego płaszcza Amelii.
Gdzie Kha’ra? — zapytał nagle Tycjan, uświadamiając sobie, że oprócz Ryksy, nie było z nimi również Dzikiej, która bądź co bądź ocaliła im skórę. — Gdzie...
Umilkł, zobaczywszy roztrzaskane na skałach ciała. Sięgnął spojrzeniem wyżej, tam, skąd spadli, i jeszcze mocniej przytulił Idę.
Ciooo... ciaaa... — zawodziła na granicy słuchu dziewczyna. — Mo... mo... moja... cioteee... eczkaaa...
Ciii... Już dobrze — kołysał ją. — Wszystko będzie dobrze.
Gówno będzie dobrze — mruknęła do siebie Amelia, gramoląc się z ziemi.
Wszyscy wyglądali fatalnie, przemoczeni, utytłani ziemią i zmarznięci, ale ona, ze swoimi poprzetykanymi siwizną włosami i dziwnym wykwitem na prawej części twarzy, wyglądała wyjątkowo niewyględnie.
Musimy tam wrócić — powiedziała już głośno i wyraźnie, rozglądając się za potencjalnymi drogami, wiodącymi ku rozbitej karawanie. — Ktoś jeszcze mógł przeżyć. Może ostały się też jakieś zapasy.
Musimy wrócić — powtórzyła, nie doczekawszy się reakcji ze strony towarzyszy niedoli. — Ruszcie się.
Tycjan pokiwał głową i zebrał Idę do kupy, szepcząc jej coś uspokajająco we włosy. Menko jednak ani drgnął. Amelia podeszła do rozciągniętego na ziemi Karoka i przyglądała mu się chwilę z góry.
Wstawaj — szturchnęła go czubkiem buta. — Wilka dostaniesz.
Menko się nie boi — odparł poważnie. — Menko zabija wilki.
Szkoda, że nie ogry — skwitowała bez cienia ironii czy zirytowania. — Twoja wola, Karoku.
Dogonił ich niedługo po tym, jak zagłębili się w rzadki lasek porastający wzgórza, z których spływała rzeka, w nadziei na odnalezienie jakiegoś stosunkowo łagodnego zbocza, po którym mogliby wspiąć się na górę.
Menko nie lubi ogrów.
Miejmy nadzieję, że ten cios będzie wystarczający, gdy znów nas zaatakują — odrzekła Amelia, nie patrząc na Karoka, lecz pod nogi. Teren był kamienisty i zdradliwy, a ostatnim, czego teraz potrzebowała, była skręcona lub złamana kostka.
Ilość słów: 0
To, co widzisz, co się zdaObrazekjak sen we śnie jeno trwa.

Sokolnik
Awatar użytkownika
Posty: 21
Rejestracja: 14 lis 2021, 22:02
Miano: Gerhard de Mischling
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Sokolnik » 28 lis 2021, 23:56

To był ten moment. Ten, na który czekał przecież całe życie. Przez przeźrocze własnych oczu wpatrywał się w rozedrgane dłonie, próbując zapanować nad rzężącym oddechem, dającym świadectwo niewielkim płucom, które zawiodły w chwili próby. Pot obficie rosił kark i plecy — przypadłość smutna, odziedziczona po ojcu. Nasiąknięta koszula, przywierała ciasno do skóry, przeszyta fekalnym odorem, który nabierał intensywności przez ciepłotę ciała. Nie jednak woń, nie zmęczenie i nie stan jego organizmu, interesował teraz Szóstego. Cały umysł, całe wątłe jestestwo jasnowłosego chłopaka skupiało się na fakcie, że przecież teraz, właśnie teraz można było zostać bohaterem. Lata topieli w gównie można było zmazać jednym celnie wymierzonym ciosem. Jednym ratunkiem dziecka spod stóp potwora. Zapadnięte oczy rozbłysnęły błękitną nadzieją. Szósty, Ogrobójca. Brzmiało to tak dumnie. Tak... doskonale, a jednak nogi odmawiały posłuszeństwa. Mięśnie, w które ktoś nagle powpychał waty trwały w miejscu, przylepione ołowianym strachem i kleistym brakiem pewności siebie. Przełknął ślinę przez gardło wysuszone gonitwą — zarówno tą przez bór, jak i tą we łbie. Nagle poczuł chwyt ciężkiej, silnej dłoni na ramieniu.

To był ten moment. Ten, na który czekał całe życie. Miał kogoś, do kogo można się zwrócić. Nie fałszywe uśmiechy, nie słodkoustych mamicieli. Nie karczemny gwar i ciszę publiki, gdy używał głosu. Słowik miał w końcu... przyjaciół. Tych, których teraz przecież tak potrzebował. Czarne plamy przez oczami nie świadczyły o niczym dobrym, a gwałtowne hausty powietrza nijak nie pomagały w tym, że zwyczajnie brakowało mu oddechu. Świszczał nosowym podmuchem, gdy wsparł się ciężarem całego ciała o Szóstego.
Szósty... Szósty... Ratunku. — Wysapał, padając na ziemię, ciągnięty w dół ciężarem własnego brzucha, którego opasła struktura świadczyła o dobrobycie materialnym. Tłusta fala zakołysała się intensywnie, a Szósty w końcu ocknął się ze stuporu i przypadł do Słowika, podając mu bukłak z wodą. Rozejrzał się też dookoła, szukając wzrokiem pozostałych towarzyszy. Dostrzegł zarówno Hektora, jak i Tytusa, co skwitował oddechem ulgi. Gdy Rzeźnik chociaż trochę doszedł do siebie, pomógł mu wstać, choć pomocą był taką jakby koniu pomagało źdźbło pszenicy.
Już dobrze. Już dobrze. Zaraz pójdziemy... dokąd właściwie dalej? — Rzucił zaniepokojony, jak zwykle rady szukając w mądrych oczach Tytusa, na którego od początku patrzył z uznaniem i szacunkiem. Zauważył też, że zniżał głos. Dlaczego? Powinien? Bohater przecież się nie boi, prawda?

To był ten moment. Ten, na który czekał całe życie. Pierdolony Trent zdechł, a zatem i całe jego przywództwo. Należało działać szybko i celnie, zanim wszyscy pozbierają się do kupy i wpadną na ten sam pomysł. Choć jeszcze łapał łapczywie oddech, Tytus przeszedł po towarzyszach, patrząc, czy idioci niczego nie zgubili. Jebana drużyna z koziej dupy. Los jak zwykle pluł mu w ryj, dając za podążającą za nim świtę jednorękiego, niemowę i gównojada. Piękna drużyna z bożej łaski. No, ale przynajmniej nie trzeba się było za dużo napracować, żeby zdobyć ich lojalność. Grubasowi akceptację, chudemu poczucie przynależności, a mięśniakowi... chuj w sumie wie, czego ten wygnaniec szuka i chce. Pies ich jebał, wymieni ich sobie na prawdziwych najemników jak już... właśnie. Jak już będzie miał za co.
Wracamy tam. Już. Zbierać zady. — Zakomenderował i uniósł swój plecak na barkach.
Ale... ale jak to? A karawana? Może się przegrupować? Tam jest niebezpiecznie, tam są... — Siarczysty policzek klaśnięciem odbijający się echem po drzewach przerwał Słowikowi wypowiedź. Tytus spojrzał na niego wściekle, łapiąc go obiema chudymi dłońmi za poły drogiego ubrania.
Słuchaj no, Słowik. Mówię, że wracamy, to wracamy. Nie pytam się Ciebie o zdanie, do stu rudych kurew, tylko uprzejmie proszę o zebranie dupy w trok i zawrócenie. Dociera? Źle kiedyś wyszliście na moich radach? Wracamy. I wybij sobie tę swoją wesołą karawanę z głowy. Nie ma już karawany. Zdechła. Teraz jest już tylko nasza czwórka. Przyzwyczajcie się do tej myśli, bo zaskakująco często nam będzie kurwa przyświecać. No już. — Tytus zaklaskał w dłonie i ruszył na powrót, cichcem próbując podkraść się nazad. Plan przyjdzie później. Póki co chciał zobaczyć w jakim stanie jest karawana i czy może jeden z Ogrów sobie nie polazł. Gdzieś. Na posiłek na przykład.

To był ten moment. Ten, na który czekał całe życie. Można było się wykazać i przestać być przeklętym. Westchnął, zarzucił topór na ramię i pozwolił sobie na komentarz. — Hmpf. — Mruknął i ruszył za Tytusem, podobnie jak i reszta kompanii, która faktycznie, z różnych powodów, postanowiła zaufać cholerycznemu przywódcy. Wszyscy w lepszym, czy gorszym stopniu się skradając. Ostrożność kroków nie byłą specjalnością żadnego, ale przecież to, w czym byli dobrzy, zostawili za sobą. To był ten moment.

Tyle, że Hektor Kat nie miał zupełnie ochoty go przeżywać.
Ilość słów: 0
You must beware of black haired girls. Else, one will cause your death.

Vespera
Awatar użytkownika
Posty: 94
Rejestracja: 07 cze 2021, 15:44
Miano: Elspeth Favres
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Vespera » 02 gru 2021, 0:30

Tassian nie zamierzał dziś umierać. Śmierć ostatnimi czasy regularnie składała mu oferty rozmaitych sposobów na pożegnanie się z życiem, lecz on sukcesywnie odmawiał, licząc na to, że któregoś dnia kostucha zaproponuje mu wreszcie coś bardziej wysublimowanego jak choćby szachy, zamiast możliwości roztrzaskania czaszki przez wściekłego ogra. Tym razem odpowiedział na jej niewymyślne wyzwanie z perfidią, unikając śmierci poprzez sfingowanie własnej śmierci. Jednakże uskutecznianie tego stanu dłużej niż było to konieczne groziło przedzierzgnięciem w prawdziwego trupa, toteż wytężywszy zmysły – leżał, nasłuchiwał, wyczekiwał.
Wreszcie ruch wokół niego zdawał się nieco umilknąć, toteż Nydysyjczyk uchylił powiekę wpierw jednego oka, a potem drugiego, po czym wyjrzał ostrożnie zza końskiego truchła. Oceniwszy, iż zajęta zabijaniem banda pokrak oddaliła się nieco od tej części karawany, szturchnął Solveig i wskazał znacząco na pobliskie zarośla. Varnorka mało subtelnym kopnięciem przywróciła resztę do życia i tak oto, wykorzystując dosłowne martwe pole pełne ciał, parszywa czwórka powoli i gęsiego przeczołgała się w stronę pobliskich krzaków niczym rekruci na szkoleniu imperialnej armii.
Tassian jednak nie chciał ryzykować pozostawaniem w zaroślach tuż przy trakcie, bo nie wiedział, którędy zgraja ogrów będzie wracać po grabieży, toteż po cichu pociągnął za sobą kompanów jeszcze kawałek w głąb lasu. W końcu usiadł na ściółce pod drzewem i oparł głowę o jego korę. Zsunąwszy się nieco niżej dla własnej wygody, poczuł psychiczne zmęczenie, zadając sobie po raz enty retoryczne pytanie, co w jego życiu poszło nie tak, że siedział teraz w przeklętej dziczy w tej barbarzyńskiej krainie, w której nawet zapewnienie skutecznej ochrony karawanie stanowiło problem.
Jacyś ranni? — spytał krótko, lecz kompani milcząco pokręcili głowami.
W tym czasie Eliana i Balian legli ciężko przy komyszach, a ten ostatni łyknął wody z bukłaka. Jeszcze nigdy w życiu nie czuł bardziej palącej potrzeby napicia się czegoś ognistego. Nie po tym, co dzisiaj widział. Eliana z kolei pozostawała wciąż w zbyt dużym oszołomieniu, by skomentować zajście dzisiejszego dnia choćby krótką onomatopeją.
Tylko Solveig nadal stała nad nimi uparcie z zawziętą miną.
Tak się nie godzi. Powinniśmy ratować resztę — powiedziała stanowczo. Etos jej ludu jednoznacznie kwalifikował siedzenie w krzakach w trakcie mordowania innych jako tchórzostwo i lekce sobie ważył takie zagadnienia jak „przewaga liczebna”, „ogry są głupie, ale wielkie i silne” czy „rozsądek”. Już nie wspominając o tym, że kobieta zwyczajnie martwiła się o swoich krewnych i psa.
I co, strzelisz do tych troglodytów z kurczaka czy rzucisz się na nich z widłami? — zapytał spokojnie Tassian. — Siadaj, bo świecisz z daleka jak pochodnia. Przeczekamy tutaj do czasu, aż ucichną hałasy dobiegające z traktu. Potem zakradniemy się sprawdzić, czy odeszli. Zgarniemy najpotrzebniejsze rzeczy i wyniesiemy się stąd czym prędzej.
Solveig nie wyglądała na przekonaną, prędzej na bardziej rozeźloną, i bynajmniej nie tylko dlatego, że nie zrozumiała słowa „troglodyta”.
On ma rację, Sol — włączył się zmęczonym tonem Balian, który przyzwyczaił się do tego, że Nydysyjczyk przeważnie miał rację, ale przez to, że często bywał wrednym chujem, czasem trzeba było powtórzyć to, co mówił Tassian przez kogoś, kto chujem na co dzień nie był, by przekonać innych. — Pójście tam teraz nic nie da. Jeśli ktoś przeżył, to uciekł w pierwszych momentach zasadzki. Poczekamy chwilę i wkrótce tam wyruszymy.
Solveig usiadła wreszcie koło Eliany, choć jej mina wciąż wskazywała, jakby chciała komuś spuścić srogie manto.
Uciszcie się już — zgasił pogawędki Tassian, który potrzebował warunków do skupienia się na nasłuchiwaniu otoczenia i ocenie odpowiedniego momentu na powrót.
W istocie odpowiedziała mu już tylko cisza. I ponure dźwięki rabowania dochodzące z oddali z miejsca, które jeszcze nie tak dawno nazywało się ich karawaną.
Ilość słów: 0
Nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie.

Michu
Awatar użytkownika
Posty: 14
Rejestracja: 28 lis 2021, 12:52
Miano: Voron
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Zew Pustkowi

Post autor: Michu » 06 gru 2021, 22:35

Każdy dureń potrafił być odważny na polu bitwy, bo miał do wyboru albo męstwo, albo śmierć.

Trakthor, wcielenie spokoju i łagodności, przemienił się wtenczas w maszynę Karoków, żywy rydwan wykuty do wojny, oddychający rzezią i wydychający pogrom. Nie było w nim nawet krztyny teatralności, nie było drobiny zmyślnych ozdobników, a śmignięcie dyszlem okazało się być nie tylko oszczędne, ale i satysfakcjonujące. Tak samo skuteczna — choć mniej satysfakcjonująca — okazać się miała ucieczka.

Rycerz pasowany przy pomocy 10-stopowego, żelaznego drąga niemal się rozpogodził. Adrenalina przyjemnie szumiała w krwiobiegu, kulawy koń uszedł daleko od młócki, a powodzący Jobst nie zdążył nawet rozpuścić jęzora. A jednak, lekcja wyłożona ogrzą maczugą nie została przyswojona należycie, a może trzeba ją było wtłuc do łbów, bowiem pośród chaszczy i kosodrzewiny ponownie dali się zaskoczyć. Jak dziwki oklepane przez nydysjański legion — naraz powietrze przeciął świst wystrzelonego bełtu, a następnie rozległ się trzask i piskliwy falset Dzikiego, gdy pocisk przeleciał ponad ramieniem Jobsta i trafił w drzewo tuż za nim. Rycerz natomiast warknął i splunął, jakby tylko to pomóc miało w koncentracji, gdy ważył w dłoni zdobyczną "kopię", gdy zlazł z wierzchu i obrał cel.
I gdy w ostatniej chwili trzeźwości zatrzymał się, by zawołać:
— Spocznij, toć my nie ogry!

W tym momencie, po drugiej strony zapory utkanej z chaszczy, dwie pary oczu obserwowały jak słabną siły, jak dzikie męstwo zamieniało się w bezbronność, jak ego wypalał przestrach niby susza trawy — i takie widoki może i wzbudziłoby w Rdeściku litość, ale także — i równie naturalnie — odrazę i pogardę. Przed chwilą jednak straciła swych jedynych sprzymierzeńców, bo na tego mazgaja obok, który łkał i pomstował nad urwaną struną lutni bardziej niż nad utratą ojca, nie miała co liczyć.
Jasnowłosa więc spoczęła posłusznie, choć drobna dłoń ponownie przeskoczyła przy dźwigni i ułożyła bełt na łożu.
— Tak by właśnie powiedział ogr! — ozwał się drżący głos firletkowej histeryczki, który pewnie zostałby w porę powstrzymany przez siostrę, gdyby ta nie miała zajętych dłoni.
Zasieki w jednym momencie zafalowały, a ponad zielenią gałęzi pokazała się jobstowa gęba:
— I tak by wyglądał, hm?
— Byłby ładniejszy. I nie piszczałby jak dziewka przyciśnięta na sianie — tymi słowy Rdeścik wyprostowała się i klepnęła ciągnącą nosem Firletkę, by uczyniła podobnie.
— Śmiałe słowa jak na kogoś, kto na podbój świata rusza w aksamitnych portkach i... I piórach wyrwanych z koguciego ogona — zaczerwienił się Dziki, automatycznie uderzywszy w tony ad personam, jak to zwykle, gdy został zbity z pantałyku.
— Dość. Dajcie sobie buzi na zgodę i jazda, chyba że chcecie całować się z prawdziwymi ogrami. Trzeba ruszać. Natychmiast — zarządził Nydysjanin, który dołączył właśnie do zebrania w krzakach. Zielone spojrzenie mężczyzny naraz zionąć zaczęło niewymówionym smutkiem, a nieuchronność płynąca z jego słów zajątrzyła świeżo zadane rany. Nie wiadomo, czy towarzystwo wcześniej zdążyło się poznać, okoliczności zmuszały jednak do natychmiastowego zacieśnienia więzów, choćby powstały gdzieś w przestrzeni między zaśpiewem zwalnianej cięciwy a rozgorączkowaną wymianą zdań.

Być może Trakthor, Jobst, Rdeścik, Firletka i kulawy koń byli z osobna jak "każdy dureń", lecz w momencie, gdy zawiązali niemą umowę o stworzeniu jednej drużyny, postawili na męstwo.
________________________________________________________________________________


(Drużyna rusza w kierunku, z którego przyszła wraz z karawaną. Szukają ocalałych.)
Ilość słów: 0

Bajarz
Awatar użytkownika
Posty: 82
Rejestracja: 29 lis 2018, 11:18

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Bajarz » 09 gru 2021, 22:28

Juno
Poderwana do działania i wiedziona przez Amelię grupa, z powodzeniem odnalazła drogę z powrotem na górę. Znalazłszy zbocze oddalone nieco od krętej ścieżki, którą przyjechali, pokonali je pod osłoną krzewin, w przyczajeniu, pomagając sobie górnymi kończynami, gdy wymagała tego rzeźba terenu.
Cali, choć wciąż jeszcze ociekający po skąpaniu w strumieniu, przyczaili się niedaleko tego ostatniego, pośród krzewów i za okazałym ostańcem, dającym im schronienie przed niepożądanym wzrokiem oraz możliwość zapuszczenia żurawia na pobojowisko.
Zapuściwszy, zorientowali się, że większość karawany, z którą niedawno podróżowali, została rozsmarowana wzdłuż górskiej ścieżki. Pośród pobojowiska strzaskanych wehikułów i stygnących zewłoków karmiących ziemię ciągle świeżą krwią próżno wyglądać było ocalałych. A także śladów po sprawcach niedawnego napadu.
Z wyjątkiem jednego.
Samotny ogr, jak każdy ogr potężnej postury i wzrostu, krążył samotnie po pobojowisku, wydając z siebie trudne do określenia, lecz zdecydowanie niezachęcające dźwięki. Wyrośnięta bestia, pomagając sobie maczugą uczynioną z kawałka grubego konara z wetkniętymi weń krzemieniami, szturchała nieruchome ciała. Kiedy któreś poruszyło się choćby o piędź lub odpowiedziało wizgiem, bądź głośniejszym tylko oddechem, maczuga szła w ruch i kończyła dzieło, aż ciało milkło i nieruchomiało na dobre. Stwór wykonywał swą pracę z wielką konsekwencją — poza dogorywającymi nie przepuszczał również dobytkowi. Wszystko, co dało się pogiąć, złamać i strzaskać było natychmiast gięte, łamane i trzaskane. Bydlę pilnowało tego ze skrupulatnością mało którego kwatermistrza i prowiantmajstra, ściągając po kolei skrzynie i pakunki z wozów oraz bebesząc znajdujące się tam podróżne kufry.
Wtem, poza ogrem, kawałek od nich, w górę strumienia i po tej samej stronie drogi, dostrzegli kogoś jeszcze. Trójkę, nie, czwórkę ocalałych. Dwóch mężczyzn i dwie kobiety jak oni. Jak oni również obserwujących pobojowisko i pozostających niezauważonymi przez dającą upust swoim niszczycielskim zapędom bestię.

Sokolnik
Tytus nie bez kozery cieszył się zaufaniem reszty bandy. Nie bez kozery cieszył się wśród niej iście ojcowskim mirem i posłuchem, niekażącym kwestionować ani poddawać pod wątpliwość jego planów i poleceń. Przemyślny zarówno w czynach, jak i w ruchach wiódł pozostałych w kierunku miejsca niedawnej masakry gwoli rozeznania i zdecydowania o dalszych krokach.
Ostrożność kroków nie była specjalnością żadnego, ale nawet Tytus nie mógł przewidzieć, że wychylając się zza kolejnego krzaka, stanie oko w oko z trzymetrową kreaturą, która oddaliwszy się od swych ziomków, zapuściła się w głąb lasu, goniąc za paroma innymi uciekinierami, którzy przebierali nogami gorzej od ich czwórki.
Jeżeli mogło stanowić to jakąkolwiek pociechę — trzymetrowa kreatura, zajęta ustrajaniem pobliskiego drzewa girlandą flaków wyprutą z leżącego nieopodal nieszczęśnika wyglądała na tak samo zaskoczoną jak oni.
Pierwszą reakcją stwora, była zmiana wyrazu jego oblicza. Z tęskniącego za rozumem na przepełnione żądzą mordu, z obnażonymi kłami i krwiożerczą ochotnością w wejrzeniu. Drugą, triumfujący ryk. Trzecią, schwycenie opartej o pień maczugi.
Ha, ciekawe co będzie czwarte.




Vespera
Czwórka, która wyczołgała się spomiędzy sterty trupów, aby nie podzielić ich losu, czekała na dogodny moment. Skryci pomiędzy pniami nasłuchiwali jak bitewna wrzawa cichnie, jak odgłosy rzezi rwą się ostatnimi krzykami, mającymi powtórzyć się już tylko i wyłącznie echem.
Nasłuchiwali długo. Zdawało im się, że całą wieczność, aż w końcu z oddali dobiegały ich już tylko pojedyncze, nieładne dźwięki kojarzące się ni to z kaszlem, ni to szczekaniem albo problemami żołądkowymi. Nie znosząc dłuższej bezczynności, a uznawszy wprzódy moment za dostatecznie dogodny, wyszli z lasu, podążając w dół strumienia i kryjąc się w cieniu krzewów i kosodrzewin, aż przypadli wielkiego ostańca zdolnego zasłonić ich wszystkich.
Z tego, co niegdyś było ich karawaną, zostało niewiele. Na chwilę obecną, pod nieobecność swoich pobratymców pilnował tego pewien wyjątkowo paskudny ogrzy pomiot, w tej właśnie chwili wyciągający bele materiałów z otworzonej upadkiem skrzyni i drący sukno na sztuki, zaś podarte wdeptując w zasłane trupami krwawe błoto pod stopami. Poza czynionymi właśnie ostatnimi szlifami zniszczeń to właśnie on był sprawcą owych osobliwych odgłosów, które słyszeli wcześniej. Teraz, podkradłszy się bliżej, pojęli, że były one w istocie złośliwym rechotem stwora, którym kwitował każde poczynione zniszczenie lub każde dogorywające istnienie, które mógł w niewysublimowany sposób ukrócić ciosem dzierżonej maczugi.
Nie wyglądało to najlepiej i chyba nie tylko oni byli takiego zdania. Gdzieś, wcale niedaleko po ich prawej błysnęły im dwie czupryny — jedna biała jak śnieg, a druga ogniście ruda. Ich właściciele, bez wątpienia ludzie, przypuszczalnie ocaleli z karawany, naprowadzili ich na trop pozostałych dwóch postaci. Druga czwórka, również skryta za kamieniem i mająca baczenia na pobojowisko, zdawała się znajdować w cyrkumstancjach bliźniaczych do ich własnych.

Michu
Wyniesiona kobiecość i poskromiona męskość decyduje się zawiązać alians i rusza na zwiad, zbrojna w drągi, samostrzały oraz pióra wyrwane z koguciego ogona. W skład sojuszu nie zmieścił się już niestety kulawy koń, który po swym ostatnim bohaterskim zrywie odmówił dalszej współpracy. Jobst wysłany naprzód w poszukiwaniu śladów sprawił się wzorowo — w tym szczególnym wypadku każdy, nawet mniej obeznany z lasem spisałby się nie gorzej. Ślady były nieliczne, krwawe i bardzo wyraźne. Urwana ręka wyróżniała się pośród ściółki wyraźnie. Pasujące, bezrękie ciało znaleźli dziesięć metrów dalej.
Dotarcie na skraj pozostałości karawany, nie zajęło im długo ani nie przysporzyło dodatkowych problemów. Przewrócone lub wyprzęgnięte dwukółki i wehikuły, wybebeszone na wzór padłych obok nich koni padły niedawno ofiarą bardzo sumiennego wandalizmu, którego głównym sprawcą był najpewniej wciąż krążący po pobojowisku ogr. Pozostałych jego kompanów nie dostrzegali nigdzie w zasięgu wzroku.
Podczas rozglądania się udało im się wypatrzyć coś jeszcze. Kogoś. Po drugiej stronie górskiej ścieżki, nieopodal głazu nad strumieniem. Grupa ocalałych we wciąż jeszcze mokrych ubraniach, najpewniej członkowie ich karawany. Nie potrafili sobie przypomnieć, czy kojarzyli ich z widzenia, ale oni także nie patrzyli im na ogrów, ani nawet na dzikich, więc najpewniej jechali na jednym wózku. Tamci, zajęci obserwowaniem pobojowiska nie zdążyli jeszcze dostrzec ich.
Ilość słów: 0

Juno
Awatar użytkownika
Posty: 474
Rejestracja: 23 gru 2018, 17:44
Miano: Morgana Mavelle
Zdrowie: Suchotnica
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Juno » 13 gru 2021, 23:17

Gdy wdrapali się na górę, wiatr powiał od strony pobojowiska, niosąc na skrzydłach odoru krwi i gnoju obietnicę bardzo brzydkiego widoku. Obietnica, jak rzadko która, spełniła się w mig i co do joty. Wszędzie walały się porozrywane jak szmaciane lalki ciała ludzi i zwierząt, girlandy flaków rozwłóczone po ciężkiej od posoki ziemi lśniły obrzydliwie w błotnistej brei, rozparcelowane wozy stały porozrzucane jak bierki, a pośrodku tego wszystkiego, niby groteskowe ucieleśnienie chaosu, radośnie tańcował ogr.
Ogr — zakomunikował Menko poważnie.
Amelia milczała, zapatrzona w siejącego zniszczenie belghetha. Reakcją Idy było zwymiotowanie żółcią i stanowcze odsunięcie nachalnych ramion Tycjana. Wsłuchany do tej pory tylko w dziewczynę, rudy piekarczyk zmarkotniał wyraźnie na ten jawny akt odrzucenia, ale odstąpił.
Menko nie lubi ogrów.
Nikt ich nie lubi — skwitował Tycjan odrobinę nadąsanym tonem, wracając do rzeczywistości obejmującej swym zasięgiem trochę więcej niż tylko Idę z Apiverii. — Będziemy tak siedzieć i patrzeć?
Menko zabije ogra.
Wolałbyś się poznajomić? — Amelia spojrzała na chłopaka bez cienia uśmiechu. Lewy kącik jej ust drgał, nadając jej oszpeconemu obliczu strasznego wyrazu. Rudzielec zmieszał się, spiekł raka i odwrócił wzrok.
Menko zabije ogra — powtórzył albinos, dźwigając się z przyklęku.
Czekaj, stój. — Amelia chwyciła go za ramię. — Sam nie dasz rady.
Menko się nie boi.
A powinieneś, Karoku.
Może gdybyśmy odwrócili jego uwagę... — wtrąciła Ida, ocierając usta drżącą dłonią.
Hej, tam chyba są jacyś ludzie — przerwał jej podekscytowanym szeptem Tycjan, wskazując palcem na przycupnięte pod sąsiednim głazem sylwetki. — Żywi!
Przekonani widokiem pobojowiska, że nikt poza nimi nie wyszedł z masakry cało i skupieni na poczynaniach wciąż zagrażającego ich życiu ogra, nie przyjrzeli się należycie skulonym pod kamulcem kształtom. A te, w rzeczy samej, wyglądały na całkiem ruchawe.
To się może udać — podjęła Ida, wyciągając zza pazuchy słoik pełen rozwścieczonych pszczół. — Jeśli zaatakujemy na raz.
Amelia kiwnęła głową, sięgając po przytroczony do biodra brzeszczot, Tycjan wziął od Idy podkurzacz i nasypał doń wygrzebanej z tobołka mąki, Menko zaś niezmiennie (i z niezmiennym wyrazem twarzy) dzierżył swą miotłę, przywodząc na myśl szlachetnego bojownika o ład i porządek.
Menko zabije ogra.
Nie mitrężąc dłużej ni nie tracąc czasu na próby identyfikacji, które i tak ze względu na anturaż i odległość skazane były na porażkę, a przy tym wydawały się obecnie mało ważne, przemoczeni wodą śmiałkowie jęli na migi pokazywać śmiałkom przesiąkniętym juchą, by przypuścić na bestię zmasowany atak.
Ilość słów: 0
To, co widzisz, co się zdaObrazekjak sen we śnie jeno trwa.

Sokolnik
Awatar użytkownika
Posty: 21
Rejestracja: 14 lis 2021, 22:02
Miano: Gerhard de Mischling
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Sokolnik » 18 gru 2021, 22:02

Każdy z osobna spodziewał się kłopotów. Niektórzy większych, niektórzy ciut mniejszych, ale bez wyjątku wszyscy zdawali sobie sprawę w jak głębokiej i czarnej rzyci się znajdowali. Żaden jednak nie spodziewał się wypływającego w ich stronę gówna, którego emanacją stał się ogr, esteta i dekorator wnętrz(ami). W pierwszej chwili, jak jeden mąż, cała drużyna stanęła całkowicie sparaliżowana, gapiąc się z rosnącym strachem i czernią źrenic w to, co miało przypaść im w udziale jako adiunkt śmierci i rozpaczy. Szybka ewaluacja stanu poprzednich nieszczęśników, poczuli nagły zew przywiązania do swoich jelit.

Pierwszy ze stuporu otrząsnął się nie kto inny, jak Tytus. On też zaczął komenderować, nim Ogr dotrze do fazy czwartej wychodzenia ze swojego zaskoczenia. Rzucał pierwszym, co przyszło mu do głowy, bowiem nie miejsce to było i zdecydowanie też nie czas na wymyślne strategie i analizę stytuacji.

— Hector za mną! Słowik w krzaki! Szósty odwracaj uwagę i na drzewo! Potem tniemy w nogi! — Wykrzyczał, już kierując się za wielki głaz, znajdujący się niedaleko. Plan był prosty, choć zakładał kilka punktów. Po pierwsze, Ogr musiał ich nie rozumieć. Po drugie, pogonić za najbardziej hałaśliwym członkiem tej z koziej dupy wziętej drużyny. Po trzecie, mieć wrażliwe ścięgna na kostkach. Gdyby bowiem stało się tak, że gargantuiczne monstrum zajmie się biednym czyścicielem ekskrementów, Słowik z rzeźnickim nożem, a Hector ze swoim katowskim narzędziem mieli ciąć po pęcinach ile sił w rękach. A potem... potem się zobaczy, jak to zwykle z planami bywa.

Bohater. Mógł nim teraz zostać. Wtedy nie dał rady, ale teraz przecież los stawiał mu szansę przed oczami. Wielką, śmierdzącą, krwiożerczą szansę. Chwycić topór Hectora, przemknąć pod maczugą. Ślizgiem przejechać po ściółce między nogami bestii. Ciąć jedną nogę, potem z półobrotu drugą. Gdy zaś Ogr będzie padał wbiec mu po łydce, udzie, plecach, a potem z wyskoku wbić ostrze w czerep. Tyle przecież słyszał bardowskich opowieści. Tyle słyszał bajań. Doskonale wiedział co zrobić, tylko dlaczego nogi odmówiły mu posłuszeństwa? Dlaczego wnętrze spodni robiło się coraz bardziej wilgotne, a całe ciało drżało mu jak osika? Przecież wystarczyło... wystarczyło zostać bohaterem.

— Szósty! Szósty! SZÓSTY! — Tytus dopiero za trzecim razem dotarł do młodego chłopaka, a widząc, że na większe tłumaczenia ani nie ma czasu, ani niezbyt zdolności kognitywnych, postanowił wydać komendę prostą i taką, którą Szósty na pewno zrozumie. Wypowiedział ją zatem.

— SPIERDALAJ!

I Szósty spierdalał.

Wprost na drzewo.
Ilość słów: 0
You must beware of black haired girls. Else, one will cause your death.

Michu
Awatar użytkownika
Posty: 14
Rejestracja: 28 lis 2021, 12:52
Miano: Voron
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Zew Pustkowi

Post autor: Michu » 18 gru 2021, 23:42

Po masakrze powinna zapanować wielka cisza, którą burzyła tylko rozmowa ptaków zwołujących ucztowanie nad padliną. A co mówiły ptaki? To, co można było powiedzieć na temat samej masakry:
„o chuii-chuui" !

Tym razem — zamiast ptaków — zawodzili dogorywający ludzie. Okazało się też, że Trakthor, Jobst, Firletka i Rdeścik potrafili funkcjonować z duszą na ramieniu. W przeciwieństwie do nieboraków rozsmarowanych przez ogra — ekspresjonistę, ich krew nadal krążyła w żyłach, powietrze przesiąknięte metalicznym zapachem wypełniało płuca, synapsy przewodziły impulsy. Krótka przebieżka posłużyła też do wymiany kilku istotnych informacji — Jobst przejął dowodzenie, Rdeścik i Firletka czekały tylko, by nacisnąć spust, a Trakthor dostał przykaz, by oddychać głęboko i oszczędzać wkurwienie na później.
Wszyscy zaś, jak jeden mąż, mieli trzymać gęby zamknięte na kłódkę.

I trzymali, nawet gdy dostrzegli ocalałych po drugiej stronie ścieżki, za głazem. Trakhtor spróbował przekazać na migi, że przystają na pomysł zaatakowania na raz, a Jobst już rozstawiał pułapkę na niedźwiedzie i szeptem przekazywał dalsze instrukcje:
— Spróbujmy zwabić go w sidła. Rdeścik na lewo, Firletka na prawo, w krzaki, żeby nie widział zasadzki. Na hasło "pantalony", celujcie w kolana.

Gdy drużyna podzieliła się, Trakhtor poszukał kilku kamieni i dobył śmiercionośnego narzędzia — procy — z pomocą której miał zwabić ogra i naprowadzić go na pułapkę. Nie krzyczał, by nie ściągnąć więcej okolicznych atrakcji, po oddaniu strzału zamierzał spieprzyć za krzaki i ponowić zaczepny atak dopiero wtedy, gdyby półmózg polazł gdzieś w bok, ominąwszy sidła. Rdeścik i Firletka zajęły pozycje, Jobst natomiast spróbował przekraść się w stronę drugiej drużyny.

W tym momencie, w kierunku ogra poleciał pierwszy kamień, wystrzelony z trakthorowej procy. Hasło "pantalony" czekało zaś na odpowiedni moment...
Ostatnio zmieniony 19 gru 2021, 10:53 przez Michu, łącznie zmieniany 1 raz. Ilość słów: 0

Vespera
Awatar użytkownika
Posty: 94
Rejestracja: 07 cze 2021, 15:44
Miano: Elspeth Favres
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Vespera » 19 gru 2021, 1:31

Przeżycie rzezi najwyraźniej nie było jeszcze końcem tarapatów, co feralna czwórka rychło uświadomiła sobie po dotarciu do ich niegdysiejszej karawany. Teoretycznie mogli po prostu dać stamtąd drapaka, jednak każde z nich wiedziało, że przeszukanie rozwalonego dobytku zwiększa ich szanse na przeżycie w dziczy, a przecież od tej pory to właśnie przetrwanie stało się ich nadrzędnym celem.
Drużynę różniło wyłącznie odmienne podejście do perspektywy schadzki z paskudą. Tassian zachował twarz równie kamienną co skała, za którym przycupnęli, ale jak przystało na pośledni gatunek człowieka określanego kolokwialnie jako „chędożony inteligencik” tudzież „jajogłowy nierób”, czuł prawdziwą niechęć na myśl o konieczności walki ze stworem, do czego naturalnie nie przyznał się na głos. Solveig i Balian mieli w sobie wrodzony gen mordobicia, toteż po wymianie porozumiewawczych spojrzeń między sobą tylko się gotowali się do przypuszczenia ataku. Natomiast Eliana... cóż, zdaje się, że również chciała zrobić porządek z ogrem, ale ku jej irytacji drużyna do tej pory traktowała ją raczej jako małolatę wymagającą opieki niż równorzędnego partnera.
Patrzcie, mamy wsparcie — szepnęła krwawowłosa dziewczyna, dojrzawszy czwórkę ludzi za innym ostańcem, którzy na migi próbowali się z nimi porozumieć. Razem z Solveig zaczęła im machać i skinięciami głowy oraz kciukami w górę potwierdzać, że przyłączają się do ich planu ataku.
Nikt nie zdążył jednak wykonać manewru choćby o krok, gdy wnet ogr odwrócił się w stronę czegoś albo kogoś, kto najwyraźniej nie dość, że śmiał przeżyć, to jeszcze poważył się strzelać do bydlaka z kamienia.
Ten ktoś zgarnie większą chwałę z ubicia ogra dla siebie — rzekła zawiedzionym półgłosem Solveig.
A niech bierze sobie całą — wycedził Nydysyjczyk, w duchu rady z tego, że ktoś inny postanowił uwolnić świat od szkodnika niszczącego wszystko wokół niczym fanatyk turniejów rycerskich zawiedziony przegraną swojej drużyny. — Przygotujcie się na wypadek walki.
Tego ostatniego nie musiał im powtarzać. W mgnieniu oka Balian zgarnął od rudej Eli hak, a jej przekazał żelazny kufel i sieć rybacką, którą miała zarzucić na ogra w razie potyczki. Tassian narychtował swoje chirurgiczne ostrze z podręcznej torby, a widły w dłoniach Varnorki paliły się tak, jakby już była na nich nabita głowa pokraki.
Gotowi do działania, oczekiwali na rozwój wypadków.
Ilość słów: 0
Nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie.

Bajarz
Awatar użytkownika
Posty: 82
Rejestracja: 29 lis 2018, 11:18

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Bajarz » 25 gru 2021, 23:32

Uzbrojona przez trapera pułapka szczęknęła złowrogo, kiedy wysłużone żelazne szczęki rozwarły się w gotowości. Teraz wystarczył im ledwie mocniejszy nacisk, by odpowiedziały swoim, okrutnym i gryzącym do kości. Teraz, nieruchoma i zakamuflowana igliwiem, będzie oczekiwała na odpowiedni moment. Wraz z nią, kawałek dalej, w pobliskich zaroślach oczekiwały dwie siostry bliźniaczki — uzbrojone w bliźniacze kusze narychtowane do strzału. Wśród nerwowego napięcia — pułapki, samostrzałów i samej drużyny, mężny Trakthor z dokładnością i spokojem wybierał amunicję do swojej procy.
Wybrawszy, wychylił się zza głazu, taksując pole masakry i szacując odległości. Rozgrzebujący pobojowisko potwór nie dostrzegł go zrazu, zajęty procesem destrukcji przy wtórze obleśnego rechotu. Smagłolicy popuścił rzemień procy, osadziwszy w niej okrągłego, dobrze wyważonego otoczaka, którego przygnało tu chyba znad brzegu pobliskiego strumienia. Wychodzące zza chmur południowe słońce zmusiło go do zmrużenia zielonych oczu, którymi uważnie obserwował potężne plecy stwora, niewiele tylko szersze od jego własnych. Pierwszy krótki obrót kamykiem na rzemieniu, dla wyczucia ciężaru. Drugi, szybszy, dla rozwinięcia… Trzeci i czwarty, błyskawicznie zlewające się z piątym i szóstym, zwieńczonym nagłym wyrzutem ramienia. Wprawiony w rotację otoczak po raz kolejny zmienia miejsce pobytu, tym razem z przecinającą powietrze prędkością, dającą o sobie znać przenikliwym świstem.
Kamyk przelatuje ogrowi obok niekształtnego łba, nad samym uchem. Frunie nad pobojowiskiem, by zakończyć lot ze stukiem na którymś z oddalonych sosnowych pni, płosząc przycupnięte w koronach kukułki. Ogr odwraca się błyskawicznie w reakcji, nieomylnie lokalizując kierunek oraz źródło ataku. Wykrzywiający mu szpetną gębę grymas gniewu miesza się ze złowrogą oskomą. Z jego gardła rwie się nieartykułowany okrzyk, bardziej zwierzęcy niż ludzki. Zabierając ze sobą oręż, maczugę, zaczyna biec, depcząc po trupach, potarganych pakułach i drewnianych szczątkach pochodzących z rozbitych beczek i połamanych fragmentów wehikułów. Biegnąc, zanosi się rechotem, a uczyniona ze skamieniałego konara maczuga podskakuje mu na ramieniu w rytm biegu.
Tego dnia kapryśny Fenrir sprzyja ich planom. Noga stwora ląduje prosto w zastawionych przez nich sidłach. Monstrualny humanoid zwalnia, bardziej niż przez utratę impetu — przez zaskoczenie i ból. Ten ostatni zmusza go do jednoznacznie wściekłego ryku omal zagłuszającego hasło dane przez Jobsta.
Pantalony! — zdziera gardło nadzorujący akcję traper, lecz żadna z bliźniaczek nie potrzebuje sygnału, by przejść do działania. Obydwie, jak dwie części zschynchronizowanego mechanizmu wychylają się zza zasłony krzaków, jednakowymi ruchami podbijając kolby do policzków i zwalniają spusty, wypuszczając ze świstem dwa małe i ostre bełty. Pierwszy z nich, autorstwa Rdeścika, uderza zdradziecko, wbijając się pod skosem tuż nad kolanem tej samej nogi, która tkwi w pułapce. Posłany przez Firletkę włazi po lotkę w okazały, napięty jak bęben bebech stwora.
Wgryzająca się do ciemnej krwi w grubą łydkę pułapka oraz dwa celne i niespodziewane ukąszenia, zmuszają monstrum do zatrzymania się w miejscu i padnięcia na jedno kolano. Bestia ryczy straszliwie, podrywając do lotu ptaki z pobliskich drzew, a w ryku tym wściekłość miesza się z bólem. Wprawiona w ruch maczuga świszczy nad głową Firletki, ścina na swej drodze kosodrzewinę, za którą stoi Rdeścik, samą Rdeścik mijając ledwie o cale.
Uaaargh! — Wśród rwącego trzewi ryku maczuga rozmywa się w powietrzu, świszczy im nad głowami, dudni przy każdym uderzeniu o ziemię, zapyliwszy okolicę tumanami wzbitego kurzu, fruwającymi źdźbłami koszonej trawy, pryskającymi we wszystkie strony drobnymi kamykami. Stwór nie rusza się przy tym z miejsca ani nie podnosi z przyklęku — pułapka trzymająca nogę oraz tkwiące w ciele bełty sprawiają mu dotkliwy, ograniczający mobilność ból.
Zdawałoby się, że już nikt nie ośmieli zbliżyć się do szalejącego monstrum, które wściekłymi razami pragnie odsunąć od siebie każdego potencjalnego napastnika. Dwójka ludzi, która nadbiegała właśnie od strony rzeki czym prędzej spieszyła, by zadać kłam temu przypuszczeniu. Młoda dziewczyna o kasztanowych włosach i intensywnie piegowatej twarzy spieszy wprost na miejsce draki, ściskając w dłoniach duży słój, w którego wnętrzu ciemnieje coś ruchliwego i niespokojnego. Z każdym kolejnym metrem pokonanym przez dziewczynę, zawartość naczynia wydaje coraz wyraźniejsze i zdecydowanie złowrogie buczenie. Zaraz obok piegowatej, niby do kompletu, biegnie rudy, tykowaty młodzieniec z płóciennym workiem przerzuconym przez ramię. Obydwoje wyforsowali się naprzód, przed ciemnowłosą niewiastę o grzywce zaczesanej na twarz i mężczyźnie o obliczu srogim niczym vorngardzka zima i włosach tak białych, że można by ryzykować domniemanie, że jego matka gziła się z bałwanem.
Obydwoje, rudy i piegowata, biegną prosto na schwytanego w pułapkę i wziętego w krzyżowy ogień ogra. Rudowłosy w biegu ściąga worek, zanurza dłoń w jego wnętrzu i podbiega do rozszalałego monstrum, by sypnąć mu w pysk garścią białego proszku. Pęd robi swoje — miast w ogra, sypie sobie prosto we własną twarz — chmura białego pyłu prószy i oblepia mu twarz wespół z przodem schludnego zielonego kaftana, bieli rudą czuprynę przedwczesną siwizną. Chłopak kaszle i zamyka oczy, kończąc bieg upadkiem. Na swoje szczęście, bo latająca ogrza maczuga w ostatniej chwili rozmija się o włos z jego czaszką.
Szkło błyska krótkim refleksem w słonecznych promieniach, kiedy kasztanowłosa unosi go nad głowę. Naczynie leci i z brzękiem rozbija się na ogrze, wypuszczając z roztrzaskanych szczątków całą kryjącą się w nich armię, która rozdrażniona dotychczasowymi wstrząsami oraz kolizją formuje się w gniewną, żywą chmurę, której bzyczenie na krótki moment dominuje nad pozostałymi dźwiękami okolicy. Rozdrażnione insekty obsiadają potwora, żądląc uciążliwie i gdzie popadnie. Bestia ryczy po raz kolejny, bezskutecznie usiłując oganiać się przed setkami małych żołnierzy coraz bardziej niemrawymi i niecelnymi razami maczugi. Szpetna twarz potwora robi się jeszcze bardziej groteskowa, nabrzmiewając od opuchnięć, jedno z oczu łzawi mu krwawo. Instynkt stwora przezwycięża w końcu ból, zmusza do wycofania się pomimo uścisku sideł i przemieszczających się głębiej w ciało bełtów. Bestia robi krok, lecz uwięziona i przestrzelona noga go nie dotrzymuje. Ogr pada na ziemię, w świeżo rozbite szkło i szczątki karawany. Wśród bzyczenia owadów dołącza do ciał pobojowiska, razem z pokrywającymi go żywymi i martwymi pszczołami, z których część nie przestaje żądlić, a pozostałe rozpraszają się i bzycząc, kierują w kierunku lasu.
Oswobodzone insekty przelatują nad głowami kolejnej ocalałej czwórki, nadbiegającej na pobojowisko od północy. Widząc działania dwóch poprzednich grup, tamci opuścili swoje ukryte pozycje, by przyłączyć się do ataku, lecz opóźniła ich odległość. Pochód otwierała jasnowłosa baba na schwał, biegnąca na przedzie ze wzniesionymi do gotowości widłami. Tuż za nią sadził postawny, ciemnowłosy i zarośnięty mężczyzna, potem rudowłosa dziewczyna z warkoczem i w końcu szczupły, ciemnowłosy osobnik w typie Nydysyjczyka. Nim dotrą do ogra, ten zdąży wydać już swoje ostatnie, rzężące tchnienie. Z obnażoną bronią i razem z pozostałą ósemką przyjdzie im patrzeć jak bestia dogorywa wśród słabnących pobzykiwań owadów.


Sokolnik

SZÓSTY! SPIERDALAJ! — zdążyło przebrzmieć echem wśród koron, kiedy adresat ostrzeżenia ocknął się poniewczasie z zamyślenia i ruszył przed siebie. Pędem, na oślep niemal, szykując się do slalomu między drzewami. Dzisiejszego dnia miał dowiedzieć się dwóch istotnych rzeczy — by reagować już przy pierwszym wywołaniu oraz że ogry, choć średnio wolniejsze od człowieka, zdecydowanie górują nad nim zasięgiem. Miał czas zastanowić się nad tym podczas lotu na pobliskie drzewo. Niezbyt wiele czasu, bo trafiony maczugą w plecy, po zderzeniu z pobliskim pniem stracił przytomność, osuwając się bezwładnie na ziemię, spełniając tym samym swoje zadanie skupienia uwagi przeciwnika.
Komenderujący z ariergardy Tytus wydał dalsze dyspozycje pozostałym. Hector, jak zawsze w stanie milczącej gotowości, zbliżał się do odwróconej doń plecami góry mięsa, zaciskając obydwie dłonie na stylisku swojego sprawdzonego narzędzia pracy. Tuż obok miał Słowika czającego się ze swoim wiernym tasakiem. Obydwaj deptali bestii po piętach, kiedy ta zaabsorbowana niedawno zmiecionym maczugą Szóstym szykowała się, by przydepnąć go na tyle mocno, by przekonać się, którym to otworem ujdą z niego wątpia.
Hector, od kilku lat małodbory z powołania albo przekleństwa, zamachnął się toporem. Zamachnął się okrutnie, z wyrobioną latami wprawą popartą krzepą, której nie mógł zlekceważyć nawet olbrzym z maczugą. Choć nie brakowało mu wiedzy o ścięgnach, ostrze świsnęło i z mocą uderzyło bestię pod nieco poniżej grubego jak konar udo, wcinając się w nie z wyraźnym mlaśnięciem. Ogr zaryczał potężnie, rykiem, od którego zdawałoby się, że pobliskie sosny pogubią igliwo. Choć uderzenie ścięłoby od jednego machu niewielkie drzewo, bestia wciąż trzymała się na nogach, a co gorsza była teraz bardzo, bardzo rozwścieczona.
Oraz gotowa do natychmiastowej odpowiedzi.
Odwróciwszy się błyskawicznie pomimo kusztykania, ogr uczynił to w samą porę, by udaremnić atak przyskakującemu do niego z tasakiem rzeźnikowi. Słowik nie zdążył wyprowadzić cięcia, nie zdążył nawet krzyknąć, kiedy potwór schwycił go za jedyne i dzierżące broń ramię i pociągnął zań wściekle, by obalić rzeźnika na ziemię, na której wylądował bezwładnie jak szmaciana lalka i nie podnosząc się więcej.
Hector, którego nie opuszczała jego zwyczajowa chłodna głowa, właśnie zawijał nad nią toporem, gotując się do kolejnego cięcia, ale zraniony ogr w iście berserkerskim szale, skierował na niego całą swą uwagę i wściekłość. Wściekłość, że coś mniejszego od niego ośmieliło się go zaatakować, a na dodatek potrafiło zadawać podobny ból.
Uderzenie maczugą, wyprowadzone z zaskakującą prędkością w odsłonięty brzuch i żebra dawnego kata, zmusza tamtego do wypuszczenia z płuc resztek powietrza, z ust ulewającej się krwi, a z rąk swojego narzędzia kaźni. Odrzucony impetem ciosu Hector ląduje na znak w ściółce, bez ducha i czucia.
Ogr, wciąż nienasycony zemsty kuleje po okolicy, tocząc wkoło krwawymi oczami oraz otłukując pobliskie pnie, jako lew ryczący krążąc i czyhając kogo pożreć.
Ilość słów: 0

Vespera
Awatar użytkownika
Posty: 94
Rejestracja: 07 cze 2021, 15:44
Miano: Elspeth Favres
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Vespera » 27 gru 2021, 15:33

Cóż to było za widowisko! Początek starcia nie zapowiadał tak pięknego zwycięstwa. Rozpoczęcie wybiciem otoczaka poza pole bitwy napięło nerwy widzów o słabszych nerwach do tego stopnia, że zapragnęli wygwizdać strzelca drużyny i wydrzeć się „JAK RZUCASZ TYM KAMIENIEM”, dodając do tego co najmniej „ja chędożę”. Zaraz jednak jak się bydlę nie przewróciło, jak dwie napastniczki go złotymi strzałami nie otoczyły, to rychło bestia wzięta podstępem przeszła do defensywy, dobita pszczołami z flanki. Punkt dla drużyny zza wschodniego ostańca.
Jasnowłosa Varnorka, która z widłami w dłoni dobiegła jako pierwsza w zasadzie już tylko po to, by admirować dzieło upadku ogra, zagwizdała z uznaniem.
Niech żre glebę i pije własną juchę, skurwysyn jeden — skomentowała siarczyście ubicie bydlaka. — Pięknie go załatwiliście!
Reszta jej kompanów ledwo zdążyła za nią nadgonić, przystając w niedalekiej odległości od jej poprzedniej pozycji. Solveig bowiem już zbliżała się do leżącego na ziemi nieboraka w mące w zielonym kaftanie.
Hej, kolego, nic ci nie jest? — spytała go, patrząc nań uważnie z góry, gotowa wyciągnąć pomocną dłoń.
W międzyczasie Nydysyjczyk bardzo intensywnie eksplikował coś Balianowi słowami, których nie dało się dokładnie usłyszeć. Gorzelnik skwitował to uśmiechem i klepnął go przyjaźnie w plecy z komentarzem, który brzmiał mniej więcej jak „już po wszystkim”. Tassian to zignorował i dalej zacięcie argumentował, wywód kończąc gestem poziomego przecięcia powietrza dłonią.
Brodacz spoważniał i zbliżył się do zabójców ogrów tak, by mogli słyszeć jego donośny głos.
Towarzysze... — zaczął patetycznie, wywołując tym ostentacyjne przewrócenie oczami u Nydysyjczyka. — ...niedoli. Rad bym był zacząć to spotkanie od wymiany kielichów i uprzejmości, lecz nie czas i miejsce na to. Usłyszeliśmy przed chwilą, że niedaleko nas wciąż COŚ jest i wydaje dźwięki. — Balian wskazał palcem wschodnią część lasu, niedaleko miejsca, skąd nadbiegł ze swoimi kompanami. — I za chwilę może nas bardzo nieprzyjemnie zaskoczyć. Być może to kolejny ogr, a bogowie strzeżcie, by nie inna potwora. Błędem byłoby się rozdzielać, tedy sugerujemy, by wstrzymać się na parę chwil od przeszukiwania ostałego dobytku karawany i czym prędzej zejść z centralnego widoku, choćby za krzewy i pnie za tymi wielkimi głazami, nim nie upewnimy się, że jest bezpiecznie. Może bestia przejdzie bokiem i nic na tym nie zyskamy, ale jeśli nie i przyjdzie nam walczyć, przynajmniej do nas należeć będzie element zaskoczenia — zakończył, licząc na to, że reszta osób będzie podzielać ich chęć do dokonania nasłuchu i obserwacji w ukryciu przed przystąpieniem do przeszukania.
Ilość słów: 0
Nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie.

Sokolnik
Awatar użytkownika
Posty: 21
Rejestracja: 14 lis 2021, 22:02
Miano: Gerhard de Mischling
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Sokolnik » 29 gru 2021, 1:18

Tytus kalkulował bardzo szybko. Od małego był świetny w rachowaniu, a rodzina wróżyła mu świetlaną przyszłość. Szkoda, że wszystko potoczyło się tak, a nie inaczej i teraz miast balować wśród cycków bujnych kurew, patrzył jak jego towarzysze niedoli, jego ludzie, z którymi miał odbudować własne nazwisko, padają jeden po drugim jak dzieciaki w trakcie bitwy na śnieżki, gdy jeden z uczestników stwierdził, że zacznie wsadzać do kulek kamienie. Bilans zysków i strat kroił się szybko i bezlitośnie. Szkoda było trochę topora i łopaty, bo to dobre narzędzia, ale bardziej szkoda byłoby własnej głowy. Nie będąc takim do reszty parszywym człowiekiem, Tytus zmówił szybko modlitwę za poległych i rzucił się do ucieczki, wykorzystując własną radę, rzuconą przed chwilą Szóstemu. Bieg - rzecz jasna - odbywał się w kierunku karawany. Szukanie jakiegokolwiek wsparcia gdziekolwiek indziej byłoby jak szukanie igły w stogu siana. Skoro jeden ogr był tutaj, to znaczy, że gdzieś tam szwendał się jeszcze tylko jeden. A nuż widelec trafi na kolejną grupkę, której łatwo będzie wejść do głowy? Ludzi wszakże zawsze można zmienić - tak mawiał papa.
Ilość słów: 0
You must beware of black haired girls. Else, one will cause your death.

Juno
Awatar użytkownika
Posty: 474
Rejestracja: 23 gru 2018, 17:44
Miano: Morgana Mavelle
Zdrowie: Suchotnica
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Zew Pustkowi

Post autor: Juno » 29 gru 2021, 20:50

Choć uradzali się na migi z grupą po lewej, atak nieoczekiwanie nastąpił z prawej. Najszybciej zareagowali Ida i Tycjan, momentalnie wystrzeliwując zza głazu jak otoczak z procy alianckiego olbrzyma. Rudy piekarczyk, podobnie jak pocisk, chybił celu, chłopak zaś na domiar złego oślepił się, potknął i wyrżnął jak długi. Pieguska ze szklaną bombą biologiczną w rękach miała więcej szczęścia. Słój z pszczołami roztrzaskał się na ogrze, stawiając kropkę nad wypracowanym przez grupę z prawego skrzydła „i”.
Khe... khe... Dziękh-uję... — wykrztusił Tycjan, ślipiąc zamączonym okiem, które zdołał otworzyć, by spojrzeć na pomocną duszę i należącą do niej dłoń.
Widziałeś?! — wykrzyknęła podekscytowana Ida, okręcając się wokół własnej osi. Ale obiekt, do którego się zwracała, leżał na ziemi, dźwigany właśnie silnym ramieniem jakiejś jasnowłosej dzierlatki. Ida zmrużyła oczy i prychnęła, po czym skierowała się tanecznym krokiem ku grupie, która zainicjowała i praktycznie samotrzeć załatwiła potworę. Adrenalina i podekscytowanie wyparły niedoszłą żałobę po ciotce Ryksie w rekordowym tempie.
Świetna robota! — uśmiechnęła się szeroko, wyciągając dłoń do pierwszej z brzegu kuszniczki. — Jestem Ida, a ty... Rdeścik? Czy Fretka? Słyszałam jak jedna z was grała na lutni wczoraj przy ognisku. To było cudne!
Tymczasem Amelia i Menko w skupieniu i przedziwnym, pozbawionym słów porozumieniu podeszli jednocześnie do powalonego belghetha, zerkając nań podejrzliwie.
Menko nie zabił ogra — zauważył albinos, szturchając truchło miotłą. W jego jednostajnym, monotonnym głosie zawibrowało coś dziwnego. Smutek? Zawód? Złość? Trudno było orzec, gdy twarz zamiatacza pozostawała niby wykuta z kamienia.
A ogr nie zabił ciebie, Karoku — odrzekła beznamiętnie kobieta, kucając i zabierając się za odpiłowywanie małego palca jednej z łap potwora. — To dobry układ.
Gdy głos zabrał brodacz, serwując im orację rodem z ambony, Tycjan kaszlnął mąką, próbując wtrącić swoje trzy grosze, Ida przestąpiła z nogi na nogę, zerkając na bliźniaczki i stojącego nad nimi goliata, Amelia w ogóle nie przerwała wykonywanych czynności, Menko zaś podszedł do Baliana, niemal nań włażąc.
Ogr — rzucił, świdrując gorzelnika upiornym spojrzeniem czerwonawych tęczówek. — Gdzie?
Ilość słów: 0
To, co widzisz, co się zdaObrazekjak sen we śnie jeno trwa.

Michu
Awatar użytkownika
Posty: 14
Rejestracja: 28 lis 2021, 12:52
Miano: Voron
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Zew Pustkowi

Post autor: Michu » 06 sty 2022, 14:46

Udało się. "Pantalony" zyskały nowej barwy, dojrzawszy ciepłą czerwienią wiktorii zamiast spodziewaną brunatnością obesranych ze strachu gaci.
TA JEST! KUPĄ NA NIEGO! — wydarł mordę Jobst, gdy powietrze wokół ogra zafalowało brzęczeniem skrzydełek i pracą żądeł.
W tym momencie zza osłony wyjrzały dwie jasne czupryny, by nie utracić więcej spektaklu i krótkim wiwatem uczcić wygraną. Nie świętowały jednak zbyt długo, jakby podświadomie wyczuwając, że zwyczajnie miały nieziemskie szczęście, cudem uniknąwszy ciosów. Gdy zaś pszczeli rój skończył swoją zmianę i odleciał w poszukiwaniu wolnej barci do zagospodarowania, a trzy drużyny scaliły się w jedną, Rdeścik zakręciła się wokół stygnącego truchła, by w miarę możliwości odzyskać bełty.
— Firletka. Niezmierniem rada, że się spodobało — odezwała się początkująca trubadurka, jeszcze bardziej pokraśniawszy z uciechy dzięki temu prostolinijnemu i szczeremu docenieniu jej kunsztu pobrzękiwania na rozstrojonym instrumencie. Zupełnie puściła też w niepamięć przeinaczenie jej imienia, bo zaraz uścisnęła dłoń Idy, uśmiechnąwszy się przy tym tak szeroko i serdecznie, jakby znały się całe wieki, a nie ledwie kilka chwil. Zaraz też rozległ się srebrzysty śmiech jej siostry, która nadal siłowała się przy wyciąganiu bełtów ze zbitego kawała ogrzego mięcha.
— Fretka, hehe... Klekoczesz w sumie podobnie. A Rdeścik to ja — jęknęła, zaparłszy się nogą. Uważała przy tym, by promień bełtu nie ułamał się, trzeszcząc niczym fasolowa w rzyci.
Bohaterscy panowie natomiast nie tracili czasu na wielkie powitania, instynktownie sondując okolicę, jakby spodziewali się, że po wygranej walce nie mogło być zbyt pięknie i rychło coś pierdolnie.
— No, to czemu jeszcze tu sterczymy i strzępimy jęzory? W dyrdy, w krzaki — krasomówczy popis brodacza przerwał Trakthor, spojrzawszy po reszcie ocalałych, gęba po gębie.
— Panowie przodem — wtrąciła Rdeścik, skłoniwszy się nisko a prześmiewczo, tym samym pielęgnując wrażenie, że pofiglować z taką panną to jak z parówą lecieć na niedźwiedzia.
— Tędy, synu młynarza — jak na sygnał ozwała się też druga z bliźniąt, mrugnąwszy szarym ślepiem do Tycjana.
Jobst natomiast, ten mniej urodziwy, z nosem jak klamka od zamtuza i szeregiem zębów w rumianej gębie (z tą jednak różnicą, że szereg ten otrzymał komendę “co drugi wystąp”), wyszczerzył się do jasnowłosej, widlastej Varnorki, która najwyraźniej zaimponowała mu jakimś walorem. A potem, wraz z resztą drużyny miał przepaść za gęstą zasłoną krzaczorów.
Ilość słów: 0

Odpowiedz
meble kuchenne na wymiar cennik warszawa kraków wrocław