Sromota

Obrazek

„Chcę znowu widzieć gwiazdy nad traktem, chcę gwizdać wśród nocy balladę Jaskra. I pragnę walki, tańca z mieczem, pragnę ryzyka, pragnę rozkoszy, jaką daje zwycięstwo.”


Asteral von Carlina
Awatar użytkownika
Posty: 193
Rejestracja: 25 lis 2021, 9:05
Miano: Asteral von Carlina
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Sromota

Post autor: Asteral von Carlina » 05 gru 2022, 18:48

Obrazek
Sromota Noc strachów i czarów minęła, widma i dusze przeklęte do zaświatów powróciły, półmiski z danią opróżniły, przy ogniu grzejąc swe zgryzoty i trwogi, lecz uczucie niepokoju i zbliżającego się nieszczęścia pozostało. Dym spod wygasających zwęglonych szczap drewna, jakoby formując martwe oblicza bliskich, nie chciał wznosić się ku górze. Powszechne buczenie gołębi, skrytych pod krokwiami, wywoływało dreszcz i wrażenie obecności. I niebo nienaturalnie zasnute było falbaną czarnych skrzydeł – to kruki, wrony, gawrony i szpaki, dywagując w swoich ptasich językach, wirowały nad głowami. Spoglądając za siebie, nie opuszczało Cię uczucie, że ktoś za tobą idzie. W wilię Saovine, gdy ścierają się ze sobą dwa światy, zadziało się coś złowrogiego. Coś co miało umrzeć, nie umarło. Coś co miało panować, zostało zhańbione. Coś co miało zostać zamknięte, pozostało uchylone. Nierozsądne decyzje, okrutne czyny, przemilczane tajemnice zbierają teraz żniwa.
W kasztelu Raduń i niedalekiej wiosce Przylesie, które stanowią część krainy Jamurlak, śmierć przybyła po siedmiu mieszkańców, nie bacząc na ich historie, pochodzenie czy wiek. Umarli nagle. Niektórzy samotnie we śnie, inni całą rodziną spożywając przy stole posiłek. Zmierzch życia zbliżał się również dla kasztelana Czabora, który od kilku miesięcy spoczywał w łożu. Ten jednak miał swoje lata, choć jeszcze niedawno hucznie wyprawił swoje trzecie wesele. Toteż jego ostatnia zatroskana małżonka Salma wraz z dwójką pasierbów – Bojanem i Jaksem, wydała dekret, że kto rozwiąże i powstrzyma sprawę niewyjaśnionych zgonów, temu przypadnie niemała nagroda redańskich koron.
Z jakieś nieznacznej przyczyny, zupełnym zbiegiem okoliczności, dowiedziałeś się o tej sprawie, a pchany ciekawością, rządzą przygód, dobrocią serca, czy zwykłą chciwością, właśnie przybyłeś pod bramy grodu Radunia. Pamiętaj jednak, że ta która przędzie nić przeznaczenia, splatając ludzkie żywoty, nigdy nie kieruje się dobrą wolą.
Kontynuując atmosferę Eventu Saovine, otwieram ptasią opowieść pełną grozy, sekretów i niedopowiedzeń. Rozgrywka jest skierowana dla każdego chętnego gracza, który odważy się zetknąć z nieodgadnionym niebezpieczeństwem – może będzie to nadnaturalna siła, a może po prostu ludzka ohydna natura. Fabuła rozgrywa się w naszym świecie wiedźmińskim, może mieć pośredni wpływ na wydarzenia, plotki lub wasze postacie. Rozgrywka ma miejsce 1271 roku wczesną jesienią. Przewidziałem dwa warianty rozgrywki, każdy z graczy może wybrać jeden z nich:
a) uczestniczysz w rozgrywce prowadząc swoją główną postać z Vatt’ghern – wydarzenia z opowieści będą miały bezpośredni wpływ na twoja postać, będzie doświadczała realnego zagrożenia swoich dóbr materialnych i naturalnych, ale przewidziane są lepsze nagrody.
b) uczestniczysz w rozgrywce tworząc nową postać zgodnie z ogólno przyjętym wzorem — ale historia twojej nowej postaci musi być ściśle powiązana i w pewnych aspektach bliska emocjonalnie z główną postacią z Vatt’ghern, ale nie wroga. Może być to ktoś bliski z rodziny, dawny kochanek, porzucone dziecko, zaginiony przyjaciel… pozostawiam to twojej wyobraźni. W takim wypadku możesz liczyć na drobniejsze fanty materialne po odbyciu przygody.
Na zgłoszenia i przesłanie Karty Postaci w pw lub na discordzie czekam do 8 stycznia 2023.
Ilość słów: 0
Obrazek

Lasota
Awatar użytkownika
Posty: 183
Rejestracja: 21 kwie 2022, 12:02
Miano: Lasota z rodu Wielomirów
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Sromota

Post autor: Lasota » 08 gru 2022, 22:26

Wchodzę w to. KP napiszę soonish

Edit:
Zmieniłem zdanie. Wchodzę w to swoją główną postacią.
Ilość słów: 0
Kill count:
  1. zaskroniec

Breith
Awatar użytkownika
Posty: 23
Rejestracja: 21 lis 2022, 7:25
Miano: Karri Kaatarine Breith
Zdrowie: Obolałe żebra
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Sromota

Post autor: Breith » 05 sty 2023, 21:42

Klepię miejsce wiedźminką. Niech się dzieje wola nieba.
Ilość słów: 0
Młoda Karri ] [Obecna Karri ] [ Pełny wygląd Obrazek
Cel jest na końcu każdej drogi. Każdy go ma. [...] To jest sprawa tego, w co wierzysz i czemu się poświęcasz.

Kill count:
  1. Kretołak

Arbalest
Awatar użytkownika
Posty: 215
Rejestracja: 01 sty 2022, 21:49
Miano: Issaen Hiseerosh, zwana Istką
Zdrowie: W pełni sił; cuchnie apteką i gnojem
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Sromota

Post autor: Arbalest » 05 sty 2023, 21:45

No i ja. KP już dawno wysłana, ale wpisuję się dla porządku.
Ilość słów: 0

Asteral von Carlina
Awatar użytkownika
Posty: 193
Rejestracja: 25 lis 2021, 9:05
Miano: Asteral von Carlina
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Dzień pierwszy

Post autor: Asteral von Carlina » 12 sty 2023, 10:49

Przewróciwszy ciężką, skórzaną, czarną oprawę księgi, z wyrytymi literami, barwionymi srebrem „Baśnie i Klechdy. Ptasie opowieści o czasach mrocznych i niebezpiecznych”, można natrafić na historię, której autor twierdzi, że był naocznym świadkiem. W zasadzie owa strona samoistnie otworzyła się, gdy tylko rozchyliło się tomiszcze, jakby czekała na czytelnika. Niektóre gawędy tracą swoją moc, gdy zostaną zapisane, lecz legenda zatytułowana Sromota odtwarzała się za każdym razem na nowo. Nie czekając na zaproszenie, a przenosząc w zupełnie inny świat… Obrazek Kasztel Raduń i sąsiadująca z nim wioska Przylesie leżały w krainie Jamurlak, nad rzeczułką Rną, która tworzyła na północy niewielkie rozlewisko, zwane Szarą Wodą. Tutejsze osady z dwóch kolejnych stron okalane były potężnym borem, bogatym w jedlice jamurlskie, pozyskiwane stąd w dużych ilościach z racji swoich potężnych rozmiarów i niepowtarzalnego cynobrowego odcieniu drewna. Nic dziwnego więc, że rozwijają się tutaj zakłady ciesielskie i stolarnie, a w lesie znajduje się obóz drwali, ściągający pracowników z dalszych okolic królestwa. Tedy drewno było spławiane w dół rzeki, aż do Luton, gdzie wędrowało dalej, nawet poza granice państwa.
Okolicznymi terenami rządzi uczciwy kasztelan Czabor von Kegel którego zdrowie, aż do ostatniego miesiąca, nie opuszczało. Mężczyzna bowiem przeżył dwie małżonki, które kolejno dały mu synów – starszego walecznego Bojana, który uczestniczył w II wojnie z Nilfgaardem oraz młodszego lekkoducha Jaksa; a jeszcze niedawno hucznie wyprawił swoje trzecie wesele. Za żonę wziął Salmę, ofirską wdowę, która dawno temu przybyła do Północnych Królestw. Była to piękna śniadoskóra kobieta, nosząca się w futrach na tutejszą modłę, o twarzy, której czas jakby nie chciał ruszyć. Choć miała już pięćdziesiąt wiosen, wyglądała na trzydzieści. Na dworze przebywała jedynie ze swoimi dwoma służkami, a od niedawna towarzyszył jej bratanek Abir. Mężczyzna przybył tutaj na prośbę ciotki, aby pomóc wyleczyć jej schorowanego męża.
Za czasów Czabora, a owymi ziemiami zarządza już od trzydziestu siedmiu lat, rozbudził się tutejszy handel i rozpoczął intensywny wyrąb drzew. Przywrócił smutną dolinę w tętniącą życiem okolicę, przynajmniej tak powszechnie się mówi. Dla mieszkańców Tretogoru czy Novigradu zawsze to będzie zatęchła dziura z dala od stołecznych rozrywek, czy widowiskowych procesów, a przede wszystkim bez ciągle pędzącego tłumu. Życie toczy się tutaj powoli, swoim naturalnym rytmem. Przynajmniej do czasu ostatnich wydarzeń.
Wędrując czerwonym szlakiem handlowym, gdy przedrze się przez leśną gęstwinę, można ujrzeć malowniczą osadę wiejską, której centrum jest plac z potężną murowaną, zadaszoną studnią. Zbierają się tutaj baby, aby wymienić się świeżymi, jak poranne pieczywo, plotkami. Tymczasem każdego ostatniego dnia tygodnia majdan tętnił zupełnie innym życiem – miejscowi wytwórcy i rzemieślnicy z Radunia rozstawiają stragany ze swoimi produktami, ale również pojawiają się kramy z wszelakimi wiktuałami od szynek i świeżego pieczywa, aż po lukrowane bułeczki i flaszeczki z aromatyczną świerkówką – tutejszą specjalnością. Przejeżdżają tutaj też handlarze z dalszych stron, przeważnie pierwszej niedzieli miesiąca, gdy odbywają się większe zabawy. Jak już się zawita do Przylesia, nie można tego przepuścić.
Drugim ważnym punktem, choć nie znajdującym się tak bardzo w środku zabudowań, jest karczma „Dziurawa beczułka”, której szyld wiernie oddaje nazwę. Wbrew wszelkim oczekiwaniom nie jest to zbyt przyzwoite miejsce – zwykła lokalna mordownia, do której zjeżdżają wszelkie moczymordy, miejscowe chłopy, zmęczeni pracą drwale i typy spod ciemnej gwiazdy. Jeśli chce się wiedzieć, co dzieje się w Przylesiu, za murami grodu Raduń, czy na traktach, tutaj można zdobyć wiele ciekawych i zbędnych pogłosek, zakropionych gorzałką i zagryzionych kiszonym ogórem. Piwo mają tutaj ohydne, ale nigdzie taniej się człowiek nie napije. Można również zyskać darmowego guza, zostać ogranym w kości, czy okradzionym z ostatniego miedziaka.
Przemykając między chatami i oborami, skąd dobiegają ludzkie rozmowy, gdakanie drobiu, chrumkanie świń i beczenie kóz, nie sposób nie zwrócić uwagi na kobiety, tłumnie wyplatające koszyki z wikliny i mężczyzn, tworzących drewniane ozdoby, chodaki, koła wozów, a nawet tarcze. Jedna chata szczególnie przykuwa oko, gdyż tutejszy zakład bednarski, był prowadzony przez kulawego, siwiuteńkiego do ostatnich kilku włosów na głowie, pomarszczonego i pogarbionego chłopa, który nie zamierzał przestać produkować beczek, kadzi, cebrzyków, aż do ostatniego dnia swojego życia. Stary Zdzisław, był najstarszym człowiekiem zamieszkującym okolice, mógł opowiedzieć niejedną ciekawą historię. Przylesie, jak sama nazwa mówi, drewnem (sosnowym) stoi. Nawet dym unoszący się z domostw, tutejszej piekarenki i gorzelni, mieszczącej się przy karczmie – pachniał żywicą iglaków.
Na peryferiach sioła, znajduje się pasieka z dwunastoma kolorowymi ulami, trochę dalej stoi chałupinka lokalnej szeptuchy, zdobna w suszone zioła, zwierzęce kości i fetysze, a pod samym lasem dom łowcy, który często garbuje skóry na swoim podwórzu. Nie wolno zapomnieć zajść do kaplicy i znajdującego się obok cmentarza, gdzie usypano kilka świeżych grobów, aby złożyć cześć zmarłym. Gdzieś zza pierwszą ściana drzew odnajdzie się sadybę drwali, którzy pomieszkują w tymczasowych lepiankach i szałasach, grzejąc się każdej nocy przy ognisku i bimbrze. Wśród nich są osoby różnej narodowości, rasy i pochodzenia, ale każdy z nich przyjechał tutaj po zarobek. Ponadto warto wspomnieć, że nad szeroką i leniwie płynącą Rną, leży niewielka przystań spławiaczy i kilka chat rybackich. W chłodnych wodach można było złowić pstrąga potokowego, potężnego okonia, białorybę, czy srebrnego krąpika.
Zmierzając dalej czerwonym szlakiem, dotrze się do grodu obwarowanego drewnianym murem, na wieżach którego powiewały bordowe chorągwie, przedstawiające kolejno róg, szyszkę i topór – symbole herbowe rodziny von Kegel. Pod samymi murami wzniesiono zajazd Złoty Bluszcz, przy którym zawsze znajdowało się wiele koni i powozów. Mijając dobrze strzeżoną bramę, wchodzi się na wybrukowaną, główną ulicę, zmierzającą do siedziby kasztelana, który jest jednym z niewielu budynków wzniesionych z kamienia. Od pewnego czasu nie każdy ma wstęp na tutejszy dwór. Salma obawia się czarów i złej woli, które mogłyby zagrozić życiu jej małżonka. Ludzie gadają, że jej bratanek bardziej niż na medycynie, zna się na odczynianiu uroków.
Dalej na skrzyżowaniu, mijając dziewczynkę sprzedającą świeże paszteciki, faszerowane grzybowym nadzieniem, można skręcić w aleję rzemieślniczą. Pełno tutaj zakładów ciesielskich, stolarskich, kołodziejskich. Odnajdziesz tutaj również niziołka szczytnika, który wykonywał nieliche tarcze, barwiąc je w cudaczne wzory; cyrulika pochodzenia wyspiarskiego, o pięknej zmyślnie zaplecionej i przybranej kolorowymi koralikami brodzie oraz lutnika, sławnego na całą Redanię. Wykonywane przez niego instrumenty, nie tylko wydobywają piękny dźwięk, ale są niezwykle zdobne. Nic dziwnego, bo do ich produkcji wykorzystane jest drewno daglezji.
Zwróciwszy się w przeciwnym kierunku, zajdzie się do przecznicy przeznaczonej dla garnizonu. W pierwszej kolejności widoczny jest zakład młodego przyjezdnego kowala, zbrojącego tutejsze wojsko. Chłopak przyjechał ze stolicy, ściągnięty tutaj ideą dobrych pieniędzy, gdy tylko zmarł poprzedni rzemieślnik. Gołowąs nadal musiał się wiele nauczyć, ale potrafił wykuwać hartowane miecze i hełmy. Hajda zaś lepiej się nie zapuszczać, bo tam już tylko koszary, zbrojownia i wieża zguby, w której przetrzymywani są złoczyńcy. Ponoć złapano tego okrutnika, Zębuszkę, który na trakcie razem ze swoją szajką napadali na karawany kupieckie i prócz drogocennych towarów, ograbiali handlarzy ze wszystkich ich zębów. Kasztelan Czabor niemałą nagrodę dał dowódcy, który pochwycił zwyrodnialca. I ponoć osobiście wyrwał skazańcowi zęby, by teraz czekał na powieszenie.
Obrazek Zaproszenie dla zleceniobiorców kierowało, nie na audiencję na dworze kasztelana, lecz pod dach zajazdu pod Złotym Bluszczem. Lokal wziął nazwę od wiecznie zielonej rośliny, porastającej frontową ścianę budynku. Gęste pnącze wspinało się, aż po samiuśki strop kryty strzechą, eksponując zdobne pięcioklapowe liście na brzegach odbarwione kremowo-złoto. Szturchając ją przypadkiem, można było przebudzić śpiące w nich zmierzchnice trupie główki – przepiękne motyle nocne o zdobnych kontrastowych, żółto-czarnych skrzydłach i charakterystycznym wzorze na tułowiu, przypominającym czaszkę. Ćmy nawałnicą ulatywały do góry, chcąc schować się w wyższych partiach chaszczy.
Pozostawiając konia w stajni, połączonej jedną ścianą z główną salą, można było przekroczyć niski próg gospody. Choć na ziemi klepisko z domieszką sieczki i plew, a na beżowych ścianach nie wisiały żadne ozdoby, przyjemnie było się ogrzać przy ogniu, zjeść i napić się czegoś, czy posłuchać bajarzy i pieśni bardów. Na środku było ustawionych tuzin długich ław, każda wykonana z jedlicy. Kilka miejsc było jeszcze wolnych. Inne zaś zajmowali podróżni. Jakiś mężczyzna pożerał w dużych ilościach polewkę z drewnianej misy, gdzieś grupka niziołków kupców żarliwie ze sobą dyskutowała, dwójka młodych mężczyzn grała w karty, ktoś dobywał targu niewielkiej hebanowej skrzyneczki, jakaś blondynka w bladożółtej sukni siedziała w kącie i piła gorący napar, ciekawsko obserwując gości gospody, a między stołami kręciły się dwie młode karczmareczki. Zwykłe proste dziewczyny, bardzo podobne do siebie, różniące się zaledwie wiekiem. Jedna wydawała się mieć nie więcej niż piętnaście wiosen, druga zaś za pewne była już po dwudziestce. Jedna i druga miały kasztanowe włosy, spięte wysoko w kok, każda ubrana w beżowy fartuch i każda wesoło podchodząc do klientów. Najwyraźniej miały bardzo dobry nastrój.
W wyborze napitków zajazd niewiele różnił się od „Dziurawej beczułki” z pobliskiego Przylesia, bo pochodziły z tego samego źródła. Miód pitny od Miłka z jego pasieki. Tyle, że zamiast czwórniaków, schodziły tutaj trójniaki i dwójniaki. Siwucha własnej roboty, choć mniej mętna, równie bardzo paliła w mordę. Piwo rozwodnione i kwaśne, ale droższe i podawane w czystej kamionce. Ach, no tak — w najbliższej okolicy tylko tutaj można było uraczyć się winem, bo kasztelan i prości mieszkańcy tych ziem, nie kosztowali się w zepsutym soku winogron… a w sumie nie było czym się raczyć. Podawane za szynkwasem wino Gamza, produkowane w północnych częściach Redanii, jest cierpkie i mdłe, ale ponoć świetnie nadaje się do podlania gulaszu. Na szczęście można było tutaj dobrze i syto zjeść. Dzisiaj na palenisku bulgotał gar pełen zupy jarzynowej, którą co jakiś czas mieszała młoda kuchareczka za pomocą wielkiej warzęchy. Zawartość była gęsta i bogata, intensywnie roztaczała aromat warzyw korzennych, świeżej pietruszki i lubczyku. Do każdej michy podawano pajdę chleba smarowanego smalcem okraszonego skwarkami. Można było również zamówić glazurowaną sarninę z jęczmienną kaszą lub kawałek pasztetu z kaczki, zapiekanego z kawałkami suszonych śliwek i grzybami. Jeżeli nie miało się na nic z tego ochoty, otyły gospodarz co jakiś czas wychodzący z kuchni na główną salę karczmy, mógł przygotować coś specjalnego na własne życzenie. Nie spodziewałbym się jednak wykwintnych dań i zmyślnych składników.
Tego wieczoru goście zajazdu mieli wielkie szczęście. Występował bowiem Mistrz Drozd, którego do kasztelu Raduń sprowadził tutejszy zakład lutniczy. Odoryk Gwidon von Noll był szlachetnie urodzonym poetą i bardem, znanym w całej Redani i poza jej granicami. Częsty bywalec dworu Vizimira II, niektórzy powiadają, że był jego wychowankiem; obywatel Wolnego Miasta Novigrad, a przede wszystkim obieżyświat. Na scenę, którą prawdopodobnie sklecono naprędce, stanął zgrabnej budowy mężczyzna o bladym licu, lśniących kruczoczarnych prostych włosach do ramion i stonowanym wyrazie twarzy. Przeważnie nosił jeszcze na głowie skórzany kapelusz o szerokim, zagiętym z lewej strony rondlem, przepasany jasną wstążką. Miał na sobie elegancki czarny kaftan, przeszywany złotem, z bufiastymi rękawami, o zdobnych haftkach i wysokim kołnierzu po samą brodę. Ciemne spodnie miał włożone, w jasnobrązowe buty o wysokich obcasach z cholewa do kolan. Zawsze nosił się w ciemnych barwach, przeważnie w granatach i sino-atramentowych kolorach, ale od śmierci króla redańskiego, nie sposób było go zobaczyć w innych tonacjach niż czerni i szarościach. Dzierżąc w dłoniach mandorę, wcześniej dygając na powitanie, zaczął wygrywać żywą melodię, lecz opowiadającą smutne losy miłości. Zadziwiające jest, jak mistrz Drozd potrafił przekazać głębokie i poruszające historię w oprawie, którą chciała słuchać zwykła gawiedź i tłuszcza.
Pieśni można było się przysłuchać później, jeśli będzie na to ochota, a teraz wypadałoby zmierzać ku stołowi, gdzie przy jasnym kaganku siedział mężczyzna bogato ubrany w brązowy dublet, na którym wyhaftowano godło kasztelu. Żylasty łysy mężczyzna o gęstych czarnych brwiach i widocznej bliźnie przechodzącej przez pół twarzy, kiwał ręką w stronę wchodzących do zajady, musiał być włodarzem raduńskim. W jego towarzystwie było jeszcze dwóch strażników miejskich.
Obrazek Feigr
Doprowadziło go tutaj ogłoszenie na pożółkłym pergaminie, opatrzone herbem rodowym von Kegel. Zwabiło obietnicą poważnej sumy redańskich koron, czekających na osobę, która rozwiąże tajemnicę zbrodni i powstrzyma kolejne zgony w okolicy kasztelu Raduń. Nie było tam wiele szczegółów – zaledwie o śmierci, co przybyła po siedmiu mieszkańców, nie bacząc na ich historie, pochodzenie czy wiek. Umarli nagle. Niektórzy samotnie we śnie, inni całą rodziną spożywając przy stole posiłek. Lokalny cyrulik wykluczył zarazę. Nie znaleziono śladów morderstwa. Niezależnie co było ich przyczyną, taka suma pieniędzy rozwiązałaby problem pustej sakwy, na jakiś dłuższy czas. Feigr nie musiałby chwytać się każdego, najbardziej uwłaczającej zajęcia. A żadnej pracy się nie bał. W ostateczności, gdyby nie powiodłoby się ze zleceniem, słyszał, że dobrze płacili drwalom w przyległym Przylesiu.
To samo ogłoszenie, które leżało wciśnięte między stronnice egzemplarza „Daru Lary” razem z listem pożegnalnym od Issaen Hiseerosh. Wyspiarz przypomniał sobie moment, gdy pierwszy raz przeczytał wiadomość, wsuniętą pod drzwi jego pokoju. Wtedy był wkurzony, a teraz na samo wspomnienie ogarniał go żal. Nie potrafił wyjaśnić, dlaczego tak mu zależało na relacji z tą drobną elfką. Za każdym razem jego los splatany były w pokrętny sposób, jakby nie kierował swoim życien, lecz odgrywał wcześniej zaplanowaną rolę w epickiej opowieści o wiecznej tułaczce. Tak samo nie potrafił wyjaśnić, dlaczego zdecydował się wyruszyć w tę podróż.
To samo, które zupełnym przypadkiem, powiewem wiatru, zatrzymało się na jego twarzy, gdy opuszczał karczmę w stolicy Jamurlak z lekkim kacem, po ostatnim lekko zakrapianym wieczorze. Byłaby to odmiana od ostatnich zajęć, których się chwytał. Miał wrażenie, że do teraz nie potrafił się wymyć ze smrodu stajni i zagród lokalnego wielmoży, które to musiał wysprzątać. Nawet nie próbował odpowiedzieć sobie na pytanie, jak można było doprowadzić do takiego stanu budynki gospodarcze i trzymać tam zwierzęta. Pod okiem niósł jeszcze jagodowego sińca po ostatniej bitce. Dostał zaledwie trzy razy po mordzie, zanim wytatuowany na twarzy koleś, stracił przytomność, zapewniając Kergundssonowi zwycięstwo i pozwalając pić na umór. Karczmarz zadowolony z poprzedniej pomocy przy kuchni i spektakularnej walki na pięści, zapakował mu prowiant na dalsza drogę. Uprzednio Feigr pracował przy sianokosach w pobliskiej wiosce, ale nigdzie nie mógł osiąść na dłużej.
To samo, za sprawą którego przedzierał się pieszo przez leśne gęstwiny, gdzie musiał odstraszać od siebie dzikie zwierzęta, a później przemierzał kolejne mile na wozie kupieckim w towarzystwie kilku niziołków. Bero, Vido i Milo byli kuzynami, którzy zaciągnęli pożyczkę w banku Vivaldich na rozkręcenie swojego biznesu. Nie zdradzili jednak swoich dalszych planów przed najemnym wykidajłom. Dalsza podróż minęła spokojnie, na rozmowach o błahych sprawach, wymianie pogłosek ze świata i radosnych przyśpiewkach. Ani grosza nie wzięli od Feigra za podwózkę, ciesząc się nie tylko z dodatkowego towarzystwa, ale przede wszystkim z ochrony, którą mógł im zapewnić pięściarz. Właśnie przekraczał próg zajazdu, gdy ujrzał mężczyznę kiwającego na niego dłonią. Obrazek Lasota
Porzuciwszy za sobą siedzibę rodową i zarządzającego nią brata, niechcianą małżonkę i dwie niekochane córki, prężnie rozwijające się wioskę Sosenki, uciekał ze swoim synem w popłochu. Jego śladem podążał Zakon Płonącej Róży, tropiąc bacznie jego ślady. Nie mogli z synem przystanąć na dłużej, nie mogli ogrzać się w ogniu domowym, na dłużej przymknąć oczu, nie mogli nabrać pełnej piersi powietrza, poczuć ulgi, ciągle czując na sobie oddech gonitwy. Jedynie modlitwa do Melitele przynosiła niewielkie ukojenie, ale ciągle nie czuli się bezpiecznie. Towarzyszyła im nienaturalna cmentarna woń, jakby zwiastunek zbliżającej się tragedii. Każdy głośniejszy wrzask i hałas wzbudzał w nich uczucie niepokoju. Łowy tutejszej szlachty, przypominały na myśl pogoń za nimi. Czuli się jak zwierzyna płowa. Szelest krzewów dzikich zwierząt, kojarzyło się z zasadzką. Irracjonalnie wyobrażali sobie, że na każdym kroku szykuje się na nich któryś z zakonników. Kaedwenśki niegdysiejszy najemnik czuł się zmęczony, ale wykrzesał z siebie ostatnie iskry sił witalnych. Wszystko by chronić swojego ukochanego potomka, z którym wiązała go nie tylko miłość, ale również potężne zaklęcie.
Będąc w ciągłym pędzie, omijając szerokim łukiem większe zabudowania, nie zauważyli momentu przekroczenia granicy między Kaedwen a Redanią. Zupełnie jakby w magiczny sposób leśne demony przeprowadziły ich tajemnym szlakiem. Jeszcze za dziecko wymieniał się z innymi łobuzami legendami o dziadzie borowym, który mieszał zmysły wędrowcom, wikłał ścieżki, zakrywał drogowskazy, zrzucał pnie na drogę. Może i tym razem posępny pan i władca lasów i zwierząt w nich żyjących uczynił cud. Opowieści rodowe powiadają, że nie pierwszy raz ratował Wielomirów. Ale to opowieść na zupełnie inny czas.
Dopiero tedy w blasku wschodzącego słońca, gdy Lasota zdał sobie sprawę, że są względnie bezpieczny, mogli odpocząć. Niesieni ciepłym jesiennym wiatrem, ściągając z twarzy nitki babiego lata, dotarli do Doliny Jamurlak. Zupełnym zbiegiem okoliczności przybywając do Przylesia w okolicach Radunia, gdzie dowiedzieli się o nagrodzie dla osoby, która rozwiąże sprawę niewyjaśnionych śmierci mieszkańców. W tej sprawie musiał zgłosić się do zajazdu pod Złotym Bluszczem.
Lasota był człowiekiem zachłannym, który wiele potrafił zrobić dla dźwięku brzęczącego pełnego mieszka. Był to jednak opis pasujący bardziej dla dawnego Łowcy Dezerterów. Teraz, gdy miał pod opieką własnego potomka, chciał uczynnić coś dobrego. I nie był to przejaw bezinteresownej życzliwości. Na uwadze miał myśl, że może w ten sposób odczyni klątwę. Może w ten sposób przerwie łańcuch nieszczęść. Może w ten sposób zazna spokoju. Obrazek Karri
Ciepły wiatr otulał ją zapachem palącego się igliwia, które wydobywało się z licznych kominów wioski Przylesie. Było tutaj spokojnie, życie toczyło się w swoim tempie. Większość nie zauważała jej obecności, a nieliczni mieszkańcy kłaniali się, nie patrząc jej w twarz. Każdy zatopiony myślami w swoich obowiązkach lub marząc o niebieskich migdałach. Nic nie zdradzało oznak tragedii, która się tutaj ostatnio wydarzyła, a która nie została przerwana.
Karri Kaatarine Breith nie przybyła tutaj przypadkiem. Doszły ją słuchy, że jakaś przeraźliwa klątwa spadła na okoliczne ziemie, a żona kasztelana poszukiwała wiedźmina, który będzie w stanie ją odczynić. Z doświadczenia wychowanka cechu gryfa wiedziała, że często tam gdzie dopatruje się ingerencji potwornych mocy, palce macza paskudna natura człowieka, a śmierć siódemki przypadkowych osób mogła być skrzętnie zaplanowaną zbrodnią. Nie miała jednak teraz dowodów, ani powodów, aby rozstrzygać ten dylemat. Zmierzała powoli na spotkanie z włodarzem raduńskim, Hubrechtem Heneltem.
Niezależnie czy tym razem będzie musiała zmierzyć się z mrocznymi urokami zawistnej kochanki, czy zabić potwora czyhającego w Szarych Wodach, czy odnaleźć zbrodniarza przybyła tutaj w słusznym celu. Spełniając założenia kodeksu, do którego miewała poważne wątpliwości, ale nadal służyła sprawie niewinnych i pokrzywdzonych. Bez wiedźminów świat byłby straszniejszy i mroczniejszy, z panoszącymi się żądnymi krwi bestiami o różnorakim obliczu, przepełniony bezprawiem i niesprawiedliwością. Tak przynajmniej często sobie powtarzała, aby móc spokojniej spać. Choć nie pamięta, kiedy ostatnio miała noc wolną od koszmarów. Prócz tych, których wieczór poprzedzało wypicie białej mewy. Czy dobre uczynki, uwolnią ją od ponurej przeszłości?
Ilość słów: 0
Obrazek

Lasota
Awatar użytkownika
Posty: 183
Rejestracja: 21 kwie 2022, 12:02
Miano: Lasota z rodu Wielomirów
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Sromota

Post autor: Lasota » 13 sty 2023, 9:42

Lasota podróżował wraz z synem, a droga dała im się we znaki. Często ojciec ustalał kierunek wiodący przez zarośnięte szlaki albo dzikie ostępy, aby unikać głównych szlaków. To sprawiało, że był wiecznie spięty, gotowy na walkę. Prócz tego musiał zapewnić sobie i dziecku byt, polując na drobną zwierzynę albo zbierając leśne owoce. Czas wolny nie istniał, każda wolna chwila niespędzona na zbieractwie była poświęcana nauce potomka. Wielomir nie oszczędzał go. Trenował go fizycznie oraz uczył wszystkiego, co sam wiedział, ażeby poradził sobie sam w przyszłości na szlaku.
Najgorsze były dłużące się wieczory, gdy dzieciak kładł się spać, a rodzic siedział przy ognisku, doglądając ognia. Wtedy szlachcic próbował koncentrować myśli na rozwiązaniu problemu klątwy, jednak z myślami było tak, że często kierowały się własnymi strumieniami. Nieposłuszne, wywoływały wspomnienia, skojarzenia i rozgrzebywały głęboko zakopane nawyki. Wielomir nienawidził takich mocy, nie lubił myśleć. Dlatego modlił się wtedy, a jak nie dawał rady, robił byle co. Byleby móc zająć głowę.
Pewnego razu dotarli do Przylesia, chociaż nie planowali tam zawędrować. Przeczucie podpowiadało wiarusowi, że okolica była warta jego uwagi, dlatego postanowił zostać tutaj wraz z synem na jakiś czas. Dzięki temu dowiedział się o dziwnych zgonach oraz powiązanym z nimi zleceniu. Zaśmierdziało Lasocie czarami, ale również okazją do nawiązania kontaktów. Zdecydowawszy się w końcu, Wielomirowie udali się pod zajazd. Wkroczyli do środka, żeby zorientować się w sytuacji i pociągnąć sprawę do przodu.
Ilość słów: 0
Kill count:
  1. zaskroniec

Arbalest
Awatar użytkownika
Posty: 215
Rejestracja: 01 sty 2022, 21:49
Miano: Issaen Hiseerosh, zwana Istką
Zdrowie: W pełni sił; cuchnie apteką i gnojem
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Sromota

Post autor: Arbalest » 13 sty 2023, 11:50

Obrazek
Podróż dłużyła mu się niemiłosiernie. Trójka niziołków trajkotała między sobą o dupie Marlenki, nieomal bez przerwy, a na domiar złego próbowała wciągnąć do rozmowy jeszcze Skelligijczyka, nie zważając na jego zdawkowe burknięcia, sugerujące, że najrozsądniej byłoby ostawić go w spokoju. Widać w kulturze kurdupli koncepcja niechęci do wymiany zdań albo wyrażana była w jakiś kompletnie nieznany Ćwiekowi sposób, albo nie istniała w ogóle, co wcale by go nie zdziwiło. Co około kwadrans raczył ich tedy jakąś lakoniczną odpowiedzią, uznając takowe uczestnictwo za zło konieczne, by móc w międzyczasie obserwować okolicę (bo od części umowy, która mówiła o ochronie nie zamierzał się już migać), tudzież z nudów wczytywać się w treść „Daru Lary”. Osobiście wolałby jakiś heroiczny poemat w rodzaju „Biwulfa”, ale — z racji skelligijskiego autorstwa — drukowane egzemplarze były rzadkie i trudne do kupienia, jako że tradycyjnie opowieść przekazywano na Wyspach w formie ustnej, z pokolenia na pokolenie. Nie mówiąc już o tym, że i tak nie umiał czytać dość dobrze, by sobie poradzić z czymś co nie było pisane prozą. Nie pozostało więc nic innego jak przewałkowana już przezeń dwukrotnie historia o Larze Dorren, podarowana mu przez dawną kochankę.
Tę samą, o której myśli starał się teraz za wszelką cenę odpędzić.
Dwa razy Feigr musiał sięgać po toporek, żeby odstraszyć od fury jakieś dzikie zwierzęta, które podchodziły w nocy pod ich przystanek, w środku puszczy. Za pierwszym razem był to chyba samotny wilk, za drugim... cholera jedna wie co. Na ich szczęście — Skelligijczyk miał na tyle jaj, by względnie obojętne było co przychodzi mu odganiać, i to chyba właśnie ten zapał speszył niedoszłego napastnika, bo ulotnił się nim dane mu było wyrządzić jakiekolwiek szkody.
Ostatecznie dotarli do Przylesia w jednym kawałku. To właśnie tutaj na łysego pięściarza-włóczęgę miała czekać robota, jeśli nie przy zleceniu, które zrządzeniem losu przykleiło mu się do mordy jeszcze w stolicy, to przynajmniej przy wycince drzew w pobliskim borze. Nie mając lepszego pomysłu, skierował się od razu do stojącego w ogłoszeniu zajazdu, „pod Złotym Bluszczem”, do którego pokierował go jakiś starszy wiekiem chłop. W drzwiach lokalu stanął więc dość wysoki, barczysty mężczyzna, który cuchnął dłuższą podróżą i właśnie na powsinogę w dużej mierze wyglądał. Jeśli nie od razu na zbója, bo ogolonemu na łyso brakowało źrenicy prawego oka, na miejscu której nie znajdowało się nic prócz białka. Z pasa dyndał mu prosty, niewielki toporek, wetknięty w oczko ze skórzanego rzemyka, wystającego z myśliwskich spodni. Niezbyt okazałe buty ze skóry, równie skórzane rękawice nabijane ćwiekami i prosta tunika z koszuliną dopełniały obrazu może nie rozpaczy, ale — do jakiegoś stopnia — nędzy. Pod tuniką, można było przysiąc, skryta była też drewniana tarcza z okuciami i podróżny worek z płótna.
Wpierw zrobiwszy zdrowym okiem przegląd aktualnych bywalców karczmy, Feigr zauważył machającego do niego mężczyznę z lekkim opóźnieniem. Nie tracił za to czasu, by do niego podejść, po drodze wyciągając z worka na plecach księgę, a z niej ogłoszenie, z herbem pasującym do tego, który wyszyty winien być na stroju tamtego. Przez przypadek nieomal wpadł na cierpiącego na bielactwo dzieciaka u boku starszego od niego wojownika, ale w ostatniej chwili wyminął go, tylko przelotnie spoglądając na młodego i przypadłość na jaką cierpiał. Ogłoszenie okazał włodarzowi.
— Wasze? — spytał krótko łysego, nie robiąc sobie nic z obecności towarzyszącej mu dwójki zbrojnych. Doszedł do wniosku, że nie miał się czego obawiać z ich strony — jedyna bitka, jaką zamierzał wszczynać to ta, która uwzględniała karczemne pięściarstwo — zwyczajowo zupełnie legalne i sprzyjające zbyciu negatywnych emocji.
Ilość słów: 0

Breith
Awatar użytkownika
Posty: 23
Rejestracja: 21 lis 2022, 7:25
Miano: Karri Kaatarine Breith
Zdrowie: Obolałe żebra
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Sromota

Post autor: Breith » 14 sty 2023, 15:57

Szlak dawał się we znaki. Mimo lat minionych, możliwych do wyczytania w licznych ścieżkach blizn przecinających bladą skórę, życie wciąż potrafiło niemiło zaskoczyć. Jakże przyjemnym było ujrzeć, jak ludzkie oczy uciekały bez słowa od jej osoby. Bez słowa wzgardy. Czasem tyle wystarczyło, by dać pewien spokój ducha, który to opuścił ją od dłuższego czasu. Kto przemierzał krainy Północy wiedział wiele o gościnności miejscowych. Bądź jej braku. A ona, cóż, najwidoczniej była kimś, kogo usługi w tych okolicach były na wagę złota. Na tyle, by nie narażać się właścicielowi dwóch, wystających zza ramienia oręży. Nie żeby kiedykolwiek używała ich przeciw ludziom, tak bez całkowitej przyczyny. Nawet we własnej obronie starała się w miarę możliwości przemówić do rozsądku napastnikowi, zanim wejdą na drogę bez powrotu. Unikając zwady nie raczyła myśleć, jakoby mogła rzucić na kogoś klątwę, chorobę czy insze cholerstwo. Prędzej wychodziła naprzeciw ogólnym stereotypom. Szczególnie w kwestii tego wcześniej. Odczyniała, nie rzucała.
Tak było. Bowiem nie bez celu podróżowało od kilku dobrych dni. Jeśli plotki prawdę prawiły, Karri spodziewać mogła się wszystkiego. Już podczas drogi łączyła kropki, ostrożnie budując podwaliny pod przyszłe śledztwo. Cokolwiek miało miejsce, należało zająć się tym niezwłocznie. Powstrzymanie przyszłych morderstw stanowiło priorytet wiedźminki. Cholera to te wszystkie kodeksy i prawa. Jakoby nie mogła żyć własnym życiem, tylko nadwyrężać karku za ludzi prostych musiała. Chciała, ale czy warte było to zachodu? Walczyć za tych, którzy nie byli w stanie. Bronić niewinnych, wspierać i sprowadzać na dobrą drogę. Ilekroć ocierała się o śmierć, przez głowę przechodziła jakże prosta myśl. Czy nie powinnam rzucić wszystkiego i wyjechać do Ofiru?
Zostawiwszy wierzchowca w stajni, zmierzyła krokiem lekkim do miejsca docelowego. Delikatnie przeciągnęła się przed samym wejściem, co by zrzucić z siebie wszelkie ciężar skrętnie ukrytych emocji. W końcu przekroczyła próg Zajazdu. Kocie oczy wnet przebiegły po gościach, szukając odpowiedniej facjaty. Zajęcie to łatwym było, wbrew wszelkim pozorom. Powoli krocząc, poprawiając to rynsztunek, znacznie przybliżyła się do zgromadzonego tuż przy włodarzu ludu. Zgrabnie ominęła przeszkody w postaci żywej i nieożywionej materii, pierwszym, zaciekawionym spojrzeniem racząc towarzyszy. Dwóch mężczyzn i dziecko. Obdarzając chłopca uśmiechem lekkim, acz naturalnym i znacznie odcinającym się na facjacie, nasłuchiwała chwilę. Również uwagę skupiła na srebrnym łańcuszku medalionu cechowego. Ten rzadko mylił się w osądzie, gdy w grę wchodziła kwestia magii.
Ponoć wiedźmina szukacie, mości włodarzu — zaczęła, prostując sylwetkę — toteż przybyłam. Wnioskuję, że jest wiele szczegółów potrzebnych do naznaczenia obrazu i powagi sytuacji. I wielu... Chętnych, do wspomożenia sprawy — mówiąc to skinęła głową ku obecnym, nawet jeśli ci nie wykazywali najmniejszego zainteresowania jej osoba. Sama Kos nie wyglądała szczególnie źle. Ba! Dbała o swe "piórka", szczególnie mając na uwadze wizerunek. A że ostatnimi czasy dobrze robota szła, to i pozwolić sobie mogła na czysty ubiór i delikatną woń liliowych perfum.
Ilość słów: 0
Młoda Karri ] [Obecna Karri ] [ Pełny wygląd Obrazek
Cel jest na końcu każdej drogi. Każdy go ma. [...] To jest sprawa tego, w co wierzysz i czemu się poświęcasz.

Kill count:
  1. Kretołak

Asteral von Carlina
Awatar użytkownika
Posty: 193
Rejestracja: 25 lis 2021, 9:05
Miano: Asteral von Carlina
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Sromota

Post autor: Asteral von Carlina » 14 sty 2023, 17:38

Tego dnia na barkach zamożnego jegomościa sprawującego opiekę nad majątkiem ziemskim, nadzorującego sprawność prac na przynależnych do kasztelu polach i poboru podatków w okolicznych wioskach, spoczęła równie duża odpowiedzialność za losy mieszkańców. Choć nie on bezpośrednio miał rozwiązać zagadkę ostatnich śmierci, nie musiał odczynić żadnej klątwy, czy przerwać złego uroku, nie winien przyłapać na złych uczynkach zwyrodnialca odpowiedzialnego za te wszystkie zbrodnie, to on ręczył prędkiego przerwania tych okropieństw. A intuicja podpowiadała, że tajemniczo rozpoczęty mord, samoistnie nie zostanie przerwany. Nic dziwnego, że oczekiwał na przybycie śmiałków, których spojrzenie twarzą w twarz ze śmiercią nie przerażało. Łysy zabijaka, był wyczekanym kandydatem. Nie wyglądał na najbardziej bystrego, ale z pewnością nie straszne mu były wyzwania. Nie jedną mordę obił, nie jednemu pogruchotał kości, nie raz wykpił się kostusze. Przybycie wiedźmaka nie było zaskoczeniem. Plotki w małych społecznościach roznoszą się prędko, a pojawienie się w tutejszej okolicy mutanta szkolonego od dziecka do zabijania potworów, wskazywało na zainteresowanie zleceniem. Tacy nie przybywają w te strony przypadkiem. Kto inny mógłby się lepiej do tego nadawać? Tylko zahartowany w boju mężczyzna z dzieckiem u boku, jakby nie do końca pasował do okoliczności. Sam wydawał się doświadczonym najemnikiem, potrafiącym sprawnie władać mieczem, rozwiązywać języki i osiągać zamierzone cele, ale co tu robił ten młokos. Jednakże bielactwo, albinizm czy tym podobna nadnaturalność chłopczyka mogła wskazywać na jego przydatność przy tego typu zadaniach. Nie w kompetencjach radcy było oceniać, kto i dlaczego z kimś przybywa. Liczył się efekt rozwiązania mrocznej zagadki kasztelu Raduń i okolicznej osady Przylesia.
Z bliska twarz zarządcy traciła swoją siłę i powagę. Mocno przeorana zmarszczkami, skóra niezdrowo popielata, sine cienie pod oczami, zaczerwienione ślepia. Co niektórzy mogli wyczuć od niego przeżarty przez ciało zapach gorzałki z poprzednich wieczorów. Dzisiaj był pierwszy raz trzeźwy od tygodnia. Owa sprawa lub inne osobiste perypetie mocno zaprzątały jego głowę, nie pozwalając przespać ni jednej nocy w pełni. Tylko szare oczy mądrze i roztropnie patrzyły na rozmówców. Mimo to czuło się, że był odpowiednią osobą na właściwym miejscu. Budził zaufanie. Wydawał się sprawczym człowiekiem.
Ponoć szukamy. Zasiądźcie. – Wskazał potężną dłonią ławę po drugiej stronie stołu na powitanie wiedźminki i przybycie pozostałych. Na palcach miał liczne pierścienie, świadczące nie tylko o pełnionych funkcji, ale również statusie majątkowym. Wszystkie były pozłacane. Jeden z niewielkim herbem kasztelu, stosowny tylko dla włodarza. Inny z symbolem rodowym – pół tarczą, pół soną. Trzeci z oszlifowanym malachitem. Następna była obrączka z niewidocznym grawerunkiem. Co uważniejszy obserwator mógł zauważyć, że u prawej ręki brakło mu palca wskazującego, a część palca środkowego była odcięta. — Hubrecht Henelt, włodarz raduński, reprezentujący swoją osobą kasztelana Czabora von Kegel.
Miał silny lecz zachrypnięty głos. Mówił tutejszą charakterystyczną gwarą, nigdzie wcześniej nie spotykaną, wplatając w wypowiedź obcobrzmiące słowa. Lekko zaciągając niektóre słowa, aby w innych jakby połykać samogłoski, co nadawało mowie dźwięczności i muzykalności. Mówił spokojnie, nieśpiesznie.
Skąd przybywacie do Radunia? Nikt z swojaków nie raczył podjąć się zadania, więc spodziewałem się inostrannych twarzy. I nie, nie miałem szczególnych oczekiwań, kogo tutaj zobaczę. Za pewne zmęczeni jesteście podróżą? Zamówcie proszę jadło zgodnie z waszą potrzebą, tego wieczoru pokryje koszta. Weźcie też napitku, o pustych gardłach nie będziemy bałakać o interesach i sprawach ważnych. – Usłyszawszy to zbliżyła się doń starsza z córek gospodarza z dzbanem pełnym miodu pitnego, aby postawiwszy przed mężczyzną kufel, napełnić go. Ten jednak zakrył dłonią naczynie – Miro mi wystarczy zapijać sromotę i żal za odeszłymi. Lecz wy wypijcie swoje i moje zdrowie – Przed tym, którzy nie odmówili napitku postawiła kufle i wypełniła je słodkim alkoholem po brzegi, a radca kontynuował. – W zajeździe możecie spędzić tyle nocy, ile wam trzeba. Lecz pamiętajcie nie przybyliście tutaj dla rozrywki, więc wszystko zgodnie z czynami będzie wam właściwie policzone.
Na chwilę rozmowę przerwała melodia docierająca do uszu z dalszej części sali. Ludzie i nieludzie na chwilę wstrzymali oddechy. Serca mocniej zabiły. Magia słowa i melodii snuła się między stołami, wywołując gęsią skórkę, dygotanie mięśni, rozszerzając źrenice. Karri miała wrażenie, jakby jej medalion delikatnie zaczął drgać. Nie wiedziała jednak, czy była to rzeczywista magia, czy poezja potrafiła być równie poruszająca. Mistrz Drozd szarpiąc zmysłowo struny mandory, krzesał z niej intymne dźwięki, przynoszące na myśl najbardziej sekretne wspomnienia, westchnienia kobiet niegdyś splecione z każdym z gości gospody. Niektórzy ujrzeli rudowłose kurtyzany o zmyślnie spiętych włosach, ubrane w falbaniaste suknie, które ujeżdżały swoich kochanków, roztaczając zapach konwalii, pozwalając choć na chwilę zapomnieć o brutalnych wojnach, potwornych czynach kierowanych rządzą pieniądza, o przelanej krwi i łzach niewinnych, o powieszonych dezerterach… a wszystko kończyło się w słodkim pocałunku. Te oczy koloru niezapominajek nie oceniały. Nie brzydziły się. Dostrzegały w człowieku namiastkę dobra. Inni ujrzeli przyjemne oku blade lico, owalne, choć miejscami o ostrych rysach, z kroplami potu na czole. I niewinne wpatrzone płoche elfie oczy, gdy zgrabne palce badały ciało, jakby czytały historie zapisane w pokrywających je bliznach. Wydawać się mogło, że znała go od zawsze. Każdy zakamarek wspomnień. Wiedziała, że tej nocy będą się kochać jeszcze dwa razy, aż zasną ze zmęczenia. Pełni ekscytacji i beztroski. Przez ten moment nieistotna była przeszłość i przyszłość. Chwytaj dzień. Byli też tacy, co przypomnieli sobie pod palcami jedwabistą, idealnie gładką skórę, nabrzmiałe różowe sutki, wcięcie w talii, ciepły wzgórek łonowy, wilgotne zagubione usta, język sunący po meandrach pożądania – jedną z zakazanych miłości pod nilgaardzkim dachem, gdy wieczorne miasto zapadało w smętny sen. Wytchnienie od ciągłej podróży. Poczucie bycia kochanym. Poczucie akceptacji. Poczucie dopasowania. Nawet jeśli trwało to zaledwie kilka mrugnięć, kilka wdechów i wydechów, kilka uderzeń serca, wystarczyło by nadać sens istnienia. Chwile dla których warto żyć. Wspomnienia te przybyły zaledwie na moment, jak morski przypływ, pozostawiając łagodną tęsknotę.
Co żem miał bałakać – Wyrwał się z zamyślenia włodarz raduński, choć w jego przekrwionych ślepiach można było ujrzeć wilgoć, świadczącą o wzruszeniu. – O treści zlecenia miałem. Okropieństwa działy się tu u nas. Siedem osób odebrał nam los okrutny. I przypuszczać śmiem, że nie jest to koniec. Pierwej Relemisa z miesiąc temu, elfiego drwala z leśnej sadyby. Kolejno Ignacego z żoną i dziećmi przy wieczery. No i braci Innel, których niby nikomu nie szkoda, ale tego samego wieczoru odeszli. Żaden ni rany śmiertelnej na ciele, ni chorował. Każdy odszedł jakby spokojnie. Nie wiadomo dlaczego właśnie oni. Po więcej informacji możecie się udać do tutejszego cyrulika, który każdego nieboszczka badał, zajrzyjcie do „Dziurawej beczułki”, gdzie ostatnio widziano braci, czy pogadajcie z wdową po Relemisie. O tej porze może być na jego grobie pod lasem, czy w zarezerwowanym izbie w zajeździe. Ona nieswojaka. Waszym zadaniem jest powstrzymać kolejne śmierci i odnaleźć przyczynę zgonów. Coś wiedzieć jeszcze chcecie? . – Chrząknął. — No i o zapłacie miałem.
Nie wydajecie się, by łączyły was przyjaźnie. Z różnych stron jesteście. Wiele was różni. Ciekawe to - los w dziwny sposób splótł was właśnie pod Złotym Bluszczem. Niezależnie czy podejmiecie się z osobna czy razem powstrzymania fatum wiszącego nad naszymi głowami, ze skarbca kasztelu otrzymacie 1000 koron. Czy przypadnie to jednemu z was, czy rozdzielicie je po równo, czy zgodnie z waszymi zasługami, nie mi jest to rozstrzygać. Uważam, że to sprawiedliwa zapłata. Umowa stoi? I jeszcze jedno, gdybyście mnie szukali, odnajdziecie mnie w mojej chałupie w grodzie, bliżej rezydencji kasztelana, albo w tym że zajeździe. Niełatwo mnie złapać, bo wiele mam na głowie, ale będę miał na uwadze, że mogę być wam potrzebny.
Ostatnio zmieniony 29 sty 2023, 14:51 przez Asteral von Carlina, łącznie zmieniany 2 razy. Ilość słów: 0
Obrazek

Lasota
Awatar użytkownika
Posty: 183
Rejestracja: 21 kwie 2022, 12:02
Miano: Lasota z rodu Wielomirów
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Sromota

Post autor: Lasota » 15 sty 2023, 22:09

Zanim Lasota zdążył zapoznać się z treścią zadania, zwrócił uwagę na syna, który niemal potrącony przez jednookiego, pokazał mu figę z makiem. Ojciec pstryknął potomka w ucho za zachowanie, a samego chłopa odprowadził zimnym spojrzeniem, ponieważ wyglądał tak jak on, na osobnika robiącego mieczem i żyjącego z walki. Lasota nie czuł się zdziwiony, zazwyczaj paskudnicy babrali ręce w zleceniach, bowiem normalni ludzie żyli z pracy. Później do karczmy wkroczył ktoś, kogo zupełnie się nie spodziewali Wielomirowie. Najmłodszy rozdziawił usta ma widok dwóch mieczy, najstarszy zmrużył oczy i nie spodobało mu się, co ujrzał.
— Wiedźmin...? — niepewnie rzekł do siebie, gdy zrozumiał, że patrzył na kobietę.
Obejrzał ją dyskretnie wzrokiem, w reakcji na widok zmrużył oczy bardziej, przez co spoglądał na babę z poziomych szparek. Westchnął z dezaprobatą, ale Daromir oglądał mutanta jak zaczarowany.
Po walce z myślami, Lasota przyłączył się do obrad. Zasiadł przy stole, a białowłosego synka usadził na kolanach, jakoby dołączył do rozmowy z dorosłymi niczym równy im. Dopiero, kiedy razem spoglądali na uczestników, dostrzec było można pokrewieństwo chłopca i mężczyzny. Błysk pojawił się w czerwonym oku albinosa.
— Jestem Lasota, a to mój syn: Daromir. Pochodzimy z Kaedwen. — Stwierdził, skupiając wzrok na jednookim. Dopiero teraz, kiedy dłużej utrzymywał na nim uwagę, zrozumiał, że patrzył na wyspiarza. Mimowolne skojarzenie wywołało na facjacie Lasoty grymas, coś sobie przypomniał. Po chwili odwrócił wzrok na zleceniodawcę.
Kiedy gospodarz zaoferował strawę i napitek, Wielomir uśmiechnął się, ukazując pożółkłe zęby. Strzelił z karku, gdy zbliżała się dziewka służebna. Gestem ręki odmówił napitku, lecz nie zamierzał odmówić sobie strawy.
— Szerokie bary się zatowarowały w ładowni, więc zjemy porządnie — zaczął wesoło, z ochotą korzystając z gościny. — Pierw, na rozgrzewkę, pojemy zupki, co tam na palenisku bulgocze. Pachnie zacnie. Jak dziadek powtarzał, zupkę trzeba jeść, bo wtedy kupka zdrowa, cha! — zaciśniętą łyżką w pięści uderzył lekko w stół, dając znać, że był głodny jak jasny skurwysyn. — Jak już kiszki rozgrzejemy, to chleba i soli na stół! Gulaszu na tutejszych grzybach chętnie skosztuję, a do tego kaszę! Później jaj gotowanych i wędzonki przynieście, żeby skubać sobie, a temu młodzianowi — poczochrał synowską czuprynę — ciepłego mleka z miodem! Żwawo, dziewczyno! — wydał polecenie naturalnie, jakby rozkazywanie ludziom było czymś dlań przyziemnym.
Ostatnią część wypowiedzi gospodarza o umiarkowaniu Lasota zignorował, ciesząc się z faktu, że mógł pojeść porządnie. Zbyt długo był na trakcie.
Zamierzał coś wypalić w stronę wyspiarza, ale usłyszana melodia odebrała mu inicjatywę. Zatem zamknął oczy i usta, bowiem pieśń porwała go do dawnych czasów. Zadrżały mu powieki, gdy pamięć kreowała widziadła, szmery i echa zapachowe, które dawniej płodziły koszmary. Wojownik nie chciał tam wracać, a bard, nawet obiecując zapomnienie w fizycznych objęciach rudowłosych, rozdrapał rany. Rozdrapał, żeby tylko potem je zaleczyć. Melancholia na moment zawitała w Lasocie, lecz było to uczucie babskie i niegodne mężczyzny, więc przemienił to w rozdrażnienie. Potrzebował kilku momentów, żeby wrócić do rzeczywistości.
— Tak po prostu ludzie nie zdychają — ocenił. Mówił do grupy, ale patrzył konkretnie w mutanta. — Być może czary jakieś?! Jak się nie potruli, to czemuś się oddawali? Czy w okolicy jest jakaś lokalna tradycja czy kult jakowyś? Czasem ludzie igrają z losem, a ten im się odpłaca — dokończył ponuro.
— Tysiąc koron to uczciwa cena. Po trzysta trzydzieści wychodzi z hakiem. Podzielimy się tak i możemy razem pracować. — Dodał, a potem znów gapił się w wiedźminkę. Trudno było mu zaakceptować fakt, że przyszło mu pracować z czymś na granicy jego zrozumienia. Na dodatek miał poważne wątpliwości czy oby na pewno gapił się w babę, bo baby nie były tak umięśnione.
Ilość słów: 0
Kill count:
  1. zaskroniec

Arbalest
Awatar użytkownika
Posty: 215
Rejestracja: 01 sty 2022, 21:49
Miano: Issaen Hiseerosh, zwana Istką
Zdrowie: W pełni sił; cuchnie apteką i gnojem
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Sromota

Post autor: Arbalest » 16 sty 2023, 2:07

Obrazek
Istotnie, ciekawa kompania mu się trafiła. Łysy, starszy wojownik z dotkniętym albinizmem potomkiem — którą to przypadłość Feigr akurat potrafił rozpoznać, bo o ile sam nie do końca się na tym znał, to znał kogoś kto się zna — i wiedźmin, którego zresztą wokalnie obwieścił swoim retorycznym zapytaniem ten pierwszy. Wystarczyło jednak jedno spojrzenie w nieco lepszym świetle świec, by wiedźmin okazał się wiedźminką — widokiem rzeczywiście wielce niespotykanym i bliskim natknięcia się na jednorożca w środku głuszy. Tedy ciągłe zerknięcia rycerza na nowoprzybyłą mogły mu się wydawać do jakiegoś stopnia uzasadnione. Pięściarz starał się przy tym samemu nie gapić zbyt nachalnie.
Miast tego, niezrażony dziecięcą figą z makiem, ni zajeżdżającym od włodarza alkoholem, Feigr zasiadł przy ławie, wysłuchał co ten miał do powiedzenia, by następnie otworzyć gębę po raz drugi. Trochę śmielej, ale za to wyraźnie zaciągając po wyspiarsku, tak że niewprawne ucho mogło nie zrozumieć treści.
— Feigr. Z Faroe — rzekł krótko, acz treściwie. Zdał sobie zaraz sprawę, że rozmówcy mogą nie wiedzieć gdzie owe „Faroe” jest położone, więc kontynuował. — To jest na Skellige. Poza tym z południa idę, ale szkoda by opowiadać... Przyjechałem prosto z waszej stolicy, stamtąd mam ogłoszenie.
„Z południa” też zresztą nie mówiło wiele, bo w tym kierunku znajdowało się wszystko inne o jakiejkolwiek wadze geograficznej. Tylko na zachodzie leżał Kovir, a na północy i wschodzie Liga z Hengfors. Trochę dalej zaś na wschód — ojczyzna Lasoty, który przedstawił się chwilę wcześniej. Z żadnym z tych miejsc pięściarz nie był związany.
— Chętnie się napiję. Czegokolwiek — skierował słowa do obsługującej ich karczmarki, choć gapiąc się przy tym raczej w ścianę za nią niż w jej oczy, albo — o co podejrzewałby się szybciej — dekolt. — Zjem też chętnie. Cokolwiek. A jak macie i balię wolną to kąpiel wezmę. Po podróży jestem — wytłumaczył się, brzmiąc przy tym dalej gburowato, chociaż wcale tego nie planował.
Wola Skelligijczyka nie miała wielkich szans w starciu z umiejętnościami Mistrza Drozda. Na odgłos pieśni, mężczyzna wlepił wzrok w jeden punkt znajdującej się bezpośrednio przed nim ławy. Nie myśląc tymi samymi kategoriami co rycerz-weteran, pozwolił swoim myślom zanurzyć się w nostalgii. Bo to, pomimo nieuchronnego przemijania, były wspomnienia zgoła przyjemne. Bardowskie nuty potrafiły poruszyć zarówno twardą i nieco zgorzkniałą duszę mężczyzny, jak i tą jego bardziej animalistyczną, cielesną część. Złapał się na tym, że gdy pieśń już się zakończyła, potrzebował kilku dobrych sekund by dojść do pełni zmysłów. Miał teraz robotę, a o elfich cyckach zdąży sobie jeszcze pomarzyć. Istka nie była przecież jedyną o takowych atutach...
— Yyyyyyy... Tak, tak... — wypalił w końcu. — Uczciwa — potwierdził Ćwiek, dając tym samym do zrozumienia, że bezproblemowo godzi się na równy podział nagrody.
— Więc, ten tego... Trzy tropy są, jak mówicie. Znaczy się — od tego dobrze by zacząć było, e? Każdy by wziął jeden. Ta wdowa... — zastanowił się przez moment, łypiąc przez moment zdrowym okiem to na wojownika, to na wiedźminkę. — Mnie to się widzi, że delikatnie trzeba załatwić, a nas to się... no... wystraszy — machnął łapą jak bochen na ojca daromirowego. — Do elfiej wdowy winna inna kobieta iść — rzucił propozycją, w czymś na wzór przebłysku geniuszu. Ciężko było póki co stwierdzić, czy facet tylko wygląda i wysławia się jak idiota, zachowując jednak pełną trzeźwość umysłu, czy rzeczywiście nim jest.
— A ja mogę do medyka odwiedzić, rozmówić się. Trochę się na ciele znam, to przynajmniej go zrozumiem... Ten tego — wszystkie ciała już pochowane, mniemam? Całej siódemki? — skierował pytanie do włodarza, spodziewając się odpowiedzi twierdzącej. — Chyba, że mam wypytać o braci w tej drugiej karczmie. Mnie za jedno — podsumował chłopina, bo rzeczywiście tak było. Na dobrą sprawę mógł się zająć wszystkim z tej listy, szkopuł leżał w tym, że w każdym przypadku rezultaty mogły nie być zadowalające.
— Powiedzcie no więcej, włodarzu. Jak to było z tymi braćmi? To jacyś... ten... zbóje byli, że tak psy na nich wieszacie? — dopytał tak, jakby sam na jednego nie wyglądał.
Ilość słów: 0

Breith
Awatar użytkownika
Posty: 23
Rejestracja: 21 lis 2022, 7:25
Miano: Karri Kaatarine Breith
Zdrowie: Obolałe żebra
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Sromota

Post autor: Breith » 21 sty 2023, 13:03

Kompletnie nie oceniała. Zarówno kompanów, iście ciekawych i zapewne nieszablonowych, jak i samego zleceniodawcy. Nie w jej interesie plotkować na tematy stanu pijactwa czy menelstwa w okolicy. Może i babą była, co niewątpliwie wywnioskować można z delikatnego głosu, mogącego wręcz skonfundować towarzystwo, acz takie zajęcia zostawiała na długie drogi w towarzystwie różnorodnych jegomości. Toteż, obserwawszy a nie czekając dłużej, zasiadła na wskazanej ławie, upewniając się o pozostawieniu odpowiednio wiele miejsca pozostałej dwójce. W odpowiedzi na zadane, retoryczne pytanie, jedynie skinęła głową w automatycznym geście. Oh, oczywiście, wiedźmińskie zmysły wyłapywały więcej, toteż i z tym problemu najmniejszego nie było. Gdyby się uprzeć, mogłaby wsłuchać się w bicie serca najbliżej stojących. Był to jednak wysiłek całkowicie niepotrzebny, toteż zaniechała wspomnianych rozrywek. Za to nieśpiesznie rozluźniając mięśnie ramion, odezwała się między męskimi głosami.
Kaatarine Breith. Z wiedźmińskiego cechu Gryfa — pochylając się nad stołem, sięgnęła dłonią ku wiszącemu na łańcuszku medalionie. - Droga długa za mną, szlak wiedzie przez cały Kontynent. Zbyt długo, by w szczegóły wdawać się, nie przed załatwieniem spraw interesów.
Przystała na napitek, rad z darmowego posiłku i możliwości rozgrzania kiszek. Bogowie, takiej gościnności to spotkać niekiedy ciężej niż białego kruka. Miodu pożałować zamiaru nie miała. Ba! Bycie mutantem miało swe zalety, włącznie z tą, że metabolizm robił swoje pozwalając na przyswojenie znacznie większej ilości trunków.
Skorzystam, a jakże — wtrącił się delikatny, wdzięczny głos Kos. Pozbawiony akcentu, ciężko wyłapać z których dokładnie stron kobieta wywodziła się. O ile miało to jakiekolwiek znaczenie. — Ot, choćby i rad będę z jajeczniczki na słoninie, a wspomnianą kaszą nie wzgardzę. Napełnić żołądki przed robotą rzeczą istotną, co by myśli skupić lepiej.
Obdarzyła rozmówców uśmiechem. Bladość lica czy same rysy, mogące wzbudzać pewne wątpliwości, potęgowały w tym grymasie uczucie, jakoby mutant był jeszcze bardziej odmiennym niż wydawać by się mogło. Pomarańczowe ślepia spokojnie przesuwały się po twarzach, nic kompletnie nie robiąc sobie z spojrzeń zainteresowanych gapiów. Przyzwyczajenie.
Wten uwagę skupiła melodia. Delikatnie odstawiła kufel miodu, przymykając oczy. Ukuwające ciepło rozlewało się po każdym zakamarku ciała. Czuła, jakby na jawie śniła, przypominawszy sceny, co w umyśle zostawały na lata. Poczucie znalezienia choć na moment miejsca, w którym udawać nie musi, w którym mieć można kogoś, kto kocha i nie ocenia. Gdyby tylko los pozwolił...Gdyby przeznaczenie miało inszy, znacznie przyjemniejszy plan...Wybaczyć nie potrafiła stałej ucieczki od tego, co trawiło duszę. Obiecała wrócić. Czy wróci? Psia jego mać...
Westchnęła. Zaciśnięta na naczyniu dłoń uniosła się, umożliwiając ustą zatopić się w kojącym zmartwienia miodzie.
W istocie — przyznała, kiwając głową. Odwzajemniłam spojrzenie, wtapiając swe ślepia w oczy Lasoty— nie zdychają. Przyczyn wiele być może. Klątwa, morderstwo zaplanowane choćby i z ręki mary myślącej. Jeśli magia w tym babrała łapy, to i to w stanie jestem stwierdzić. Grunt, żeby zatrzymać to gówno, póki za późno nie jest.
Powróciła do uśmiechu, szczerego w swym zamyśle, na moment zniżając wzrok ku chłopcu. Intrygowali. Jak długo żyje, dotkniętego tak chorobą nie widziała. Choć może bardziej fakt podróżowania z dzieckiem i uczestniczenia z nim w zleceniu. Oh, nie tak, że wiedźmini inaczej robili. Tylko, jakby to, między nimi a ludźmi normalnymi wielka przepaść była. Niekiedy niemożliwa do przeskoczenia.
Zapłata brzmi godziwie — stwierdziła, myśląc o tym, co włodarz rzekł. Propozycja Skelligijczyka głupio nie brzmiała. Ba! Przyznać mogła, że całkiem sprawnym pomyślunkiem doszedł do adekwatnego podziału ról. Problem tkwił w tym, że Karri niekoniecznie wierzyła w możliwości panów obok. Oh, nie tak, że im umniejszała. Zwyczajowo więcej widziała i zapewne więcej wiedziała. Dlatego też wolała, żeby miała możliwość obejrzenia czy rozmowy z każdym z świadków. Niezależnie czy we własnej osobie, czy w towarzystwie.
Ta rodzina, co zmarła nagle przy wieczerzy — podłapała żywo, w głowie układając plan działania — daleko stąd mieszkała?
Wysłuchując jednego z łysych, przekrzywiła łeb w bok, wybierając usta wierzchem skórzanej rękawicy.
Nie twierdzę, że zły to pomysł. Rozdzielenie się może szybciej sprawę posunąć do przodu, acz nie czarujmy się. Każdy z nas innymi umiejętnościami dysponuje i więcej dowiedzieć można się wspólnie działając. Do wdowy rzecz jasna udać mogę się z marszu, bez waszego towarzystwa. Choć wątpliwym, że nie przestraszy się mnie bardziej, niż was — przeciągnęła delikatnie, jakby pany zapomniały o błyskających od refleksów światła rękojeści za jej plecami. — Jednak do medyka z pewnością chcę się udać. I myślę, że w pierwszej kolejności odwiedzić go będzie zasadnym. Zacznijmy od początku. Mając przed sobą skutek, można dojść do sedna sprawy, jak po nitce. A zakładam, że sekcyja robiona była. To wykluczymy magię czy użytkowanie różnych środków, co do grobu wpędzić po cichu mogą. — Gestykulowała żywo, dłonią wolną od trunku. Kończąc mówić upiła porządnego łyka, czekając co takiego odpowie zleceniodawca na zadane pytana. W tym czasie głowa pracowała. Wpierw ciała, a potem...Dowiedzieć się co łączyło każdą z ofiar.
Ilość słów: 0
Młoda Karri ] [Obecna Karri ] [ Pełny wygląd Obrazek
Cel jest na końcu każdej drogi. Każdy go ma. [...] To jest sprawa tego, w co wierzysz i czemu się poświęcasz.

Kill count:
  1. Kretołak

Asteral von Carlina
Awatar użytkownika
Posty: 193
Rejestracja: 25 lis 2021, 9:05
Miano: Asteral von Carlina
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Sromota

Post autor: Asteral von Carlina » 21 sty 2023, 13:37

– Keadwen, Skellige i wiedźmińskie siedliska. Dobry wiatr przyniósł nam was z różnych stron świata. Potraktuję to jako dobry znak. Nasza niewielka społeczność skryta za borami i rozlewiskiem, rzadko miewa gości z tak daleka, choć każdego ostatniego dnia tygodnia miewamy targ w Przylesiu, ściągający kupców. Warto tam zajrzeć, choć zaledwie wczoraj późnym wieczorem składali stragany i przygaszali ogniska. Pomyślcie by zostać do następnego tygodnia, bo wierzę, że sprawą się już uporać, a będzie wtedy wielki prażnik na cześć matki plonów. Warto zobaczyć tutejsze zabawy, pokazy ogniomistrzy, posmakować swojskich przysmaków, czy dołączyć do tańców dookoła płonącego chochoła. – Mężczyzna uśmiechnął się przez moment do chłopczyka siedzącego na kolanach ojca. Temu najwyraźniej bardzo spodobała się wizja roztaczana przez zarządcę, bo nie potrafił spokojnie usiedzieć.
Zostaniemy. – potwierdził za Lasotę.
Kubki Feigra z Faroe i Kaatarine Breith z wiedźmińskiego cechu Gryfa zostały wypełnione miodem pitnym, nienajgorszego sortu. W smaku umiarkowanie słodki z wyczuwalną nutą gorczycy, był za pewne wyszukanym trunkiem, ale nie potrafił zastąpić grogu czy białej mewy. Nie dałoby się nim upić, nie rzygając następnego ranka. Nadawał się jednak do popicia strawy, którą szykowali im w kuchni.
W rzeczy samej – nie zdychają. – dodał zaraz po właścicielce nietuzinkowych pomarańczowych oczu — Niektórzy dopatrują się w tym magicznych sztuczek, ja nie jestem do tego w pełni przekonany. Dziwne, że nic ich nie łączyło. Jakby zupełnym przypadkiem wpadli w jakieś problemy. Nieważne moje spekulacje — od was oczekujemy, że odgadniecie przyczynę zbrodni i powstrzymacie następne śmierci. I w pełni zgadzam się z Panią Kaatariną.
– Nasi mieszkańcy nie są prześladowani za swoją wiarę jak w głębszych częściach Redanii — Mówiąc te słowa nieznacznie ściszył głos. — ale przeważnie wyznają kult Melitele. Zresztą na jej cześć organizowany będzie najbliższy jarmark. Wtedy też cała wioska Przylesie zdobi chochoła w swoje grzechy i biedy, a następnie pali. Wszystkie przewinienia i nieszczęścia uchodzą do nieba. Taka nieszkodliwa tradycja. O wiedzę tajemną, czary i kulty powinniście ujść się do szeptuchy co chatę ma pod lasem. Bałakają że niejednego wyleczyła z boleźni, ale to zwykłe zabobony. Głupie baby często do niej łażą. Póki nie jest szkodliwa, póty sobie może żyć w spokoju.
W czas uwinęła się z jedzeniem karczmareczka, gdy pobudzone aromatami unoszącymi się w izbie żołądki, zaczęły dawać o sobie znać. Przed mężczyznami i chłopczykiem trafiły misy z gęstą zupą, w której można było wynaleźć kawałki marchwi, pasternaku, selera i rzepy, doprawionych świeżymi liśćmi pietruszki i łakotnym zielem. W smaku niczym szczególnym nie wyróżniała się – jak to jarzynowa, ale była syta. Chwilę później dotarł również talerz z słabo roztrzepaną jajecznicą z kawałkami słoniny, co nadawało jej szczególnie słonego posmaku. Do tego każdy dostał pajdę świeżego, kruszącego się chleba. Najmłodszy z nich otrzymał ciepłe mleko z miodem. Później, gdy zdążyli już opróżnić naczynia, pojawiły się przed nimi gliniane talerze z gulaszem z kruchej sarniny z dodatkiem grzybów i kaszy jęczmiennej. Jako zwieńczenie przyniesiono pokrojonej w kawałki wędzonki i tuzin gotowanych jaj, przekrojonych w pół. Cudowna uczta dla podróżnych znużonych podróżą. Nawet Daromir nie wybrzydzał.
Nie inaczej. Wszystkie ciała pochowane. Na pobliskim mogilniku znajdziecie świeże groby, a elfi pod lasem, bo nie był swojaki, inszą wiarę wyznawał. Tamże w Przylesiu odnajdziecie chałupinę zmarłego Ignacego. Nic nie ruszono po ich egzekwie. Stoi tak, jak go zastaliśmy. Za drobny grosz moglibyśmy go odsprzedać, jeśli szukacie schronienia Pani.
Mężczyzna wstał od stołu, zamierzając ruszyć za pewne do swojego domowego zacisza, spędzić towarzystwo w milszym gronie niż zakapior, mutanta i poszukiwany ojciec przeklętego dzieciaka, ale zatrzymało go pytanie skelligijczyka. Z tego względu przystanął, opierając się potężnymi dłońmi o stół. Po jego wyrazie twarzy można było odczytać, że czuje się trochę znudzony toczeniem dalszych wywodów. Nie widział powodu, który miałby go tutaj dłużej zatrzymywać. Swoją wiedzę na temat morderstwa, uważał za znikomą. Grzecznościowo jednak odpowiedział, wierząc, że z jego słów inni odnajdą odpowiedzi na gnębiące ich bolączki.
Typowe parszywe swojskie mordy. Nie płacili podatku, żadnych porządnych zajęć się nie imali, pili, wdawali się w bójki, czasami dla kogoś jakiś przekręt zrobili, coś świsnęli, ponoć raz chatę podpalili, kilka nocy w turmi przesiedzieli. Nikt takich nie lubi. Z włodarzami miast i wsi na czele.
Ilość słów: 0
Obrazek

Lasota
Awatar użytkownika
Posty: 183
Rejestracja: 21 kwie 2022, 12:02
Miano: Lasota z rodu Wielomirów
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Sromota

Post autor: Lasota » 21 sty 2023, 15:24

Ojciec wyszczerzył zęby, gdy jego potomek podjął decyzję. Lasota, ze złośliwym uśmiechem na ustach, strzelił pstryknięciem palców w ucho dzieciaka.
— Jeszcze smark, a już decyduje! — skomentował rozbawionym głosem. — Tym razem się zgodzę. Zostajemy — potwierdził słowa młodego.
Lasota umilkł. Pozwolił wiedźminowi oraz wyspiarzowi na prowadzenie rozmowy, a samemu mielił w mózgownicy przyswojone informacje. Na widok jadła przestał myśleć, bo zaczął żreć niczym wygłodniały pies. Zupę pochłonął w tempie ekspresowym, dopiero później zwolnił, gdy kończył drugie danie. Przy wędzonce i jajach dołączył do rozmowy, trzymając w prawicy ukrojony plaster mięsiwa.
— Wykształceni jesteście — zwrócił się bezpośrednio do mutantki. — Albo brzmicie na takich, co życia nie zmarnowali na rozbijanie muru własnym łbem — rozwinął wątek żartobliwym tonem. — Cholera, nawet prawicie jak te rycerzyki z Tuswąd, czy jak się to winno wymawiać. Rzecz w tym — złapał się na niepotrzebnej dygresji, rozzłoszczonym głosem wracał do rzeczy — że skoroś łebska, lepiej pojmiesz to, co tobie konował rzeknie.
Spojrzał na wyspiarza.
— Kiedyś dane było mi się bić z wami. Właśnie tutaj, w Redanii. Twarde z was skurczybyki — zaczął nowy wątek hardym głosem. — Jak chcesz towarzyszyć wiedźmince, to idź. A jak nie, to możemy we trzech wejść — poczochrał włosy Dara — do tej spelunki i się wywiedzieć więcej o tych zmarłych łachudrach, braciach. Jeśli nas zaczepią, to damy im w mordę.
Dał sobie chwilę na oddech. Wpieprzył kawałek wędzoneczki, potężnie beknął, a potem oparł się na krześle.
— Dobre! — ocenił wesoło, zadowolony z otrzymanej strawy.
— Jeśli zostanę sam, przejdę się do wiedźmy. Ludzie na uboczu czasem widzą więcej i nie wchodzą we wrony, żeby krakać jak one.
Ilość słów: 0
Kill count:
  1. zaskroniec

Arbalest
Awatar użytkownika
Posty: 215
Rejestracja: 01 sty 2022, 21:49
Miano: Issaen Hiseerosh, zwana Istką
Zdrowie: W pełni sił; cuchnie apteką i gnojem
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Sromota

Post autor: Arbalest » 21 sty 2023, 16:59

Obrazek
— Chuj, niechaj będzie — burknął Skelligijczyk, nie przejmując się ani krztynę, że rozmowy słuchał młody syn lasocki. — Możem razem iść, we dwoje, albo we czworo... Ale wpierw do medyka, jak wiedźminka prawi — zdecydował się, bo w końcu na coś trzeba się było zdecydować, a było mu na dobrą sprawę — jak już zdążył rzec — za jedno. Kolejność nie miała póki co znaczenia, po prostu musieli wziąć się do roboty, ustalić cokolwiek. Jeśli istniało jakiekolwiek powiązanie między zmarłymi, to i tak szczerze wątpił, że uda je się odkryć tak po prostu, przy pierwszym badanym miejscu. To nigdy tak nie działa — wiedział to nawet jego prosty umysł. Resztę zaś podsumował dobrze zarządca — nieważne spekulacje, czy to upiory Mörhoggu, czy dobrze zakamuflowana trucizna — gdybać to sobie można, a bez ruszenia rzyci się samo nic nie ustali.
Powyższe słowa były jego ostatnimi przez pewien czas. Pozwolił włodarzowi i jego kompanom pleść co im ślina na język przyniosła, łypiąc przy tym zdrowym okiem na miłą karczmarkę gdy ta nie patrzyła. Zawsze był, bowiem, z tych co woleli słuchać niż prawić. Brak potępienia obcych religii był, bez wątpienia, miłą odmianą po popierdoleńcach spod znaku Wiecznego Ognia, od których w Redanii aż się roiło. Sam nigdy nie odstąpił od swego rodzimego kultu Freyji, ale ze względu na oczywiste podobieństwo bogini do ochoczo czczonej na Kontynencie Melitele, do wyznawców i kapłanek tej ostatniej odnosił się bez wzgardy, a wręcz przeciwnie — nawet z pewnym szacunkiem. Co zaś do pozostania w Przylesiu na dłużej — musiał się namyśleć. Niby cały ten festyn był okazją samą w sobie by trochę życia poużywać, ale zdecydowanie byłby lepszą, gdyby było też z kim ten czas spędzić. Bez przepuszczania wszystkiego co zarobi na aktualnym zleceniu na takowe towarzystwo.
Do wymiany zdań wtrącił tylko raz — w odpowiedzi na to co Henelt wspomniał o mieszkającej na granicy wioski znachorce.
— Taka kobita to jak u nas druidy, a prawdę mówią że ci akurat wyleczyć potrafią. To dobra magia jest. Czysta, z natury. Nie taka co czarodzieje po miastach uprawiają. Lepiej taką pod siołem mieć, niż jakiego cudaka z wieżą, panie włodarz — zaopiniował jednooki, zajadając się przy tym ledwie co przyniesioną jarzynową. Potem już tylko przytaknął odchodzącemu w swoją stronę zarządcy, który zostawił ich samych, by mogli niechybnie wyruszyć wykonać zadanie. A przynajmniej je rozpocząć.
— Zobaczymy co kto pojmie jak już tam będziem — żachnął się łysemu rycerzykowi, bez większego wzburzenia, kończąc swoją porcję sarniny z kaszą. Walory smakowe nie były dlań zbyt ważne, nawet jeśli danie było po prawdzie więcej niż zjadliwe — po prostu chciał się nażreć, a ktoś jego rozmiarów musiał trochę pochłonąć, żeby mieć potem siłę. Takie są już prawidła natury.
— A skoro mówicie, żeście się bili — to i pewnie tak było. Jakie mieli barwy i co na tarczach — pamiętacie wy może, Lasoto z Kaedwen? — nie ukrywał pewnej dozy zaciekawienia, nawet jeśli pewne było, że w tamtej potyczce uczestniczyć nie mógł.
— Zdążę się wyszorować, czy od razu widzi wam się ruszać? — spytał w końcu nowopoznanych konfratrów, licząc się z każdą z tych opcji. W przypadku tej pierwszej — zaczepił z lekka onieśmielony starszą córkę karczmarza o to czy balia gotowa. Jeśli jego towarzyszom się zaś spieszyło — tedy też do niej podszedł, ale tylko po to by dać znać, że kąpiel nie będzie już potrzebna. W obu wariantach — zapytał dziewczę o imię, tłumacząc się ciekawością i zostawił jej na pobliskim stole kilka srebrnych monet. Mimo, że tych nie pozostało mu już dużo.
Ilość słów: 0

Odpowiedz
meble kuchenne na wymiar cennik warszawa kraków wrocław