Cisza wśród drzew

Obrazek

„Chcę znowu widzieć gwiazdy nad traktem, chcę gwizdać wśród nocy balladę Jaskra. I pragnę walki, tańca z mieczem, pragnę ryzyka, pragnę rozkoszy, jaką daje zwycięstwo.”


Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2397
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Cisza wśród drzew

Post autor: Dziki Gon » 06 sty 2024, 16:14

Obrazek
Obrazek

Obrazek

Nie będziecie chyba twierdzić — mówi Trencavel, uśmiechając się krzywo — Że osiemset sztuk złota to mało?
Nie, żadne z was nie będzie twierdzić, że osiemset sztuk złota to mało. Po pierwsze, to nie jest mało. Po drugie, wynagrodzenie, które otrzymaliście za wasze ostatnie zlecenie, rozeszło się niespodziewanie szybko w zajazdach i oberżach Wronej Twierdzy zwanej niekiedy Vorongradem i słynącej z drożyzny. Z tego też powodu nie kryliście gotowości wynajęcia waszych mieczy kolejnemu zleceniodawcy. Nie czekaliście długo na ofertę, właściwie powiedziawszy, praca znalazła was sama. Za sprawą znajomego znajomych kilkorga z was.
Peko, bo tak się nazywał, był naturalizowanym Dzikim, przewodnikiem zatrudnionym jako goniec pod tutejszą Gildią Kupiecką do spółki z kilkunastoma innymi tropicielami. Pozwalało mu to być na bieżąco z wieściami — jeśli nie z pierwszej ręki, to przynajmniej z pewnego źródła. Co potwierdziło się również i tym razem.
Tak się składa — zdradził wam nad kuflem. — Że Gildia pilnie poszukuje kogoś, kto rozwiąże dla niej jeden problem, ano tak. Mam w tym swój interes, tedy zadbam, by i wam się opłaciło. Jeśli się piszecie, skrzyknijta czeredę rezunów i jutro z rana stawcie się w osadzie Brysta, dziesięć mil na południe od Wronej.
I oto siedzieliście w obwieszonej tapiseriami sali z kominkiem w siedzibie zarządu osady Brysta dziesięć mil na południe od Wronej. Naprzeciw was, za zastawionym powitalnym poczęstunkiem stołem z dębiny stało dwóch Midlanczyków — trzymający się z boku chudy wąsacz, alderman Brysty oraz dostatnio odziany przedstawiciel Gildii i wystawca zlecenia, Ludwig Trencavel.
Tyle właśnie — podjął Ludwig, gdy zadane przezeń retoryczne pytanie spotkało się z waszym wymownym milczeniem. — Mogę wam zaproponować do podziału za uporanie się z bestią, która zdążyła napaść dwie karawany i zmasakrować miejsce wycinki. Osiemset, uczciwych, nieoberżniętych guldenów za tego tutaj ludożernego…
Obrazek
Kupiec urwał w pół zdania, zapomniawszy właściwego słowa. Próbował jeszcze zakląć pamięć, kilkukrotnie dźgając palcem rozłożony na blacie pergamin z ogłoszeniem i nieudaną ryciną czegoś, co przywodziło na myśl kalekiego gryfa. Kiedy ten zabieg nie pomógł, obejrzał się na siedzącego z boku stołu Peko, również uczestniczącego w rozmowie, dotychczas w roli słuchacza.
Sowoniedźwiedzia — dokończył za Trencavela Dziki, zwracając się bezpośrednio do awanturników. Długowłosy, ubrany w wyprawione skóry tropiciel pasował do przytulnego, mieszczańskiego wystroju jak odyniec do klaczy. — Nazywamy go, znaczy się my, tropiciele… Nazywamy go Staruchem, ano tak. To wiekowy samiec, pieruńsko zajadły i teryto...rialny. Urządził sobie żerowisko przy Żywicznym Trakcie, niedaleko starej pustelni, będzie ze dwa-trzy dni drogi w głąb lasu. Samemu nie odejdzie, a jeżeli cudem uda się go wypłoszyć, wróci.
Tropiciel zgarbił się na siedzisku, nachyliwszy do przodu, zmierzył drużynę bystrym wejrzeniem ciemnych, blisko osadzonych oczu. Jego twarz, zwykle poważna i niezdradzająca emocji spoważniała jeszcze bardziej.
Lza znaleźć jego gawrę i utłuc. Łatwiej powiedzieć, niż zrobić. Dwunastu naszych wyruszyło z tą misją i mija tydzień, odkąd nie wracają. Ich rodziny, a część z nich mieszka tu, w Bryście, potrzebują wiedzieć, co z nimi. Ano tak. Jeżeli uważacie, że osiemset to mało, wiedzcie, że za zabicie bestii i odnalezienie zaginionych, zrzeszeni tropiciele dopłacą dwieście monet do sumy, którą daje Gildia. Dodatkowo przez rok będziemy służyć wam jako przewodnicy. Bez zapłaty.
Nie muszę też dodawać — wtrącił się Ludwig, natychmiast wyczuwający popyt i koniunkturę. — Że przysporzycie sobie sławy i zjednacie wdzięczność wpływowych ludzi, co z pewnością zaowocuje podobnie lukratywnymi zleceniami w przyszłości, a może nawet stałą współpracą.
Nie, Trencavel nie musiał tego dodawać. Już i bez jego zachęt zdążyliście się zorientować, że owa zesłana wam przez los eskapada jest wszystkim, czego potrzebujecie, aby rozpocząć awanturniczą karierę z prawdziwego zdarzenia.
Obrazek
Ilość słów: 0

Arbalest
Awatar użytkownika
Posty: 317
Rejestracja: 01 sty 2022, 21:49
Miano: Issaen Hiseerosh, zwana Istką
Zdrowie: Zdrowa, płytkie skaleczenie na szyi
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Cisza wśród drzew

Post autor: Arbalest » 01 lut 2024, 9:43

Łotr utrzymał kamienną, niewzruszoną minę, ale dla kogoś z takim doświadczeniem handlowym jak Trencavel, oczywistą była jego kapitulacja. Nawet trafnie przemilczał kwestię wypłat dla rodzin zmarłych, tą która mogłaby teoretycznie wzbudzić najwięcej kontrowersji. Nie wzbudziła. Może tamci nie mieli rodzin. Trudno...
— Tak, byłaby szkoda tych co jeszcze żyją — zgodził się ostatecznie, a jeśli stwierdzenie to było podszyte jakąkolwiek ironią, to wyjątkowo dobrze ukrytą.
Odkapturzony mężczyzna skrzywił się jednak wyraźniej na widok poręczenia, wręczanego byłemu gorzelnikowi, tak jakby to on reprezentował teraz całą ich szóstkę. Faktem było natomiast, o ile nie zmyliła go jego własna percepcja, że reprezentował czwórkę, włączając w to samego siebie. Ostatecznie, Dratwa to wszystko również przemilczał, szykując się na to co miało potencjalnie stać się za niedługo.
I nie mylił się — Balian nie wytrzymał nawet kwadransa po wyjściu z chaty, by nie zdobyć się na „wspominki” z okresu Krańca Therga.
— Ostatnimi czasy — Montierre — rzucił, jednocześnie sprawdzając cięciwę swojego łuku, nie tracąc przy tym swojej nonszalancji. Albo przynajmniej udając, że jej nie traci. W aktualnej sytuacji nie miał wielkiego wyboru. — A to, o czym opowiada wasz towarzysz, to tylko częściowa prawda, obawiam się. Owszem, znamy się, z owej wyprawy — temu nie zaprzeczę. Tak samo jak temu, że porzucił mnie na śmierć. Nie rabowałem jednak nikogo — o to oskarżył mnie on sam, mając posłuch wśród reszty. Tak, jak podejrzewam, ma i dziś. Ufam jednak, że nikt z tu obecnych nie zamierza sprawy oceniać, jako że nikogo z was, prócz Baliana i mnie, tam wtedy nie było. Ważcie jednak — zlecenia nie odpuszczę. Nie dam się przegonić, jak bezpański pies, i nie zrezygnuję ze swojej doli — zakończył stanowczo.
I tu spojrzał się prosto na oskarżyciela, wzrokiem niezupełnie niewinnym, za to zupełnie pewnym.
— A co do ciebie, Balianie — ufałem, że jeśli będziesz chciał porozmawiać o starych, dobrych czasach, to spróbujesz to ze mną omówić osobiście, miast mieszać w to resztę grupy, by mnie oczernić, jak zrobiłeś to kiedyś. Chcesz powiedzieć, że silnyś tylko wśród swoich?
Dokończył naprędce sprawdzanie ekwipunku, po czym zarzucił go na siebie, spodziewając się mieszanych reakcji. Niezależnie od nich — był gotowy do drogi. I zgodnie ze swoją obietnicą — nie zamierzał dać się łatwo przegonić.
Ilość słów: 0
Obrazek

Joreg
Awatar użytkownika
Posty: 182
Rejestracja: 19 maja 2022, 20:23
Miano: Joreg Borgerd
Zdrowie: W pełni sił
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Cisza wśród drzew

Post autor: Joreg » 01 lut 2024, 11:10

Szaman, który wydawał się być nieobecny podczas całej wstępnej rozmowy, w rzeczywistości starał się wysnuć jakiekolwiek wnioski na temat ostatnich wydarzeń. Nie było to jednak nic odkrywczego, ani nic innego, czego nie sugerowaliby pozostali członkowie grupy. Ponadto, jak już mieli okazję zauważyć wszyscy, z którymi dotąd podróżował, Gulo nie należał do ludzi wyrywnych. Zachowywał się czasami jakby zgubił lub utracił coś bardzo ważnego, a przy tym miał świadomość, że zguby nie sposób odzyskać.
Na wyraźny sygnał Baliana, mężczyzna obdarzył zleceniodawców pożegnalnym spojrzeniem.
— Czas na nas, do nogi — zakomenderował w kierunku odpoczywającego dotąd posokowca, po czym niespiesznie wygramolił się z przybytku, uważając w progu by, nie zahaczyć o framugę porożem.
Na zewnątrz dokonała się dalsza część introdukcji, poprzedzona ponagleniem. Gulo utkwił na chwilę wzrok w kapłance utopionego bóstwa, a następnie bezceremonialnie odchrząknął i splunął gęstą flegmą gdzieś w połowie dystansu między nogami swoimi, a Seidry, najwyraźniej dając w ten sposób wyraz bezaprobaty wobec bóstwa, którego w żaden sposób nie poważał.
Gulo przez dłuższy czas milczał, aż w końcu uznał, że jest winny Balianowi kilka słów wsparcia w rozmowie z Dratwą.
— Ciebie nie znam, a on uratował mi życie. Mówisz, że zostawił cię na śmierć, a jednak tu stoisz. — Mimika Gulo nie przedstawiała żadnych emocji, kiedy mówił. Jego ton, spokojny i rzeczowy daleki był od prowokowania konfliktu, bliższy dyplomacji.
— Miast grzebać w trupach z przeszłości, zajmijmy się prawdziwym zagrożeniem. Inne problemy rozwiążemy odpowiednio do ich wagi, w stosownym czasie. — Zasugerował po czym przyjrzał się Nowicjuszowi uważnie, jakby zobaczył go pierwszy raz. Podróżowanie z nim na samym początku wydawało się równie dziwne i niepokojące, jak sposób jego mowy i obyczaje. Nie, żeby Gulo nie był świadom swoich dziwactw. Natomiast wydający się do bólu twardo stąpać po ziemi Balian i Pyrhos stanowili tutaj niezaprzeczalnie ważną przeciwwagę do ich dwojga. Taką, jaką mógłby stanowić Dratwa względem Seidry, bowiem bądź co bądź, po samej reakcji Gula na wiedźmę, łatwo dało się poznać, że nie w smak mu dzielenie z nią miejsca przy ognisku. Nie werbalizował jednakże tych uczuć, uznając decyzję Baliana za nie tylko wiążącą, ale i najważniejszą.
— Jeśli idzie z nami szelma, złodziej też musi pójść. Czuję że, musimy zachować równowagę, a do tego potrzebujemy obojga lub żadnego z nich. Niech idą — zwrócił się do całej grupy, szczególnie często zerkając na reakcję nieoficjalnego jej przywódcy. O ewentualną decyzję i tak nie zamierzał się wykłócać, dlatego ponownie zamilkł – tym razem w oczekiwaniu aż wygasną rozmowy i rozpocznie się marsz, podczas którego dyskusja może być równie owocna, a przy okazji zacznie ubywać im drogi do celu.
Ilość słów: 0

Lasota
Awatar użytkownika
Posty: 283
Rejestracja: 21 kwie 2022, 12:02
Miano: Lasota z rodu Wielomirów
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Cisza wśród drzew

Post autor: Lasota » 02 lut 2024, 16:24

— Doszliśmy do porozumienia — podsumował powolnie Nowicjusz, składając ręce jak do modlitwy. — Wzrastajcie ku niebiosom, dobrzy gospodarze — zaczął żegnać się ze swoimi zleceniodawcami, lekko kłaniając się przed nimi. Kiedy mnich powrócił do wyprostowanej pozycji, lekko się uśmiechnął. — Gdy się ponownie zobaczymy, nie będziemy już tymi samymi ludźmi, jak rzeka nigdy nie pozostaje taka sama. Liczę na to, że lepszymi — dokończył już przyziemnie, nawet ciepłym głosem, pokrętnym sposobem życząc wszystkiego najlepszego.
Nowicjusz postanowił wyjść ostatni, dalej utrzymując złożone ręce. W tej przedziwnej pozycji, z pytającym spojrzeniem zerknął na plującego kapłana, któremu najwidoczniej nie spodobała się obecność kobiety. Ten sam kapłan spojrzał potem na Nowicjusza tak, jakby dopiero się poznawali, więc w reakcji na to Nowicjusz lekko się ukłonił, posyłając mężczyźnie delikatny uśmiech niczym spływająca rosa. Rosa i ten uśmiech były chwilowymi fenomenami, gdyż kropla musiała spaść z liścia, tak samo radość musiała opuściła usta mnicha.
Nowicjusz przerwał zwarcie swych rąk, gdy zerknął na Seidrę, bo otworzył przed nią ramiona, jakby zachęcając do przytulenia, lecz nie zbliżył się do niej. Być może oczekiwał, aby kobieta sama podeszła, a może nie oczekiwał niczego?
— Dopóki łączy nas ten sam cel, zawsze znajdziesz przy mnie miejsce — zadeklarował neutralnym, spokojnym głosem. — Ciepło mojego ogniska, będzie twoim ciepłem. Gdy staniemy naprzeciw zagrożeniom, znajdziesz we mnie sojusznika — Postawił sprawę jasno, a potem zakończył gest, opuszczając ramiona. Nowicjusz trwał teraz w swym naturalnym rytmie, bez wymuszonej pozy.
Zareagował na napiętą relację pomiędzy Balianem, a Dratwą.
— Zaniechajmy złośliwości, bowiem nie są one drogą ku potędze — wyraził swoje zdanie, niespodziewanie przybierając nową pozę. Palcem wskazującym rysował znak w powietrzu, gdy wspomniał słowo „potęga”. — Jest inny sposób, który was wzmocni. Stańcie naprzeciw siebie, zawalczcie na śmierć i życie, aby zakończyć spór — rekomendował rozwiązanie zupełnie przyjaznym i życzliwym głosem. — Dzięki temu zyskacie potęgę, a waśń zostanie zakończona. W innym przypadku pogódźcie się lub niechaj Montierre opuści naszą grupę. Jeśli jednak zdecydujemy się działać razem, musimy być palcami tej samej dłoni. Połączeni. Oczekuję rozwiązania tej sytuacji tutaj i teraz — zaznaczył mocnym głosem, patrząc na mężczyzn poważnie, dokańczając również niewidzialny rysunek. Równowaga.
Skrzyżował ramiona, gotowy na wszystko.
Ilość słów: 0
Kill count:
  1. zaskroniec

Asteral von Carlina
Awatar użytkownika
Posty: 296
Rejestracja: 25 lis 2021, 9:05
Miano: Asteral von Carlina
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Cisza wśród drzew

Post autor: Asteral von Carlina » 02 lut 2024, 20:41

Niech kaganek rozświetla twą drogę, aż po jej kres. – Pożegnał się z dzikim w tradycyjnym dla swoich krajanów zwrotem, a do pozostałych zamożnych członków szanowanego gremium jedynie skinął głową. Odzwierciedlało to poglądy Pyrhosa – nie poważał ludzi za ich majętność i pozycję, ale za umiejętności i pożyteczność. Udzielona przez łowcę wiedza, należała do cennych w kontekście realizacji zadania, a więc sam udzielający zasługiwał na szacunek. Zleceniodawcy w postaci dwóch Midlanczyków, byli jedynie źródłem dochodu. Wątpił w ich waleczność, czy zaradność.
Opuścił siedzibę zarządu osady Brysta z zamiarem sposobienia się do podróży. Obserwując rozwój wydarzeń, przekomarzanie się jego kamratów z nowymi, przesmarował górną część łoża, przeczyścił orzech i spust kuszy; nawoskował żywicą miodową cięciwę; oporządził swoje zwierzęta; sprawdził przymocowany i spakowany sprzęt w plecaku. Na przywitanie z nawiedzoną kapłanką, zareagował jedynie uniesieniem głowy znad tobołów i wyciągnięciem otwartej dłoni w chłodnym lecz przychylnym geście. Była to jednak lepsza odmiana, niż przesądne plucie przez ramię. Do konfliktu między Balianem a Dratwą zamierzał się wtrącić, jako przejaw w jego mniemaniu jedynego zdrowego rozsądku, stając między przyjaznym i życzliwym łysym mnichem a pozostałymi.
Nikt nie będzie walczył, bo nie potrzebuję rannego towarzysza, który osłabi i spowolni naszą wyprawę, ani trupa w twojej osobie na jej początku. – Spojrzał wymownie na zakapturzonego typa, nie mając wątpliwości, że nie miałby szans z Balianem – Dla mnie jesteś złodziejem Montierre, bo wierzę swojemu kamratowi. Swoje jednak już zapłaciłeś i przeżyłeś. Jeśli jednak będzie trzeba, osobiście odrobię tę dłoń. – Poklepał siekierę, którą miał u boku na znak, że jest już przygotowany. – Ruszamy.
Będę miał go na oku. – Zapewnił ściszonym głosem przywódcę kompani.
Przywołał do siebie dwa psy. Jeden z nich był masywny jak wilk o brązowo-czarnym umaszczeniu i niezwykle mądrym spojrzeniu piwnych oczu. Drugi był szczeniakiem, u którego przeważało ciemna sierść, a który ciągle trzymał się Pyrhosa. Pogładził jego grzbiet. Gdy wytatuowana właścicielka potężnego zdobnego w fetysze poroża przeszła obok nich, psy zaczęły skomleć i szczekać, zupełnie inaczej niż było to w przypadku pozostałych towarzyszy. Seidrę otaczała mroczna i niebezpieczna aura.
Ilość słów: 0
Obrazek

Heliotrop
Awatar użytkownika
Posty: 47
Rejestracja: 28 kwie 2023, 14:34
Miano: Rita Fahari Lukokian
Zdrowie: W pełni sił
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Cisza wśród drzew

Post autor: Heliotrop » 04 lut 2024, 22:04

Trzymała się na obrzeżu grupy, na granicy omywającej jej stopy fali, jaką tworzyła piątka mężczyzn. Choć woda pełna była zdradliwych i zmiennych prądów, wirów i niebezpiecznych stworzeń, tkwiła w niej moc. Siła. Lecz tylko wówczas, gdy nurty Pięciu mieszały się i ścierały, tworząc nową Całość. I to ona, zgodnie z wolą Śniącego w Głębinach, miała czuwać nad prawidłowym jej przepływem.
Przeszłość to ciężar, który kształtuje — powiedziała, ignorując okazaną jej przez Gulo niechęć jak i nietypową ofertę przyjaźni ze strony Nowicjusza. — Ale zbyt długi jej nacisk na chwilę obecną deformuje i osłabia.
Spojrzała na zaciętą minę Baliana, w jego gniewne, ciemne oczy, gorące jak dwa węgle.
Utopiony zlał wasze nurty po raz wtóry nie bez powodu, Przeciwstawny. Zemsta czy pax? A może odkupienie i braterstwo? Przekonamy się niebawem, Kciuku. — Seidra przeniosła wzrok na Montierre’a, zwanego niegdyś Dratwą. Jej oczy przypominały kawałki bladobłękitnego lodu, pod którym coś się kotłowało. — Ale nie dziś. Taka jest wola Przepotężnego i biada tym, którzy się mu przeciwią.
Varnorka ruszyła w kierunku gotowego do wymarszu Pyrhosa, przekraczając granicę i pozwalając, by fala obmyła ją całą.
Ilość słów: 0

Vespera
Awatar użytkownika
Posty: 180
Rejestracja: 07 cze 2021, 15:44
Miano: Elspeth Favres
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Cisza wśród drzew

Post autor: Vespera » 06 lut 2024, 15:13

Balian z trudem powstrzymał cisnący mu się na usta komentarz dotyczący nowego miana Dratwy, które brzmiało jak pretensjonalne imię bohatera wyjętego z jakiegoś lichego ulicznego teatru o tematyce miłosnej.
Nic się nie zmieniłeś, Dratwa. Dalej łżesz jak pies i idziesz w zaparte do końca — podsumował Balian bez zaskoczenia w głosie. — Nie będę niczego wyjaśniał na osobności z pospolitym złodziejem. Przestępców w cywilizowanym społeczeństwie piętnuje się żelazem, by wszyscy wiedzieli, że należy się ich wystrzegać. Tym jest też ta rozmowa przy innych - ostrzeżeniem przed tobą.
Chwilę później do wojownika dotarło to, że nie tylko łotr może stanowić kontrowersyjny element w drużynie. Nie przypuszczał wcześniej, że Seidra spotka się z taką nieprzychylnością choćby ze strony kapłana. Natomiast propozycja mnicha nieszczególnie go zaskoczyła – Nowicjusz był spójny i konsekwentny w wyznawanych przez siebie zasadach i w istocie, Baliana aż świerzbiła łapa, ażeby wymalować nią w kłamliwą gębę Dratwy. Tyle, że Pyrhos miał rację, nie potrzebowali utraty sił przed starciem z sowoniedźwiedziem, a do tego dochodził jeszcze jeden praktyczny aspekt. Było ich niewielu, z kontrowersyjnym elementem drużyny ledwo sześcioro. Ostatnim razem nawet dwunastka z wioski nie okazała się dostateczną liczbą przy rozwiązywaniu problemu bestii, tedy nie mogli sobie pozwolić na grymaszenie w kwestii doboru towarzyszy.
Jeszcze jeden wyskok, komukolwiek z drużyny zniknie choćby kanapka, a tym razem nie skończy się tylko na wygnaniu — zagroził Dratwie, nie kwapiąc się jednak do stanowczego przeganiania rzezimiecha.
Ruszajmy zatem — powtórzył za Pyrhosem i cała drużyna, narychtowawszy ekwipunek, wyruszyła wreszcie w drogę.
Miej — odparł również ściszonym głosem Karokowi na jego zapewnienie, że będzie miał na oku Dratwę. Nie musiał nic więcej mówić, łowca był dużo bardziej spostrzegawczy i sprytniejszy niż sam Balian, tedy zapewnienie przyjaciela nieco go uspokoiło.
Seidra miała rację. Powód, dla którego bogowie ponownie ich zetknęli z sobą, miał się wyjaśnić wkrótce. Ale jeszcze nie dziś.
Ilość słów: 0
Nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie.

Arbalest
Awatar użytkownika
Posty: 317
Rejestracja: 01 sty 2022, 21:49
Miano: Issaen Hiseerosh, zwana Istką
Zdrowie: Zdrowa, płytkie skaleczenie na szyi
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Cisza wśród drzew

Post autor: Arbalest » 06 lut 2024, 20:22

— Skończyłeś? — nieomal przerwał mu Braxanin, znudzony kazaniem, które było dla niego bardziej niż przewidywalne. — Ty nie moja baba, coby mówić mi, czy się zmieniłem, czy nie. Dla ciebie jestem złodziejem, ty dla mnie zdrajcą który zostawił mnie na śmierć, a jeszcze tamten może wychędożył nydysyjską księżniczkę. Jakie to ma teraz znaczenie, kiedy słowa nic nie kosztują? — odparł łotr ozięble, prostując się bezwstydnie i zakładając ręce na pas.
Chwilę wcześniej miał okazję dokładnie zaobserwować reakcję baliańskich towarzyszy. Ci zaś zdawali się nie być tak jednomyślni w przekonaniach jak ich przywódca, co wziął za dobrą monetę. Na domiar, zdawali się nie ufać varnorskiej kapłance, w czym można było upatrywać oczywistą okazję.
— Jak damy sobie po pyskach, to zyska na tym tylko sowoniedźwiedź. Nie mam złych zamiarów. Chcę zatłuc sukinsyna, odebrać co moje, a potem żaden z was nie będzie już musiał mnie oglądać. A ja nie będę musiał oglądać Baliana. Mam tylko nadzieję... — odezwał się bezpośrednio do pomysłodawcy odłożenia pojedynku na kiedy indziej, przyznając mu trochę racji — ...że nie robisz wszystkiego tylko dlatego, że „wierzysz kamratowi”, przyjacielu...
Wzrok rzekomego złodzieja jeszcze raz powędrował w stronę przywódcy większej części grupy.
— Uczciwy układ. Pamiętaj tylko, że działa w obie strony. Nie próbuj podłożyć mi świni. Ja już dawno ci wybaczyłem, nie mam czasu na roztrząsanie dawnej przeszłości. Jeśli chcesz dalej bawić się w przyświątynną szkółkę, to lepiej od razu daj mi spokój i skup się na zadaniu — skończył w końcu i Montierre, który w czasie riposty zdążył już nawet zarzucić swój bagaż na plecy, więc był gotowy do wymarszu tu i teraz, w tej chwili. Może i tak było lepiej, jeśli mieli znaleźć jakichkolwiek ocalałych z poprzedniej dwunastki i zgarnąć nadwyżkę złota. Obrał sobie miejsce w tylnej części pochodu.
Ilość słów: 0
Obrazek

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2397
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Cisza wśród drzew

Post autor: Dziki Gon » 13 lut 2024, 21:32

Obrazek Dziękuję za poświęcony czas i szybką deklarację. Szanuję zdecydowanych kontrahentów — podziękował im kupiec, przekazawszy przywódcy grupy stosowne poręczenie. Pożegnał ich uprzejmie, życząc im udanych łowów i bezpiecznego powrotu, do spółki z mrukliwym eldormanem kiepsko kryjącym ulgę, z jaką obserwował hałastrę cudaków opuszczającą wioskową salę, skubiąc przy tym dorodnego wąsa.
Słońce wyszło zza chmur, powoli rozgrzewając chłodniejszy poranek, który zastał ich po przybyciu do wioski. Suszyło wilgotne od rannej rosy trawy, powoli odganiając wcześniejszą szarugę. Prowadzili Balian i Dratwa, dwaj niedruhowie z przeszłości, a pochód zamykał milczący Peko, który pomimo pożegnania Pyrhosa postanowił ich odprowadzić. Korzystając z okazji objaśniał też karockiemu łowczemu najszybszą trasę do starej pustelni, wspomagając się niekiedy odległym horyzontem, na którym majaczyła puszcza, którą w kolejnych dniach mieli przebyć.
Razem z drużyną na podwórze wypadł również pies szamana. Z wystawionym ozorem, ziejąc głośno z rozwartego pyska, przywitał się z dwoma innymi psami, które odpoczywały w cieniu budynku. Młodszy, ruchliwy szczeniak zerwał się z miejsca i poszczekując, podbiegł do posokowca, merdając zapamiętale ogonem. Drugi, wilczur o ciężkiej budowie, zachował pełną godności powściągliwość, otwierając najpierw jedno oko, by dźwignąć się z ziemi i bez pośpiechu dołączyć do swojego karockiego pana. Nie potrzebował do tego żadnych zachęt ani przywołań. Wabił się Zenit i nie był zwyczajnym psem.
Nie marnowali czasu. Uzbrojeni po zęby i zawczasu wyposażeni, zdecydowali ruszyć w drogę od razu. Z jedną tylko przerwą na pogrzeb przeszłości Baliana i Dratwy. Zaszłość między obydwoma weteranami wyprawy na Kraniec Therga, choć płytko, została zakopana w imię teraźniejszości i wspólnej sprawy. Zakopywaniu towarzyszyła aprobata większości obecnej drużyny i milcząca wdzięczność Dzikiego przewodnika, który z drugiej ręki znał historię owych szalonych dni, które rzuciły się cieniem na chwilę obecną.
Dwunastu naszych — powtórzył w ciszy jaka zapadła, wyczuwając dogodną okazję, by powrócić do właściwego tematu. — Kurts, Nakos, Guntar, Uldis, Nils, Sike, Moki, Drisk, Kurut, Hoke, Hurit. No i Rhezo, który dowodził. Nasz najlepszy łowca. Większość jest z Ludu, czy „Dzikimi”, jak mawiają ludzie za murami. Dzikimi, potomkami Dzikich lub traperami. Znajdziecie żywych, nie będą ciężarem. Mają obycie w głuszy.
Ano tak. — podsumował po swojemu. — Możliwe, że żyją. Możliwe, że...
Dziki urwał nagle, słysząc za sobą odległy krzyk. Słysząc, odwrócił się naraz, dostrzegając to, co większość drużyny ujrzała krótko przed nim, za jego plecami.
Jasnowłosą kobietę w długiej płóciennej sukni wyszywanej czerwoną nicią na brzegach i rękawach w tradycyjne, plemienne wzory. Podciągając ją nieco powyżej skórzanych, sznurowanych ciżm biegała w ich kierunku, przez obejście pobliskiego gospodarstwa, wykrzykując słowa na przemian we wspólnym oraz dialekcie Dzikich.
Zziajana, dopadła do waszej grupy, omal nie tracąc przy tym równowagi. Peko podtrzymał ją, kiedy zaczerwieniona, walcząc o dech, patrzyła na zgromadzonych wielkimi, ciemnymi oczami. Niewysoka, piegowata na nosie i policzkach, z lekkim przodozgryzem czyniącym jej twarz nieco bardziej dystynktywną w porównaniu z większością niemal jednakowo urodziwych wieśniaczek. Nie miała więcej niż dwadzieścia lat.
Spokojnie, Aina. Powoli, ano tak — uspokoił ją oraz tych z obecnych, którzy zastanawiali się, czemu zawdzięczają niespodziewaną wizytę tutejszej kobiety. — To żona jednego z zaginionych.
Isme... Powiedziała... że wyruszają... znaleźć mojego Nielsa... Pozostałych — odrzekła dziewczyna z przerwami na wdechy. — Musicie... go odszukać... Elaa'es aana. Jego albo ciało. Odprawić rhoint.
Jej rozgorączkowane spojrzenie błądziło po zgromadzonych jak wygłodniały wilk podczas nocnej wycieczki. Zrazu zatrzymało się na szamanie Gulo, jednak po chwili dostrzegła trzymającą się na uboczu Seidrę.
Aazhaosha! Šakhóȟ. — zabełkotała w swoim narzeczu, nerwowymi ruchami siegając do kieszeni na przedzie wyszywanej sukienki, wyciągając z niej drobny przedmiot. Pierścionek z plemiennym wzorem. Nie bacząc na to z kim ma do czynienia, prawie wcisnęła go kapłance Utopionego w ręce, nie przestając mówić. Na jej twarzy malowała się desperacja — Niels ma drugi taki sam. Okaadakik, chroni całe życie. Doprowadzi, wskaże drogę.
Obrazek Jubilerski wyrób był niewielkich rozmiarów, składał się z właściwego pierścienia i podłużnej płytki, na której wytrawiono stary, plemienny wzór, mający zapewniać noszącemu ochronę. Wykonany z mosiądzu lub pośledniejszego stopu, w czerwonych płomieniach ogniska błyszczał niby szczere złoto.
Obrazek

Strzelające ponad nim iskry ulatywały w niebo, na krótki czas mieszając się na jego tle z białymi punktami gwiazd. Ognisko przygrzewało, z rzadka tylko okazjonalny podmuch chłodniejszego wiatru zmuszał kogoś, by przysunął bliżej lub szczelniej opatulił opończą. Świerszcze i puszczyki grały swój conocny koncert, niosący się echem ponad łąkowymi trawami razem z basowym bzyczeniem chrabąszczy. Psy grzały się tuż przy ogniu, od czasu do czasu ujadając i kłócąc o resztki dzisiejszej kolacji. Noc była pogodna, a niebo pozbawione jednej chmurki. Ułatwiało orientację, choć daleko było im do pobłądzenia. Zgodnie ze słowami Peko, droga okazała się prostą jak wystrzelony z łuku szyp, a natychmiastowe opuszczenie wioski w połączeniu ze sprzyjającą pogodą pozwoliło im na przebycie co najmniej połowy dystansu dzielącego ich od starej pustelni. Tego dnia los oszczędził im złych przygód w podróży. Wędrowali do samego zmierzchu i kawałek po nim, zatrzymując się dopiero wówczas, kiedy znaleźli idealne miejsce na obozowanie. Na skraju lasu, kilkadziesiąt metrów od szemrzącego w oddali strumienia. Roztasowani wokół ognia, mogli cieszyć się chwilą czasu i wolności nim przyjdzie im podjąć marsz.
Obrazek
Ilość słów: 0

Lasota
Awatar użytkownika
Posty: 283
Rejestracja: 21 kwie 2022, 12:02
Miano: Lasota z rodu Wielomirów
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Cisza wśród drzew

Post autor: Lasota » 15 lut 2024, 0:37

Nowicjusz wędrował razem z drużyną, w milczeniu, ze splecionymi dłońmi formującymi znak przypominający trójkąt. Jego bose stopy wytrwały już niejedną podróż, pokonały grząski teren czy ścielące podłoże ostre kamienie, ale jeszcze nie szły w cieniu sprzymierzonych rywali, których związał interes. Spopielony nie wyczuwał w tej relacji potencjału, nie została ona oczyszczona z negatywności i ciężaru przeszłości. Niewypowiedziana groźba zawisła nad drużyną.
Mnich był spokojny w towarzystwie psów, czasem obserwując ich pełne życia odruchy z ciekawością. W ich instynkcie emanowała dzika moc, a ukierunkowana stanowiła znakomitą broń. Świadomość posiadania tych istot wzmocniła szacunek mnicha wobec panów czworonożnych, w szczególności Pyrhosa, który prowadził bystrego wilczura.
Nawet rozgoryczona żona nie złamała pozy Nowicjusza, który zerknął na nią spokojnie. W ciszy obserwował jej interakcję z drużyną, rzucił krótkim spojrzeniem na pierścień podarowany kapłance, wczuwał się w rozpaczliwie polecenie dziewczyny. Nie wiedział, co jej odpowiedzieć, dlatego milczał. Sam był jeszcze uczniem i nie posiadał mocy pokonania smutku u innych. Wiedział jedynie, że kobieta sama się zaplątała łańcuchami rozpaczy, opętana swymi emocjami, właśnie powierzyła nieznajomym los swojego męża.
Drużyna ruszyła w dalszą drogę. Po pewnym czasie rozbili obóz. Nowicjusz rozkładów swój namiot w uporządkowany sposób, nie za szybko, ani nie za wolno. Każdy jego ruch był zaplanowany, prawie samoświadomy, jakby instynkt czy odruch nie miał prawa objąć władzy nad kończynami. Kącik mnicha zdawał się być pełen ładu, wszystko miało swoje miejsce pod płachtami szarego materiału. Nie było tego wiele, jednak każda postawiona czy ułożona rzecz wzmacniała poczucie porządku. Po chwili mnich rozłożył torbę i zaczął częstować każdego członka drużyny jedzeniem.
— Moje jedzenie jest waszym — wyjawił, kiedy rozdawał pożywienie. W istocie, niósł przez całą drogę wór wypchany po brzegi racjami żywnościowymi. — Proszę, posilcie się. Odpocznijcie. Nasyćcie ciała, wyciszcie umysły. Poznajcie siebie i innych — polecił spokojnym tonem bez żenady, wierząc w każde wypowiedziane przez siebie słowo. — Obejmę wartę przez noc. Obudzę tych, którzy pragną zostać zbudzeni rano — życzliwie zaoferował swoje usługi. — Przenikam noc i cienie. Zaufajcie mi.
Odszedł i zaczął krążyć wokół obozu. Wykonywał dziwne gesty, tanecznym krokiem pokonywał dystans, czasem sunął powoli, aby chwilę później gwałtownie przyspieszyć. Medytował w ruchy, otwierał pieczęcie w swym ciele. Złamawszy je, przebudził swoje zmysły.
Ilość słów: 0
Kill count:
  1. zaskroniec

Asteral von Carlina
Awatar użytkownika
Posty: 296
Rejestracja: 25 lis 2021, 9:05
Miano: Asteral von Carlina
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Cisza wśród drzew

Post autor: Asteral von Carlina » 17 lut 2024, 13:18

W przeciwieństwie do Zenitu, który rozumnie podążał za swoim panem, młodą suczkę Zorzę trzeba było przywoływać kilkukrotnie. Szczeniak był bardziej skory do zabawy, niż słuchania się poleceń, ale kawałki suszonego mięsa, sprawdzały się w wychowaniu, bardziej niż twardy kij. Ale nawet wtedy, niesforny pies miał problem z pokornym utrzymywaniem się przy nodze pana, często odchodząc, rzucając się na Pica, aby powrócić w biegu, kręcąc się wokół własnego ogona, potykając się o własne łapy i wchodząc pod buty, a wszystko przy akompaniamencie szczeków, warczeń, dyszenia i skomlenia. Pyrhos miał jednak niebywałą cierpliwość do swoich zwierząt, której los poskąpił mu do ludzi.
Na skraju kompanii, w towarzystwie psów, słuchał opowieści i rad Peko, wymieniając się z nim swoimi spostrzeżeniami i przemyśleniami. Zaproponował mu, że jak wrócą, nie wątpiąc w sukces ich wyprawy, wybierze się razem z naturalizowanym dzikim na łowy na coś mniej niebezpiecznego niż sowoniedźwiedzie. Zapewnił go również, że każdego żywego z dwunastu mieszkańców Brysty, przyprowadzi z powrotem. Nie miał jednak pojęcia, czy jakikolwiek jeszcze przeżył. Wtem przerwała im rozhisteryzowana kobieta, żona jednego z zaginionych. Spojrzał na nią z chłodnym zrozumieniem. Miał nadzieję, że odnajdą również Nielsa, aby mogła odprawić rhoint , czymkolwiek był ów pośmiertny rytuał. Każda dusza obiera własną wędrówkę. Pożegnał się z tutejszym łowcą raz jeszcze, zabierając się z całą hałastrą ku Starej Pustelni. Obrazek Gdy jedni rąbali drewno, aby starczyło pod ogniska przez całą noc, a inni rozkładali namioty i przygotowywali teren pod obóz, zabezpieczając przy tym jedzenie w workach zawisłych na wysokich gałęziach, Górski Duch zamierzał zrobić rozeznanie terenu oraz rozstawić pułapki, zabezpieczające koczowisko.
Potrzebuje pomocy. – Stwierdził blondyn o ciele wytatuowanym w sceny wędrówki zmarłych do zaświatów w głąb ziemi, zachodząc Dratwę od tyłu. Choć było to niepokojące, nie miał zamiaru przestraszyć łotrzyka. – Rozstawiłbyś ze mną zabezpieczenia dookoła obozu i poszedł na rekonesans.
Poprawił linę zarzuconą na ramię, trzymając w jednej ręce toporek, a w drugiej szpadel zapożyczony od Nowicjusza. Sprzęt obozowy kompania Baliana od dawna traktowała jak wspólny. Więc nie było niczym dziwnym gdy mnich dzielił się zapasami z pozostałą drużyną. Nawet początkowo niepasujący do nich, przez zaszłości z ich przywódcą, Dratwa stanowił część ekipy. Nie zmieniało to jednak faktu, że trzeba było mieć na niego oko.
Wykopałbym parę wilczych dołów, może byśmy zaciągnęli jakąś linę dookoła obozu lub ogrodzili część drogi ostrymi krzewami? Peko nie wspominał o grupach bandytów, którzy mogliby stanowić zagrożenie, ale wolałbym nie obudzić się w namiocie obok niedźwiedzia. Obrazek Siedzieli przy ognisku, jako jedna drużyna, choć ich niejednakie opowieści splotły się w dziwnych okolicznościach. Różnili się między sobą pochodzeniem, kulturą i religią, wyglądem i charakterem. Łączył ich jeden cel, a może nawet ta sama dalsza przyszłość. Teraz jednak siedzieli razem, grzejąc się od płomieni, od czasu do czasu dorzucając szczapę drewna, przysłuchując się muzyce granej przez świerszcze, chrabąszcze i puszczyki, snując gawędy o minionych dziejach. Pyrhos głaskał młodszego psa po grzbiecie, który cicho pochrapywał.
Nie był to żaden sowoniedźwiedź, ni żmij, ani tym bardziej cynocefale, jak sugerował zarządca wschodniego przysiółka. – Kontynuował swoją opowieść Karok o przygodach ze stoków Żelaznych Gór – W sidła wpadła grupka nabrzdąkanych krasnoludów, uciekinierów z kopalni, która nakładając na siebie głowy i skóry wypatroszonych jeleni, dzików i wilków straszyła i napadała na karawany. Karoków z Dol Karok nie trudno przestraszyć, we wszystko wam uwierzą, bo niechętnie wyściubiają nos ze swoich jaskiń, a wyobraźnie mają barwną. – Powrócił do głównego wątku, choć widoczna była u niego niechęć do swoich rodaków. – W sumie nie wiedziałem co mam z nimi począć – Dzikimi bestiami to oni nie byli, a zapłacono mi za potwora z Mosiężnego Szlaku… pomogłem im przedrzeć się przez gęste lasy na północ, bo do krasnoludów nic nie mam, a z tych resztek, które zostały po ich przebraniach, pozszywałem bestię… ten sowoniedźwiedź się nawet nie umywał do niego… ni to pies, ni to wydra, ni kobold. Tu dopiero musieli się zagwozdkę, jak to się zrodziło, że jak to tak, że knur z łanią i wilczycą po krzakach lazł. – Zaśmiał się nawiązując do pytania Montierrego, jak byli jeszcze u zarządcy wioski.
Podróżujemy teraz razem, razem polujemy, jemy i przelewamy krew. Opowiedz o sobie Seidra. Choć tak naprawdę to czyny zweryfikują nasze historie. Z jakim nurtem do nas przypłynęłaś? – Zagaił do kobiety, która w świetle buchającego ogniska, wydawała się mu przerażająca i jeszcze bardziej tajemnicza. Nic jednak nie zmniejsza lęku, jak zetknięcie się z nim twarzą w twarz.
Podał manierkę ze słabym i lekko kwaśnym napitkiem, siedzącemu obok siebie Nowicjuszowi, który krótko po tym jak do nich dołączył, również wydawał się mu się niepokojący i niedostępny. Dzisiaj potrafił oddać mu nocną wartę, spokojnie zasypiając. Niekiedy również ćwiczyli, siłując się i dając sobie po mordzie. Nadal jednak nie potrafił zrozumieć, co on do niego gada, więc zazwyczaj przytakiwał mu, przy tym głupkowato się uśmiechając. Obrazek Nim zastała ich w obozie ciemna noc, nim iskry ogniska zaczęły tańczyć w powietrzu, nim zaczęli snuć dawnej opowieści, nim zanurzeni udali się do namiotów, trzydziestoczteroletni Karok wydawać się mogło, że zwadził się z Balianem. Zaczęło się od zwykłych przepychanek słownych, który ma bystrzejsze oko, który ma jaśniejszy umysł, który większą siłę ma w rękach, który jest zwinniejszy, którego matka była kurwą, a którego suką. Później poszturchali się, poszarpali, ale kto uważniejszy, zobaczyć mógł w ich przekomarzaniach uśmiech i życzliwość.
Naraz sięgnęli do broni, stając na kawałku wolnego terenu przed obozem. Pyrhos trzymając jednej ręce toporek, a drugiej nóż myśliwski przybrał pochyloną pozycję – mając za sojusznika spryt i szybkość, bo zarówno technice i sile, powielekroć ustępował przywódcy. Uprzednio musiał uspokoić Zorzę, która skamlała i chciała się rzucać swojemu Panu na pomoc. Na szczęście mądry Gulo, potrafił odwrócić uwagę niesfornego psa. Zenit wszystko obserwował ze znużeniem, zupełnie nie przejmując się ich wygłupom. Niepierwszy i nieostatni raz ćwiczyli, wcześniej urządzając teatrzyk puszących się samców.
Łowca wybił się z prawej nogi, wykonując szybki zamach siekierką w kierunku ciemnowłosego, aby po oddanym ciosie szybko wycofać się. Zaciekły wyraz twarzy zdradzał zawziętość Pyrhosa, który nie zamierzał kolejny raz pozwolić wygrać Balianowi. Podczas trzech ostatnich potyczek ten nieźle sprał mu skórę. Nigdy jednak jeszcze nie polała się między nimi krew. Wiedzieli, w którym momencie odpuścić. Pyrhos wierzył, że dzisiaj udowodni, że przebiegłość góruje nad brutalną siłą.
Ilość słów: 0
Obrazek

Arbalest
Awatar użytkownika
Posty: 317
Rejestracja: 01 sty 2022, 21:49
Miano: Issaen Hiseerosh, zwana Istką
Zdrowie: Zdrowa, płytkie skaleczenie na szyi
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Cisza wśród drzew

Post autor: Arbalest » 18 lut 2024, 16:46

Pomimo swych planów, łotr wylądował na czele pochodu. I to wcale niekierowany jakimś odgórnym poleceniem, do którego niekoniecznie by się wystosował, a raczej niechęcią do kundli Pyrhosa i Gula, wobec których przejawiał ostrożną, lecz nieszczególnie jawną nieufność. Tłumaczyć, że jemu podobni złodzieje raczej nigdy z owymi zwierzętami nie przystają, raczej nie trzeba. Na rzyciach jemu podobnych zbyt wiele było śladów po „najlepszych przyjaciołach człowieka”. Ostatecznie, może i lepiej się stało, bo Montierre mógł pochwalić się wzrokiem co najmniej półsokolim, a że zależało mu, jeśli niekoniecznie na towarzyszach, to własnym dobrobycie już jak najbardziej — toteż szedł w forpoczcie bez szemrania. Zamknął mordę, wypatrywał, nasłuchiwał, jednocześnie starając się ignorować obecność idącego obok Baliana.
Żadne z imion wymienionych przez Dzikiego nie było mu znajome, choć zakopał je gdzieś na dnie pamięci, by móc sobie przypomnieć, gdy usłyszy któreś z nich. Sam nie wiedział, czy zadał by sobie ten trud, gdyby za tymi głoskami nie stała rzeczywista perspektywa kolejnych guldenów. Odwrócił się jednak na kobiecy lament, który nie był mu tak znowu obcy. Nie trzeba mówić, że nie miał pojęcia czym był owy „rhoint”. Wątpił też, by pojęcie miała towarzysząca im kapłanka Utopionego. Kto by tam w końcu tradycje Dzikich rozumiał...? Z drugiej strony — nie można powiedzieć, że łzawe przedstawienie nie wzruszyło kamiennego serca złodzieja. Nawet jeśli nie chciał dać tego po sobie poznać. Niczego jednak nie przyobiecał. Wiedział jaki koniec potrafią mieć takie deklaracje.
Ruszył przed siebie, siłą rzeczy przewodząc pochodowi.
Obrazek Zaraz gdy tylko wybrali miejsce na obóz, zebrali nieco drewna i rozpalili ognisko, Pyrhos mógł zastać Dratwę rozbijającego swój własny namiot. Ten drugi instynktownie chciał mu odmówić, nim jednak zdążył przemówić, ostrożnie zastanowił się nad swymi słowy.
— Niech i będzie. I tak planowałem sam to pierwsze — odpowiedział łowczemu łotr, sięgając moment później do swoich pakunków. Wyciągnął z niej linę — nie krótszą od tej jasnowłosego — a ponadto woreczek czegoś co wyglądało na wiele małych żelaznych szpikulców. Musiał mieć tego coś koło pół setki.
— Wilcze doły? Za dużo roboty, jak na miejsce, w którym jutro rano nas już nie będzie. Linę rozwiniem dookoła obozu, jako potykacz. A te małe kurwie syny... rozrzucimy od wewnątrz. Powiedz ino swoim, żeby nie łazili koło ogrodzenia, chyba że chcą wyciągać jutro te kolce ze stóp — odparł na jego propozycję, którą częściowo poparł.
Nie minął kwadrans — jak powiedział, tak zrobił, z pomocą Pyrhosa. Liny razem miały z dwieście stóp i spokojnie winny starczyć na całość ogrodzenia obozu. Umieścili je nisko, na wysokości kolan albo ud, przywiązując do kilku stojących dookoła pniaków. Zostawili tylko małe przejście pomiędzy dwiema brzózkami, by służyło za wejście i wyjście dla obozowiczów. Zaraz za sznurem, od wewnątrz i w tak równomiernych odstępach jak było to możliwe, rozrzucili w trawie kolczatkę. Pułapka miała być w zamyśle równie fizyczna, co psychologiczna, bowiem każdy głupi potrafił dać krok przez linę, ale nie każdy spodziewał się, że niecały sążeń dalej postawi stopę — albo łapę — na zasiekach. Jeśli to miało zawieść — pozostawały mniej lub bardziej czujne oczy wartownika. A to wszystko, razem wzięte, było przecież lepsze niż nic.
— Daj mi sygnał, gdy będziesz chciał wyjść na ten zwiad. Ale idziemy sami. Nie ufasz mi, to zrozumiałe. Ale ja wam też nie. Przynajmniej jeszcze nie teraz.
Obrazek Mimo tych zapewnień, posiłek od Mnicha przyjął bez protestów, wsłuchując się przy tym w opowieść łowczego. Nie był nią szczególnie zainteresowany, ani szczególnie znużony, po prostu... był. I mogli przysiąc, że chłonął każde słowo. Odezwał się dopiero wtedy, gdy Karok zachęcił do mówienia Seidrę.
— Nie każdy chce opowiadać o sobie — wyszedł z cokolwiek śmiałą tezą Braxanin. — Powiedz nam lepiej — o co szło z tą kobieciną? Co to jest ten rhoint, co o nim mówiła? A ten pierścień — myślisz, że naprawdę działa i doprowadzi nas do tamtego...? — zadał szereg pytań, które — dyskusyjnie — o wiele ściślej powiązane były z aktualnym zadaniem, niż przeszłość Kapłanki.
Zapasom Pyrhosa z Balianem był gotów kibicować, i to wbrew swoim wcześniejszym słowom, że zyska na tym tylko sowoniedźwiedź, jak co bardziej pamiętliwi mogli ciągle mieć w głowie. Ba, nawet był gotów z chęcią pożyczyć siekierkę jednemu z zawodników, by ostatecznie wyrównali szansę i udowodnili — który z członków zabawy jest godniejszym, by oręż dzierżyć.
Ilość słów: 0
Obrazek

Vespera
Awatar użytkownika
Posty: 180
Rejestracja: 07 cze 2021, 15:44
Miano: Elspeth Favres
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Cisza wśród drzew

Post autor: Vespera » 19 lut 2024, 1:16

Gdy namioty zostały rozstawione, pułapki rozłożone i wszystko inne co powinno – zakończone, Balian bez wyrzutów sumienia mógł wreszcie poświęcić się pałaszowaniu kurczaka od Nowicjusza. Rozłożony przy ognisku, pozornie skupiony na ważnej czynności konsumowania, jednocześnie wewnętrznie staczał trudny egzamin siły woli, którego nie zdawała większość śmiertelników tego kontynentu, nie licząc patologii pokroju Dratwy. Innymi słowy, wojownik mierzył się z psim sępieniem objawiającym się pełnym nadziei wpatrywaniem się na zmianę to w niego, to w żarcie.
Nie będziesz pełnił warty całą noc, bo jutro padniesz w drodze — rzucił rzeczowo Nowicjuszowi, rzucając także dosłownie kawałek kurczaka Zenitowi. Walka o nierozpuszczanie psów została przegrana, miał słabość do tych małych bestii. — Rozsądniej, byśmy pilnowali obozu parami. Obudź mnie za kilka godzin. Seidra, weźmiesz ze mną drugą zmianę? — zapytał Varnorkę, chcąc dyplomatycznie uchronić ją przed kolejnym obcharkaniem przez Gula w trakcie ich potencjalnej warty. Pyrhos nie mógł natomiast zostać zaangażowany teraz z mnichem, musiał kontynuować pilnowanie drużynowego krętacza.
Weź do towarzystwa Gula. Może któreś z was nawróci wreszcie tego drugiego — zaproponował Nowicjuszowi z wrednym błyskiem w oku. Wojownik ugryzł znowu kurczaka, a następnie rzucił kawałek mięsa tym razem psu Gula, by ten nie czuł się poszkodowany. Tym samym z premedytacją naraził sam siebie na kolejną naganę ze strony kapłana i łowcy za psucie dyscypliny wśród psiego towarzystwa.
Może nawet w efekcie tej wspólnej warty Gulo postanowi podążyć drogą potęgi bosej stopy czy czego tam wymaga wasz zakon kipiącego wulkanu — cisnął dalej nie do końca poważnie Balian, by sprowokować mnicha do jakiegoś metaforycznego wiersza, który zrekompensuje im brak bardki umilającej wieczór przy ognisku pieśnią. — Swoją drogą, Nowicjusz, kiedy nam wreszcie ujawnisz, jak się nazywasz?
Również planował zapytać Seidrę o jej osobę, ale został wyprzedzony, tedy jeno wsłuchał się w jej respons, umilając go sobie głaskaniem psów.
Obrazek Z kolei ostatnia część wieczoru najmilsza była Balianowi. Kiedy ten podły mały Karok, ta kreatura spod gór zaczęła się za bardzo puszyć, Midlandczyk po ostatniej obeldze ze wzburzeniem wstał tak, jak zwykle się wstaje w tawernie z tekstem „coś ty właśnie kurwa rzekł?”. Następnie z równie udawaną kpiną w spojrzeniu zaczął z siebie niespiesznie ściągać kolczugę, by dać odczuć oponentowi, że nie potrzebuje na niego nawet minimalnej ochrony. W rzeczywistości Balian chciał po prostu wyrównać szanse w walce i wszyscy doskonale wiedzieli, że jedynie odgrywa teatr. Metal kolczugi zadźwięczał wreszcie na ziemi koło wielkiego miecza dwuręcznego, świętości Baliana, który – choć zawsze dzielił się wszystkim z drużyną – w tej jednej kwestii pozostawał drażliwy, a ruszanie jego miecza dwuręcznego kończyło się najpierw strzałem w pysk, a dopiero potem zadawaniem pytań.
Wtedy to Balian rozejrzał się po otoczeniu za jakąś adekwatną bronią, gdyż Pyrhos rzucił wyzwanie toporem, tedy niegodnym było odpowiadać poważniejszym orężem. Szczęśliwie lub nie, drużynowy krętacz miał takowy w zapasie.
Dratwa, pożycz no na chwilę topór na tego glebożercę spod gór — zagrzmiał Balian, wyjątkowo nie na złodzieja, a na łowcę.
Dawaj, wal w mordę — rzucił wyzywająco do Pyrhosa, kiedy Montierre przychylił się do prośby i wręczył mu narzędzie zbrodni.
Z tym zastrzeżeniem, że nie miało być żadnej zbrodni, Balian nie zamierzał robić na treningu Karokowi żadnej krzywdy, a w jego spojrzeniu przebłyskiwała wyłącznie życzliwa zachęta, by przyjaciel użył tej swojej legendarnej przebiegłości i rzeczywiście wreszcie spuścił Midlandczykowi solidne rewanżowe manto. Cios zamierzał odbić na samym wstępie, próbując przy tym wytrącić broń z ręki Pyrhosa.
Ilość słów: 0
Nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie.

Heliotrop
Awatar użytkownika
Posty: 47
Rejestracja: 28 kwie 2023, 14:34
Miano: Rita Fahari Lukokian
Zdrowie: W pełni sił
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Cisza wśród drzew

Post autor: Heliotrop » 19 lut 2024, 21:55


Jeśli Przepotężny zechce — odrzekła rozemocjonowanej Dzikiej poważnym, pełnym niezmąconego spokoju tonem. Zacisnęła szponiaste, brudne od sadzy palce na kawałku chłodnego metalu i lekko skłoniła głowę Aine. Fetysze zastukały melodyjnie, najpierw lekko, potem nieco gwałtowniej, gdy Varnorka bez uprzedzenia obróciła się na pięcie i odeszła wraz z resztą drużyny.
Droga wiodła prosto, ale ona wiedziała, że to tylko pozór mający zamaskować zawiłość ich misji. Wszechwiedzący nie splótłby jej losu z heretykami, gdyby nie miał ku temu ważkiego powodu. Seidra czuła podekscytowanie. Czuła, że płynie z właściwym nurtem, że zamglony horyzont daleko przed nią, zbliża się — wolno, acz niewątpliwie, klaruje się, nabiera właściwych kształtów.
Wędrowała nieco na uboczu, samotnie, nie dołączając do żadnego z Wybranych. Medytowała. Kiedy mijała cieki czy zbiorniki wodne, zawsze zatrzymywała się i mamrotała coś niezrozumiale pod nosem, przybierając pełną pokory postawę, by na koniec krótkiego postoju wrzucić w toń kamyk. Zdawała się mieć nieskończone ich zapasy w jednej z sakw przy pasie.
Choć jej duch i umysł rwały się, by jak najszybciej wypełnić wolę Utopionego, słabe ciało, owe ziemskie, ograniczające okowy, zmusiły ją, by dostosowała się do poczynań grupy. Namiot rozłożyła prędko i z widoczną wprawą, po czym obeszła go dookoła, skrapiając grunt wodą z bukłaka i mrucząc przy tym rytmicznie, niemal melodyjnie. Z przyzwyczajenia naniosła również drewna na opał, które zrzuciła na stertę już zebranego przez innych.
Mimo że jej Bóg śnił w lodowatych wodach, Seidra wolała ciepło ognia. Mimo wszystko była tylko człowiekiem, jednocześnie — paradoksalnie — miękkim i kruchym. Bez namawiania zajęła miejsce przy ogniu, za plecami mając swoje schronienie. Tknięta impulsem, sięgnęła po darowany jej przez Aine pierścień. Zawieszony na długim paznokciu Varnorki, drgał niespokojnie na tle płomieni.
Z zamyślenia wyrwał ją mnich, częstując jadłem. Bez krygowania się skorzystała z oferty, skinąwszy mu głową w lakonicznej podzięce. Rozumowała podobnie, teraz, gdy już się spotkali, byli Jednością, a w Jedności nie ma własności ani podziałów. Jej sakwy z zapasami również należały do wszystkich.
Zagadnięta przez łowcę i uprzedzona przez łotrzyka, Seidra uśmiechnęła się półgębkiem.
W słowach pozornie Brakującego zawiera się pozorna prawda, Serdeczny — rzekła do Pyrhosa, po czym spojrzała na Montierre’a jak na psotne dziecko. — Piąty na przykład jest ciekawski, jego umysł nieustannie pracuje. Kalkuluje. Cokolwiek mówimy, mówimy tak naprawdę o sobie samych — skwitowała, kończąc opiekać pajdę chleba nad ogniem i wgryzła się w nią z głośnym chrupnięciem. Sadza zabarwiła jej usta i zęby na czarno, czyniąc kobietę jeszcze bardziej upiorną.
Odpowiadając na twe pytanie, Serdeczny — podjęła po chwili, patrząc na oblezionego psami łowcę. — Święty nurt. Potężny. Przedwieczny. Jestem Nadgarstkiem — powiedziała śmiertelnie poważnie, po czym przeniosła gorejący od blasku płomieni wzrok na pierścień Dzikiej. — Choć niektórzy chcieliby widzieć we mnie to, czym nie jestem.
Być może jednak Utopiony okaże łaskę — dodała, chowając sygnet do sakiewki, kończąc jednocześnie temat i samą rozmowę, bo przeniosła całą swoją uwagę na Baliana. — To zbędny zabieg — odrzekła na pytanie o wartę. — Przepotężny czuwa nad naszą wyprawą. Lecz jeśli pozwoli ci to spać spokojniej, Przeciwstawny, służę również swą obecnością.
Ilość słów: 0

Joreg
Awatar użytkownika
Posty: 182
Rejestracja: 19 maja 2022, 20:23
Miano: Joreg Borgerd
Zdrowie: W pełni sił
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Cisza wśród drzew

Post autor: Joreg » 21 lut 2024, 15:44

Od początku podróży Gulo słuchał, co inni mają do powiedzenia, a co ważniejsze fragmenty notował pamięci. Nie sygnalizował tego w żaden sposób, ale fakt, że mają ratować podobnych jemu, dodawał mu pokładów motywacji. Gulo nie należał do żadnej wojowniczej kasty, choć potrafił się bronić. Nie czuł się łowcą, choć potrafił przetrwać w głuszy. Chociaż należał do głosicieli woli swych bogów, nie uważał, że jest cokolwiek winny kobiecie błagającej o odnalezienie jej męża – a już szczególnie w obliczu zastanej sytuacji.
— Sami ściągnęliście na siebie zgubę praktykując wolę tego plugastwa. — Osądził, nie zatrzymując się na zbyt długo. Dłoń klepnęła udo, “do nogi” wybrzmiało cicho z ust zgarbionego Gulo, a osadzona na szczycie kostura czaszka tryka poczęła kołysać się nieskoordynowanie w rytm kroków szamana.
Obrazek
Gulo, przez wzgląd na swoją formę, nie nosił dużo, ale już przy przygotowaniu obozowiska pomagał ochoczo. Jednemu pomógł rozstawić namiot, innemu przygotować palenisko, nazbierał też nieco drewna na opał.
Zarówno podczas przebytej od rana drogi, jak i pomagając w przygotowaniu obozowiska na noc, Gulo przyglądał się rosnącym w okolicy roślinom. Jeżeli rosło tu cokolwiek przydatnego sztuce zielarskiej, tudzież leczniczej, wtedy zbierał użyteczne egzemplarze. Część mógł próbować wysuszyć przez noc przy ognisku, inne z pewnością o wiele bardziej przydałyby mu się świeże. W międzyczasie zastanawiał się też nad znaczeniem “rhoint”, o którym mówiła Dzika. Słowo to nie dawało mu spokoju i choć odnosił wrażenie, że gdzieś już je słyszał, za nic w świecie nie był w stanie sobie przypomnieć.
Podczas odpoczynku przy ognisku, częstował się prowiantem przyniesionym tu przez Nowicjusza, ale faktu karmienia psów kurczakiem przez Baliana nie skomentował. Nie dlatego, że uważał to za marnotrawstwo, a dlatego, że i on sam od czasu do czasu podrzucał coś posokowcowi. Słuchając natomiast opowieści Pyrhosa nie stronił od uśmiechu, samo podsumowanie opowieści kwitując gromkim śmiechem, przerwanym krótkim atakiem kaszlu.
— Nawrócić? O nie, Balianie. Nie ma mowy o nawróceniu, kiedy masz pewność co do obranej ścieżki. Duchy czuwają nad nami, chociaż nie są spokojne — siedząc, szaman uniósł na moment dłoń na wysokość głowy i przeciął nią szybko powietrze, prowokując płomień ogniska do tańca z wiatrem Ssu i Cha. — Zaraz też uformował niedbale, patykiem, kilka fal na wydeptanej glebie przy palenisku Gat i Loo. — Widząc, że atmosfera między łowcą a nieformalnym przywódcą zaczyna się zagęszczać, czego niejednokrotnie był już świadkiem, podniósł się, by obejrzeć ich zmagania. Zakr i Omkb dokończył, widząc jak Montierre podaje Balianowi topór.
Okazało się, że tym razem przypadła mu rola w przedstawieniu. Widząc i słysząc, jak reaguje Zorza na udawaną walkę, Gulo przywołał przeciągłym gwizdnięciem swego posokowca. Zbliżył się do Zorzy, wyciągając z futrzanej torby jedną ze swych starych ozdób – koźli parostek, rozdwojony u szczytu, z jedną uszczerbioną odnogą. Klekoczące kości naszyjnika, poroże, pióra, kostur z czaszką i parostek w dłoni skutecznie zaczęły odwracać uwagę Zorzy od walki, a zwracać ku zabawie, bowiem nie minęła dłuższa chwila, a oba psy dla zabawy wyrywały sobie zabawkę w formie parostka, goniły się i obszczekiwały wzajemnie, zadowolone z rozrywki.
Kiedy walka dobiegła końca, Gulo sprawdził tylko, czy aby na pewno nikt nie potrzebuje pomocy medyka, by następnie potwierdzić Balianowi, iż weźmie pierwszą wartę zgodnie z prośbą.
— Będę ci towarzyszył Nowicjuszu, nie pędź tak, już nie te lata… — Zakomunikował mu. Odebrawszy odpowiednio wcześniej od Pyrhosa i Montierra instrukcje odnośnie zabezpieczeń obozu, zdecydował się zachować odpowiednią odległość od wytyczonych granic obozu.
Ilość słów: 0

Lasota
Awatar użytkownika
Posty: 283
Rejestracja: 21 kwie 2022, 12:02
Miano: Lasota z rodu Wielomirów
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Cisza wśród drzew

Post autor: Lasota » 24 lut 2024, 14:32

Trzymał w dłoni pochodnię i patrolował okolicę obozu, pamiętając o rozłożonych pułapkach, w towarzystwie kapłana. Z powagą pilnował, aby nikt, ani nic nie zakradło się do nich w czasie snu, a także zamierzał obudzić przywódcę i kapłankę na następną wartę. Raz na jakiś czas mnich wspominał sobie, jak minął dzisiejszy dzień i co się wydarzyło w obozie przy ognisku. Obrazek Łowca podawszy manierkę mnichowi, otrzymał w zamian gest podzięki pod postacią skromnego skinienia głową.
— Na znak wspólnoty piję ten alkohol — Podkreślił, a potem symbolicznie zmoczył usta. Nie chciał się upajać, gdyż godziło to w zakonne przykazania, poza tym byłby bezużyteczny, gdyby pijany udał się na wartę. Być może odpowiedzialność polegała na wstawaniu rano, jednak Nowicjusz postanowił tego nie sprawdzać, trzymając fason do samego końca. Podał manierkę Nadgarstkowi.
— Hm. Istotnie — zgodził się na słowa przywódcy. — Sen jest ważny, lecz wkrótce pokonam tę potrzebę. Odnajdę pieczęć i ją złamię — zastanawiał się na głos. — Obudzę was.
Nieco zbiły go z tropu personalne pytania i niedojrzałe zaczepki Baliana, bowiem Nowicjusz nie widział w nich żadnego sensu, poza samą pogawędką, której produktywność również stwarzała pytanie o zasadność. Słowa potrafiły męczyć niczym wysiłek fizyczny, a wypowiedziane zbyt wiele razy, nie tylko wprawiały umysł w otępienie, lecz również pozostawiały piętno. Czyżby Montierre nie posiadał tego piętna?
— Nie trzeba mnie nawracać. Nie kwestionuję istnienia bogów — uprzejmie przypomniał, unosząc palec wskazujący w geście przywołującym ucznia do porządku, jakim teraz stał się Balian. — Są dobrą inspiracją, aby się nimi stać, sięgając ich możliwości. Jeśli za swojego życia uda mi się wykrzesać iskrę doskonałości, ujrzę za kurtynę ignorancji i osiągnę przebudzenie, dla słabych nie będę się różnił od boga — tłumaczył powoli, gestykulując w zgodzie z tempem mówienia, aby wojownik przyswoił lekcję. — Natomiast modlenie się do nich jest stratą czasu, jeśli nie przyświeca temu myśl zdyscyplinowania umysłu rytuałem. Wola jest jak woda, lecz potrzebuje godnego naczynia, jakim jest umysł. Nie marnujmy tego czasu na proszenie o łaskę, bo to jest w istocie żebranie. Kim jest żebrak, jak niewolnikiem tego, kto ma monetę i flaszkę, hm? — próbował pobudzić potencjał umysłowy Baliana do rozumowania. Nowicjusz wierzył, że gdzieś tam w środku krył się inteligentny człowiek. — Wyzwalajmy się z łańcuchów.
Pytanie o imię zamyśliło Nowicjusza. Musiał się zastanowić zanim odpowiedział.
W górach szmer brzęczy,
Krasnoludów ucieczka,
Karok dłoń wyciąga.

— Piękna historia. Przebiegłość krasnoludów dobrze opisuje, kim byłem wcześniej. W odróżnieniu od Pyrhosa, nie wykorzystałem przebrania. Spaliłem je w zupełności. Zabiłem tamtego człowieka. Nie istnieje, a taki stan bytu nie posiada nazwy — ukrócił temat, ale zupełnie życzliwym głosem, jakby nie ruszała go przeszłość. Natomiast wyznaczył granicę. — Ujawnię zaś nazwę mojego zakonu i opowiem o nim. — Nabrał oddechu, uroczyście spojrzał po drużynnikach.
W cieniu wulkanu,
Mnisi tajemniczy snują,
Łańcuchów uwięz.

Otworzył oczy po wysłowionej spontaniczności. Nieusatysfakcjonowany sobą mnich, bowiem nie wyczuł perfekcji w swym wierszu, kontynuował.
— Jesteśmy Zakonem Ognistych Cieni — zdradził w końcu — i praktykujemy nasze sekrety w styczności z aktywnym wulkanem. Wielki Mistrz odkrył to miejsce wieki temu. Zebrał nas, niektórzy sami odnaleźli zakon, jednak każdy postanowił unicestwić dawnego siebie, na rzecz powstania na nowo — mówił bez większych emocji, jednakowym tonem, prawie bezbarwnie. — Odkrywamy tajemnice naszego jestestwa, uświadamiając sobie, że jesteśmy czymś więcej. Wielu z nas korzysta jedynie z ułomka potencjału. Dlatego tworzymy dzieła sztuki, architekturę, stajemy się rzemieślnikami czy wojownikami. Jest to niczym źródło, zaś od nas zależy ile czerpiemy. Nieograniczona moc. Potęga — podkreślił z powagą. — Narzucamy sobie dyscyplinę, bo tylko ona doprowadzi nas do mocy, jakiej pożądamy. Tym jesteśmy — zakończył wywód, umilkł, pozwalając narodzić się innym opowieściom. Obrazek Nowicjusz ze spokojem przyjrzał się walce kompanów. Pozwolił sobie na komentarz.
— Stać was na więcej.
Poszedł na wartę rozczarowany potencjałem tresera psów.
Ilość słów: 0
Kill count:
  1. zaskroniec

Odpowiedz
meble kuchenne na wymiar cennik warszawa kraków wrocław