Brama Mytnicza

Obrazek

Ponura i zabłocona miejscowość położona wśród bagien, a przy najważniejszym temerskim szlaku handlowym. Utrzymująca się z ceł i danin, dająca zatrudnienie armii poborców i mierników. Pozostałe przychody pochodzą z podmiejskich salin i rybnych stawów.


Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2217
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Brama Mytnicza

Post autor: Dziki Gon » 28 sty 2021, 13:58

Obrazek Brama Mytnicza zawdzięczającą swą nazwę sąsiadującej z nią królewskiej kwesturze, położona jest we wschodniej stronie miejskich murów. Nad głównymi wrotami góruje niewysoka wieża na planie kwadratu nakryta dwuspadem, z trójkątnym naczółkiem od frontu oraz dwoma okienkami rozmieszczonymi powyżej portalu wjazdowego. Poprzedza ją niższe przedbramie, z którym łączy ją murowany, niezadaszony przelot, do którego prowadzi mostek przerzucony przez zasilaną wodą z pobliskich rzeczek fosę. Kupcy i eskporterzy z Mariboru i Carreras zmuszeni są wjeżdżać do miasta właśnie przez nią, zaś zaraz po jej przekroczeniu, do udania się do budynku kwestury w oczekiwaniu na kontrolę oraz towarzyszące jej formalności. Wielu z nich jak na stracenie, ustawiając się wozami w długie kolejki poczynające się już po drugiej stronie murów.
Ilość słów: 0

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2217
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Brama Mytnicza

Post autor: Dziki Gon » 05 sty 2023, 0:27

Dorian, pochmurne i ponure jak burdel w poniedziałkowy poranek wyłaniało się na horyzoncie z mgielnego oparu powoli ustępującego przed świtem. Terkoczący wehikuł, wyładowany w głównej mierze szerokimi krasnoludami (i dwoma ludzkimi mężczyznami) wtoczył się wzniesienie, skrzypiąc poddaną przeciążeniu osią. Po obydwu burtach wozu jechały dwa luzaki: wilczaty i skarogniady. Dosiadało ich kolejnych dwóch kolejnych przedstawicieli rasy ludzkiej. Jednym z nich był Eist.
Tprr! — Egidio, powożący akuratnie krasnolud i starszy nad grupą krasnoludzkich „majstrów”, pociągnął za jelce, zacmokawszy na ciągnącą wóz chabetę. — Bofur! Duran! Nie spać, obesrańcy! Dojechalimy!
Adresaci pobudki, obydwaj krasnoludy ślusarze usłyszeli ją niezawodnie. Dali temu wyraz, przewracając się z boku na bok i mrucząc pod adresem starszego kolegi różne nieprzystojne epitety w ojczystym języku.
Jadący obok wagabunda i niedoszły czeladnik Ruberd, jako jedyny z kompanii poza Eistem posiadający własnego wierzchowca, ziewnął przeciągle, zasłaniając usta dłonią.
Dorian — skwitował, zmrużywszy załzawione niedawnym odruchem oczy. — Na wpół zapadła dziura pełna lichwiarzy, kauzyperdów i rzezimieszków. My tu mamy ustawioną fuszkę, ale tobie Eist to się dziwię. Nie wolałbyś spróbować szczęścia w jakimś inszym mieście? W Novigradzie dajmy na to. Albo w takiej Wyzimie…
Ty sam jesteś dziura, Ruberd — skwitował pogryzający jabłko krasnolud Clement, w przeciwieństwie do reszty towarzyszy będący już rozbudzony przynajmniej od godziny. — Miasto jak miasto, nie żadna zasrana wiocha. O, popatrz, mury solidne, kamienne. We wjazdowej też ładna kamieniarka… Ludzie, nie rozumiem tego waszego malkontenctwa. Pomieszkałbyś trochę pod Mahakamem, w familoku, to byś inaczej zaśpiewał.
Zamiast pieprzyć po próżnicy — wtrącił się Egidio z kozła. — Szykujta się na kontrol, rychtujcie łapówki. Kolejki nie ma, ale czuję, że nie odpuszczą sobie przetrzepania nas na wlocie.
Ta, to tutaj standard — zgodził się z nim Ruberd, po czym powrócił do przerwanego wątku. — No, zakwaterujem się, a potem poszukamy naszego znajomka, co ma nas wprowadzić do roboty. A ty młody?

Skoczy do burdelu albo na ryby — podpowiedział z wozu Edmund zwany przez kompanów Wesołkiem. — Co innego ma tu do roboty.
Ilość słów: 0

Eist Cintryjczyk
Awatar użytkownika
Posty: 7
Rejestracja: 02 gru 2022, 18:44
Zdrowie: W pełni sił
Profil Postaci: Profil postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Brama Mytnicza

Post autor: Eist Cintryjczyk » 06 sty 2023, 19:58

Droga do Dorian, choć dość długa, minęła Eistowi całkiem szybko. Głównie za sprawą kompanii rubasznych, stale podchmielonych krasnoludów, których opowiastki, przerywane co chwila wzajemnymi docinkami, zabijały czas i wprawiały każdego w dobry nastrój. Psuła go natomiast cierpnąca od siodła rzyć, która uświadamiała młodzieńcowi, że jednak spędził w siodle parę ładnych dni. Widok murów wyłaniających się w porannym świetle z mgieł dawał jednak nadzieję na rychłe zejście z końskiego grzbietu.
A to myślisz, że i ja nie mogę znaleźć sobie tutaj jakiegoś zajęcia? — odpowiedział pytaniem na uwagi Ruberda. — Z resztą chyba nawet będę musiał, bo trzos niebezpiecznie lekki się stał ostatnio — powiedziawszy to potrząsnął lekko przytroczoną do pasa kaletką, z której dobiegł ledwie słyszalny dźwięk uderzających o siebie drobnych, cienki monet.
Zresztą — kontynuował Eist po tym, jak Clement skończył swoją wypowiedź. — W takich miastach prędzej mi się podoba, niż w stolicach. Wolę takie, którym bliżej do Chociebuża niż Cintry.
Mówiąc ostatnie zdanie, Eist łypał spode łba na towarzyszy, wypatrując grymasów lub szyderczych uśmieszków. Nie zauważył ich u nikogo, ale mógł przysiąc, że słyszał, jak wszyscy przewrócili oczami na wspomnienie o Chociebużu. Robili tak niemalże od pierwszego dnia podróży, bo bez względu o czym rozmawiali, Eist niemal zawsze łączył to jakoś ze swoimi wspomnieniami z dzieciństwa w Cintrze. Początkowo nikomu to nie przeszkadzało. Ale kiedy po raz dziesiąty jednego dnia padło “A za to w Chociebużu…” lub “A mój ojciec…”, to wszystkim członkom kompanii odechciewało się kontynuować rozmowę.
A myślicie, że ile będą wołać od głowy? Mam nadzieję, że nie zedrą… — rzucił Eist, grzebiąc jednocześnie w kaletce w poszukiwaniu drobnych. — No ani chybi będę musiał zostać tu na trochę, żeby zarobić na dalszą drogę.
Nie mogąc sobie poradzić z wydobyciem pieniędzy, młodzieniec wyciągnął z kaletki cały mieszek z drobnymi. Przy tym wysunął się z niej również skrawek złoto-niebieskiej tkaniny, którą z wyraźną ulgą udało mu się chwycić, zanim spadła na ziemię. Ucałował go z szacunkiem, po czym upchnął na swoje miejsce i zajął się rozsupływaniem sakiewki z drobnymi. Nauczony doświadczeniem grubsze monety woził poukrywane w różnych miejscach. Kilka talarów trzymał w bucie, inne w niewielkim nacięciu na piersi po wewnętrznej stronie przeszywanicy, a złotego dukata na czarną godzinę zaszytego miał w futrzanej podszewce płaszcza.
Łowienie ryb to nie dla mnie. Za to mój… Ekhem — w ostatniej chwili Eist ugryzł się w język, bo nie miał ochoty znów doświadczyć reakcji towarzyszy na wspominki o jego dzieciństwie. — Ale za to podobno jest tu mnóstwo ptactwa wodnego. Chętnie bym zapolował, bo i mięso, i dobre pióra czaple, łabędzie, czy inne, są w cenie. Ale najpierw kwatera, a później do magistratu będe musiał iść, wywiedzieć się przy kim tu prawo łowieckie i kto mi zgodę wydać może. Nie chciałbym, żeby mnie za kłusownictwo zamknęli…
Ilość słów: 0
Szanse jedne na milion spełniają się w dziewięciu przypadkach na dziesięć.
Terry Pratchett

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2217
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Brama Mytnicza

Post autor: Dziki Gon » 08 sty 2023, 1:07

Znaleźć je znajdziesz, ale o rozrywkę trudniej — odpowiedział mu Ruberd. — Ja w twoim wieku dla rozrywki…
Obrzucałem dom sołtysa gównem — dopowiedział jeden z krasnoludów, zdaje się Bofur, ku wyraźnej wesołości pozostałych. Chociaż Ruberd mógł być starszy od Eista najwyżej o dekadę, przez większość drogi raczył współpasażerów historiami zaczynającymi się od „ja w twoim wieku…” z równą konsekwencją, z jaką ten drugi wspominał o rodzinnym Chociebużu.
Rozbawione i trochę już rozbudzone krasnoludy zaczęły sprawdzać oporządzenie i przegryzać resztki zabranego na drogę prowiantu, by nasycić poranny głód.
Za oreniaka dadzą ci pospać pospołu z innymi we głównej izbie — odpowiedział na pytanie Cintryjczyka o cenę noclegu Egidio, poprzedzając odpowiedź donośnym kichnięciem, a smarkając po jej udzieleniu. — Ach, sheyss… Chcesz kwatery, będziesz musiał wyłożyć sześć czy siedem, ale i wtedy polecałbym ci chować trzos pod poduszkę.
I ciżmy takoż — doradził ktoś z wozu.
Dobrze kombinujesz — wtrącił się na uwagę o polowaniu Ruberd, kiedy przestał się boczyć za wcześniejszy docinek. — Chadaj, tutejszy łowczy ponoć płaci niezgorzej na zleceniach dla miasta. Za mięso nie, ale pierze i róg mają dobry zbyt. Chcą minimalizować straty na kłusownictwie, bo ludziska po wojnie biedne i co drugi garnie się, żeby ustrzelić coś bokiem…
Ale mało kto umie strzelić i trafić — wypowiedział się milczący dotąd Osvad, kolejny krasnolud w ekipie, bez żenady podchodząc do burty wehikułu, aby móc się wysikać na drogę. — A ty, Chociebuż, dasz radę ustrzelić swoim łuczkiem coś poza kaczką? Bo mnie się jakoś nie widzi.
Odezwał się strzelec od siedmiu boleści — burknął na niego Egidio. — Chowaj tę fujarę, już dojeżdżamy.
Faktycznie, dojeżdżali. W przeciągu kolejnych kilku minut kolebiący się wehikuł zaskrzypiał na zwodzonej fosie, którą przejechali do przedbramia. Fosa, jak dało się zauważyć z daleka, była asymetryczna, to znaczy otaczała miasto od strony wschodniej i północnej. Nie czekali długo na swoją kolej. Po sprawdzeniu kupieckiego wozu, który zjechał tu krótko przed nimi, strażnicy wzięli się za sprawdzanie kompanii, która przybyła tu z Carreras. Strażników było trzech, wszyscy w jednakowych przeszywanicach, szyszakach i pod bronią, na którą składały się pałki i miecze obciążające im pasy, z wyjątkiem trzeciego, który dzierżył kuszę. Wszyscy trzej mieli też jednakowo podkrążone oczy i spuchnięte gęby, przypuszczalnie efektem zeszłonocnej libacji. Szczęśliwie się złożyło, bo wczorajsi stróżowie prawa nie grzeszyli nadgorliwością ani skrupulatnością. Cintryjczyka przepuścili prawie z miejsca, zorientowawszy się, że wwozi tylko to, co ma na grzbiecie.
W przypadku krasnoludów i pozostałych kontrola była już bardziej szczegółowa, choć nadal mniej uciążliwa niż zazwyczaj. Wyrychtowane na polecenie przezornego Emilia łapówki przydały się i zachęciły do przymknięcia oka na kilka dóbr, które przy pewnej dozie nieżyczliwości (o którą było tu nietrudno) dałoby się podciągnąć pod kontrabandę.
Sprawnie poszło — skwitował Ruberd, zrównując się z przepuszczonym w pierwszej kolejności Eistem. — A gadali, że będą nas oglądać pod kątem choróbska… Większość bram zamyka się ostatnio na słowa „Cintra” albo „Maribor”. Plaga Czerwonej i te sprawy.
Catriona, zwana czasem „Czerwoną Śmiercią” nie była obca Eistowi. Ani nikomu z jego rodzinnych stron, albowiem, jeżeli wierzyć famie, zaraza poczęła się właśnie w Cintrze.
Drugi konny obejrzał się za siebie, na przekroczoną właśnie gardziel wjazdowej i wlokący się w tyle wóz kompanów.
Jedziesz z nami się meldować? — zapytał go po chwili. — Czy od razu szukać zajęcia? Bo jakby co, to łowczego najpewniej najdziesz pod kwesturą. To już tutaj, o. Za rogiem.
Ruberd nie kłamał ani nie przesadzał. Zaraz po wyjechaniu z bramy, ich oczom ukazał się front chyba najbardziej okazałego budynku w całym Dorian, przypominający w całości kamienny i nieledwie przypominający małą twierdzę, względnie donżon.
Ilość słów: 0

Eist Cintryjczyk
Awatar użytkownika
Posty: 7
Rejestracja: 02 gru 2022, 18:44
Zdrowie: W pełni sił
Profil Postaci: Profil postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Brama Mytnicza

Post autor: Eist Cintryjczyk » 09 sty 2023, 21:35

Och, to my za dzieciaka… — zaczął Eist, tłumiąc śmiech wywołany docinką krasnoluda wobec Ruberda. — Za dzieciaka, jak kasztelan Haxo kazał nam stajnie oporządzać, to też nie raz i nie dwa żeśmy się łajnem obrzucali. Ale się skończyło, jak jeden zbyt się zamachnął i końskim klocem trafił przechodzącą przed stajnią kasztelanową. Żaden z nas czterech, którzy wtedy byli w stajni, nie mógł przez tydzień na tyłku usiąść. Jak przyszło co do czego, to ojciec mój miał ciężką rękę. A jeszcze na podorędziu zawsze był kańczug…
W trakcie opowiadania młodzieniec wysupłał wreszcie parę denarów, co do których liczył, że na łapówkę wystarczą, a mieszek na powrót wcisnął do kaletki.
Kiedy Egido zaczął mówić o kosztach noclegu, Eist chciał mu przerwać – krasnolud wyraźnie go nie zrozumiał, bo pytanie dotyczyło przewidywanej wysokości łapówki dla strażników. Ale ostatecznie wysłuchał do końca i podziękował skinieniem głowy i zdawkowym: “Mhm”. Zaczął też liczyć w głowie na ile dni w mieście wystarczy mu pieniędzy. Nie był zadowolony z wyniku tych obliczeń.
Cholera, kiepsko – pomyślał, kiedy wyszło mu, że gdyby chciał zostać w mieście na tydzień, na sam nocleg musiałby wydać połową tego, co ma. – Ale nic, jakaś robota się znajdzie na pewno… – próbował sam siebie podnieść na duchu.
Niespodziewanie, pocieszenie przyszło ze strony Ruberda, który raczył podzielić się informacjami na temat tutejszego łowczego. Młodzieniec nie zdołał jednak podjąć tematu od razu, bo wtrącił się Osvad.
Odejdź no parę kroków, to ci pokażę, co poza kaczką jestem w stanie ustrzelić! Tylko nie za daleko, bo może nie być widać — powiedział Eist ze śmiechem. Dalsze przekomarzania przeciął Egidio, który najwidoczniej dbał, aby przed strażnikami w bramie sprawiać jako takie pozory.
Zbliżając się do fosy, Cintryjczyk stanął w strzemionach, prostując się i przekrzywiając głowę to w jedną, to w drugą stronę, aż dały się słyszeć wyraźne strzyknięcia. Jednocześnie, pozostając w tej pozycji, mógł nieco lepiej przyjrzeć się temu, jak bardzo dociekliwi są strażnicy sprawdzający stojący w przedbramiu wóz kupiecki. Ich rzucająca się w oczy niedokładność wyjaśniła się, gdy tylko cała kompania z Carreras wjechała między mury. Opuchnięte twarze i wyraźny cuch unoszący się w całym przedbramiu dobitnie uzmysławiały przyczyny tego stanu rzeczy.
Eist, przywołany skinieniem przez strażnika, wysforował się przed wóz krasnoludów. W lewej ręce ściskał kilka denarów, które chciał wręczyć w razie jakichś kłopotów. Na szczęście po zdawkowym przywitaniu i kontroli polegającej na obejrzeniu od góry do dołu jeźdźca i konia oraz ostukaniu praktycznie pustych juków drewnianą pałką, wartownik kazał mu jechać dalej.
Wjeżdżając w portal bramy, Eist pochuchał na szczęście w dłoń, w której ściskał, zaoszczędzone już teraz w jego mniemaniu, drobniaki. Po wjechaniu do miasta stanął pod masywną, kamienno-ceglaną ścianą budynku znajdującego się zaraz za bramą i zeskoczył z siodła, aby dać choć chwilę wytchnienia tyłkowi.
A no faktycznie szybko — zgodził się z podjeżdżającym Ruberdem Eist. — Ich cierpienie naszą korzyścią.
Zanim wóz z krasnoludami dotoczył się do nich, Eist upchał trzymane w dłoni monety z powrotem do sakiewki i wdrapał się na siodło, na którym trudno już było mu znaleźć wygodną pozycję.
Na wspomnienie o zarazie Eist aż się wzdrygnął, bo przed oczami stanęły mu obrazy z czasu, kiedy działał na pograniczu bruggeńsko-cintryjskim. Wtedy co jakiś czas zdarzało mu się widywać dotkniętych tą chorobą, zwłaszcza wśród uciekających z Cintry, spod nilfgaardzkiej tyranii. Niewątpliwie musiał mieć mnóstwo szczęścia, że sam się nie zaraził. A kilkukrotnie było tak, że ludzie będący w pełni sił, których przeprowadził z południowego na północny brzeg Jarugi, po kilku dniach umierali w męczarniach z powodu Czerwonej Plagi.
Pojadę najpierw się zakwaterować. Muszę gardło spłukać i od siodła odpocząć, najlepiej leżąc rzycią w górę — podjął Eist, gdy byli już w komplecie, oglądając się jednocześnie na mijany budynek, pod którym przed chwilą stał, a który okazał się osławionym III Urzędem Skarbowym. — I wdzięcznym za informacje o łowczym. Odsapnę trochę i na pewno się do niego udam. A skąd, ciekawość, wiesz o tym, że szuka ludzi i dobrze płaci? Znasz go? Mogę się na ciebie powołać? — zwrócił się do Ruberda.
Ilość słów: 0
Szanse jedne na milion spełniają się w dziewięciu przypadkach na dziesięć.
Terry Pratchett

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2217
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Brama Mytnicza

Post autor: Dziki Gon » 11 sty 2023, 3:42

Słyszałem — Ruberd wzruszył ramionami, udzielając pytającemu więcej szczegółów. — Bywałem tu wcześniej. A z łowczy grałem trochę w kości przy piwie, to powiedział to i owo. Powołać się możesz, ale raczej ci to nie pomoże. Ot, przelotny znajomy. Możliwe, że w ogóle nie będzie mnie pamiętał.
Minęli kwesturę, znajdując się na jednej z głównych arterii miasta. Jak na główną arterię nie była przesadnie szeroka i składała się z nierównych, wyślizganych kocich łbów płynnie przechodzącą w błotnistą i rozmokłą nawierzchnię. Plucha była domyślną pogodą Dorian, jednym z powodów istnienia bagien oraz rozlicznych akwenów wokół miasta.
Większość ruchu ulicznego odbywała się pieszo. Czasem widywało się jakąś dwukółkę ciągniętą przez osła czy muła, gdzieniegdzie migały im wierzchowce, wszystkie bez wyjątku prowadzone za uzdę przez właścicieli. Do zachowawczego zejścia z konia przymierzał się także Ruberd, jednak po pokonaniu najbardziej wyślizganej nawierzchni, odpuścił sobie ten zamiar.
Minęli, tym razem z lewej, ostro zwiedzający mydlinami zaułek, zwany przez miejscowych Łaziebnym. Onomastyka owej nazwy nie była trudną do rozwikłania zagadką — widoczne tam barwne szyldy łaźni, zakładów balwierskich i pralni, z czego przynajmniej połowa była też burdelami, jak twierdził oblatany już trochę w mieście Ruberd, komentujący najbardziej dystynktywne miejsca na trasie ich przejazdu.
Nie był to zresztą koniec atrakcji. Mieszcząc się na styk w zwężającej się uliczce, przejechali obok kolejnego wysokiego i murowanego budynku. Chociaż rozmiarami ustępował widzianej już przez nich kwesturze, to bynajmniej nie reprezentatywnością.
Jakaś świątynia. Nie wiem jakiego bóstwa, słabo się na nich znam — podpowiedział jadący obok Ruberd, jeszcze przed chwilą sprawiający pozór drzemania w siodle. Z otoczonego paroma drzewami, kamiennego placyku, zmierzyło ich wzrokiem kilku miejscowych o ponurych gębach. Odwracające się w ślad za ich przejazdem głowy zdradzały ciekawość, ale nie życzliwość. Jeden z tutejszych splunął nawet ostentacyjnie na widok mieszanego towarzystwa na wozie.
Za świątynią pojechali kawałek do małego placu, z kilkoma straganami i odbili w lewo, w długą krętą uliczkę, z której wyzierały licznie zawieszone nad ulicą znaki gospód i wyszynków.
Szukajcie „Czarnego Kota” — oznajmił Egidio, mrużąc oczy, aby odczytać uczynione wyblakłą farbą napisy mijanych szyldów. — Tam się zatrzymujemy.
Nie musieli długo czekać. Charakterystyczny malunek łowiącego myszy zwierzęcia szybko ukazał się ich oczom. Podobnie jak coś, czego nie spodziewali się zastać. Jednak inaczej niż w większości historii o Prawie Niespodzianki, nie było ich Przeznaczenie.
Wstępu nie ma — oznajmił im jeden z czterech wystających przed lokalem szerokich w barach oberwańców, samemu oberwańcem nie będąc, może z wyjątkiem dwóch czy trzech łat na zapinanym na klamry czarnym gambesonie, który miał na grzbiecie. — Jedźcie gdzie indziej. Impreza zamknięta
Mówił śmiało, spoglądając na nich z góry, pomimo wysokości jeźdźców i pasażerów wehikułu. Ręce trzymał skrzyżowane na piersiach, nad pasem z bronią, przy którym dyndał mu topór o szerokim jak tasak ostrzu. Pozostali z ekipy byli uzbrojeni w długie noże.
A to, kurwa, czemu? — zaciekawił się Osvald taksując zawalidrogów spod ściągniętych brwi. — Nie pomieścimy się?
Zawtórowało mu kilka mruknięć pozostałych krasnoludów.
Znamy Zelmira, gospodarza — dodał Egidio, nieco mniej zaczepnym tonem. — Wygląda naszego przybycia.
Wygląda na to, że już nie wygląda — odparł mu ten w gambesonie, uśmiechając się do starszego krasnoluda nieobejmującym oczu uśmiechem. — Jedźcie stąd.
Kilku pasażerów zaszemrało. Bofur i Duran, zaspani obesrańcy podnieśli się do góry w jednym tempie, jak bracia, strzelając zleżałymi w długiej podróży kości, upatrując w zaistniałej sytuacji okazji do ich rozprostowania. Na licach pozostałych, w tym wstrzymującego tańczącego w miejscu konia Ruberda malowała się czyniona odruchowo kalkulacja.
W sumie było ich więcej niż tamtych, nawet jeżeli uzbrojeni w proste pałki, dwa puginały i jeden felerny, cięgiem zacinający się samostrzał. Mimo to wyczuwało się tu pewien matematyczny paradoks. Sygnalizowany oczami prowodyra grupy odmawiającej im wstępu do miejsca noclegu. Eist widywał wcześniej podobne twarze. U zmęczonych ciągłym ukrywaniem się gerylasów, zmuszonych do trudnienia się rozbojem, by przetrwać. U zwykłych grasantów, wyglądających okazji na trakcie. U szabrowników niby kruki zjawiających się zawsze tam, gdzie tliły się zgliszcza.
Były to oczy ludzi gotowych na wszystko, po których wszystkiego należało się spodziewać. Ale w przeważającej ilości przypadków — niczego dobrego.
Przyglądający się spotkaniu Ruberd odwrócił wzrok napotykając zbłąkane spojrzenie Eista. Bez słowa, ledwie zauważalnie pokręcił głową, ustawiając konia, tak, by kontynuować podróż. „Jedźmy stąd” mówił bez wypowiadania swojej myśli na głos.
Tymczasem na wozie, atmosfera robiła się coraz bardziej napięta. Do coraz bardziej zirytowanych krasnoludów zaczęli przyłączać się pozostali, w tym Edmund i Ruben — ludzie. Jedynym, który zachował w sobie resztkę chęci na rozładowanie sytuacji był Egidio, ale jego wysiłki bledły na tle narastającej wrogości towarzyszy wobec miejscowych. Miejscowi zdawali się odwzajemniać owo uczucie, choć z zauważalnie mniejszym afektem. Człowiek w gambesonie o ogolonej głowie, po raz kolejny stanowił tu wyjątek. Zdawał się znajdować tę sytuację zajmującą, a kierunek w którym zmierzała jako obiecujący.
Ilość słów: 0

Eist Cintryjczyk
Awatar użytkownika
Posty: 7
Rejestracja: 02 gru 2022, 18:44
Zdrowie: W pełni sił
Profil Postaci: Profil postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Brama Mytnicza

Post autor: Eist Cintryjczyk » 16 sty 2023, 20:48

Może jakbyś przegrał do niego większą sumkę, to warto byłoby się powołać — odniósł się Eist do słów Ruberda o jego znajomości z łowczym. — Ale w tej sytuacji to faktycznie, nie ma co — skwitował.
Choć Cintryjczyk zdecydowanie wolał tereny podgórskie, na jakich leżało jego rodzinne miasto (dlatego podobało mu się też w Carreras), to jednak do deszczu, mgieł i mokradeł zdążył przywyknąć w ostatnich latach. Najpierw u boku królowej Meve uganiał się za Czarnymi wzdłuż Jarugi, a później przeprawiał się wielokrotnie przez tę rzekę i okoliczne mokradła, przewożąc to i owo lub przeprowadzając uciekinierów z Cintry. A przy takiej robocie słotna pogoda była sprzymierzeńcem.
Zapach mydlin oderwał Eista od wspomnień i wywołał w nim niepohamowaną chęć na gorąca kąpiel. Tak zrobię — pomyślał. — Oporządzę wałacha i pójdę do łaźni. Tam najszybciej odpocznę od siodła. A potem do łowczego.
Jadąc po mokrym bruku popuścił koniowi wodze, aby ten mógł iść własnym rytmem, minimalizując w ten sposób ryzyko poślizgu. Wierzchowiec przyspieszył nieco kroku i wysforował się przed wóz. Kiedy zjechali z kamieni, Eist ściągnął lejce. Koń zwolnił i zatańczył na drodze, rozbryzgując błoto.
Porządny gmach — powiedział widząc wskazaną przez Ruberda świątynię. — Możnaby się w nim bronić, gdyby nie te wielkie okna. Ojciec mi opowiadał, że podobna rozeta zdobiła Wielką Halę w cintryjskim zamku. Ale podobno została zniszczona w czasie rozróby na zaręczynach księżniczki Pavetty i już jej później nie naprawiono.
Przejeżdżając obok świątyni, wpatrywał się w siną teraz, nie rozświetloną od środka rozetę i zastanawiał się, jak wygląda nocą, gdy światło słońca nie tłumi tego, które rzucają znajdujące się wewnątrz świece. Postanowił, że któregoś wieczora postara się wrócić w to miejsce i obejrzeć dokładniej świątynię, może również wewnątrz.
Kiedy dotarli pod “Czarnego Kota” i rozpoczęła się dyskusja z blokującymi wejście, Eist początkowo nie włączał się w nią. Lustrował uważnie stojących przed karczmą, a jednocześnie lewą ręką poprawiał sobie umiejscowienie miecza. Kiedy Ruberd ustawił swojego konia sugerując dalszą jazdę, ruszył powoli, tak aby stanąć równo z nim. Cały czas starał się też wyłowić jakiekolwiek dźwięki z wnętrza karczmy.
Widzę, że choć od Jarugi szmat drogi, to i tu się nilfgaaradzkie obyczaje zadomawiają — powiedział Cintryjczyk z wyraźną odrazą, równając się z konnym towarzyszem. Powiedziawszy to, splunął siarczyście na ziemię, patrząc jednocześnie w oczy temu w gambesonie. — Goniło się Czarnych spod Aldersbergu, to i stąd można pognać ich naśladowców. Jeśli tylko zajdzie taka potrzeba…
Spodziewał się, że mowiac to może sprowokować stojących przed karczmą. I po części na to liczył — aby w razie gdyby poszło na ostro, mógł powiedzieć, że się bronił przed napadem. Z drugiej jednak strony tliła się w nim nadzieja, niewielka, ale jednak, że wspomnienie o walkach z Nilfgaardczykami rozładuje atmosferę. Wielokrotnie słyszał, a raz nawet uczestniczył w poważnej burdzie, gdzie w ruch poszły nawet noże, ale wszystko skończyło się nagle i dobrze, gdy okazywało się, że adwersarze byli weteranami ostatniej wojny. Wtedy zaczynało się wspólne picie i wspominki – kto, w której bitwie i ilu Czarnych zabił, albo jak bardzo przed nim uciekali.
Przewidując, że jednak ziści się scenariusz rozprawy orężnej, Eist siedział w siodle gotowy to tego, aby wyszarpnąć miecz i natrzeć na agresorów.
Ilość słów: 0
Szanse jedne na milion spełniają się w dziewięciu przypadkach na dziesięć.
Terry Pratchett

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2217
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Brama Mytnicza

Post autor: Dziki Gon » 18 sty 2023, 23:12

Eist dysponował ponadprzeciętnym słuchem, nie musiał tedy starać się długo, by wyłowić jakikolwiek dźwięk z wnętrza karczmy. A, że nie wyłowił żadnego, poza przytłumionym szmerem toczonej w środku rozmowy, owa zamknięta impreza, na którą powoływał się stojący im na drodze osobnik, musiała być stypą. Albo jeszcze się nie zacząć.
Ogolony w gambesonie i z tasakiem, dotychczas ignorujący obecność jeźdźców, przeniósł na nich swoją leniwą uwagę. Na słowa Cintryjczyka wargi rozjechały mu się w kpiącym uśmiechu.
Gonić to ty mogłeś, ale koty po obejściu. — odparł mu, zadzierając głowę, by móc patrzeć konnemu w oczy. — Mówisz, jakbyś zaznał wojny, mały. Chyba tyle, ile kapłanki mężów.
Otaczające go przydupasy zarechotały jak na komendę, może trochę zbyt szybko i wymuszenie, co dawało podstawę do podejrzeń, że nie każdy ze śmiejących się pojął sens porównania.
Ostrożnie — syknął ostrzegawczo Ruberd, zwracając się półgłosem do Eista. — Nie wiemy, ilu siedzi w środku.
Czujność Ruberda była na miejscu, jednak tamten nie słyszał tak dobrze jak Eist, a więc nie mógł wiedzieć tego, co on. Prowokacja Eista powiodła się, choć z nieoczekiwanym rezultatem, bo w pierwszej kolejności prowokując nie tamtych, ale swoich — krasnoludów nie trzeba było długo namawiać do bitki, a po słowach Cintryjczyka bojowy nastrój udzielił się również ostrożnym jak dotąd ludziom.
Próbujący zachowywać się dyplomatycznie Egidio poparł wypowiedź młodego Chociebużanina szybkim strzeleniem z trzymanego na podorędziu bata. Efekt był niezgorszy, bo kilku z otaczających ogolonego famulusów, drgnęło na ten widok. Zaś widząc jak dotychczas siedzące na wozie sylwetki, zaczynają się podnosić, stając za plecami starszego krasnoluda, ich spojrzenia zrobiły się bardziej ruchliwe. Dało się nie poznać, że oceniają swoje szanse, a rachunek ten zdaje im się coraz bardziej niekorzystny. Na tyle niekorzystny, by zamiast bić przyjezdnych, woleli raczej bić się z myślami.
Doliczyliście się już, że nas więcej? — zapytał Egidio patrząc z góry na blokujących im drogę obwiesi. — No? To jak będzie? Pierzem się, czy zmiękły kuśki?
Jedno należało oddać tasakowemu — potrafił zachować zimną krew nawet w obliczu demoralizacji grupy. On jeden pozostał nieruchomy i spokojny, ze skrzyżowanymi na piersiach ramionami przyglądając się przybyszom (a zwłaszcza Eistowi) z tym samym, beznamiętnym i kpiącym uśmieszkiem.
Prowincjusze — parsknął w odpowiedzi, kręcąc głową. — Poważni jak poborcy podatków, nie poznali się na krotochwili. Zaraz sobie wejdziecie. Nie spinajcie się tak, bo wam żyłka w dupie pęknie.
Przydupasy nie wiedziały, jak zareagować, więc zaśmiały się znowu. Wymuszony humor nie uspokoił ich rozlatanych spojrzeń i narastającej z każdą chwilą nerwowości. Nie musieli czekać długo, bo drzwi gospody uchyliły się, wypuszczając na zewnątrz wysokiego faceta o zaczesanych włosach związanych w harcap i zapadniętej jak u chorego twarzy. Jego pierwszą reakcją było nierozumiejące spojrzenie, którym przeleciał po dwóch jeźdźcach i wozie stojących przed przybytkiem. Kolejne spojrzenie było pytające, skierowane na ogolonego. Tamten odpowiedział na nie nieco szerszym uśmiechem, wywołanym uniesieniem tylko jednego kącika ust.
Później ci powiem. Chodźmy.
Dotrzymali słowa. Obydwaj i trójka przybocznych, którzy podążyli za nimi karnie jak gąski za matką. Jeden z nich nawet odwracając głowę, jakby spodziewał się, że tamci zechcą ich gonić.
W pewnym momencie odwrócił się także ten ogolony. Ale tylko po to, by ostatni raz, przyjrzeć się na odchodne Eistowi. Zostanie zapamiętany, nie miał co do tego wątpliwości.
Poszły stąd, fujary. — Egidio splunął w błoto, w ślad za odchodzącymi, a jego brodaci komilitoni odprowadzili ich nieładnymi i chyba trochę rozczarowanymi spojrzeniami. — Ej, kurwa, staniała gościnność i obyczaj…
Jakby kiedykolwiek były w cenie — burknął ponuro Osvad, odkładając paskudnie wyglądające i wyostrzone jak brzytwa dłuto, którym zamierzał posłużyć się niezgodnie z przeznaczeniem.
Dobra, rozbudziliśmy się nieco, pośmialiśmy, to teraz z wozu! — zarządził woźnica, a pasażerowie zaczęli zagarniać swoje tobołki, by zeskoczyć na ulicę. Jeden z nich, zdaje się Duran, zabluźnił, bo zeskoczył prosto w gówno i omal się na nim nie poślizgnął. Pozostali nagrodzili to małą owacją.
Za winklem jest stajnia. — Ruberd zwrócił się do Eista, ruchem głowy wskazując kierunek, o którym mówił. — Słabo dbają, za to mało biorą i masz gwarancję, że nikt ci go nie podprowadzi. Oreniak za dwa dni spokoju.
Drugi jeździec zsiadł z konia, gotowy zaoferować się, aby zaprowadzić tam również eistowego wałacha. W tym samym czasie Egidio przytrzymywał drzwi gramolącym się do środka „Kota” pasażerom.
Te, Chociebużanin! Idziesz?
Ilość słów: 0

Eist Cintryjczyk
Awatar użytkownika
Posty: 7
Rejestracja: 02 gru 2022, 18:44
Zdrowie: W pełni sił
Profil Postaci: Profil postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Brama Mytnicza

Post autor: Eist Cintryjczyk » 28 sty 2023, 13:46

Dźwięki spokojnej rozmowy, które wyłowił z wnętrza karczmy, uspokoiły nieco Eista. Natomiast przytyk dotyczący wieku ze strony tego w gambesonie spowodował u Cintryjczyka nagłą falę złości, która objawiła pąsem na jego twarzy. Chciał też jakoś zgrabnie odparować na zaczepkę, ale tylko wziął kilka wdechów, i nie mogąc wymyślić nic odpowiedniego, a jednocześnie żeby się nie zbłaźnić, pochylił się w siodle i znów splunął pod kopyta swojego konia.
Na szczęście dobrze jego słowa zadziałały na towarzyszy podróży, u których wyraźnie wzrosła chęć do rozprawienia się z zakapiorami. Widząc to, i słysząc słowa spokojnego, jak się dotychczas wydawało, Egidia, nabrał nowego animuszu i dumnie wyprostował się w siodle. A gdy usłyszał wymówki ogolonego o nieznających się na żartach prowincjuszach, to na jego ustach pojawił się kpiący uśmiech. Kiedy z karczmy wyszedł mężczyzna w warkoczem i cała hałastra ruszyła się spod budynku, Eist odprowadził ich wzrokiem z tą samą kpiącą miną, na pożegnanie skałniając delikatnie głowę, ujmując jednocześnie skrawek ronda kapelusza w dwa palce prawej dłoni.
Co za ćwoki! — rzucił Eist, kiedy jego kompani zaczęli już gramolić się z wozu. Sam zeskoczył z siodła, przerzucił lejce przez koński łeb i stał chwilę wpatrzony w stronę, gdzie odeszli nazwani przez niego ćwokami.
Idę, idę — odpowiedział Ruberdowi po chwili. Chwycił konia za uzdę i ruszył w stronę stajni. — A wiesz co to za jedni? — zagadnął, a jednocześnie szperał w sakiewce szukając drobnych dla stajennego. — Widywałeś ich, jak byłeś tu poprzednimi razami?
Na jego oko wyglądali na takich, co to łażą po karczmach i zbierają opłaty "za ochronę". A skoro działają tak otwarcie i w biały dzień, to pewnie mają układy z miejscową strażą albo magistratem. Nienajlepszym pomysłem było zadzierać z takimi od razu po przyjeździe do miasta. No ale stało się, teraz pozostawało Cintryjczykowi uważać na siebie jeszcze bardziej niż zwykle. Miał tylko nadzieją, że w razie czego ten w gambesonie nie posunie się do zdradzieckiego pchnięcia lub strzału w plecy. Ale na honorową walkę, na pięści, czy na ostre, był gotowy.
Konia oporządzę sam — Eist zwrócił się do stajennego od razu przy wejściu, wręczając mu jednocześnie orena. — Przynieście tylko obroku i wody.
Sam pociągnął konia na wolne stanowisko, gdzie go przywiązał, po czym rozpiął przeszywanicę, zdjął kapelusz i zabrał za rozkulbaczanie wierzchowca. Kiedy siodło i juki trafiły na belkę, Eist chwycił w garść trochę siana i podstawił wałachowi pod pysk. Gdy ten schylił się, żeby je poskubać, młodzieniec przytknął swoje czoło do końskiego i zaczął po cichu odmawiać modlitwę.
Dzięki ci pani, że poraz kolejny pozwiliłaś nam dotrzeć bezpiecznie do celu podróży. Przyjmij w podzięce tę garść źdźbeł i miej w nieustannej opiece swoje wcielenie, które ofiarę moją spożyje. — Gdy skończył wypowiadać te słowa, oderwał swoje czoło od końskiego, ucałował je i poklepał wałacha po chrapach, pozwalając mu jednocześnie dokończyć trzymane w ręce siano.
Kiedy koń kończył przeżuwać siano, Eist podstawił mu przyniesione przez stajennego wiadro z wodą i zabrał się za oporządzenie go, jednocześnie nucąc pod nosem jakąś wojskową przyśpiewkę.
Mi to jeszcze trochę zajmie — Cintryjczyk rzucił w międzyczasie do kompana. — Jakbyś szedł do izby, zamów mi piwo i jakiejś ciepłej strawy.
Czyszczenie zaczął od przetarcia z grubsza całej końskiej sierść słomą. Później zabrał się za dokładne wyczesywanie jej zgrzebłem i szczotką. Gdy uporał się z tym, wziął do ręki kopystkę i zabrał się za dokładne wyczyszczenie kopyt i przegląd podków. Całość zabrała mu trochę, ale w tym czasie koń odczekał po pojeniu i Cintryjczyk bez przeszkód mógł dać mu obroku.
Kiedy był już pewien, że wierzchowiec jest zaopiekowany i nic mu nie brakuje, zebrał całe swoje oporządzenie i ruszył do karczmy.
Ilość słów: 0
Szanse jedne na milion spełniają się w dziewięciu przypadkach na dziesięć.
Terry Pratchett

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2217
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Brama Mytnicza

Post autor: Dziki Gon » 30 sty 2023, 19:10

Jakieś miejscowe buraki. — Zagadnięty Ruberd wzruszył ramionami. — W każdym większym mieście widywałem podobnych łotrzyków. A zdarzało się, że i po siołach.
Znużony stajenny przyjął orena od Eista. Przyjął także jego propozycję o samodzielnym oporządzeniu konia, chętnie i bez protestów. Obydwaj, Eist i jego wierzchowiec ruszyli do wnętrza przestronnej, krytej słomą i deskami miejskiej stajni. We wnętrzu było w sumie pół tuzina innych wierzchowców, nie licząc jednego wyprowadzanego na zewnątrz przez koniucha z widłami. Zapach siana oraz zwierząt uderzał w nozdrza już na wejściu, ale miejsce, na przekór wcześniejszym uwagom Ruberda, wydawało się dosyć schludne.
Znalazłszy wolną przegrodę, wprowadził wałacha, który chętnie pochylił się nad ofiarowanym mu (jemu i bogini) sianie. Wkrótce potem stajenny spod wejścia przyniósł mu zamówiony obrok i wiadro z wodą.
Zwierzę z wyraźną ulgą przyjęło zdjęcie mu kulbaki i pozostałego oporządzenia. Eist świetnie je rozumiał, samemu także odżywając po zrzuceniu z siebie przeszywanicy, która mimo lekkości potrafiła dać się we znaki po dłuższej podróży.
A co? Będziesz się modlił? — zapytał go wychodzący z boksu obok Ruberd, nieumyślnie odgadując jeden z powodów zwłoki towarzysza. — Dobra, wezmę ci.
Poddany zabiegom pielęgnacyjnym wierzchowiec od razu zaczął prezentować się lepiej, a zdawał się być z nich rady. I najwyraźniej bardzo spragniony wnioskując po tym, jak przyssał się do wiadra.
Cintryjczyk mógł ocenić stan podków jako zadowalający. Powinny były jeszcze posłużyć przez wiele mil, a w razie potrzeby, wiedział, że może zwrócić się do Egidia, który nie dość, że miał na zbyciu kilka podków, to jeszcze znał się na podkuwaniu. A na dodatek brał od znajomych tylko piętnaście orenów za robociznę.
Sprawiwszy konia i siebie, Eist ruszył w kierunku gospody. Po dotarciu na miejsce „Czarny Kot” odkrył przed nimi swoje podwoje, ziściwszy się pod postacią ciemnego wnętrza wypełnionego również ciemnymi, a raczej przyciemnionymi od dymu meblami. Te ostatnie były dosyć wiekowe, lecz zaskakująco dobrze wykonane jak na standardy zwykłej, podróżnej gospody, zwłaszcza takiej, w której lepiej było chować trzos pod poduszkę. Zamiast na koślawo struganych ławach i zydlach, tutaj każdy mógł zasiąść sobie na krześle. Niektóre z nich wyposażone były w podłokietniki. Okiennice były wąskie i wyściełane zabrudzonymi błonami. Powietrze wewnątrz przesycone zapachem dymu, wędzonki i chmielu.
Długie deski, z których wykonano podłogę, skrzypiały pod krokami przybysza, który rozejrzawszy się pobieżnie po wnętrzu, mógł stwierdzić, że o tej porze, on i jego kompania z wozu są tutaj jedynymi gośćmi, oczywiście nie licząc miejscowych buraków, którzy uprzedzili ich o włos.
Korzystając z możliwości, jakie dawał im długi, masywny stół znajdujący się na lewo od wejścia, pod zwisającym z sufitu kandelabrem w postaci żelaznej obręby, cała ich grupa śniadała pospołu, racząc się piwem równie ciemnym co wnętrze i meble oraz czymś, co wyglądało na kaszę ze skwarkami. Wyposzczeni na suchym prowiancie podróżni nie pogardzili ciepłą strawą, nawet pomimo cienkiej omasty. Jedli żwawo i w skupieniu, straciwszy zwyczajową dla siebie gadatliwość.
Przy szynkwasie wyzierającym z murowanej ściany zauważył Egidia i Ruberda, odbierającego właśnie od służącej dwie miski parującej kaszy i dwa kufle ciemnego piwa. Krasnolud, zadzierając do góry głowę, by lepiej widzieć, konwersował z opartym o skraj szynkwasu ze starszawym wyłysiałym, tłustawym mężczyzną we fartuchu, muszącym być nikim innym jak wspomnianym już gospodarzem Zelmirem. Zelmir, kosząc oczami w kierunku wejścia, referował coś krasnoludowi nerwowo i zapamiętale, potrząsając przy tym drugim podbródkiem. Mówił szybko i półgłosem, do Cintryjczyka docierały wyłącznie strzępy ich rozmowy.
Kazali rychtować sobie alkierz… A dziewuchom… Nie, nie, żalu do was nie mam… Należało się… Ale wy pójdziecie, a oni wrócą i nie będą…
To twoje, bierz — zwrócił się doń Ruberd, kiedy spotkali się przy szynkwasie, ruchem głowy wskazując mu jego miskę i kufel. — Chodź, dosiądź się do nas. A przedtem zaklep sobie izbę, jeżeli zamiarujesz się tu zatrzymać.
► Pokaż Spoiler
Ilość słów: 0

Odpowiedz
meble kuchenne na wymiar cennik warszawa kraków wrocław