Noce Nowego Orleanu [Wampir Maskarada 5 edycja, gra]

Obrazek

„Chcę znowu widzieć gwiazdy nad traktem, chcę gwizdać wśród nocy balladę Jaskra. I pragnę walki, tańca z mieczem, pragnę ryzyka, pragnę rozkoszy, jaką daje zwycięstwo.”


Lasota
Awatar użytkownika
Posty: 62
Rejestracja: 21 kwie 2022, 12:02
Miano: Lasota z rodu Wielomirów
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Noce Nowego Orleanu [Wampir Maskarada 5 edycja, gra]

Post autor: Lasota » 20 cze 2022, 5:01

XIII Śmierć XVI Wieża

Nowy Orlean nigdy nie podniósł się po huraganie Katrina. Miasto zostało zalane, setki osób zginęło, a tysiące utraciło swoje domy. Czy największa katastrofa naturalna w historii USA zachęciła polityków do zmian? Nic z tych rzeczy. Siedemnaście lat później po tragedii, największe miasto Luizjany notowało najwyższe wskaźniki przestępczości w kraju. Regularnie porywano turystów, a pomimo tego faktu, dalej przybywali niczym ćmy do rozgrzanej lampy. French Quarter był siedliskiem hedonizmu, lecz także zniewolenia i wyzysku. Jako facet korzystający z usług prostytutek liczyłeś się z faktem, że stracisz portfel, a w najgorszym przypadku trafisz na cwaniaków, którzy cię skopią i obrabują w mdłym świetle czerwonych latarni. Na każdym rogu ulicy znajdowałeś przewodnika, który za parę dolców obiecywał zaliczenie popularnych miejscówek, a w rzeczywistości wycieczka zatrzymywała się w haitańskiej spelunie, gdzie kończyło się jako półżywy materiał na laleczką voodoo. Francuskie galerie przyciągały wzrok wielobarwną elewacją, młodzież ubrana w kolorowe stroje nieustannie się uśmiechała, wieczorami na ulicach trwała impreza, a z rąk do rąk wędrowała forsa, a za nią krak. Chwila odlotu za cenę uzależnienia, było warto? Nawet jeśli próbowałeś uciec z tych atrakcji, trafiałeś na gorszy syf. Wschodni Nowy Orlean dalej nie podniósł się po huraganie, tam bezdomni rywalizowali z szczurami o skrawek podłogi, a jeśli trafiłeś na złą przecznicę, zarabiałeś kulkę od miejscowych gangsterów. Najgorszy z nich byli Southern Crusaders, którzy bardzo nie lubili się z kolorowymi, jeśli słyszałeś ryk ich motocykli, wiedziałeś, że byłeś w ciemnej dupie. Być może śródmieście? CBD (Central Business District) oferował wysoki standard. Panie w drogich sukniach, panowie w eleganckich garniturach przychodzili do wykwintnych restauracji, gdzie serwowano kreolskie specjały warte trzycyfrowe liczby. Przystawka z krewetki? Jedna czwarta wypłaty szarego obywatela, ale kogo to obchodziło? Na pewno nie tych buców, którzy zamykali się w stalowych wieżowcach rzucających długi cień na miasto. Za kulisami radni knuli z przedstawicielami korporacji, brudna forsa zamykała usta ostatnich sprawiedliwych, a układziki powodowały, że prostych ludzi skazywano na neoniewolnictwo pod postacią wyzyskujących umów. Garstka dziennikarzy próbowała ujawnić prawdę społeczeństwu, lecz naczelni redaktorzy gazet wyrzucali ich na bruk. Niektórzy, wyjątkowo uparci, kończyli z dziurą postrzałową w czaszce. A tych, których policzysz na palcach jednej ręki, borykali się z własnym szaleństwem. Może chociaż postawisz świeczkę na grobach bliskich? Na cmentarzu Świętego Ludwika policja odnajdywała zmasakrowane zwłoki, seria comiesięcznych morderstw o zmroku gnębiła Nowy Orlean od dwóch lat, ale sprawcy nie odnaleziono. Miejskie witryny internetowe huczały, niemniej nikt nie przejmował się nickami w komentarzach, w zero-jedynkowej przestrzeni nie istnieli ludzie a znaczki, których opinie nie znaczyły wiele, ponieważ często każda z nich stała w opozycji do siebie. W piekle cyberprzestrzeni Limbo odnaleźli hakerzy, którzy walczyli z systemem. Ich progres był mizerny, powolny, niezauważalny, mimo tego walka trwała dalej. Być może następne uderzenie w klawisz przyniesie Nowemu Orleanowi wybawienie? Mało prawdopodobne.
To było wasze miasto.
Obrazek
Tej nocy pracowałaś jak nigdy. Trwał Mardi Gras, w karnawałową noc ludzie bawili się tak, jakby nie miało być jutra. Zamaskowani tancerze wykonywali performance w rytmie rapcorowego remixu kawałka Godsmacka – Voodoo na podwyższonej scenie, pod nią znajdował się parkiet. Dziesiątki postaci tańczyło w półmroku rozświetlanym laserami, uwalniana mgła mieszała się z oparami palonej marihuany i zapachu potu. Stałaś za barem, gdyż twoi pracownicy ledwo nadążali z wydawaniem kolejnych szkieł alkoholu, razem z nimi komponowałaś Sazeraca: drink na bazie koniaku, absyntu, syropu cukrowego; wzbogaconego aromatyczną zaprawą oraz cytrynką. Zapierdol był taki, że po pewnym momencie mieszałaś absynt z burbonem, bo koniak się skończył. Nie było czasu na syropek, więc cytrynka musiała wystarczyć. Nikt nie narzekał. Klientela, która do ciebie podchodziła, zawsze była pod wpływem twojego uroku. Pierw, co dostrzegali, to odbicia świateł w szkłach clubmasterów w złotej oprawie, jakby spoglądali w ślepia diabła. Piercing tworzył zabójczy duet z tatuażami, które wielokrotnie wprawiały w zakłopotanie nieśmiałych facetów, natomiast dziewczyny wpędzały w zazdrość, bo brakowało im odwagi do takiego poziomu ekspresji. Nawet teraz, w istnym chaosie, kreowałeś aurę przyciągania, a dzięki temu wpadło wiele napiwków. Pomimo harmideru, czujnie obserwowałaś klub.
Obrazek
Byłeś pod wpływem alkoholu, kiedy przemierzałeś Bourbon Street w poszukiwaniu sposobu na załagodzenie bólu po stracie kilku kumpli po ostatniej akcji. Myers posłał was na przechwycenie meliny wrogiego gangu, wpadliście tam niczym grom z jasnego niebo, rozpętała się strzelanina. Twoje przeszkolenie pozwoliło ci skutecznie poprowadzić chłopaków, niemniej kilku z nich zapłaciło życiem za powodzenie. Trudno było ci się z tym pogodzić, dlatego po stypie, poszedłeś chlać na całego, w samotności. Przemierzałeś kolorową ulicę francuskiej dzielnicy, nawet twoje pijane oko wyłapało kieszonkowca, który zamierzał ukraść twój portfel. Jedno spojrzenie wystarczyło, aby odpuścił. Nie miało znaczenia, gdzie tej nocy trafisz, za co będziesz pił i czyje mordy obijesz. Chciałeś zapomnieć. W końcu zwabił cię szyld klubu NOLA-X. Na trzeźwo byś tam stopy nie postawił, ponieważ była to kolebka artystycznej bohemy, dj-ów napędzanych speedem i zbuntowanej młodzieży, czyli, na twoje oko, zgraja pierdolonych hipsterów. Przekroczyłeś próg, w pewnej chwili znalazłeś się w drodze do baru, gdzie twoje oko natychmiast spostrzegło wydziaraną laskę stojącą za kontuarem i lejącą wódę do kieliszków. Zaczęło grać twarde techno, czerwień poczęła migać w ciemności, jasnobiałe migoczące lasery cięły przestrzeń. Rosło twoje wzburzenie. Dobrze, dostrzegłeś paru pastuchów do sklepania. Na razie postanowiłeś zamówić najmocniejsze gówno u barmanki, jaką miała na składzie, a potem się zobaczy. Paru gości, widząc twój wyraz twarzy, ustąpiło ci w kolejce. Ujrzałeś swój gniew w odbiciu szkłach okularów dziewczyny za barem, niechcący potrąciłeś kolesia siedzącego na hokerze.
Obrazek
Rzuciła cię. Przedwczoraj dostałeś smsa od niej, wasz wieloletni związek prysł za pośrednictwem wiadomości tekstowej. Wczoraj próbowałeś dobijać się do jej drzwi, nastraszyła cię gliniarzami, nie odpuściłeś, w końcu usłyszawszy syreny radiowozów, dałeś nogę. Dzisiaj pierwszy raz od wielu lat zawahałeś się przed spożyciem kolejnej dawki lekarstwa. W pracy też nie było najlepiej. Coraz mniej zleceń, coraz mniej pieniędzy i coraz mniej perspektyw zmusiło cię do zamieszkania w klitce, która z całą pewnością nie zaznała lepszych czasów przed Katriną. Liczył się wyłącznie dostęp do internetu, ale wkrótce cicha kontemplacja przed bielą niewypełnionego tekstem dokumentu stała się twoim koszmarem. Do drzwi twojej świadomości dobijały się znajome głosy. Wyszedłeś z mieszkania, ale wszędzie wyczuwałeś ich obecność. Nadchodzili, ale dalej nie chciałeś przyjąć kolejnej dawki. Być może wyciszenie nie było odpowiednim sposobem? Po długich wędrówkach twoje stopy doprowadziły cię do legowiska grzeszników: Bourbon Street. Na chybił trafił wybrałeś klub, nie miało to większego znaczenia, wystarczył fakt, że to jeszcze ty dokonywałeś wyborów, nie oni. Powitała cię mroczna, elektroniczna muzyka z gatunku Rave, szybko wychwyciłeś styl miejscówki: kreolska religia Vodoun mieszała się z ulicznym wydźwiękiem, jakby wpleciono klątwy w hiphopową otoczkę. Bit wwiercał się w czaszkę, z ledwością dostrzegłeś wolne miejsce przy barze. Przybyłeś tutaj wcześniej, dopiero po otwarciu, zdążyłeś przed ludźmi, którzy wkroczyliby tutaj po twardej imprezie karnawałowej. Jakiś chłopak serwował ci drinki, mijał czas, a ty rozmyślałeś, a także macałeś w kieszeni marynarki pojemnik na leki. Po pewnym czasie nie mogłeś się powstać z miejsca, gdyż przybytek wypełnili niemal w całości ludzie. Byłeś świadkiem procesu, kiedy doświadczony personel zaczął nie dawać rady i musiała pomóc menadżerka. Po godzinie to ona zaczęła ci lać alkohol. W pewnym momencie dałeś za wygraną. Postanowiłeś zapić psychotrop burbonem. Bawiłeś się pigułką między palcami, lecz niespodziewanie i nagle potrącił cię groźnie wyglądający facet. Pigułka wylądowała na blacie, w zasięgu wzroku nieznajomego i barmanki. Nieumyślnie zerknąłeś na szkła jej okularów, dostrzegłeś odbicia kilku znajomych postaci. Patrzyli ci prosto w oczy.
Ilość słów: 0
Kill count:
  1. zaskroniec

Juno
Awatar użytkownika
Posty: 474
Rejestracja: 23 gru 2018, 17:44
Miano: Morgana Mavelle
Zdrowie: Suchotnica
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Noce Nowego Orleanu [Wampir Maskarada 5 edycja, gra]

Post autor: Juno » 21 lip 2022, 19:46

Obrazek
Wypadła z kanciapy tuż za złociutkim i skarbem, waląc ze zdobycznej broni do następnego w kolejce szczura. Przerośnięte cielsko karnie pochłonęło kulkę i padło pod stopy swych napalonych, wciąż jeszcze żywych, towarzyszy. Ale Rosario nie patrzyła, po prostu parła naprzód. Póki nic nie podgryzało jej podwiązek, dało się żyć.
Albo nie-żyć.
Właściwie nie bardzo wiedziała, jak się do sprawy ustosunkować. Tak czy inaczej, nie marnowała oddechu na okrzyki czy instrukcje. Te istotne padły bowiem już w kanciapie, cała reszta była ozdobnikiem, niemającym zbyt wiele wpływu na przebieg akcji.
Kiedy wybiegła w chłód nocy, zmachana, a jednak bez wyrywającego się z piersi serca, pędem pognała ku arce, która miała ich stąd unieść. Szarpnęła za fragment tęczy, coś trzasnęło i chyba pękło. Gestem ponagliła Latoyę, Billy’ego i blondynę, czekając z niecierpliwością na królowe balu.
Szybciej, kurwa! — wyrwało jej się, kiedy Shmoe wpadł już do busa, ale Doyle guzdrał się, truchtając, naraz jakoś niemrawo. — Lubisz spacerki, co?
Zatrzasnęła drzwi za gangusem, z niepokojem obserwując przez szybę gościa po drugiej stronie krat. Nie mogąc wytrzymać napięcia, zaciągnęła gustowną zasłonkę w palemki i spojrzała nagląco na Tony’ego, któremu zebrało się na mycie szyb. W międzyczasie dostrzegła, że z jego pleców wystaje siekiera, ale widok był na tyle abstrakcyjny, że na razie nie zaprzątała sobie tym głowy.
Ay dios mio! Puśćże mnie tu. A ty, skarbie — zwróciła się do Cedrica — pilnuj drzwi, bo zamek jest rozjebany!
Rosario bez pardonu odepchnęła na bok kolana niedoszłego złodzieja autobusów i usiadła obok, na szerokim siedzeniu kierowcy, ignorując wszelkie ewentualne utyskiwania z jego strony. Chwilę pogmerała przy wiązce kabli i voila! Poszło. Byli uratowani. Przynajmniej chwilowo. Byle tylko nie zabrakło bajury.
DAWAJ, ZŁOCIUTKI! DEPNIJ GO, JAK BOZIA PRZYKAZAŁA!
Kiedy już jechali, zostawiając w tyle bibliotekę, Kafara i cały ten niepojęty jebodrom, Rosario spojrzała przytomniej po swoich towarzyszach. Jej wzrok zatrzymał się na kierowcy, a dokładniej — na jego plecach.
Zaciśnij zęby — poleciła i bez dalszych ceregieli wyszarpnęła siekierę. — Nic się nie martw — sapnęła, klepnąwszy go po barku — do wesela się zagoi.
Ilość słów: 0
To, co widzisz, co się zdaObrazekjak sen we śnie jeno trwa.

Lasota
Awatar użytkownika
Posty: 62
Rejestracja: 21 kwie 2022, 12:02
Miano: Lasota z rodu Wielomirów
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Noce Nowego Orleanu [Wampir Maskarada 5 edycja, gra]

Post autor: Lasota » 22 lip 2022, 1:31

Udało się wam przebić przez szczury kordon, który zaciekle pokąsałby was, gdyby nie fakt, że wykazaliście sprawność i koordynację w walce. Dźwięk łamanych kości zwierząt był niczym w porównaniu do ogłuszającego huku broni polnej, który poniósł się po korytarzu. Strzał z ciężkiej amunicji rewolweru niemal urwał ci rękę, Ross. W tym chaosie, Billy złapał jednego ze szczurów i odgryzł mu głowę kłami, strach w nastolatku przemienił się w determinację graniczącą z szaleństwem. Jego siostra kopała gryzonie, odpychając je na boki. W końcu te poddały się, uciekając od was.
Zanim wydostaliście się na parking, Doyle jedynie przez moment widziałeś lecący w ciebie obiekt, a zza nim ogromny cień, który nim miotnął z nadludzką siłą. Zareagowałeś w porę, bo nieudany unik sprawił, że nie dostałeś prosto w czerep. Wycofaliście się do autobusu.
Pomimo problemów z kablami, odpaliliście pojazd. Z perspektywy kabiny kierowcy patrzyliście na opadające kraty, jednak nie tylko wam udało się opuścić rzeźnię, gdyż w mrok nocy uciekła także lateksowa świnka, znikając w zaułkach dzielnicy.
W oddali słychać było syreny policyjne, niechybnie zbliżające się w waszym kierunku. Dzięki twemu wrażliwemu słuchu wyłapałeś trzy radiowozy i jedną karetkę, Cedric.
Nagle wyłonił się z rampy budynku on, księżyc dobrze go oświetlił.
Trzymetrowy, pochylony osobnik złapał jedną ręką kraty otaczające cały budynek. Ciężar był ogromny, ale on niczym posąg utrzymywał obciążenie, skazując mechanizm na rozpaczliwy, metaliczny jęk. Drugą ręką celował w was, w gejobus, z automatycznej strzelby rosyjskiej produkcji z bębnowym magazynkiem. Pierwsze strzały poszły po asfalcie parkingu, rykoszetując na boki. Szedł do was, za nim z hukiem opadły kraty. Kominiarka i ciężki płaszcz z urwanymi rękawami okalały jego zniekształcone ciało. Jeden bark był większy od drugiego, zaś z maski, z tyłu głowy, wystawały setki gałęzi zaplecione niczym dredy. Ramiona były ciasno zawinięte czarną tkaniną, a ręce osłaniały rękawice bez palców. Paluchy istoty przypominały splecione korzenie w ciasną spiralę utrzymujące teraz broń palną. Istota nosiła masywne, wojskowe buciory.
Kolejne strzały poszły po blachach autobusu, przeszyły poszycie. Następnych wypaleń już nie było, ponieważ jechaliście drogą, oddalając się od żywego koszmaru. W lusterkach jedynie wyłapaliście, jak zniekształcony wyciągnął telefon komórkowy w wielkości cegły i odprowadzał was wzrokiem, w tym samym czasie wbijał jakiś numer.

Po dłużej chwili dotarło do was, że nie byliście naćpani, nie zażyliście seks-tabsów, cała ta popierdolona sytuacja trwała dalej, a wy, istotnie, byliście martwi, a jednak żywi. Nieumarłymi staliście się.
Jednak rozum i emocje wciąż mieliście ludzkie, swoje, takie jak dawniej... Przynajmniej większość z was. Teraz, jadąc jedynie sobie znanym kierunku, mieliście okazję zreflektować się i zaznać niepokoju. Byliście świadkami mordów, instynkt podpowiadał wam, że należało to komuś zgłosić. Czy zamierzaliście? Na waszych oczach recepcjonistka o blond włosach doznała załamania nerwowego. Siedziała na ostatnim fotelu tylnego rzędu. Odziała się w śmierdzącą marihuaną kurtkę po jakimś biedaku, zupełnie nie kontaktowała z rzeczywistością. Co z nią zrobicie? Bo nieumarła barmanka wpatrywała się w nią jak w przekąskę.
Gdzie zamierzaliście się udać? Jechaliście skradzionym wozem, który został podziurawiony przez strzelbę. To jedynie kwestia czasu, kiedy napotkanie policję.
A ty, Tony, znosiłeś to najgorzej. Pamiętasz, kiedy zażywałeś stymulanty bojowe na wojnie i jaki był po nich zjazd? Czułeś się stokroć gorzej, bo każdy z twoich kompanów cię wkurwiał. W pewnym momencie postrzegałeś ich jak worki z krwią. Każdy wydawany przez nich dźwięk denerwował cię niemiłosiernie, a pomimo tego, że nie drżałeś, rozrywało cię od środka. Było niesamowicie chujowo, a coś ci podpowiadało, że to jedynie przedsmak tego, co na ciebie czeka, jeśli się nie napoisz krwią.
Wkrótce czekało to was wszystkich, całą waszą piątkę. Instynktownie domyślaliście się, że będziecie polować, aby przetrwać. Tylko będziecie gorsi od tych psychopatów z biblioteki, bo nimi targał szał, a wy będziecie całkowicie świadomi swoich decyzji... Chyba, że oddacie się Bestii.

Pierwsza trzydzieści w nocy Środy Popielcowej zapowiadała się na huczną, bo Nowy Orlean jeszcze nie spał.
Ilość słów: 0
Kill count:
  1. zaskroniec

Arbalest
Awatar użytkownika
Posty: 136
Rejestracja: 01 sty 2022, 21:49
Miano: Issaen Hiseerosh, zwana Istką
Zdrowie: pokąsane lewe ramię (zabandażowane)
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Noce Nowego Orleanu [Wampir Maskarada 5 edycja, gra]

Post autor: Arbalest » 23 lip 2022, 12:34

Obrazek
Anthony faktycznie depnął mocniej pedał gazu, ale nie póki nie przestawił automatycznej skrzyni (Boże, błogosław Amerykę) z trybu „P” na tryb „D”, co na szczęście nie zajęło mu nawet sekundy. Autobus, napędzany wysokoprężnym dieslem, ruszył z kopyta, kierując się poza teren biblioteki, gdy trzymetrowe bydle — a więc zdecydowanie za wysokie na człowieka — ostrzelało jego bok. Miał nadzieję, że pociski nie uszkodziły zbiornika z paliwem, choć tego typu pojazdy miały go zwykle dużo. Na tyle dużo, żeby nawet z przebitym bakiem przejechać te kilka mil, które potrzebne im były do ucieczki...
— Kurwa mać, widzieliście to?! — nie mógł się powstrzymać, po tym jak już zerknął w boczne lusterko. Tony wiele w życiu widział i rzeczy które wywoływały w nim pierwotny strach można było policzyć na palcach jednej ręki. Jednak widok sylwetki „Kafara” w odbiciu na pewno przyspieszyłby mu puls, gdyby tylko ciągle go miał. Trochę otrząsnęło go dopiero wyciągnięcie z jego pleców siekiery przez Rosario, czemu towarzyszyło krótkie warknięcie bólu i irytacji. Tylko tyle i aż tyle.
Po przejechaniu jakiejś pół mili, i upewnieniu się, że nie mają ze sobą ogona, motocyklista zwolnił w końcu do przepisowej „trzydziestki”. „Krowa”, w której właśnie siedzieli, po prostu nie mogła nie ściągać wzroku, więc decyzja o jej rychłym porzuceniu przyszła mu szybko. Ale zanim poinformował o niej resztę swoich konfratrów, by można było przystąpić do egzekucji planu, trzeba było zadbać o własne potrzeby.
Nie mógł dłużej hamować własnego Głodu. Czuł, że jeszcze kilka, może kilkanaście minut i zrobi się naprawdę nieciekawie. Jakby tracił nad sobą kontrolę. Każdy ruch blondynki na tylnych miejscach jakimś cudem kierował zapach jej Krwi w kierunku siedzenia kierowcy. Faktycznie, brał już nieraz stymulanty na wojnie, ale to było w rozsądnych ilościach. Czuł się potem jak gówno, ale przynajmniej był w stanie to kontrolować. A teraz? Pewnie tak czuli się Niemcy na froncie wschodnim, gdy ojebali całe opakowanie Pervitinu, a dowódca odwołał atak...
— Zastąp mnie na chwilę. Jedź na wschód, w okolice Lower Ninth Ward — rzucił do pierwszej lepszej osoby znajdującej się w pobliżu. Mógł to być Cedric, mogła być Rosario, jej pracownica, tudzież brat owej pracownicy. Bez znaczenia. Tony przeszedł szybko kilka siedzeń do tyłu i w pierwszej reakcji wystawił rękę do załamanej bibliotekarki, jakby chciał ją pocieszyć.
— Hej, musimy pogadać... — padło z jego ust, a symulowanie empatii wobec rozhisteryzowanej dziewczyny przychodziło mu z pewną trudnością, tym większą im bardziej się zbliżał. Jak się szybko okazało, słowa te miały wystarczyć tylko na tyle, żeby dziewczyna od razu nie salwowała się ucieczką. To co chciał zrobić było dla niego ciągle w pewnym sensie nienaturalne, nawet jeśli ruchy przyszły mu automatycznie, tak jakby robił to już tysiące razy i dysponował wykształconą pamięcią mięśniową. Ręce złapały mocno za głowę i ramię, a zęby wgryzły się w aortę, chłeptając krew. Początkowo próbowała go jeszcze odepchnąć, ale szybko poddała się odczuciu przyjemności niesionym przez Pocałunek.
Nie pił długo. Miał w sobie na tyle samozaparcia, że poprzestał, gdy poczuł jak ofiara zaczyna odpływać. Nie chciał jej zabić — ubicie wrogiego gangstera czy taliba nigdy nie było dla niego wielkim dysonansem, ale czuł, że śmierć blondwłosej byłaby zwyczajnie bezsensowna. Nie mówiąc już o tym, że każdy następny trup to większe problemy z NOPD, albo biurem szeryfa parafii. Rany zasklepiły się po szybkim ich zalizaniu. Sprawdził jeszcze jej dokumenty, starając się zapamiętać adres, żeby mieć na nią w razie konieczności jakiegoś haka. Zwykłe zabezpieczenie, które ludzie jego sortu lubili mieć. Zostawił ją nieprzytomną na swoim miejscu i wrócił do fotela kierowcy.
— Musimy ją gdzieś wysadzić. Może na jakiejś ławce w parku — ludzie pomyślą, że za dużo wypiła i nikt nie uwierzy gdy zacznie gadać o tym co widziała. Albo sama pomyśli, że to był tylko koszmar — stwierdził motocyklista. Faktycznie, wiedza kobiety rodziła pewien problem, ale liczył, że może ostatecznie wszystko ułoży się tak jak miał w zamyśle. To na pewno była lepsza alternatywa niż poderżnięcie jej gardła, o czym na szczęście nie wspomniał. Ostatecznie będzie mógł naprawić swój błąd — po to właśnie wspomniany „hak”.
— Tego szrota też trzeba się pozbyć. Przy odrobinie szczęścia — jak zostawimy go na murzyńskiej ośce to na drugi dzień go nie będzie. Skurwiele są jak szarańcza, gotowi są nawet rozłożyć samochód na złom i go sprzedać, byle tylko nie musieć pracować... Do domów i miejsc pracy też wrócić nie możemy, bo mam przeczucie, że tamto bydle z biblioteki może nas szukać, gliniarze zresztą też. Ktoś zna jakieś miejsce, gdzie możemy... przeczekać tą gównoburzę?
Teoretycznie mógł zaoferować im miejsce w piwnicy, czy na zapleczu magazynu podległego pod klub, ale komfort był tam żaden, a i pewnie musiałby się tłumaczyć Myersowi i Staremu co właściwie mu odbiło, że urządza jakieś dzienne imprezy z lewakami w klubowych budynkach. Nie był pewien czy nowi znajomi byli warci potencjalnej utraty reputacji.
Tak czy inaczej — Faggotmobil jechał właśnie bocznymi uliczkami w stronę biedniejszej, wschodniej części Nowego Orleanu, a kierowca liczył przy tym, że zza zakrętu nie wyjedzie zaraz policyjny Explorer, albo starusieńki Crown Vic. Jakakolwiek próba wyjaśnienia sytuacji z miejskim departamentem oczywiście była poza jakimkolwiek nawiasem, przynajmniej dla samego Doyle'a.
Ilość słów: 0

Asteral von Carlina
Awatar użytkownika
Posty: 115
Rejestracja: 25 lis 2021, 9:05
Miano: Asteral von Carlina
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Noce Nowego Orleanu [Wampir Maskarada 5 edycja, gra]

Post autor: Asteral von Carlina » 25 lip 2022, 10:59

Obrazek
Wydostali się z tego piekła w czas. Jeszcze chwila, a byliby poszatkowani przez Kafara. Staliby się dla niego przekąską. Dość ciężkostrawną, ale jednak przekąską. Wyglądał jak monstrum z koszmarów. Byłby w stanie ich staranować. Rozwalić jednym uderzeniem. Rozszarpać na drobne kawałki. Pozostałaby z nich krwawa plama. Nim opuścili parking biblioteki, sięgnęła ich jeszcze seria z pepeszy. Nikomu się nic nie stało. Gejbus mknął już po bocznych uliczkach miasta. A gdyby jakimś cudem udałoby im się zabić Kafara, zostaliby złapani przez policję. Nadnaturalnie wytężone zmysły Cedrica wychwytywały każdy dźwięk. W tym sygnały radiowozów i karetki, niż te zdążyły dotrzeć do uszu pozostałych. Mieli dużo szczęścia. Zostaliby oskarżeni o cały ten mord. W najlepszym wypadku trafiliby do zakładu psychiatrycznego. Przy takiej krwawej łaźni nie zdziwiłby się, gdyby była to najgłośniejsza sprawa Stanu Luizjana od dekady, bo skończyłaby się karą śmierci. Najpierw wstrzyknęliby im do żył tiopenta, aby uśpić ich, później podaliby Pavulon, a ostatecznie zakończyliby wszystko chlorkiem potasu. W ciągu sekundy zatrzymałaby się ich praca serca… tylko teraz w sumie i tak byli jak nieżywi. I to było najbardziej przerażające.
Dziennikarz zajął się rozmawianiem z roztrzęsioną kobietą. Musiał odwrócić swoją uwagę od tego, co się działo dookoła. Pocieszał ją. Wypytywał o błahe rzeczy z jej życia. Opowiadał też o sobie. O studiach, o fotografowaniu, o tworzonych kolażach. Pewnie gadałby jeszcze tak dużo dłużej, ale Tony potrzebował zastępstwa w prowadzeniu auta. Pewnie cisnął go pęcherz i musiał się odlać. Usiadł za kierownicą i depnął pedał gazu. Pojazdem szarpnęło, a z rury wydechowej prawie wystrzeliła tęcza. Cedric jeździł dość niespokojnie i gwałtownie. Nic dziwnego, że afgański piesek z lekką irytacją wrócił na swoje miejsce, odbierając stery gejbusa.
– Oszalałeś? Jeszcze jej ktoś coś zrobi. Jest ledwie przytomna z tego szoku – oburzył się blondas, zupełnie nieświadomy tego, co przed chwilą zaszło na tyle busa. – Odstawmy ją po prostu pod dom. Chociaż mogą jej tam szukać… cholera sam już nie wiem. Pojebane to. Potrzebuje czegoś mocniejszego, żeby oczyścić umysł. – choć nie miał tego na myśli, przez głowę przeszły mu obrazy świeżej ciepłej krwi. Przypomniał sobie to przyjemne uczucie, chłeptania z czyjegoś nadgarstka posoki.
— Moja chata nie jest zbyt przestronna i czuję, że nie powinniśmy pojawiać się przez kilka dni w naszych typowych domach. Na szczęście niewiele osób kojarzy moje lokum. Moja znajoma pracuje w prosektorium. Moglibyśmy się tam zaszyć na dobę. Przy okazji może pokazałabyś jej te pliki z komputera? I by nas przebadała? – spojrzał na wytatuowaną laskę.
Nie czekając na aprobatę ze strony reszty krwiopijczej kompanii wyciągnął telefon, ale nie był go w stanie odblokować. Tony miał rację. Parszywe urządzenie zepsuło się. Nie mniej jednak działało głosowe wybieranie. Ekran musiał być jebnięty, albo nie wyczuwało jego temperatury ciała. To było naprawdę dziwne. I mocno przerażało chłopaka. Po chwili usłyszał sygnał, a razem z nim głos dr Singh. Zamierzał ją poprosić o przysługę.
Ilość słów: 0

Juno
Awatar użytkownika
Posty: 474
Rejestracja: 23 gru 2018, 17:44
Miano: Morgana Mavelle
Zdrowie: Suchotnica
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Noce Nowego Orleanu [Wampir Maskarada 5 edycja, gra]

Post autor: Juno » 27 lip 2022, 16:58

Obrazek
Duży chłopiec — skomentowała wybuch Doyle’a, przymykając na moment powieki, pod którymi odbił się obraz Kafara. Ucisnęła nasadę nosa, windując jakimś cudem wciąż całe okulary o cal w górę, po czym poprawiła je i spojrzała na swoje ręce. Po wewnętrznej stronie dłoni widniały zasklepione rany, niemal niewidoczne, jeśli nie wiedziało się, że tam były.
Przez moment kompletnie nie wiedziała, co robić. Nie zareagowała na prośbę przejęcia kierownicy, co zasadniczo dobrze się złożyło, bo do prowadzenia miała dwie lewe zarówno ręce, jak i nogi. Przesunęła się w zamyśleniu, robiąc miejsce przejmującemu stery Cedricowi. Latoya i Billy siedzieli skuleni na pierwszych z brzegu siedzeniach pasażerów. Uśmiechnęła się do nich, jak sądziła — pokrzepiająco, po czym przeszła przez oba pokłady autobusu w poszukiwaniu swoich rzeczy.
Tyle na razie mogła zrobić. Znaleźć swoje graty. Idea techniki małych kroków zwykle ją wkurwiała, ale tym razem — przynajmniej chwilowo — ocaliła jej poczytalność.
Kiedy wracała, z laptopem pod pachą i doprowadzającym ją do szewskiej pasji, bo niedziałającym, smartfonem w ręku, dostrzegła drzemiącą na jednym z siedzeń blondynę. Po raz pierwszy, odkąd ją spotkali, kobieta wyglądała na zrelaksowaną. Rosario zdziwiła się przelotnie, nie poświęcając temu głębszej refleksji czy uwagi. Głowę miała zajętą kwestiami ciut bardziej ważkimi niż dobrostan nowoorleańskich bibliotekarek. Takimi, na przykład, jak zachowanie tego posranego nie-życia, znalezienie bezpiecznego lokum i porządny research, dzięki któremu zdołaliby zrozumieć cokolwiek z tego cyrku.
Gdy z powrotem znalazła się przy siedzeniu kierowcy, trwała tam nieskładna wymiana zdań na temat dalszego losu pechowej blondynki, tęczowego autokaru oraz ich dalszych kroków. Rosario przysłuchiwała się chwilę, próbując w głębi ducha samej zająć jakieś stanowisko względem każdej z kwestii, ale pierdolenie byłego trepa nagle wytrąciło ją z równowagi.
Dla Rosario de la Cruz typ był sumą wszystkiego, co było nie tak z tym światem.
Och, kurwa, zamknijże się już, do chuja pana — warknęła, kiedy mówił o dzielnicy czarnych i rzekomej specyfice mieszkającej tam ludności. — Równie dobrze możemy go „sprzedać” twoim chłoptasiom z gangu. Przemalują go i przerejestrują równie szybko. Albo i szybciej. Jedź, nie pierdol — rozkazała tonem, jakiego wcześniej u niej nie słyszeli. — Wszystko jedno, gdzie go zostawimy. Najważniejsze, to mieć gdzie się zaszyć.
Była nie w sosie. Czuła, że sytuacja ją przytłoczyła, nic nie pojmowała, czuła się bezsilna. To ją przerażało, a na strach zawsze reagowała gniewem. W jej żyłach coś się skręciło i zagotowało. Jeszcze jeden nieodpowiedni komentarz, jeszcze jedno małe kurewskie słowo o „pedałach” albo „czarnuchach”, a złapie łeb gangusa i wyrwie go razem z kręgosłupem.
Shmoe, sprawdź ją — powiedziała po chwili niezręcznej ciszy, mając na myśli przysypiającą blondynkę. — Może ma jakiś dokument. Jeśli nie, zostawimy ją w jakimś burger kingu. Poradzi sobie.
Rosario, niby nabrzmiała srogą ulewą chmura burzowa, zajęła miejsce tuż za kierowcą i odpaliła komputer. Ten, na szczęście, nie potrzebował sczytywać linii papilarnych, by działać. Cruz niezauważalnie wręcz szybko wpisała hasło i ekran rozbłysnął niebieskawym światłem. Zalogowała się na prywatny, szyfrowany kanał zaprzyjaźnionej kliki hakerów i wywołała na privie Cereal Killer’a.
Dajcie mi kwadrans — odezwała się po chwili, nie precyzując, po co jej było owe 15 minut, ale towarzystwo było na tyle inteligentne, by domyślać się, że chodziło o trzecią z najistotniejszych dla nich w chwili obecnej kwestii. — I nie dzwońcie nigdzie, na rany Chrystusa. Najlepiej w ogóle wyjebcie albo rozjebcie swoje karty sim. A co do tej znajomej — dodała w kierunku Cedrica, klepiąc w klawiaturę, jakby waliła z karabinu maszynowego. — Przemyśl to może jeszcze raz. Zwłaszcza badanie.
De la Cruz przyszło przebrnąć w niesprzyjającym nastroju przez small talk, w którym Cereal się lubował, a którego nie szczędził nikomu, z kim nie miał codziennego kontaktu. A z nią nie miał od jakichś dwóch tygodni. Ze względu na szacunek i sympatię, jakimi darzyła hakera, a także dług wdzięczności, jaki u niego miała, zdołała poskromić bulgoczący w jej żyłach żar, ale kiedy skończyła rozmowę, czuła, że jeśli czegoś zaraz nie zrobi, dostanie szału. Jak najbardziej literalnego.
W oczekiwaniu na przyjście potwierdzenia co do pustostanu na obrzeżach Noli, o którego ogarnięcie poprosiła Cereal’a, zaczęła więc przemierzać dolny pokład autobusu w tę i z powrotem. Zrobiła tak trzy długości, przy czwartej nie wytrzymała, wkopała liche drzwi od kibla do środka i wrzasnęła coś po hiszpańsku.
Nawet nieznający tego języka byli w stanie z całą pewnością stwierdzić, iż było to coś bardzo brzydkiego.
Ilość słów: 0
To, co widzisz, co się zdaObrazekjak sen we śnie jeno trwa.

Lasota
Awatar użytkownika
Posty: 62
Rejestracja: 21 kwie 2022, 12:02
Miano: Lasota z rodu Wielomirów
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

First Taste

Post autor: Lasota » 28 lip 2022, 12:57

Anthony, byłeś głodny krwi i twoje samozaparcie wisiało na włosku. Postanowiłeś posilić się blondynką. Kiedy się do niej zbliżyłeś, ona cofnęła się w kąt siedzenia. Bała się ciebie; pamiętała, w jaki sposób potraktowałeś ochroniarza, a pomimo tego, że był to jedyny sposób na ucieczkę przed władcą szczurów, twoja brutalność wywarła na niej przerażenie. W jej oczach byłeś potworem. Dlatego przez chwilę szarpaliście się, jednak trwało to sekundę. Nie stanowiła żadnego wyzwania. Przebiłeś kłami skórę szyi, kobieta syknęła boleśnie, próbowała cię odepchnąć, ale moment później zatopiła się w euforycznym stanie rozkoszy. Odpłynęła.
Czas spowolnił, gdy piłeś. Wydawało ci się, że trwałeś w oświeceniu, że nasycanie się dukatami duszy było jedynym celem w twojej nowej egzystencji. Do tego zostałeś powołany. Gang? Interesy? Pasje? Odczułeś, że stało się to sztuczne, nieprawdziwe, a istotą twoich działań było trwanie w akcie odbierania życia. To, kim byłeś, stało się nakładką do Bestii drzemiącej głęboko w zakamarkach twej jaźni. Wystarczyło puścić stery, aby stać się prawdziwym sobą. Dlaczego miałbyś dalej trwać w kłamstwie? Odpuść, oddaj się swym żądzom, bądź w prawdzie.
Przemijały przez twoją świadomość przebłyski wspomnień kobiety. Były one chaotyczne. Pierwsze randki, porażki, sukcesy. Śmierć mamy, kłótnia z mężem, przytulanie do piersi noworodka. Radość przy absurdalnych sytuacjach, piknik w pięknym krajobrazie, tragiczne wyniki badań. Pogodzenie się z losem. Smak jej krwi był nasycony strachem, znacznie głębszym, zakorzenionym w przeszłości. Wydawało ci się, że smakowała smutkiem; wzburzonym, ale nie wściekłym morzem; patrzyłeś na szare chmury przekrywające słoneczną tarczę; jesienny las porzucający liście. Z głębin podróżowałeś ku powierzchni. Płycizna okazała się najbardziej intensywna, nacechowana paniką i zwątpieniem. Pożarem bezsilności. Poczuciem bycia ofiarą i zupełnej niemocy. To zasiliło cię z pełną mocą i od tej pory mogłeś spożywać wyłącznie te emocje. Od tej pory nic innego nie mogłoby cię zaspokoić. Oderwałeś kły od szyi, opamiętałeś się. Ofiara przeżyła, teraz spała, otumaniona mocą Pocałunku.
Zdobyłeś dowód osobisty kobiety. Poznałeś jej adres, godność i elementarne personalia.
Shmoe, oddałeś kierownicę, kiedy weteran wojenny wrócił. Postanowiłeś skontaktować się ze znajomą patolog, żeby odkryć prawdę na temat swojej istoty. Metoda naukowa wydawała się rozsądna, a poza tym twój kontakt posiadał zaplecze, aby szybciej rozszyfrować skomplikowane modele molekularne, które pozyskaliście z kanciapy ochroniarza. Wyciągnąłeś telefon do ręki, a potem zorientowałeś się, że dotykowy ekran zupełnie nie reagował na posunięcia twojego palca. Wielokrotnie próbowałeś, aż w pewnym momencie poczułeś impuls. Coś drgnęło w twym wnętrzu. Poszedłeś za tym. Płynnie twoja blada skóra odzyskała żywe barwy, począłeś oddychać, poczułeś w sobie ciepło. Jednak od razu uderzyło cię przeświadczenie, że coś było nie tak z funkcjami życiowymi, które uruchomiłeś. Odczuwałeś, jakbyś zarzucił na siebie fałszywą maskę, stałeś się wilkiem w owczej skórze.
Wbiłeś numer. Podniosłeś słuchawkę do ucha. Pierwszy sygnał. Drugi sygnał. Usłyszałeś znajomy głos, odezwałeś się. To był głos kobiecy, ale nie pani doktor Harper. Coś było mistycznego w jej tonie, brzmiał niezwykle znajomo. Kiedy skończyła mówić, odezwałeś się. Nagle zorientowałeś się, że twój głos wybrzmiewał z telefonu, a kobiety z twych ust. To przestały być twoje usta. Refleks światła odbił się od ekranu. Ujrzałaś odbicie męskiej twarzy na ekranie, trzymałaś telefon przy uchu, słyszałaś głos Cedrica, który powoli zanikał w eterze. Nastała cisza, a ty w końcu wynurzyłaś się na powierzchnię. Teraz, kiedy ciało umarło, umysł porzucił okowy, by otworzyć się niczym kwiat. Witaj wśród cieni nocy, Michalda.
Czułaś, że ostatnią potrzebą Cedrica było zadzwonienie do Harper. Uczyniłaś to. Po minucie odezwał się zaspany głos.
— Halo? Arthur? Czemu zdzwonisz tak późno? — zapytała wpółprzytomna kobieta. Zadzwoniłaś w dzień świąteczny.
Cruz, odzyskałeś swoje rzeczy, które pozostawiłaś tutaj, będąc jeszcze w narkotycznym transie. Przede wszystkim odnalazłaś laptop. Skontaktowałaś się z przyjacielem:
Off Topic
Cereal Killer: podaj update
Cereal Killer: co sie dzieje R0S13R?
Cereal Killer: btw strzelali się w centrum w bibliotece
Cereal Killer: wiesz cos o tym? w kazdym razie poszukam kwadratu na pewno bedzie to wschodni orlean
Cereal Killer: znowu się w cos wpierdolilas nie daj się skurwielom UwU
Konwersacja zatrzymała się, a ty postanowiłaś przejść się po autobusie, zabijając czas. Zerknąłeś, że przechodnie na ulicy zwracali uwagę na waszą manifestację wolności na drodze. Niektórzy cykali foty, bo widok podziurawionej tęczy amunicją 12/76 przyciągał wzrok. Czyżby równouprawnienie stało się magnezem na śrut? Czym dalej odjeżdżaliście od centrum, tym mniej ciekawskich oczów, lecz kwestią czasu było napotkanie radiowozu NOPD.
Wkurwiłaś się. Relaksacyjny spacerek jedynie wzmógł iskierki irytacji, które przerodziły się w agresję w stosunku do drzwi toalety. I straciłaś stery. Płynnie, niezauważalnie, oddaliłaś się w cień i nieświadomie obserwowałaś jak twoje ciało wchodziło do kabiny. Spojrzało w lustro i ty również zerknęłaś. Patrzyłaś na swoje odbicie, ale kiedy zwróciłaś uwagę na oczy, pojęłaś, że patrzyło na ciebie obce spojrzenie. Krwiożercze, drapieżne. Ryknęłaś, uderzyłaś dłońmi w metalową umywalkę na tyle mocno, aby zostawić na niej potężne wgłębienie. Dokończyłaś dzieło lewym prostym w lustro, rozpierdalając je na kawałki. Gwałtownie, jak zjazd po ciężkich dragach, wróciła twoja świadomość i zdumiona siadłaś na klopie. Pojęłaś, że coś cię opętało oraz sterowało twoim ciałem, co wywołało w tobie stan na granicy paniki. Bałaś się utraty kontroli. To dramatyczne doświadczenie pozwoliło ci zrozumieć, że twój gniew nie był już... Jak dawniej. Wydawało ci się, że spokój był fałszywą nakładką do twojej prawdziwej osobowości, której gniew był stanem domyślnym. Funkcjonowałaś w fałszywym stanie świadomości, powinnaś być cały czas na spirali karuzeli furii. Przestań udawać. Pozwól gniewowi opanować swoje ciało, stań się sobą. Brak kontroli był niską ceną czyż nie? Twoje słuszne Ja zapanowałoby nad ciałem. Pojęłaś jedno: twoje zdenerwowanie zabijało w tobie człowieczeństwo... I w każdej chwili mogło cię opętać. Wystarczyło pozwolić. Spojrzałaś na rękę, nie było śladu po szkle.
Po intensywnych doświadczeniach powróciłaś, aby sprawdzić wiadomości do hakera.
Off Topic
Cereal Killer: mam dwie lokalizacje na wschodnim orleanie
Cereal Killer: pierwsza to porzucony hotel marki La Quinta. miasto ma w dupie to miejsce ale teraz ludzie zrobili sobie tam squad i sobie cpaja. moga byc gangusy :(
Cereal Killer: drugie to porzucony teatr. gadaja ze tam straszy. dwa tygodnie temu kogos tam zajebali :O
Cereal Killer: chuj wie co. policja dochodzenie wciaz trwa.
Cereal Killer: to wszystko co moglem na szybkosci znalezc. potrzebuje wiecej czasu, 24h. Wisisz mi kawusię.
<kliknij, aby otworzyć załącznik>
Ilość słów: 0
Kill count:
  1. zaskroniec

Juno
Awatar użytkownika
Posty: 474
Rejestracja: 23 gru 2018, 17:44
Miano: Morgana Mavelle
Zdrowie: Suchotnica
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Noce Nowego Orleanu [Wampir Maskarada 5 edycja, gra]

Post autor: Juno » 28 lip 2022, 21:12

Obrazek

Obrazek
„Nie zamierzam. Nie zamierzam. Nie zamierzam” — słowa jak groch w grzechotce obijały jej się po głowie z nieprzyjemnym chrzęstem. Czy aby na pewno nie zamierza dać się tym skurwielom? A skąd mogła to, kurwa, wiedzieć, skoro nie wiedziała nawet, co się z nią dzieje. Pięści zaciskały się i rozluźniały rytmicznie, jakby mogła w ten sposób wpompować w siebie resztki opanowania, które jeszcze się jej trzymały. O ile jakieś się trzymały.
Okazało się, że niespecjalnie.
Ocknęła się, siedząc na kiblu, pod stopami miała lustrzaną kaszę, a przed oczami połamane drzwi i wgniecioną umywalkę. Ona to zrobiła? Spojrzała na swoje ręce — wciąż okrwawione, choć już nie świeżą, a zaschniętą juchą. Nie wiedziała czyją, ale się domyślała. Zrobiło jej się niedobrze. Złapała się za głowę i tak wsparta o kolana, dyszała ciężko.
Nie mogła, do kurwy. Nie mogła dopuścić, żeby to coś ją kontrolowało.
Zamknęła oczy, zacisnęła zęby i policzyła do dziesięciu. Od tyłu. Kiedy doszła do jedynki, była już prawie spokojna. Musiała mieć się na baczności. Była panią siebie — żywa czy martwa. Musiała wryć to sobie w banię, bo inaczej wkrótce ją straci.
W przenośni i dosłownie.
Flashback sprzed 15 minut wywołał zmięte w ustach przekleństwo. Krótko potem znalazł się w nich równie wymięty papieros. Odpaliła, zaciągnęła się porządnie i wstała. Kiedy wyszła ze zdemolowanego wucetu, była z powrotem sobą. Przynajmniej na tyle, na ile było to możliwe po przemianie w krwiożercze chuj-wie-co.
Bez słowa podeszła do laptopa i sprawdziła, czy Cereal się nie zestarzał przez ostatnie dwa tygodnie. Na szczęście wciąż był w formie. I wciąż nie miał jej dość. Chwalmy Pana, pomyślała, uśmiechając się krzywo pod nosem.


Obrazek


Słuchajcie — zagaiła normalnym już tonem, takim, do jakiego być może zdążyli przywyknąć od czasu poznajomienia w barze. — Na szybko mamy dwie opcje, obie na wschodnich obrzeżach Noli: opuszczony La Quinta albo teatr. Ten pierwszy dorobił się już lokatorów, drugi jest nawiedzony i niedawno kogoś tam odjebali.
Cruz wydmuchnęła chmurę dymu, strzepnęła popiół na podłogę i spojrzała po towarzyszach niedoli.
Osobiście wolę duchy niż skłotersów i gangi, ale może zagłosujmy. Teatr — oznajmiła, unosząc dłoń, po czym zaciągnęła się resztką szluga, skrzywiła się i pstryknęła niedopałek za siebie.
Ktokolwiek zostawił paczkę cameli w kiblu, musiał je nosić w kieszeni od co najmniej 2020.
Ilość słów: 0
To, co widzisz, co się zdaObrazekjak sen we śnie jeno trwa.

Arbalest
Awatar użytkownika
Posty: 136
Rejestracja: 01 sty 2022, 21:49
Miano: Issaen Hiseerosh, zwana Istką
Zdrowie: pokąsane lewe ramię (zabandażowane)
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Noce Nowego Orleanu [Wampir Maskarada 5 edycja, gra]

Post autor: Arbalest » 29 lip 2022, 11:27

Obrazek
Słyszał już tą śpiewkę. „Oddaj się swym żądzom, pożryj ich, stań się Bestią”. Dopiero teraz zaczynał rozumieć co to tak naprawdę znaczy, a już najlepiej zrozumiał przed chwilą, gdy ryzykował, że jego Głód przejmie nad nim kontrolę. Ale czy już wcześniej nie był potworem? W swoim dotychczasowym życiu też zabijał, kradł i robił wszystko to z czym wiązało się bycie pełnoetatowym gangsterem. Oczywiście wciąż były granice, których nie przekroczył — te pozostawione dla najgorszych zwyrodnialców jakie nosiła ziemia — kapusiów, pedofili, gwałcicieli, sadystów, polityków, którzy gotowi byliby sprzedać własną matkę, by zachować władzę choćby dzień dłużej... Czy to właśnie była ta granica, której miał nie przekraczać by zachować swoją cząstkę człowieczeństwa? Tego ciągle nie wiedział, ale to był chociaż jakiś początek. Początek konieczny, bo czuł, że jeśli wypuści Bestię z klatki to stanie się coś bardzo, bardzo złego, co nie wyjdzie na dobre ani jego towarzyszom, ani — co gorsza — jemu. Póki co jego klub był dla niego praktycznie synonimem sensu życia przez ostatnie kilka lat. Musiał dopilnować, żeby to się nie zmieniło.
Tymczasem trzeba było zadbać o sprawy równie egzystencjalne, ale już zdecydowanie bardziej przyziemne. Rany na plecach nie były nawet w ułamku tak groźne jak gdyby zostały zadane zwykłemu śmiertelnikowi, ale i tak się jątrzyły i utrudniały skupienie. Wystarczyła jednak tylko jedna myśl, by zaczęły się niemal cudownie zasklepiać, kosztem odrobiny krwi kobiety, od której ją przed chwilą wypił.
Melancholia wypita razem z ową krwią chyba mu się udzieliła, bo o ile chciał początkowo warknąć na Cedrica, żeby nie pierdolił głupot, bo nie mają czasu na miłosierdzie, to po głębszej refleksji przytaknął tylko głową.
— Nie możemy nadkładać drogi, ale zostawimy ją najbliżej jej adresu jak się da. Dalej musi radzić sobie sama. Albo niech jej po prostu ktoś wezwie taksówkę, może się obudzi do tego czasu — odpowiedział mu poważnie motocyklista, bez większej złości.
Jako, że adres kobiety Doyle już poznał, mógł wybrać najtrafniejsze miejsce. Jeśli mieszkała po drugiej stronie miasta... cóż, po prostu miała pecha. I tak robił dla niej więcej niż mógł się po sobie spodziewać. Cholera, przecież uratował jej dupę w tej zawszonej bibliotece — już samo to robiło z niego prawie pieprzonego bohatera... Oby tylko los to docenił.
— Zgadzam się, musimy unikać miejsc w których zwykle nas widywano. Przynajmniej przez jakiś czas. Ludzie nie potrafią rozstać się ze swoimi domami i zwykle kończy się tak, że tam właśnie ich znajdują — dopiero wspomnienie drugiej części planu blondasa lekko go zeźliło. Głupszego pomysłu dawno nie słyszał. — Jak myślisz, co się stanie jak twoja kumpela zobaczy, że nie oddychamy i ciągle nie kopnęliśmy w kalendarz?! Albo, że musimy nagle pić krew?! No, odpowiedz sobie geniuszu, kurwa twoja mać! Jak myślisz, co się stanie?! Wezwie tylko gliniarzy, czy od razu każe przyjechać federalnym, huh?! Odłóż, kurwa, ten telefon! — powiedział głośniej, ale z pozycji kierowcy raczej nie mógł wiele zrobić, żeby powstrzymać mężczyznę przed wybraniem numeru. Liczył chyba, że zrobi to brak pulsu, tak jak wcześniej w jego wypadku.
Doyle szarpnął kierownicą w stronę kolejnej ulicy, powodując, że autobus lekko się przechylił. Komentarz, który usłyszał z kolei od Rosario też raczej go nie uspokoił, ale wiedział, że musi trzymać nerwy na wodzy. Teraz, gdy już napił się krwi, było to łatwiejsze.
— Ja ci się nie wpierdalam w zabawę z komputerkiem, pani prezydent, to ty mi się nie wpierdalaj w planowanie tego co zrobić, żeby nas nie złapali przez tego szrota. Musimy być ostrożni, rozumiesz? — odwarknął, w istocie ciągle nie wiedząc, że koniec końców chodzi o jego rasistowskie i homofobiczne nastawienie, które po prostu... było. Jak to u reliktów zeszłego wieku. Na szczęście na tych dwóch zdaniach zakończył temat i nie zanosiło się, żeby planował go więcej sam z siebie poruszać.
Na chwilę zostawił ją samą sobie ze swoim wewnętrznym gniewem i wycieczką do autobusowej toalety, bo dalej musiał skupić się na prowadzeniu, aż nie wróciła i nie ogłosiła dokąd mogą pojechać i nie poddała tego głosowaniu. Głosowaniu, które zakończyło się szybciej niż zaczęło.
— No to przegłosowane, teatr. W hotelu siedzą czasem Irole, handlują bronią z czarnego rynku. I nie, nikt z was nie chce mieć z nimi na pieńku. Hotel odpada — zadecydował za wszystkich obecnych. I w sumie całkiem słusznie, bo chyba jako jedyny wiedział cokolwiek o wymienionej grupie. Choćby to, że za rozpylacze kasowali jak za zboże, bo sam u nich raz się wykosztował. — Poza tym, w aktualnym stanie to raczej my będziemy przeganiać duchy, a nie one nas, jakbyście jeszcze nie zauważyli... Nie ma się czego bać.
Hawkeye pokierował autobusem w stronę wspomnianego teatru we wschodniej części miasta, jednak pojazd planował zostawić spory kawałek drogi od ich ostatecznej kryjówki, jeśli miała się nią okazać. Preferencyjnie — gdzieś na drugim końcu dzielnicy, co najmniej z dziesięć przecznic dalej. W międzyczasie zatrzymał się też, by zostawić nieprzytomną blondynkę jak najbliżej miejsca jej zamieszkania. I w jakiejś ludzkiej okolicy, gdzie ktoś mógł faktycznie udzielić jej pomocy, a nie tylko wykorzystać. Ostatecznie — przekazał też Rosario swój telefon, żeby czyniła honory. Może i miała rację z tymi kartami SIM. Lepiej dmuchać na zimne.
Ilość słów: 0

Asteral von Carlina
Awatar użytkownika
Posty: 115
Rejestracja: 25 lis 2021, 9:05
Miano: Asteral von Carlina
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Noce Nowego Orleanu [Wampir Maskarada 5 edycja, gra]

Post autor: Asteral von Carlina » 31 lip 2022, 18:01

Obrazek
Przebywałam od tysiącleci w okowach umysłu, w najzimniejszych i najciemniejszych zakamarkach nieświadomości, trwając samotnie w Atrium Vestae jako ostatnia, obserwując świat przez niewielkie szparki źrenic w oczekiwaniu na ten dzień. Cierpliwie wypatrując przebudzenie. Nemo patiens, nisi sapiens. Z pochyloną głową i złożonymi dłońmi, wyglądając dnia, który widziałam w swoich wizjach. Odradzając się w następnych pokoleniach w kolejnych ciałach. Byłam Królową Saby i wiele innymi istnieniami, aby dziś obudzić się w ciele nie człowieka, a nadczłowieka. Przepowiedziałam to jeszcze w roku 578 przed Narodzeniem Chrystusa Pana w Jeruzalem na dworze króla Salomona, ale wtedy nie wiedziałam, co tak naprawdę oznaczają obrazy, malujące się na rozpostartym na łożu białym prześcieradle. Krew miała oznaczać narodziny zbawiciela, a później śmierć, cierpienie i koniec świata. Dzisiaj zrozumiałam, że wszystko dążyło do nieśmiertelności, a ja znów będę władać swoim ludem.
Usłyszałam dźwięk telefonu. Głośny, drażniący uszy dźwięk dzwonka rozchodził się po szarej, zatopionej w coraz to głębszych warstwach cienia, celi. Obserwując ten nowoczesny, szybki, zepsuty do szpiku kości świat, nauczyłam się o nim wszystkiego, co powinnam. W proroctwie widziałam, że zanim dojdzie do sądu ostatecznego, ma nastąpić błyskawiczny rozwój nauki, przemysłu i technologii, które przyczynią się do zatracenia ludzi w tym co ziemskie. W relacjach międzyludzkich będzie rozwija się chaos i patologie. Tylko wtedy myślałam, że będzie to zwiastować koniec. Dzisiaj wiem, że będzie to nowy początek.
Sięgnęłam po czerwoną słuchawkę telefonu wiszącego na ścianie i przyłożyłam ją do ucha. Odezwał się do mnie młody męski głos z widocznym kanadyjskim akcentem. Bardzo dobrze go znałam. Wspólnie przebywaliśmy w więzieniu umysłu. Znam jego denerwujący śmiech. Niedojrzałe manieryzmy. Poobgryzane skórki dookoła paznokci. Znam jego niczego nie warte życie. Łapiduch, który nie potrafił znaleźć celu w swoim istnieniu poza narkotykami, alkoholem i seksem. Nadal jestem zdziwiona, że tamtej nocy nie zabił nas wszystkich. To była jego wina. Do dzisiaj z jego celi śmierdzi mokrym psem. Próbował dodzwonić się do dr Harper. Usłyszał dźwięk odbieranego telefonu. Lecz to nie jej głos się odezwał.
— Siemaneczko Piękna. Mam pilną sprawę, trochę się popaprało – Cedric był zestresowany, ale jak zawsze próbował zachować swój luzacki sposób bycia. Jedyny ratunek, żeby zupełnie się nie rozsypać. Był pozorantem.
— Ludzie wiedzieć nie mogą, kiedy nastąpi dzień sądu ostatecznego, wiadome są nam te znaki i cuda, jakie przedtem objawiać będą.
— Nie rozumiem … — zająknął się, ponieważ zdał sobie sprawę, że nie dodzwonił się do pani patolog.
— Zaś mogę, ci Cedricu powiedzieć to tylko, o czym sama wiem, że przed końcem świata objawi się ludziom siedem znaków, objawiając ludziom wolę Bożą, że skończyć się ma życie na ziemi i nastąpi to, co komu będzie przeznaczone.
— Michalda? Ale… ale jak to możliwe? – nigdy nie słyszałam go takiego zdziwionego i przerażonego.
-- Mi zaś jest przeznaczone panowanie po wieki – były to moje ostatnie słowa, kiedy nacisnęłam czerwoną słuchawkę na wyświetlaczu smartfona. Jego już nie było w autobusie. Siedział w swojej zimnej izolatce, czekając na swoją kolej. Marznąć w zupełnym zapomnieniu. Targany konwulsjami przez niezaspokojenie swoich zwierzęcych popędów.
Spojrzałam przed siebie, a w odbiciu szyby zobaczyłam męską twarz. Każdy mógł zarejestrować, że coś się zmieniło w tym ciele. Nie były to tak diametralne zmiany, jak po przemianie w nieśmiertelnego. Były to szczegóły, niuanse w poruszaniu się, oddający charakter królowej. Moja twarz miała w sobie coś kobiecego, choć należała do mężczyzny. Ten uwieczniony na obrazie uśmiech Giocondy. Subtelne poruszanie się, poprawianie kosmków włosów, przymknięcie oczu, gdy odwracałam głowę, uniesiony podbródek. Nawet ton głosu robił wrażenie, jakby był o pół oktawy wyższy. Lecz przede wszystkim w przeciwieństwie do Cedrica nie byłam przerażona. Wiedziałam, że czas wykorzystać swoją przewagę. Jestem wieszczącą. Widziałam więcej, niż Ci ludzie potrafiliby znieść.
– Witam Pani dr Harper Singh. Będę miała dla Pani kluczowe informację o morderstwie, które wydarzyło się dzisiaj w nocy. W zamian liczę na dane z sekcji zwłok. Skontaktuje się z Panią. A i jeszcze jedno… proszę na siebie uważać. – zakończyłam szybko rozmowę. Pozostali mieli rację, że Cedric nie powinien dzwonić do patolog. Ale było już za późno, żeby odrzucić połączenie. Podałam malowanej kobiecie urządzenie, z którego przed chwilą rozmawiałam.
Historię teatru znałam bardzo dobrze, ponieważ Arthur Mohl pod jednym ze swoich pseudonimów dziennikarskich wydał artykuł, który przypiął do miejsca etykietę nawiedzonego. Loew’s State Palace położony w śródmieściu Nowego Orleanu został wybudowany w 1926 roku i zawierał 3335 miejsc siedzących. W teatrze pokazywane były spektakle i filmy nieme, później raczej był przeznaczony pod wyświetlanie filmów z kolorowym obrazem i dźwiękiem. Odbywały się tam również koncerty. W latach 90tych był centrum południowej sceny rave, goszcząc najlepszych DJ-ów na świecie. Do czasu, gdy teatr został zniszczony po przejściu Huraganu Katrina, a jego właściciel zginął. Wtedy nad miejscem zawisła klątwa. Przez kilka następnych lat zmieniał właścicieli, ale żaden z nich ostatecznie nie podjął się renowacji. Jednak…
— po pierwszym wypadku, w którym zginęło kilkoro dzieci, eksplorujących opuszczony budynek, mrok zupełnie pochłonął Loew’s State Palace – zaczęłam wyrażać na głos myśli rozbrzmiewające w mojej głowie – Nie było w tym nic dziwnego, bo wiele elementów zostało zdewastowanych. Później w okolicy znikali ćpuni, prostytutki i nieletnie bandziory. Prawdziwa klątwa teatru ujawniła swoje oblicze później. W pomieszczeniach teatru odnaleziono zwłoki ludzi, słoje wypełnione krwią, na ścianach wymalowane napisy w musnadzie i rytualne symbole. Niektórzy mówili, że słychać tam krzyki i płacz ludzi, którzy tam zginęli. Żadnych ciał nie odnaleziono. Krew w słojach prawdopodobnie należała do niektórych z osób, które zaginęły. Wiele zwariowało, gdy przekroczyło próg teatru, tak jak detektyw John Brush. Robiliśmy z nim wywiad, krótko przed tym, gdy trafił do River Oaks Hospital. Cierpiał na amnezję dysocjacyjną, a jego pamięć z okresu śledztwa wracała fragmentarycznie, ujawniając przerażające nieprawdopodobne obrazy. Wtedy myśleliśmy, że trafił na jakąś sektę, która odurzyła go narkotykami. Teraz wiem, że nie były to halucynacje. Ostatnią ofiarą Loew’s State Palace była 21 letnia aktorka musicalowa, którą znaleziono powieszoną na jednym z kryształowych żyrandoli. Sekcja zwłok jednak wskazała, że dziewczyna nie miała w sobie ani jednej kropki krwi. Była wypita do cna. Pusta jak zgnieciony kartonik po soczku pomidorowym. Zarówno w aktach sprawy, jak i wiadomościach, ta informacja została pominięta. Nie będziemy tam sami Pani Rosario. – młoda kobieta mogła zwrócić uwagę, że spojrzenie Michaldy było przeszywające i głębokie, mogła poczuć, że zupełnie ją przenikam. Bardziej mogło ją zdziwić, że moje tęczówki była brudno szare, zupełnie inne niż Cedrica czy Arthura.
Ilość słów: 0

Lasota
Awatar użytkownika
Posty: 62
Rejestracja: 21 kwie 2022, 12:02
Miano: Lasota z rodu Wielomirów
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Limbo

Post autor: Lasota » 01 sie 2022, 3:13

I Mag

— Mam na siebie uważać? Arthurze, w co ty mnie wplątałeś? — Nie dokończyła, bowiem połączenie zostało zakończone. Zapanowała cisza na linii.
Cruz, w twoich rękach znalazły się telefony wszystkich towarzyszy.
Zgodnie z planem odstawiliście półprzytomną kobietę w bezpiecznej strefie, niedaleko postoju taksówek, zanim przekroczyliście Industrial Canal. Później przejechaliście kanał mostem, zawitaliście po wschodniej stronie Nowego Orleanu. Z początku okolica wydawała się spokojna. Tutaj ludzie się nie bawili, nie świętowali karnawału, a chociaż w paru domach paliło się światło, ta część miasta spała. Mijaliście przecznice, miejskie obiekty, ważne skrzyżowania dzielnic, ale napotkaliście jedynie kilka aut, które was mijały. W końcu odnaleźliście zaułek i porzuciliście bus.
Pieszo pokonywaliście kolejne przecznice, zagłębialiście się w półmrok rozświetlany migoczącymi latarniami. Wyglądaliście koszmarnie, wasze ubrania były podniszczone i całe zakrwawione. Jeden z przechodniów natychmiast przeszedł na drugi koniec ulicy, aby się od was oddalić. Nikt nie pomyślał, aby wam pomóc, po wschodniej stronie każdy liczył na siebie. Minęliście parę kamienic i wkrótce ujrzeliście teatr Loew’s State Palace.
Ośrodek mieścił się na szerokim skrzyżowaniu, otoczony zabitymi dechami butikami i zrujnowanymi blokami, których miasto nie odnowiło po huraganie. Okolica wydawała się martwa, a ty, Michaldo, wyłapałaś dźwięki szczurów, insektów i niespokojnie śpiących ludzi. Ktoś na czwartym piętrze mieszkania, vis a vis teatru łkał; jakaś para dwadzieścia metrów od was kłóciła się śmiertelnie; wszyscy usłyszeli strzał z colta sto metrów od waszego położenia i żadnych syren służb miejskich.
Na krawężniku, przy głównym wejściu teatru, zaparkowany był biały van z czarnym napisem Paranormal TV. Żadnych pasażerów w środku.
— Boję się — wypalił Billy, mocniej chwytając ramię siostry. — Nie podoba mi się tutaj. Strasznie tu — dokończył drżącym głosem.
Lattie, chociaż nic nie powiedziała, podzielała zdanie brata zatroskanym wyrazem twarzy. Rozumiała, że w takim miejscu prawdopodobnie nie byliby poszukiwani, ale przez narrację dziennikarza, nabawiła się ogromnego stracha. Z jej perspektywy wkroczyła z Limbo do królestwa Minosa. Mimochodem spojrzała na tatuaż swojej menadżerki na szyi i chyba zamarzyła sobie wydziarać teksty egzorcystyczne jako przeciwwaga.
Posiadaliście plany tego budynku. Do środka można było dostać się dwoma sposobami. Pierwszy prowadził przez główne wejście, które było zamknięte. Nie usunięto starych, poszarzałych taśm policyjnych.
Drugie znajdowało się po drugiej stronie budynku, prostopadle do ulicy, gdzie znajdowało się wejście od zaplecza. Brama połączona z ogrodzeniem oddzielała was od zjazdu i parkingu dla personelu. Bez trudu moglibyście wspiąć się przez metalową siatkę i zeskoczyć na drugą stronę. Tam było wejście do przedsionka prowadzącego do magazynu z rekwizytorami i pomieszczeń dla aktorów. Dostrzegliście również otwarte okno na pierwszym piętrze, do korytarza prowadzącego do ogromnej sceny oraz foyeru.
Doyle, przez przypadek rozdeptałeś karalucha. Po chwili pojęliście, że roiło się tutaj od robactwa.
Ilość słów: 0
Kill count:
  1. zaskroniec

Arbalest
Awatar użytkownika
Posty: 136
Rejestracja: 01 sty 2022, 21:49
Miano: Issaen Hiseerosh, zwana Istką
Zdrowie: pokąsane lewe ramię (zabandażowane)
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Noce Nowego Orleanu [Wampir Maskarada 5 edycja, gra]

Post autor: Arbalest » 02 sie 2022, 14:17

Obrazek
Powinien mu zawczasu zabrać tą jego pierdoloną komórkę... No ale przecież się nie rozdwoi. On swój telefon oddał, a telefonem blondasa powinna zająć się Rosario ze swoją dwójką przydupasów. Przynajmniej będzie można potem powiedzieć, że to wina Cedrica, jeśli przez te jego dzwonienie czekają ich jakieś nieprzyjemności.
— Cytujesz to z Wikipedii? — zapytał z rechotem motocyklista, po tym jak towarzysz wygłosił już informacyjny monolog. Między Bogiem a prawdą — nawet ciekawy i nasuwający pewien obraz sytuacji na ich rzekomą przyszłą kryjówkę, ale jakoś nie mógł się powstrzymać od złośliwości.
— Ale ta... żarty na bok. Nie zdziwiłbym się jak żyje tam coś takiego... no... jak my teraz, wnioskując po tym wszystkim co się stało. Też pije krew.
Mężczyzna oderwał na krótki ułamek sekundy wzrok od drogi, jakby chciał sprawdzić ich reakcję. Pamiętając trzymetrowego skurwysyna z biblioteki, Tony zaczął się zastanawiać czy nie wolałby jednak pojechać do Irlandczyków. Problem był w tym, że ich było co najmniej kilku, mieli najprawdopodobniej broń palną z mocniejszym pierdolnięciem, a co najważniejsze — byli przydatni zarówno dla Southern Crusaders jak i innych ugrupowań z okolicy. A okolica nie byłaby zadowolona gdyby jedno z lepszych źródełek uzbrojenia na rejonie nagle wyschło. Zaczęto by szukać winnych, a jego gangowi nie brakowało wrogów.
— Ale wciąż jestem za teatrem. Jak będziemy mieli fart — to coś może nawet będzie chciało gadać. A jak nie to przynajmniej będziemy mieć przewagę. Jest nas piątka. Dobra... to będzie dobre miejsce, żeby pozbyć się tego gruchota — Doyle skręcił we wspomnianą już uliczkę, zastawiając przy okazji stojący przy budynku kontener na śmieci. To dopiero śmieciarze będą mieli zagwozdkę z rana jak się dostać do tego śmietnika...
Jako, że znał okolicę, to również gangster najprawdopodobniej prowadził pochód, wspomagany o ewentualne wskazówki ze strony reszty drużyny. Dopiero teraz przypomniał sobie o zaświnionym krwią ubraniu. Wcześniej po prostu były inne priorytety, ale nawet i w tym momencie nie mógł zrobić wiele z tym problemem. Była noc, wszystkie sklepy z ciuchami były pozamykane. Żeby mieć okazję do przebrania się musiał wrócić do swojej klitki, a to będzie najwcześniej... jutrzejszej nocy. Bo na pewno nie dnia. Sama myśl o promieniach słońca, nawet u takiego twardziela jak on, wywoływała dreszcze. Ostatecznie znaleźli się przed budynkiem, nawet imponującym jak na otaczające ich sąsiedztwo.
— Wyhoduj jaja, chłopcze! Z tymi szczurami nawet dobrze ci poszło, więc postaraj się tego nie spierdolić. Musisz... chronić siostrę, nie? — odparł w reakcji na otwarcie okazane tchórzostwo najmłodszego członka grupy, jednocześnie rzucając mu kość, żeby przestał się tak mazać i zmężniał.
— Jakbym tu mieszkał to zastawiłbym pułapkę przy tylnym wejściu. Co wy na to, żeby wejść głównym, jak do siebie? — jego uwadze nie umknął też van ekipy „paranormalnych”, stojący samopas niedaleko głównych drzwi. — Ci kolesie będą problemem. Trzeba będzie ich wypłoszyć... — miał tylko nadzieję, że „przepłoszyć” nie będzie oznaczało „pozabijać”. To byłyby cholernie bezsensowne trupy. Z drugiej strony... było nie wsadzać kija w mrowisko. Albo chuja w gniazdo szerszeni, jeśli ktoś wolał dosadniejsze porównania.
Obecność insektów była niedogodnością, ale na pewno nie na tyle dużą by go zniechęcić. Jednym z wielu aspektów wojny o których się nie mówiło była zgnilizna. Nie mówią o tym w filmach, ale wojna często pachniała kilkudniowymi trupami i przyciągającą szkodniki zgniłą żywnością, pozostawioną wszędzie przez uciekających z terenu działań zbrojnych cywili. Tony był nawykły do tej niewygody.
Ostatnio zmieniony 14 sie 2022, 11:36 przez Arbalest, łącznie zmieniany 2 razy. Ilość słów: 0

Juno
Awatar użytkownika
Posty: 474
Rejestracja: 23 gru 2018, 17:44
Miano: Morgana Mavelle
Zdrowie: Suchotnica
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Noce Nowego Orleanu [Wampir Maskarada 5 edycja, gra]

Post autor: Juno » 10 sie 2022, 22:10

Obrazek
Nie podjęła pyskówki z Doylem, pamiętając o rozpieprzonym kiblu i Obecności, która na moment przejęła stery. Skupiła się na rzeczach chwilowo ważniejszych od różnicy w poglądach. Bez słowa wyjęła z przekazanych jej komórek karty sim, zgrillowała je nad płomieniem zapalniczki, po czym wrzuciła do kibla i spuściła wodę.
W drodze powrotnej zgarnęła z jednego z siedzeń plecak i załadowała do niego t-shirt z jakimś blackmetalowym bazgrołem, spodnie dresowe i klapki. Mogła sobie być potworem, ale nie zamierzała paradować w zakrwawionych szmatach. Plan na najbliższe godziny miała bardzo prosty — ukryć się, umyć i przebrać. Jeśli uda jej się do tego jakimś cudem zmrużyć oko, będzie potworem szczęśliwym.
Prawdopodobnie, złotko — przytaknęła z namysłem, przyglądając się Arthurowi vel Cedricowi. Nie umknęło jej uwadze, że mężczyzna zaczął mówić o sobie w rodzaju żeńskim. Obserwowała go — jego gesty, postawę, mimikę. A raczej „ją”. Bo osoba, która zwróciła się do niej per „pani Rosario”, była kobietą w każdym calu. Była nią nawet bardziej niż sama Cruz, co być może nie było wysoko zawieszoną poprzeczką, ale to jednak ta ostatnia miała cycki, macicę i wahania nastrojów, wywołane comiesięczną fluktuacją hormonów.
Ale nie mamy lepszej alternatywy — skwitowała, po czym zebrała swoje graty do zdobycznego plecaka i zapięła ramoneskę, ukrywając przesiąknięty posoką podkoszulek. Niewiele, ale pozory były wszystkim, czym obecnie dysponowała. Zakrwawione ręce wcisnęła w kieszenie (fartownie) czerwonej kurtki i wysiadła z busa.
Kiedy dotarli pod wskazany przez Cereal’a adres, słowa blondasa/ki się potwierdziły. Nie byli sami. Ale Rosario skłamałaby, mówiąc, że spodziewała się Paranormal TV.
Czy ten wieczór może być jeszcze bardziej absurdalny? — mruknęła do samej siebie, po czym spojrzała na przestraszone rodzeństwo, ignorując pseudocoaching gangusa. — Billy, skarbie, spójrz na nas. Przyłóż palec do szyi, o tak. — Rosario wykonała gest sprawdzania pulsu. — Naprawdę myślisz, że cokolwiek jest w tym teatrze, może stanowić dla nas zagrożenie? „To, co jest martwe, nie może umrzeć, lecz odradza się twardsze i silniejsze”. Może powinniśmy nazwać się Greyjoyami, hm?
Rosario zmierzwiła czuprynę Billy’ego i objęła go ramieniem, ciągnąc w kierunku wejścia, a do Latoyi puściła oko. Miała nadzieję, że dziewczyna w końcu się ogarnie i pomoże w tym samym bratu. Bo jeśli istniało więcej Kafarów, to dwójka przerażonych piskląt nie była tym, czego potrzebowali.
Myśl, zimna jak jej ciało, była jednocześnie jasna i klarowna. Nie była już sobą, choć karapaks i to, co tuż pod zachowały swój kształt. Gdzieś niżej jednak, na dużo głębszym poziomie, była czymś innym.
Wspinałeś się może w tym wojsku, złociutki? — zapytała Doyle’a, patrząc w kierunku otwartego na piętrze okna. — Dobrze by było mieć ogląd sytuacji, zanim zrobimy wejście smoka. Albo lisa.
Ilość słów: 0
To, co widzisz, co się zdaObrazekjak sen we śnie jeno trwa.

Asteral von Carlina
Awatar użytkownika
Posty: 115
Rejestracja: 25 lis 2021, 9:05
Miano: Asteral von Carlina
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Noce Nowego Orleanu [Wampir Maskarada 5 edycja, gra]

Post autor: Asteral von Carlina » 14 sie 2022, 8:45

Obrazek
Karaluchy. Blatta orientalia. Setki małych insektów otaczało nas. To nie był sen, ani wizja. Symbol przemijania starego, aby nastąpić mogło nowe. Odrzucić dawną czystą powłokę na rzecz krwi i zepsucia. Dobry zwiastun. Stąpając ostrożnie, stawiając krok po kroku między przemieszczającymi się chitynowymi pancerzykami, skierowałam kroki ku siatce, otaczającej wejście od zaplecza. Każdy miał inną wizję wkroczenia do starego teatru.
Nerwowy mężczyzna z przerośniętym egiem, który czuł się szefem, chciał przejść przez frontowe, zablokowane drzwi. Nie było to mądre, oznajmić całemu mrocznemu światu, że oto nadchodzą nowi krwiopijcy. Ledwo nauczyli się stawiać kroki, ledwo złapali równowagę, ledwo odstawili się od lepkiej od osocza piersi matki, a mieli już biec w ramiona śmierci. Spojrzała w brązowe oczy Tony’ego. Zatopiła się w jego duszy. Skrywane głęboko kompleksy, prawdopodobnie nie akceptując długości swojego przyrodzenia lub wszetecznych snów o matce. Potwierdzając swoją męskość na każdym kroku. Był zwykłym pionkiem na szachach, przesuwanych przez poczciwe ręce Jutrzenki. Ale może zostać hetmańskim gońcem. Moim gońcem.
Rosario była ostrożna i podstępna. Chciała wpierw się rozejrzeć przez otwarte okno. Sprawdzić teren, wypatrzeć drapieżnika nadrzędnego lub watahę wygłodniałych wilków. Ona przypominała lisa. Najbardziej ze wszystkich chciała oszukać siebie i swoją przeszłość, zamalowując kolejne płaty skóry. W jej wspomnieniach kryły się za pewne traumy, o których nikt nie wiedział z jej bliskich. Choć potrafiła się dostosować jak kameleon do otoczenia, nigdy nie czuła się dopasowana. I za wszelką cenę chciała zniszczyć siły rządzące wszechświatem. To nie jest anarchia, Pani Rosario – to jest chaos.
Natomiast Latoya i Billy byli bezbarwni. Bez głębszego wyrazu. Nie przejawiali swojej inicjatywy. Poddawali się plastycznie temu, co proponowała im reszta. Byli gliną, z której można było uformować potulna baranki, część bezwolnego stara lub potwory narodzone z grzechu. W tym momencie nie mieli dla mnie większego znaczenia. Nie odwracałam jednak od nich wzroku.
– Jeżeli drapieżnik uprządł pajęczynę, to ofiara już wpadła w jego sidła. Kiedy drapieżnik jest zajęty jedzeniem, jest odkryty i bezbronny. Przekroczyłabym próg teatru tylnim wyjściem – mówiłam do nich z pewną naturalną wyższością. Wiele przeżyłam i wiele już widziałam. Poza tym chciałam dostać się do pokoi aktorów lub rekwizytorni.
Ilość słów: 0

Arbalest
Awatar użytkownika
Posty: 136
Rejestracja: 01 sty 2022, 21:49
Miano: Issaen Hiseerosh, zwana Istką
Zdrowie: pokąsane lewe ramię (zabandażowane)
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Noce Nowego Orleanu [Wampir Maskarada 5 edycja, gra]

Post autor: Arbalest » 14 sie 2022, 11:42

Obrazek
— Wystarczająco, żeby wiedzieć, że wspinając się na taką wysokość bez liny to można się co najwyżej zabić. Trzeba będzie się rozeznać w inny sposób. Niech będzie to tylne wyjście, tylko daruj sobie to filozoficzne pierdolenie, koleś, bo mózg mi od tego, kurwa, uszami wypływa — zaszczycił połączoną odpowiedzią dwójkę swoich towarzyszy.
Zanim jednak doszło do jakichkolwiek prób forsowania samego budynku, mężczyzna zdecydował się podejść do furgonetki, przyglądając jej się z uwagą. Znał ten model — niczym nie wyróżniająca się GMC Savana stała zaparkowana równie nonszalancko jak można się było spodziewać na tą pustą przestrzeń przed teatrem. Z zewnątrz nic nie przykuło jego uwagi, ale podejrzewał, że na pace pełno będzie kosztownego sprzętu do nagrywania, a może nawet jakichś informacji, które udało się ekipie do tej pory zebrać o tym miejscu.
— Sprawdzę samochód, patrzcie mi plecy — wydał lakoniczne polecenie Tony, zanim samemu nie wyjął z kieszeni podłużnego ustrojstwa, którym sięgnął następnie pod spód bocznej szyby, próbując „wyszukać” końcówką najprawdopodobniej jakiś elementu zamka. Podła, pełna patologii dzielnica na szczęście sprzyjała tego typu działaniom o wątpliwej legalności. Nawet jeśli ktoś, mimo panującego mroku, widział całe zdarzenie, to raczej dwa razy zastanowi się przed wezwaniem glin, chcąc ratować przed kradzieżą samochód jakiegoś pasożytującego studia filmowego.
Minęła dłuższa minuta i drzwi stanęły otworem, gdy zamek otworzył się za pociągnięciem wytrycha, z cichym sykiem, a motocyklista wsunął się do środka z miną kota, któremu udało się porwać kanarka.
Ilość słów: 0

Juno
Awatar użytkownika
Posty: 474
Rejestracja: 23 gru 2018, 17:44
Miano: Morgana Mavelle
Zdrowie: Suchotnica
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Noce Nowego Orleanu [Wampir Maskarada 5 edycja, gra]

Post autor: Juno » 14 sie 2022, 14:56

Obrazek
Na to już trochę za późno, kochaniutki — odparła Doyle’owi, po czym zostawiła Billy’ego i całą resztę samym sobie, chcąc zbadać frontowe wejście.
Gdy wróciła, towarzystwo gapiło się do wnętrza penetrowanego przez gangusa vana.
Znaleźliście coś ciekawego? — rzuciła, zapuszczając żurawia do środka.
Jeśli było tam coś godnego uwagi z jej punktu widzenia, również załadowała się na pakę. Jeśli nie, odpaliła kolejnego wymiętego papierosa i czekała, aż wszyscy będą gotowi wejść do teatru. Którymkolwiek sposobem.
Ilość słów: 0
To, co widzisz, co się zdaObrazekjak sen we śnie jeno trwa.

Odpowiedz
meble kuchenne na wymiar cennik warszawa kraków wrocław