Plac Skrybów

Obrazek

Niewielkie, lecz bogate miasto cieszące się bogactwem zarówno materialnym jak i kulturalnym. W dużej mierze dzięki kurateli oraz potrzebom tutejszych magów przebywających w męskiej akademii czarodziejów zlokalizowanej w lasach nieopodal jego murów.


Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2388
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Plac Skrybów

Post autor: Dziki Gon » 23 mar 2021, 10:16

Obrazek Sąsiadujący od południowego zachodu z rynkiem głównym Plac Skrybów pełnił niegdyś funkcję rynku pomocniczego, na którym handlowano solą kamienną i kruszcami. Z czasem jednak skromne złoża pobliskich Gór Sinych zostały wyeksploatowane, kupcy przebranżowili się bądź splajtowali, a na dawnym Targu Mineralnym ostali się jeno skrybowie oraz ich pulpity, przy których sporządzali spisy towarów, umowy, weksle i wszelkiej maści obliczenia, czasem też świńskie fraszki dla krotochwili czy listy miłosne dla niepiśmiennych mieszkańców Ban Ard. Jako że tych ostatnich zawsze było pod dostatkiem, obrotni kopiści nie zasypiali gruszek w popiele. Wkrótce wszyscy w mieście wiedzieli, gdzie się udać, by list odczytać bądź zredagować własny, gdy samemu się nie potrafiło, a kojarzony ze skrybami plac obrodził w związane z piśmiennictwem sklepy i kramy, zyskując również obecną nazwę. Z bogatego asortymentu akcesoriów „biurowych” — od piór, nożyków, kałamarzy i atramentów, przez lak do pieczęci, tabliczki woskowe i rylce, po najrozmaitsze papiery i pergaminy — korzystają przede wszystkim rezydujący w pobliskiej Akademii Magii czarodzieje, lokalni możni, urzędnicy oraz oczywiście sami skrybowie. Z technicznego punktu widzenia plac jest kwadratem ubitej ziemi o boku około piętnastu sążni i luźnej kamienno-drewnianej zabudowie, której centrum stanowi nakryta żeliwną kratą nieczynna studnia. Nad placem góruje położona przy północnym jego krańcu trzykondygnacyjna kamienica z podcieniami nazywana Skrybówką, w której mieści się zagłębie ban ardzkiej działalności piśmienniczej. Jeśli wierzyć plotkom, oprócz romantycznych listów i pozwów obejmującej także kolportaż świńskich obrazków oraz treści wywrotowych.
Ilość słów: 0

Joreg
Awatar użytkownika
Posty: 172
Rejestracja: 19 maja 2022, 20:23
Miano: Joreg Borgerd
Zdrowie: W pełni sił
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Plac Skrybów

Post autor: Joreg » 11 lip 2023, 7:13

Nie kryjąc zdziwienia, Borgerd zatrzymał wzrok na strzemienniku, który jeszcze przed chwilą dorzucał cenne rady o ucieczce z miasta konno, teraz zaś godził się już z Lasotą w temacie pozostania w Ban Ard. Zdaje się, że starcze procesy myślowe zatrybiły sprawniej wyczuwając wyzwoloną wódką charyzmę, obecną w głosie łysego, półnagiego mężczyzny.
— Nie znam żadnego z nich, ale niech no tylko przyjdą mścić się za tego bandytę to im gołymi rękami nogi z dupy powyrywam… — Skwitował zbójecką wyliczankę Heckla, niezłośliwe, raczej składał obietnicę. Krasnolud sam przed sobą musiał przyznać, że wpakował się w niezłą kabałę. Zrobił to jednakże na własne życzenie, a uczynił tak przez wzgląd na wyznawane wartości.
Wartości te, wedle jego własnej oceny stanowić by mógłby o wiele lepszy fundament dla społeczeństwa, niźli treści niesione przez różnorakich, choć nie wszystkich kapłanów i innych szarlatanów. Tego zabij, bo wróg, tamtą spal na stosie, bo wiedźma, ale przede wszystkim płać, wysupłaj nieco grosza w ofierze swemu bóstwu, coby z głodu nie zdechło, biedne. W tym religijnym aspekcie nieco różnił się od Konrada Reusa, nie zmieniało to natomiast faktu, iż obecnie zarówno on, nieznanego wyznania Lasota, jak i sam Joreg, mieli wspólny cel. Ba! Z barwnej przemowy obdartego z ubrań najemnika wynikało, że teraz już wszyscy, bez wyjątków, zamieszani są w tę sprawę.
— Będę zobowiązany, panie zakonny. Pomoc twoja i twoich ludzi może zapewnić mi bezpieczeństwo, ale czy mogę na nią liczyć już, począwszy od tej nocy, tej chwili? — Propozycja Wielomira odnośnie innego miejsca na nocleg pozostała chwilowo otwarta, Joreg skinął twierdząco głową na jego słowa, jednocześnie starając się znaleźć rozwiązanie na własną rękę, aby nie nadużywać nowej znajomości oraz, by wykazać, że poza umiejętnościami bojowymi nie jest pozbawiony także podstawowych zdolności negocjacyjnych.
— Tak w ogóle to Joreg jestem, z Mahakamu. — Kenton Heckl i tak znał już krasnoludzką godność, toteż karzełek nie uznał za ryzykowne powtórzyć tę, wychodząc z założenia, że do odnalezienia go, bandytom wystarczyłby dokłady opis fizis. Wyciągnął urękawicznioną dłoń w kierunku Konrada celem dopełnienia introdukcji.
Po uwagach na temat własnego pochodzenia rasowego, a właściwe na temat podejścia władz miasta, w zasadzie każdego, do tego pochodzenia, Borgerd nieco się zasępił i splunął na bok.
— Żadna mi nowość, choćbym i waszego miłościwie panującego władcę własną rzycią zasłonił, prędzej lub później jego dwór znalazłby powód, żeby mnie o głowę skrócić. Jakbym, kurwa, był jakiś przy was zbyt wysoki! — W ostatnim zdaniu emocje wzięły górę i opancerzony kurdupel krzyknął, omal nie nawrzeszczał na ludzi, którzy co do zasady życzyli mu przecież dobrze.
Wedle wszelkich rad, należało sprawy Axta nie nagłaśniać, a przynajmniej nie wobec władz miasta, z czym po kilku wskazówkach i krótkim namyśle krasnolud był skłonny się zgodzić.
— Dobrze zatem, niechaj włodarze i służby się nie dowiedzą, ale to i tak za późno. Wsadziłem kij w mrowisko i po kościach się nie rozejdzie. Wystosujmy pismo do tego barona Kruga, albo tego drugiego. Pal licho, wyślijmy dwa listy! Niechby mi wasze podpisy i stosowna pieczęć, panie zakonny, Heckl i twój, Lasota, wystarczyły za dowód. Takiego pisma chyba nie zignorują, hm? — Zamiary Wielomira, choć śmiałe, zdawały się być remedium nie tylko na problem krasnoluda, zakrawały też na ogromną przysługę wobec ludności nękanej przez bandy. Joreg jednakoż nie był ani taktykiem, ani dowódcą, toteż w kwestii stworzenia grupy uderzeniowej do walki z przestępcami postanowił się nie wymądrzać. Jedyne co zrobił, to podniósł należący do Axta bastard, a potem odpiął martwiakowi buzdygan od pasa.
— Oczywiście, panie Lasota! Jak się powiedziało “a”, trzeba powiedzieć “b”, i tak dalej, aż się sprawa nie zakończy. Myślę tak, jeśliby miały pieczęcie i podpisy nie starczyć, niechaj goniec zabierze ze sobą to żelastwo. O ile rozumiem, ten cały Toivo był znanym zbójem i jest szansa, że ktoś rozpozna jego oręż. — Płomienna przemowa weterana najwyraźniej obudziła nowe pokłady energii w Joregu, bo ten klasnął w dłonie, potem, miarkując się, pacnął Lasotę w plecy, by zaraz unieść zaciśniętą pięść.
— Tak jest, urządźmy walne polowanie na tych zbirów! —
Ilość słów: 0

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2388
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Plac Skrybów

Post autor: Dziki Gon » 15 lip 2023, 23:01

Niejedna wrona pożywiła się dzięki Lasocie. Niejedna żona wylała przezeń ślozy. Życie starego wiarusa nie było usłane różami, częściej usiane trupami, usrane żołnierską dolą, która na swój skurwiony, spaczony sposób uczyniła go bywałym. Herby rozpoznawał na tarczach konnicy szarżującej, by wdeptać go w gówno, skomplikowane, wieloczłonowe nazwiska kute na kurhanach lub krzyczane wargami zdychających liczących na wykręcenie się okupem. Imiona, kolory, żywi, umarli mieszali mu się ze sobą we łbie, zupełnie jak w bitwie. Nie mógł tedy wiedzieć, że możni Krachtowie drzewiej równali się najznamienitszymi rodami Aedirn, obecnie z cienkobździejami i hołyszami, co natchnęło inkryminowanego Demasa, do wywalczenia im nowej sławy klingą i lwim prawem. Nazwisko Laroux widział tylko raz. W Wyzimie lub Mariborze przed zarazą. Pod nazwiskiem znajdował się rozmyty deszczem konterfekt i wzmianka o tysiącu orenów nagrody za żywego lub martwego. Miano Rakan mówiło mu całe gówno, nie wiedział nawet, czy w ogóle jest mianem. Gdyby usłyszał je w innym kontekście, może wziąłby je za zamorską broń, taką jak ta, którą posługiwał się jej obłąkany posiadacz.
Tłum wokół rzednął w oczach i rozchodził się do domostw. Niektórzy z wyraźnym żalem, że muszą opuszczać miejsce tak malowniczej burdy, ale zmuszeni do tego przez wzgląd na stanowisko czy reputację. Zarówno wśród szlachty, jak i pozostałych stanów nie brakowało trzęsidup, którzy rozpychali się łokciami, byle znaleźć się jak najdalej od awanturników i skrwawionego placyku ozdobionego dwoma trupami — koniem i jego panem. Nieliczni pozostali. Większość nielicznych stanowili zaś zawodnicy tacy jak Kent, na których miało spocząć zadanie posprzątanie tego burdelu. Byli też niebojaźliwi i ciekawscy, względnie bimbający sobie na konsekwencje i bawiący się świetnie. To właśnie wśród tej ostatniej grupy Lasocie udało znaleźć się najwierniejszych słuchaczy. Początkowo traktowali samowolną przemowę rozdzianego do pasa pojedynkowicza jako ostatnią atrakcję tego wieczoru, lecz wkrótce uśmiechy i parsknięcia przerodziły się w pomruki aprobaty i kiwanie głowami.
Wywołany przy wszystkich do tablicy rycerzyk w czerwieni, przybrał na gębie barwy swojego stroju. Tym razem za sprawą krwi uderzającej mu na jagody, nie sikającej z nosa.
Piefęć zakonna… Ja, mogę sprófować. Mofę fofrosić fełożonych... — plątał się zmieszany gówniarz, kłuty spojrzeniami i uwagą otaczających go ludzi. — Jeśli się sfgodzą, pomogą, ale, hmm, może lepfiej fyłofy oszczędzić im szczegółów. Ja przyjefałem tu fisiaj fez ich wiedzy…
Reszta przemowy Lasoty, chociaż płomienna, a przy tym polityczna, nie przyniosła żadnego rezultatu. Poza jednym.
Gładkogęby szlachetka ryknął serdecznym śmiechem na dictum i pomysł weterana, nagradzając go symboliczną owacją ubranych w rękawice z jeleniej skóry dłoni.
Podobacie mi się, waćpan. Macie więcej fantazji niż większość zgromadzonych tu kudłaczy — gestem szerokim i pełnym pogardy zatoczył na rozchodzące się do domostw towarzystwo. Pobrzękując sprzączkami u długich wysokich butów, wystąpił do przodu, zatykając kciuki za wzorzysty pas ze skóry, którym był przepasany. U pasa wisiała mu szabla, tuż obok niej zgrabny czekanik, ulubiona broń uczestników sejmików. Wzorem przedmówcy, i on przemawiał śmiało. Wzorem przedmówcy wiedział, jak i lubił to robić. Wzorem przedmówcy on także nie był trzeźwy. — Pieczęcią mego rodu na ten moment wolałbym się nie posługiwać. Chorągwią na ten moment nie dysponuję. Ale myślę, że hrabia Krug, mój dobry znajomy udzieli mi swojej, jeżeli tylko go o to poproszę i poznajomię z pogromcami jego wroga.
Młodzieniec przestąpił śmiało nad broczącym trupem, o którym przed chwilą była mowa, stając naprzeciw Lasoty. Mała Trevedic miała rację. Był niższy od niego.
Ratiz von Frentz — przedstawił mu się, choć wcale nie musiał.
„Pan Zakonny” pomimo niedawnego zakłopotania pytaniem o udzielenie pieczęci, ożywił się pod pytaniem krasnoluda, o to, czy może liczyć na jego pomoc.
Na honof, Jofegu z Mafakamu — rzekł po podaniu prawicy, z brzękiem uderzając się rękawicą o napierśnik. — Znajfiecie fe mnie tofaszysza do wyjafnienia spfawy. I fęczę, fe przestafie ją mym zwiefnikom najlepiej jak będę potrafił!
Słowa młodzieńca, pomimo seplenienia tym razem zabrzmiały pewnie i przekonująco. Krasnolud byłby skłonny uwierzyć, że znajdzie w młodzieńcu wsparcie, a jego przełożeni usłyszą na jego temat same dobre rzeczy.
Odpięty od trupa bastard Axta był ciężki dla zwykłego śmiertelnika. Jednak dla kogoś dysponującego joregową krzepą — wcale dobrze wyważony. Ale i tak, z powodu długości, przyjdzie mu go nosić pod skosem na plecach, niby kołczan. Choć niektórzy krzywili się na jawny szaber, nikt nie skomentował ani nie próbował go zatrzymać.
Tak, panie Joreg. Ten oręż jest znany. Bynajmniej z bronienia uciśnionych — stwierdził milczący od dłuższego czasu Heckl, który przyglądał się jego działaniom. — Wielu rozpozna po nim jego poprzedniego właściciela. Potraktujcie to jako przestrogę.

A jeżeli trzeba będzie wam schronienia w mieście — dodał, po chwili, zanim zdążył ugryźć się w język lub rozmyślić. — Przyjdźcie do mnie. Może znajdę wam miejsce do przeczekania. Wasz druh będzie wiedział, gdzie mnie znaleźć. Choć patrząc na kompanię, której właśnie się dorobiliście, zaczynam się zastanawiać, czy ktokolwiek zechce z wami zadrzeć.
Może próbować — zagroził giermek Haszek, prężąc imponujący kałdun.
Ilość słów: 0

Lasota
Awatar użytkownika
Posty: 276
Rejestracja: 21 kwie 2022, 12:02
Miano: Lasota z rodu Wielomirów
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Plac Skrybów

Post autor: Lasota » 16 lip 2023, 21:15

— Lasota z rodu Wielomira. — Zdradził swoją tożsamość godnie, niemal formalnie, decydując się na lekki ukłon. Patrzył na Ratiza z powagą, traktując jego słowa nie tylko jak obietnicę, ale również furtkę do nawiązania znajomości. Udało się wojownikowi zdobyć pierwszą kartę na ręce, jedną z następnych, dzięki którym rozegrałby partię podyktowaną życzeniem Very Trevedic. Trwało zdobywanie przewag, jednak również zawisła groźba zaskakującego rozwinięcia, zdolnego zmienić przebieg rozgrywki.
— Pozwolę sobie, panowie, uzupełnić opis adwersarzy.
Weteran oparł lewicę na biodrze, żeby wolnym ruchem prawicy rozpocząć gest. Uniesioną pięść przełamał wystawieniem palca wskazującego.
— Trzy figury nam zagrażają — rozpoczął nowy wątek inną tonacją. Stonowaną, jakoby opisującą oczywistość. — Kracht to ciężkie nazwisko. Wiekowy ród, dawniej znamienity i szanowany, zatarł nieubłaganie czas — zwalniał tempo mowy, nasycając je sentymentalną nutą. Zaczerpnął powietrza przez usta. — Znam takowe przypadki. Ludzi zdesperowanych, którzy nie mając za co żyć, decydują się umierać za tradycję i przeszłość. Zubożali szlachcice, błędni rycerze, a nawet bękarci wstępowali w szeregi najemników, żeby siłą kompanii odzyskać prestiż i odświeżyć linię krwi. Uzyskać prawa — zerknął na Jorega i Ratiza, widząc pomiędzy nimi swoiste podobieństwo. — Można poruszyć za stare struny Krachta. Jeżeli zaznał dzieciństwa w dobrym domu, otrzymał wychowanie, a takowe zostawia w człowieku struny. Sentyment, historia, przodkowie. Odpowiednio zagrane wywołują pożądany efekt – budzą sumienie — dokończył wywód, przesuwając wzrok na starego strzemiennika, jakoby był on żywym przykładem wysnutej hipotezy.
Środkowy palec. Powstał obraźliwy gest, popularny wśród łuczników, chociaż niewymierzony żadnego z panów i krasnoluda.
— Żywa legenda — powiedział, kiwając głową z uznaniem. — Rekrutowaliśmy temerskich chłopców, znamienici strzelcy i charakterni ludzie. Zanim Czerwona Śmierć wybuchła, widziałem to nazwisko. Jasna cholera, tysiąc orenów za człowieka! Gdybyśmy wtedy nie podejmowali się wsparcia królewskich wojsk, zapolowalibyśmy na delikwenta! Jeżeli to ten sam drań, będzie przeświadczony o swojej nietykalności. Doświadczony wilk, ale i stary już. Jak schorowany na pychę, należy go rozdrażnić. Jak dźwiga odpowiedzialność za młodych, należy w nich uderzyć. Tak się starych załatwia, kując w to, za co są oni odpowiedzialni — uśmiechnął się do Kenta w porozumiewawczym geście.
Palec serdeczny dołączył do pozostałych.
— No i zagadka. Pomyleniec. Pewnie i kat, więc go najszybciej ujrzymy, jak wyprowadzą atak, Joreg. Przygotuj się na to starcie — dokończył niepewne, niezadowolony z niemocy rozszerzenia opisu przeciwnika.
Lasota poczuł, że wszystko zostało wypowiedziane. Należało podsumować spotkanie.
— Panowie. Słowo się rzekło. Co zasialiśmy, musimy zebrać — zaczął, podkreślając wagę podjętych ustaleń oraz przysięg. — Proponuję jutro się spotkać od razu przy biurach skrybów, aby wykorzystać uprzejmość pana Ratiza — kiwnął w geście szacunku ku młodzianowi, gdy o nim mówił — i napisać zacny list narzędziami bądź usługą profesjonalistów. Zbierzmy się, gdy w świątyniach zacznie się tertia.
Spojrzał na Jorega oraz Haszeka
— Muszę wrócić po syna do Trzech Świerków. Mam tam również sprzęt. Zbierzmy ekwipunek i jeszcze tej nocy zmieńmy nocleg, aby nie dawać wrogom przewagi. Chyba jednego z nich tam widziałem, jak sobie smacznie wcinał kaszę — wspomniał o bydlaku ciągnącym Dara za ucho. — Tak widzę ten plan.
Rozejrzał się po kompanach, aby wyczytać z nich czy załapali lub zachęcając do uzupełnienia pomysłu.
Ilość słów: 0
Kill count:
  1. zaskroniec

Joreg
Awatar użytkownika
Posty: 172
Rejestracja: 19 maja 2022, 20:23
Miano: Joreg Borgerd
Zdrowie: W pełni sił
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Plac Skrybów

Post autor: Joreg » 26 lip 2023, 16:28

Z tarczą na plecach i mieczem wsuniętym do pochwy, Joreg poświęcił kilka sekund ocenie bastarda należącego do Toiva. Oręż Axta pewnie leżał w dłoni, należał do całkiem udanych wyrobów mieczniczych, co Joreg odnotował wywijając nim szybkiego młynka. Obecnie trzymał go w urękawicznionej dłoni, klingę opierając o bruk placu pod nogami i słuchając co rusz włączających się do rozmowy figur.
— Świetnie, zatem załatw chyżo sprawę, bo bardzo liczę na pomoc twoją i twej konfraterni. — Zwrócił się do Reusa entuzjastycznym tonem, w pełni przekonany o szczerości zamiarów rycerza.
Uwagę Borgerda, poza przemową Lasoty, przykuł także podpity szlachetka z szablą i czekanem, który, jak się szybko okazało, także opowiedział się po stronie prawa i sprawiedliwości względem bandziorów.
— Udzieli, albo nie udzieli. Musicie być w zażyłych stosunkach, skoroś taki pewny. Z tego rozumiem, że mielibyśmy tam wszyscy razem wyruszyć i poznać barona osobiście? —
Wyjaśniający tożsamość części bandyckiej szajki Lasota zaimponował Joregowi swoją orientacją. Takie drobne szczegóły dawały im pewną przewagę, za wyjątkiem, być może, sugerowanej metodologii. Joreg bowiem gotów był nie zgodzić się z Wielomirem w sprawie uderzania w odpowiedzialność, pochodzenie i sentymentalne nuty, przedkładając nad te metody, staroświeckie i genialne w swojej prostocie uderzanie piąchą w gębę.
— Tysiąc orenów — krasnolud cmoknął zaintrygowany— ładnie. Ciekawe, ile za tego dają… Albo za tego popierzeńca. Ja się tych hultajów nie boję, Lasota, zapewniam że jestem gotów choćby już! — Uniósł się na koniec, nieco zbity z tropu troską nowego towarzysza.
Krasnolud musiał też nareszcie podjąć decyzję o noclegu, a skoro ze wszystkich najlepiej poznał Lasotę, zdecydował pójść z nim.
— Dzięki, Kenton, ale nie. Ruszam pod Świerki z Lasotą, a potem zobaczę. W dwójkę mamy większe szanse, gdyby te świnie gdzieś się na nas zasadziły. Spotkajmy się jutro, tak jak zostało zaproponowane i poczyńmy dalsze kroki, by ten zbójecki kryzys zażegnać.
Nieco zniecierpliwiony, albo może pod naciskiem ciśnienia w pęcherzu, Joreg przestąpił z nogi na nogę.
— No, skoro wszystko już wiadomo to chodźmy. Wypada jeszcze coś chlapnąć przed snem, jutro zanosi się na długi dzień. — Gotów do drogi brodacz obejrzał się jeszcze na Lasotę, a jeżeli i ten był gotów, ruszył w stronę gospody.
Ilość słów: 0

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2388
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Plac Skrybów

Post autor: Dziki Gon » 31 lip 2023, 20:10

Jesteście dobrze poinformowani, Lasoto z rodu Wielomira. — Ratiz był pierwszym, który odezwał się po przemowie Lasoty, która pozostali na miejscu zawodnicy i widzowie gonitwy zechcieli z zainteresowaniem wysłuchać. — I polityczni. Ale na waszym miejscu nie przeceniałbym siły szlacheckich sentymentów. Poza jednym.
Spojrzenie młodego szlachcica przeniosło się na krasnoluda, do którego zwrócił się krótko po tym, kiedy deklarujący wsparcie Reus potwierdził swoją dyspozycję uderzeniem rękawicy o napierśnik.
Mówię o wróżdzie, przyrodzonym prawie każdego wysoko urodzonego. Mało który szlachcic pozwala sobie na poniechanie zemsty i utratę reputacji. Moje stosunki z hrabią Krugiem są niezgorsze, choć ostatnimi czasy względnie zaniedbane, przyznaję. Ale nie mam wątpliwości co do tego, że przewodząc poselstwu, które zaniesie mu tak świetną nowinę, odnowimy naszą komitywę z nawiązką. Jeżeli wyruszylibyśmy tam razem, hrabia nie odmówi mi… Jeżeli nie chorągwi, to przynajmniej posłuchu i schronienia.
Jeżeli zależałoby waszmościom na czasie... — Przekonany przemową Lasoty Strzemiennik zdecydował się wystąpić z szeregu i dorzucić swoje trzy koppery do całej sprawy. — Mogę zawieźć wasze pismo, komu trzeba. Rączości swego rumaka nie mam nic do zarzucenia, o czym mieli się okazję panowie przekonać śledząc wysiłki skromnego sługi pani Epony podczas gonitwy. Ręczę, że wieści dotrą do hrabiego w rekordowym tempie, choć nie obiecuję, że będę umiał zjednać go sobie tak jak panicz Ratiz.
Po chwili czasu, jaki potrzebowali na zastanowienie się, Kent przyjął decyzję krasnoluda. Zzuwając rękawicę, pożegnał go uściśnięciem prawicy. Zwalczając krótkie zawahanie, powtórzył ten gest również wobec Lasoty.
Uważajcie na siebie. Nie szukajcie głupio śmierci — powiedział, przy ostatnim wtrąceniu nie bez kozery zwracając się w stronę potomka Wielomira, ciągle stojącym przed nimi rozdziany do pasa i na wpół pijany. — Gdyby było źle, spróbuję wam pomóc. A teraz idźcie, załatwiajcie swoje sprawy, bo od jutra będziecie musieli mieć się na baczności.
Ilość słów: 0

Joreg
Awatar użytkownika
Posty: 172
Rejestracja: 19 maja 2022, 20:23
Miano: Joreg Borgerd
Zdrowie: W pełni sił
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Plac Skrybów

Post autor: Joreg » 01 sie 2023, 20:09

Padło tej nocy wiele słów popartych otwartymi deklaracjami pomocy. Po niezbyt udanym początku imprezy, ludzie z Ban Ard, przynajmniej w niewielkiej części, okazali się życzliwi, względnie tylko sprawiali takie wrażenie. Joreg nie miał wątpliwości, że większość z tej zapowiedzianej dobroci zawdzięczał towarzystwu Lasoty z rodu Wielomirów.
— Z takim gońcem odpowiedź zyskamy pewnikiem lada dzień. — Podsumował tylko, następnie żegnając się z Kentonem, za jego przykładem ściągając rękawicę przez uściśnięciem dłoni. Joreg pożegnał właściwie każdego, jeśli nie podobnym gestem, to przynajmniej słowem i skinieniem kudłatej głowy. Nieco znużony gadaniem i dosyć aktywnie spędzonym dniem, krasnolud chętnie ruszył do "Trzech Świerków" u boku roznegliżowanego weterana.

Będąc w gospodzie, krasnolud zażyczył sobie jeszcze piwa, chleba, smalcu ze skwarkami i ogórków, kiszonych albo świeżych, wszystkiego w takiej w ilości takiej, by i Lasota mógł zapchać kiszkę. Zaspokajając głód i pragnienie, miał okazję pokrótce omówić z nowym towarzyszem plan dnia jutrzejszego, a jako, że pora była późna, a oni obaj zmęczeni, niebawem udał się na spoczynek. Porządny sen miał przynieść mu wytchnienie, a nadchodzący poranek świeże spojrzenie na sprawę i nowe pokłady energii do wykorzystania.

Joreg wstał niedługo przed świtem, a pierwszym co zrobił, było wyczyszczenie poplamionych krwią elementów ubrania, pancerza oraz oręża. Następnie przystąpił do porannej toalety, polegającej między innymi na starannym doprowadzeniu brody do porządku, dopiero potem udał się do głównej izby celem posilenia się. Tym razem, miast opijać karczmarza z piwa od samego rana, zażyczył sobie kompotu, w najgorszym wypadku tylko czystej wody oraz solidnej jajecznicy z cebulą, szczypiorem, boczkiem i pomidorami oraz pajdę chleba na śniadanie.
Najadłszy się, był wreszcie gotów przystąpić do zapowiedzianego uprzedniej nocy treningu, mającego przyjąć formę zapasów. Brodacz rozdział się do pasa i stanął w szranki kolejno z każdym z chętnych, a nawet zaproponował, by Haszek z Lasotą walczyli przeciw niemu wespół, co mogłoby być całkiem niezłą gratką dla obecnej na placu przed gospodą latorośli rodu Wielomirów, obserwującej całą tą kotłowaninę.
Czas mijał nieubłaganie, gonił zróżnicowaną drużynę do podjęcia innych planowych obowiązków, toteż niedługo po treningu Joreg Borgerd był znów uzbrojony po zęby, tym razem jednakże odpuszczając sobie ciężki metalowy napierśnik. Zamiast tego, włożył na siebie pancerz, który bez wątpienia możnaby uznać za paradny. Zgniłozielona zbroja z Ys wykonana została z łusek i twardego jak kamień koralowca. Usiana została drobnymi, sztywno umocowanymi zdobieniami wykonanymi z fragmentów koralowca oraz rzeźbionych kości istot zamieszkujących morskie głębiny. Nie brakowało też artystycznych grawerów wykonanych w łusce, na których widać było podobizny podwodnych roślin oraz zwierząt, a i chyba nawet jakieś niezrozumiałe sceny obyczajowe. Tego ostatniego krasnolud wciąż nie rozszyfrował, ani specjalnie się nad tymi rycinami nie głowił, bo przecież najważniejsze w tym wszystkim było solidne, staranne wykonanie uczynione ręką mistrza - a czy ręka ta porośnięta była łuską, czy też skórą, nie miało większego znaczenia. Karwasze, kolcze nogawice, ułożona na plecach ofirska tarcza i wyczyszczony miecz w pochwie, a także rękawice na dłoniach dopełniały widoku. Całą resztą swojego majdanu Borgerd objuczył konia. Najedzone i napojone zwierzę wyprowadził za uzdę ze stajni, co dla obserwujących mogło być widokiem dosyć kosmicznym, gdyż zgodnie z wczorajszą uwagą Lasoty, krasnoludowi istotnie byłaby potrzeba drabina, by dosiąść kaedwena.
— Ruszajmy spisać list i odnaleźć Ardifa, muszę przekazać mu ten miecz. Potem trzeba uzupełnić ekwipunek, przydałoby się mieć czym związać te ścierwa, o ile którekolwiek ujdzie z życiem. — Tego dnia krasnolud nie mówił zbyt wiele, jakby czuł wiszące w powietrzu napięcie. Starał się być czujny i trzymać ustalonego toku działania, by zyskać przewagę nad zbójami, którzy prawdopodobnie już znali ich tożsamość.
— Potem poszukam jakichś nieludzi i rozpytam ich o tę bandę, jakoś tak w moczu czuję, że ludzie nie będą chcieli ze mną gadać. Gdzie się spotkamy, żeby wymienić informacje i zaplanować następny krok? — Otrzymawszy odpowiedź, skinął głową twierdząco.
Gdy już spotkali się z Ratizem i Ardifem, brodacz oddał temu drugiemu miecz Axta mający być swoistym poświadczeniem spisanych słów niesionych przez Lenarda do barona.
Wśród kupców, Joreg poszukiwał niewielu artykułów. Właściwie na liście miał tylko pięć metrów solidnej liny, oraz zestaw wyważonych do rzucania toporków, dajmy na to, pięciu sztuk, co i tak wydawało się nadmiarem biorąc pod uwagę skłonność brodacza do walki w zwarciu. Koniec końców Wróbel nauczył go całkiem nieźle rzucać, należałoby sprawdzić, jak wychodzi to w ferworze walki, w praktyce.
Ostatnim, najważniejszym zadaniem, była próba zgromadzenia informacji na temat szajki Axta, lub szjaki której Toivo był częścią. W rozmowach z chętnymi udzielić jakiegokolwiek wsparcia, często wymieniał kolejno miana: zaszlachtowany Toivo Axt, upadły szlachcic Kracht, Laroux, o głowie cennej jakoby pozłacanej oraz Rakan, o którym wiedział tylko tyle, co wywnioskował, czyli, że jest niezrównoważony, a przy tym brutalny. Poza samą próbą pozyskania informacji, starał się wyczuć rozmówców i jeżeli tylko byłaby ku temu iskierka nadziei, Joreg oferował udział w wyprawie przeciwko zbójcom, jako zapłatę oferując niewielką część nagrody za ich głowy, a jednocześnie gwarantując, że na ewentualną wyprawę ruszą w towarzystwie prawdziwych wojów z krwi i kości, nie byle wypierdów szukających rozgłosu.
Ilość słów: 0

Lasota
Awatar użytkownika
Posty: 276
Rejestracja: 21 kwie 2022, 12:02
Miano: Lasota z rodu Wielomirów
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Plac Skrybów

Post autor: Lasota » 04 sie 2023, 12:58

— To zaszczyt skorzystać z waszej pomocy, więc zapraszamy na miejsce spotkania. Po napisaniu listu przekażemy go pod twoją pieczę razem z brzeszczotem — odpowiedział Strzemiennikowi z nieukrywanym zadowoleniem.
Wojownik z otwartością pożegnał się z gospodarzem, nie tylko uściśnięciem dłoni, ale również poklepaniem po barku i serdecznym uśmiechem.
— Będzie dobrze. Rozwiążemy kwestię tej bandy. — odrzekł w szelmowskiej manierze, z udawaną pychą. — Jesteśmy wdzięczni za pomoc — dokończył już zupełnie szczerze.
— Dobra, panowie! Wiemy, co mamy robić. Spotykamy się jutro, wyśpijcie się.
Zanim opuścił teren imprezy, podszedł do truchła Toivo. Zerknął na nie przymrużonymi oczami, niemal z wyrozumiałością, po czym podniósł buzdygan i oparł go na swoim ramieniu.
— Zaopiekuję się twoją bronią.

Lasota Wielomir musiał zaopiekować się również własnym synem. Kiedy wrócił do karczmy – po drodze omawiając szczegóły jutrzejszego dnia – odmówił nocnego posiedzenia, żeby od razu udać się do wynajętego pokoju. Tam podziękował opiekunce i zwolnił z posługi. Przed snem zerknął na śpiącego syna, a kiedy pojął, że patrzył na niego pijanym wzrokiem, poczuł się podle.
Rano ojciec wstał w nienajlepszym humorze. Zaczął dzień od modlitwy do Wszechmatki, prosząc ją o siłę i wybawienie, jednak zdawał sobie sprawę, iż potrzebował bliższego kontaktu z boginią. Nie dotrzymał obietnicy zachowania trzeźwości, uległ słabości. Wielomir nie należał do melancholijnych osób, więc długo nie zadręczał się myślami, planując wyładować swoją złość otwarcie.
Zszedł na dół wraz z Daromirem.
— To mój syn i oczko w głowie. Daromir z rodu Wielomira. — Zaprezentował swego potomka Joregowi i Haszekowi, lekko popychając malca zachęcającym gestem do przywitania się z nieznajomymi.
— To nasi towarzysze — przycupnął przy synku, żeby wytłumaczyć mu sytuację, w której się znalazł. — Niedługo poznasz kolejnych panów. Tata postanowił pomóc miastu w pozbyciu się bandytów, ale nie zrobi tego sam — wykładał sprawę ciepłym, spokojnym głosem. — Śmiało, porozmawiaj z nimi, smyku!
Powstawszy, z troską obserwował próbę zaznajomienia dziecka z dorosłymi. Lasota zachowywał się sztywniej przy malcu, mniej swobodniej, zdawał się ważyć słowa i gesty.
Jednak w żaden sposób nie zamierzał ograniczać się w spełnieniu obietnicy danej Haszekowi, który sam wyszedł z inicjatywą wejścia w rolę giermka w zamian za łupy i naukę.
— Dobra, koniec tego pieszczenia się! — zwrócił się do grupy, ale patrzył na grubasa. — Nie możemy teraz wypaść z formy. Marsz na podwórko, czas na rozgrzewkę!
Rozgrzewka była jedynie początkiem katorgi, jaką Lasota zamierzał sprawić giermkowi. Pierw, po bożemu, rozgrzał ciało i sugerował kompanom naśladowanie jego ruchów, ponieważ znał się na ćwiczeniach fizycznych.
— A TERAZ BIEGNIESZ!!! SŁYSZYSZ?! BIEEEGNIEEESZ!!! — Palnął niespodziewanie dorosłemu uczniowi, wskazując mu jakiś kierunek.
Lasota biegł wraz z nim.
— SZYBCIEJ! SUNIESZ SIĘ JAK DUPA PO KAŁUŻY, TO NIE BIEG! SZYBCIEJ!!! — Darł mu się do ucha, przy okazji wyładowując złość. Nie oszczędzał pulchnego kompana, sprawdzając jego potencjał fizyczny, lecz również siłę woli, bez której nie dało się pokonać własnych ograniczeń.
— NA GLEBĘ, MÓWIĘ! GLEEEBAAA!!! — Padł wraz z nim. — Ciśniemy dwadzieścia pięć na dobry początek dnia! RAZ, RAZ, RAZ!!!
Dopiero po właściwym zmasakrowaniu Haszeka, przyszedł czas na zaproponowany pomysł krasnoluda. Panowie zmierzyli się w sparingu na gołe pięści, nie tylko ćwicząc koordynację ruchową, ale również pracę zespołową w próbie pokonania krasnoluda w formule dwóch na jednego. Po porządnym treningu, który pomógł przewietrzyć głowę weterana, nastał czas na lekkie śniadanie. Wedle życzenia jedli tylko Daromir i Joreg, bowiem Lasota oraz Haszek wcinali lekkostrawną potrawę, w porcji niewystarczającej, z całą pewnością drażniącą żołądek, niżeli zaspokającej.
— Trzeba się przyzwyczaić do głodu, poza tym lepiej się będziesz czuł, zaufaj mi — wytłumaczył. — Brzuszek ci podziękuje — zażartował, spoglądając na bebech kompana.

Ubrany już po swojemu, w zwyczajny strój, oddał pole krasnoludowi dzierżącemu niespotykany pancerz. Lasota rozdziawił usta, gdy patrzył na dzieło mu niepojęte, przypominające raczej opancerzenie króla zapomnianej rasy, zupełnie niepodobne do wszystkiego innego, co zastał na swojej drodze.
— Jasna cholera, skąd wytrzasnąłeś taką zbroję! Co to za materiał? Nie wygląda jak metal... — zastanawiał się na głos weteran.
Drużyna zebrała się pod biurami skrybów. Tam właśnie poproszono Ratiza o podyktowanie treści lub sporządzenie takowej za pomocą ręki skryby lub jego narzędzi. Wielomir rekomendował treść sugerującą korzyści wynikające ze współpracy, jednak nie zamierzał kierować Ratizem, ten znał barona i wiedział, jakich argumentów użyć. Później nastał czas na poinstruowanie Strzemiennika, przykazanie mu miecza Toivo jako dowodu potwierdzającego treść listu, a potem życzenia mu wszystkiego dobrego na drodze.
— W porządku. Zbierzcie ekwipunek, panowie, bo czas szykować się na wojnę — przemówił do kompanii poważnym głosem. — Nie wiemy, kiedy na nas ruszą. Naostrzcie miecze, wyposażcie się, opancerzcie się. Załatwcie swoje sprawunki, a potem spotkajmy się w Świerkach. Powodzenia.

Wielomir wyruszył z całym swoim dobytkiem na zakupy, uzbrojony po zęby, z tarczą na plecach i włócznią w ręku. W pierwszej kolejności zakupił napierśnik. Nie poszło gładko, ponieważ wojownik liczący każdy grosz nie zamierzał przystać na proponowaną cenę, więc targował się jak dziki. I, jak dziki, nie utargował ani jednej monety, bowiem kupiec, spokojny i opanowany niczym klif targany przez morskie fale, nie zmienił zdania. Zirytowany Lasota, powstrzymując łezkę w oku i drżącą ręką wypłacił należność. Na miejscu założył płytę, jakby zaraz miałby wyruszyć na walkę.
Następnie zakupił w aptece bandaże i zioła przeciwgorączkowe i przeciwbólowe z prośbą o wytłumaczenia, w jaki sposób należy to spożyć. Lasota zapłacił również na nówkę łopatę, linię i kotwiczkę do tejże. Obładowany był gotów na dalsze przygody. Resztę dnia postanowił spędzić w świątyni Melitele, albowiem poczuł duchową potrzebę. Tam zamierzał wziąć kapłankę na stronę, opowiedzieć jej o swoim alkoholizmie oraz ciężarze na sumieniu, ponieważ zachlał się wczoraj nocy. Poprosił o rady życiowe oraz błogosławieństwo dla siebie, syna oraz Haszeka, bowiem czekają na nich trudne wyzwania.
W chwili uniesienia, Lasota oddał świątyni wszystkie swoje pieniądze.
Oczyszczony, powrócił do swoich, gotowy na rozwój wydarzeń.
Ilość słów: 0
Kill count:
  1. zaskroniec

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2388
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Plac Skrybów

Post autor: Dziki Gon » 09 sie 2023, 21:18

Nad Ban Ard nastał słoneczny, pogodny dzień. Niedoszły sekundant Haszek spędzał go na skraju wypełniającego się pierwszymi interesami Placu Skrybów, pod budką z piwem. Opierając się plecami o budkę, z kuflem przyhołubionym do wydatnego brzuszyska, patrzył na pękającą na powierzchni pianę, zastanawiając się nad swoim zasranym życiem. Świeżo mianowany giermek wydobył z siebie ciężkie westchnięcie, a zaraz potem nie lżejsze beknięcie, pociągnąwszy sobie z kufla.
Kiedy wczoraj, napity, nażarty i pod wrażeniem urządzonego przez dwóch zawadiaków widowiska zdecydował się porzucić swojego starego pryncypała, kutwę i nadmidupę-cienkobździeja, nie spodziewał się, że zza stodoły wpadnie wprost do wychodka. Dwa cudaki: łysy i kurdupel, w których towarzystwie jeszcze do niedawna upatrywał świetlanej przyszłości, pomimo dzielących ich skrajności w jednej kwestii okazali się zaskakująco podobni — obydwaj byli zdrowo walnięci w czambuł.
Fakt, że potrafili koncertowo rozsmarować oponenta po bruku i pozyskali cenne znajomości, tylko częściowo kompensował fakt, że zachowywali się tak, jakby wyszli z jakiejś jebanej dziczy. Zaczęło się z samego rana, kiedy kurdupel wylazł na podwórze przed gospodę, wyglądając, jakby spadł z księżyca, wystrojony w najcudaczniejszy pancerz, jaki Haszek kiedykolwiek widział w życiu. Wyszedł, prowadząc za uzdę pozbawionego siodła konia, którego nie dosiadłby, nawet gdyby chciał — z drabiną czy bez, na pierwszy rzut oka znać było, że karzeł, jak każdy krasnolud, zna się na jeździectwie jak koza na pieprzu. Zostało mu przebieranie tymi pokracznymi kulasami po ziemi, wlokąc za sobą chabetę, która taszczyła jego zdobyczny majdan. A miała co taszczyć, bo brodaty skurwysyn chyba samotrzeć obdarł małą chorągiew, żeby zdobyć podobne łupy.
Haszkowi nie było dane dziwować się zbyt długo, bo łysa pała zaczął go musztrować, omal nie przyprawiając o częściową głuchotę, a niezaprzeczalnie o ochotę, żeby przywalić mu w mordę. Zamiast tego zarobił w nią samemu, przy okazji, kiedy ci dwaj idioci postanowili się pobić się między sobą, a na doczepkę wciągnąć w to Haszka. Wtedy to, siedząc na trawie z rozwalonym łukiem brwiowym i cofającym mu się do gardła śniadaniem, spocony jak bałwan latem po raz pierwszy pożałował swojej wczorajszej decyzji. Czuł się jednak na tyle do rzyci, by w przypływie optymizmu założyć, że gorzej już nie będzie i wbrew słowom łysego — w ich towarzystwie nie przyzwyczai się do głodu.
Było nie było, ich kompania prezentowała się wcale bogato. Dwaj uzbrojeni po zęby najmici, w towarzystwie giermka, objuczeni jak na wyprawę, mający za plecami możnych sprzymierzeńców. Z przyświecająca im misją i jak wierzyli, słusznym, celem. Idący pod bronią łysy prezentował się jak prawdziwie chrobry wojak, może nawet rycerz. Miał nawet własnego sokoła — wczorajszego wieczora, zaskarbiwszy sobie sympatię kolejnego podchmielonego i rozochoconego mordem szlachetkę, Lasota z rodu Wielomira otrzymał w prezencie tresowanego sokoła. Pijany szlachetka licytował się, że „umne ptaszysko” dostarczy list do barona nawet szybciej od Strzemiennika Ardifa. Początkowo prezent miał być tymczasowy, jednak po przekazaniu ptaka, właściciel zniknął w tłumie, by ulżyć pęcherzowi i nie znalazł się nigdy więcej. Ptaszysko zaś zostało. Faktycznie całkiem umne i posłusznie trwało przy nowym właścicielu, choć Haszka zdawało się nie cierpieć jak smok Proroka Lebiody. Pierwsze co zrobiło po zdjęciu kaptura, to rzuciło na giermka i odrapało, zaś po jego ponownym założeniu — obficie osrało mu rękaw. Poza sokołem łysy wojak miał też syna-albinosa. Smarkacz miał na oko pięć lat i był nawet mądrzejszy od sokoła i w przeciwieństwie do niego, nie osrał go ani nie podrapał. Popytał go trochę o to, czy jest wojem jego taty i czy idą na wojnę, po czym przeniósł większość swojej uwagi na o wiele bardziej interesujące zjawisko, jakim okazał się krasnolud. Dzieciak po raz pierwszy widział przedstawiciela tego gatunku z bliska, a co dopiero takiego obwieszonego sprzętem przywiezionym zza i dna morza. I dobrze, bo Haszek czuł pewien niepokój, kiedy gnojek patrzył na niego tymi swoimi króliczymi ślepiami.
Kiedy wszyscy dotarli na plac, celem umówionego spotkania ze Strzemiennikiem i szlachcicem. Obydwaj byli punktualni, lecz prędko pokazało się, że obecność obydwu naraz była wynikiem nieporozumienia.
Jeżeli mam coś wskórać w waszej sprawie — potrząsnął głową Ratiz, kiedy szykowali się do przekazania dowodu Ardifowi. — Musimy wyruszyć do barona razem jak należyta delegacja. W innym wypadku zdajcie się na własną inwencję i pomoc imć Ardifa, bo moje słowo skreślone na papierze straci połowę swojej mocy. Nie przeczę, że będzie to droga szybsza i łatwiejsza, ale baron nie da waszej sprawie należytego posłuchu. A na odpowiedź przyjdzie czekać wam do Lammas.
Von Frentz obstawiał twardo przy swojej racji, choć nie starał się ich usilnie przekonywać. Był jednak gotów im pomóc, gdyby zechcieli przemyśleć sprawę i zadziałać według jego sugestii. Opuściwszy ich towarzystwo, udzielił im wskazówek gdzie i kiedy go znaleźć — przed południem w gospodzie na obrzeżach zwanej „Bezimienną”.
Strzemiennik z kolei wyruszał z miasta jeszcze dziś, więc oczekiwał deklaracji tu i teraz. Jeśli zdecydowali się zawierzyć skreślone mu przez siebie pismo i dowód ubicia Axta, zabrałby je ze sobą, a siebie poza mury, by dostarczyć posłanie na ziemie barona Kruga.
Kiedy było po wszystkim, rozdzielili się. Kompania ruszyła na zakupy, celem uzupełnienia ekwipunku. Zanim trafił pod budkę, Haszek pomógł wzuć napierśnik nowemu pryncypałowi, który zdecydował się opancerzyć tu i teraz, pośrodku ludnego miasta. Mocowali się z płytą kilka minut, ale w końcu się udało i korzystając z zaaferowania łysego próbującym oddalać się synem, Haszek odbił pod budkę, by złapać chwilę oddechu z dala od samozwańczego oficera, który z jakiegoś powodu uparcie przekręcał go na „Haszeka”.
Oddychał tedy, między łykami, obserwując, jak łysy sadysta w towarzystwie swojego królika i sokoła oddala się w poszukiwaniu mandragory dla mas, by uleczyć skacowaną duszę. Wyprawa po zbawienie była z góry skazana na niepowodzenie — w całym Ban Ard nie było chramu Melitele. Nie znalazł swojej kapłanki, a jedynie starego kapelana, wyznawcę nauk Lebiody odpoczywającego w cieniu platana. Świątobliwy mąż wysłuchał uważnie sprawy, z którą przyszedł Lasota, spoglądając na weterana spod pomarszczonego namysłem czoła odsłoniętego pokrytą plamami łysiną. Łagodne wejrzenie mądrych oczu spoczęło na wojowniku.
Dostaniesz swoją radę, szukający prawdy — wyrzekł ochryple, pokiwawszy głową na cienkiej szyi. — Ale pierwej postaw mi klina. Harbuz tak mię napierdala po wczorajszym, że ledwo myślę. Tu niedaleko jest budka.
Przez krótki moment, bo łatwo było zgubić jego sylwetkę w tłumie, ekssekundant obserwował również wysiłki krasnoluda, który radził sobie niesporo, jak uliczna kurwa w deszczu. Próba zgromadzenia informacji na temat szajki Axta lub szjaki, której Toivo był częścią, zakończyła się niepowodzeniem. Chętnych udzielić jakiegokolwiek wsparcia nie znalazł. Widząc uzbrojonego krasnoluda rozpytującego o okoliczną bandę, większość odwracała się i przyspieszała kroku. Niektórzy, w tym jedyny rodak, którego spotkał, oprócz tego rozglądali się i spluwali, czasem dodając coś o „zasranych prowokatorach” bądź „czubach”. Znalazł tylko jednego życzliwego i uprzejmego słuchacza, który zatrzymał się i wysłuchał go, nie przerywając, a nawet potakując.
Zostawił go na moment i wrócił po dwóch minutach, w towarzystwie czterech zbrojnych w halabardy strażników, który zaszli go ze wszystkich stron, uniemożliwiając ucieczkę w zbierającym się na placu tłumku, który przeczuwając, co się święci, powoli przesuwał się na jego odległy skraj.
Łapy z dala od broni — rzucił bez ogródek komenderujący patrolem strażnik, obniżając trzymane w ręku drzewce, mierząc szpicem w Jorega. — Rzuć pas na ziemię.
► Pokaż Spoiler
Ilość słów: 0

Joreg
Awatar użytkownika
Posty: 172
Rejestracja: 19 maja 2022, 20:23
Miano: Joreg Borgerd
Zdrowie: W pełni sił
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Plac Skrybów

Post autor: Joreg » 11 sie 2023, 12:40

Poranny trening, choć dla niektórych intensywny, dla Jorega był jedynie rozgrzewką (głównie dla obitej przez Lasotę i Haszka gęby), a to dlatego, że postanowił nie brać udziału w musztrze zagotowanej Haszkowi przez Lasotę. Wszyscy wszakże wiedzieli, że krasnoludy nie przepadały za przebieżkami, szczególnie dłuższymi, jednocześnie będąc urodzonymi sprinterami, zabójczymi na krótkich dystansach. Po zakończeniu zmagań, zupełnie bez ironii, brodacz werbalnie docenił zdolności łysego najemnika.
Karzełek poświęcił nieco uwagi latorośli rodu Wielomirów, przy pierwszym spotkaniu nie kryjąc zdziwienia wyglądem chłopca. Czerwone niemal oczy, zupełnie białe włosy – wydawało się, jakoby to starzec zaklęty w dziecięcym ciele, ale tylko do momentu, aż się odezwał. Będąc od świtu w niezbyt dobrym nastroju do rozmów, Joreg odpowiadał zdawkowo, pozwalał się oglądać, niby okaz w klatce, a jeśliby chłopcu przyszło do głowy ciągnąć go za brodę, zagroziłby mu przetrzepaniem tyłka skórzanym pasem. Nie umknęło uwadze krasnoluda, że choć dotknięty jakąś chorobą, dzieciak w istocie miał rysy przywodzące na myśl jego ojca.
Po spotkaniu z możnymi nareszcie padły konkretne ustalenia działań, a więc po nieco ponad dobie spędzonej w Ban Ard, nowo założona kompania miała opuścić je wspólnie. Joreg podziękował Lenardowi za ofertę pomocy i na tym zakończyła się krótka znajomość. Wystarczyło zatem uzupełnić zapasy i rozejrzeć się za potencjalnie chętnymi do podjęcia niebezpiecznej pracy, a potem udać się do "Bezimiennej". Niestety, chętnych do stawienia czoła bandytom nie było, a i nawet napotkany rodak napluł mu pod nogi i zbluzgał. Krasnolud nie poddawał się jednakże i kiedy już zobaczył światełko w tunelu w postaci jedynego zainteresowanego, tedy ten sam skurwysyn napuścił na niego lokalne służby porządkowe. "W samą porę", pomyślał, "jak zawsze przylezą wtedy, kiedy ich nie trzeba."
Otoczony przez czwórkę uzbrojonych strażników, Borgerd rozejrzał się dookoła, bynajmniej w poszukiwaniu ratunku. Zamierzał ocenić swoje szanse, wobec czego migiem doszedł do wniosku, że podziurawią mu rzyć jak ser, jeśli tylko ośmieli się nie wykonać polecenia. Zanim jednakże odpiął pas z mieczem, rozpostarł dłonie by pokazać, że nic w nich nie trzyma i uniósł je nieco, tak, by ludzie mieli łapska na widoku.
— A pewnie, odepnę i nawet dobrowolnie z wami pójdę, jak tylko się dowiem, przez kogo, o co i z jakiego powodu zostałem oskarżony. — Upewniwszy się, że wszyscy dookoła widzieli już brak choćby wykałaczki w jego dłoniach, krasnolud skrzyżował ręce na piersi i wyczekująco gapił się w tego, co kazał mu się rozbroić.
Plany zaczynały się komplikować i Joreg szczerze liczył na to, że jeżeli już mają zapakować go za kraty, to lepiej będzie, gdy Wielomir dowie się o tym fakcie dopiero po spotkaniu z von Frentzem. W duchu liczył na poczciwość i słowność odnośnie wsparcia oferowanego przez Lasotę, choć sądząc po jego ekscentrycznym nieco charakterze, nie mógł mieć co do tego zupełnej pewności. Ludzie, jak się już niejednokrotnie przekonał, byli nieprzywidywali, a słowo większości z nich nie niosło ze sobą żadnej gwarancji, a co za tym idzie, nie dawało pewności, zamiast niej zostawiając jedynie nadzieję.
Po tym, jak Ardif opuścił miasto, sprawy skomplikowałyby się znacznie, gdyby Ratiz stracił cierpliwość i opuścił oberżę pozostawiając ich sprawę samą sobie, bez najmniejszego wsparcia.
Ilość słów: 0

Lasota
Awatar użytkownika
Posty: 276
Rejestracja: 21 kwie 2022, 12:02
Miano: Lasota z rodu Wielomirów
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Plac Skrybów

Post autor: Lasota » 17 sie 2023, 1:37

Ojciec spoglądał w oczy skacowanego kapłana ze zrozumieniem, doszukując się w nich sekretów wiary. Pierw, odruchowo, zamierzał przywalić mu w mordę, bo zamiast sekretów, znalazł w nich własne odbicie, ale powstrzymawszy ochotę obecnością syna, wyciągnął rękę ku duchownemu, w której spoczywał skarb ukryty za palcami.
— Jestem pijakiem, ojcze — przemówił, wręczając trzy dukaty słuchaczowi — i chcę się wyzwolić z łańcuchów nałogu. Powiedz mi, jak?! Jak?! — Zapytał, niemal wybuchając. Uniósł rękę, niby w geście przypierdolenia, w istocie jednak symbolizowała ona zachowanie równowagi, gdy zatrzymała się przy jego zamyślonej facjacie. Zamknął oczy, lekko uniósł podbródek, trwał w pozie filozofia, lecz w środku wojował z samym sobą, zdławiając pokusy.
— Wszechmatko moja...
Wyciągnął amulet, pogrążając się w medytacji. Najpierw pomodlił się do Melitele o zbawienie, jednak niedługo później skoncentrowane myśli wyrwały się spod władzy uwagi i powędrowały własnym szlakiem. Pierw ku niedawnym wydarzeniom, dzięki którym Lasota otrzymał sokoła. Zszokowany tym faktem, wtedy jeszcze, pod wpływem wódki oraz innych fluidów, nie wiedział, jak się zająć ptakiem, tym bardziej utwierdzając się w przekonaniu o własnej niekompetencji na trzeźwo. Później przypomniał sobie, jak rozwiązał nieporozumienie pomiędzy Ratizem a Strzemiennikiem. Przystał na opcję redańskiego szlachcica, życząc wszystkiego najlepszego jeźdźcowi, zwalniając go z przysługi.
— Haszek, trzeba będzie się przygotować na wyprawę. Będziemy... Haszek? — dopiero po chwili zdał sobie sprawę o nieobecności giermka.
— Daro, gdzie się podział Haszek?
Po rozglądaniu się i poszukiwaniach giermka, w końcu przyuważył go przy budce z piwem. Podirytowany Lasota zgromił go spojrzeniem, szykując ostrą burę, lecz po chwili zorientował się, że nie miał do czynienia z gówniarzem, a dorosłym osobnikiem, więc spojrzenie złagodniało. Oblicze nauczyciela stało się zdegustowane.
— Haszek, Haszek — zaczął, kręcąc głową. — Twój browar, ale jak będziesz chlać, niczego nie osiągniesz w naszych treningach — skomentował sucho, bez większego polotu.
— Znajdźmy krasnoluda.
Po chwili szwendania się po mieście, drużyna napotkała krasnoluda zamkniętego w kordonie umundurowanych ciał i broni drzewcowej. Lasota, zaskoczony sytuacją, zupełnie nieprzygotowany na okoliczności, postanowił improwizować.
— Jasna cholera... — powstrzymał przekleństwo. — Dobra, wczujcie się w role — palnął do syna i giermka, ale cały czas obserwował zajście z Joregiem.
Lasota wyruszył w kierunku zdarzenia, wprost, wypinając opancerzoną nówką pierś, z sokołem i włócznią w ręce, mrużąc oczy niby srogo, niby z chłodem.
— Mój sługo?! Gdzieś ty się szwendał, gdy trzeba mi oręż wyczyścić! Płyty wypolerować! Sokoła nakarmić i ubrania wyprać, bo owy sokół je obsrał! Pędraku, coś ty się wpakował?! — zaczął gromkim głosem, skupiając uwagę wszystkich dookoła. — Pędrak, sprawiłeś kłopoty strażnikom miejskim?! Ludziom prawa?! TY?! — ciągnął udawanym gniewem, rozgorączkowany, kiwając z dezaprobatą głową tak często i energicznie, jakby zamierzał sam sobie kręgi nastawić albo je przekręcić na dobre. — Moi panowie drodzy — zwrócił się do straży. — To ogromne nieporozumienie, za które chylę czoła i przepraszam.
Uniósł brew.
— Jestem Lasota z rodu Wielomira herbu Złotej Sosny. — Nagle wyciągnął rękę, ku Haszkowi, aby powstrzymać go przed czymś. — Nie ma czasu na wymienianie moich wszystkich tytułów i zaszczytów, bowiem teraz i tutaj mój nieporadny i głupi sługa, Pędrak, podpadł. Dlatego, proszę, powiedzcie mi, co się tutaj stało i jak mogę rozwiązać ten problem?
Pociekła kropelka potu po skroni wojaka, zadrżała mu powieka, gdy zerknął porozumiewawczo na Jorega, który wcale nie wyglądał na sługę i pędraka piorącego obsrane po sokole ubrania.
Ilość słów: 0
Kill count:
  1. zaskroniec

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2388
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Plac Skrybów

Post autor: Dziki Gon » 20 sie 2023, 18:57

Sztych halabardy nie przestawał wskazywać krasnoluda, nawet po tym, jak jego pas znalazł się na ziemi. Pomimo tego ani przemawiający człowiek, ani jego trzej kompani nie wyglądali, jakby czuli się zagrożeni. Stali swobodnie, w lekkim rozkroku, trzymając dłonie na drzewcach i rękojeściach broni, miast drzewcami i klingami kłując go spojrzeniami. Joreg wyróżniał się w tłumie nawet jak na krasnoluda.
A jak się nie dowiesz? — Zapytał strażnik stojący po jego prawej. — To co zrobisz?
Pytanie było retoryczne i obliczone na prowokację. Pozostali trzej nie przyłączyli się do niej, zachowując pozór profesjonalizmu. Ban Ard uchodziło za cywilizowane miasto.
Ban Ard to cywilizowane miasto — oświadczył mu ten, który mówił pierwszy i nonszalancko trzymał halabardę przed jego twarzą, chyba bardziej z lekceważenia niż dla bezpieczeństwa. — Nagabywanie obywateli i podjudzanie do tumultów to zakłócanie porządku.
Pomimo że udzielono mu grzecznej i zimnej odpowiedzi, Joreg odnosił wrażenie, że otaczający go strażnicy woleliby z nim postąpić, tak jak zwykło się to robić z nieludźmi w mniej cywilizowanych okolicach — wlokąc na powrozie w kierunku najbliższej jamy czy gałęzi.
Idziesz z nami.
Kiedy mieli ruszać i wyegzekwować to samo od krasnoluda, na scenie zatrzymania pojawił się pobrzękujący zbroją Lasota w towarzystwie grubasa, sokoła i małego albinosa. W komplecie z wystrojonym krasnoludem cała czwórka dla postronnego obserwatora wyglądała teraz jak mająca problemy z prawem trupa cyrkowa.
Obserwujący to Deus Ex Machina stróż porządku opuścił halabardę i samemu uniósł brew, spoglądając na odsiecz jak na bawiącego się ekskrementami idiotę. Usta strażnika nie wyraziły jednak tego, co sugerowały oczy. Może przez ludzkie i szlacheckie pochodzenie nowego uczestnika sceny. Może z powodu błyszczącego nowością napierśnika i buławy kołyszącej się u pasa. Albo zwyczajnie lubił cyrk i był ciekaw puenty tej farsy.
Wielomir dokonał introdukcji, w ostatniej chwili powstrzymując Haszka gestem przed podrapaniem się w tyłek. Jego nowy podkomendny zamarł z dłonią w pół drogi do prawego półdupka.
Na zadane pytanie odpowiedział mu dotychczas milczący strażnik stojący na wschód od Jorega.
Idąc w swoją stronę. Nie przeszkadzając nam w pracy… — wymienił po udawanym namyśle.
Mówiąc prawdę — uzupełnił ten z opuszczoną halabardą. — Jeśli znacie tego krasnoluda, wiecie, kim jest i jak się nazywa. W rzeczywistości, nie waszej barwnej imaginacji.
Panie szlachcic — dokończył uprzejmie.
Ilość słów: 0

Lasota
Awatar użytkownika
Posty: 276
Rejestracja: 21 kwie 2022, 12:02
Miano: Lasota z rodu Wielomirów
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Plac Skrybów

Post autor: Lasota » 20 sie 2023, 20:05

Wstyd przypominał ranę. Niektórzy zbytnio przejmowali się bólem, pogrążając się w niemocy w trakcie jego przeżywania, lecz Lasota postanowił przyjąć zażenowanie niczym przyjaciela, akceptując zdarzenie, do którego wtargnął jak kompletny idiota. W stylu błazna zdobył uwagę strażników i kupił chwilę na negocjacje.
Poczuł w rękach fantomowe karty, którymi postanowił rozegrać nierówną partię. Jedna z figur została już wyłożona, dzięki niej spojrzenia straży utkwiły na postaci wojownika.
— Krasnolud nazywa się Joreg. Pracuje dla mnie. — Zmienił ton na neutralny, aby przygotować rozmowę na poważniejszą formę. Wycofawszy się z aktorskiej szopki, mężczyzna zaczął ważyć słowa.
Ręka wyłożyła drugą kartę, szlachcic zaczął uważnie obserwować mowę ciała strażników miejskich i wsłuchiwał się w nuty emocji, jeżeli takowe się pojawią w rozmowie.
— Tropimy wyjątkowo niebezpieczną szajkę przestępców, którzy mają powiązania z Larouxem, człowieka poszukiwanego we wszystkich królestwach — ujawnił swoje motywacje, posługując się mocą niesławnej godności bandyty — Sądzimy, że jego banda jest w mieście — dokończył, kończąc tłumaczenie własnej sytuacji opanowanym głosem.
Wygląda na to, że doszło tutaj do nieporozumienia. Co uczynił Joreg, że zamierzacie go potraktować tak surowo — zapytał prawie retorycznie, bo z jednej strony zdawał sobie sprawę z nieludzkiego pochodzenia towarzysza, ale Wielomirowi zależało na kontynuowanie rozmowy w celu wykaraskania brodacza z tarapatów. — Nie widzę trupów, nikt nie okrzyknął go złodziejem, nikogo nie pobił — wymieniał z udawanym zdziwieniem. — Ostatnio Ban Ard nękają kłopoty. Magiczna mgła spowijająca siedzibę magów. Porwania i straszliwe burze. Bandyci. Wiele problemów, a jednak Joreg nie jest problemem, jak sądzę.
Wielomir wykonał krok naprzód ku strażnikom.
— Panowie strażnicy. Czy mamy problem do rozwiązania? Słucham.— Odważył się na rozkazujący ton, chociaż niewykrzyczany, z całą pewnością projektujący wyższość Lasoty nad służbistami.
Ilość słów: 0
Kill count:
  1. zaskroniec

Joreg
Awatar użytkownika
Posty: 172
Rejestracja: 19 maja 2022, 20:23
Miano: Joreg Borgerd
Zdrowie: W pełni sił
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Plac Skrybów

Post autor: Joreg » 21 sie 2023, 14:27

Pomimo prowokacyjnego tonu strażnika, krasnolud stał jak stał, nie drgnął nawet o milimetr. Zacisnął za to usta na krótką chwilę, przełknął siarczystą obelgę i złapał głęboki wdech. Skądinąd miał spore doświadczenie z ludźmi i mógł się spodziewać, że zbyt wiele nie ugra, może poza upływającym z wolna czasem.
— Nagabywanie-sranie. Chętnych do kompanii szukałem — burknął oburzonym tonem. — Chętnych, znaczy się, wyręczyć szanowną straż miejską z jej zaplutego obowiązku. A przy okazji zarobić nieco. —
Zdając sobie sprawę, że zbyt wiele nie wskóra, Joreg był już gotów podążyć za stróżami prawa, kiedy nagle w okolicy pojawił się Lasota z rodu Wielomirów.
Z jednej strony, Borgerd nie sądził, że kiedykolwiek szczerze ucieszy się na widok łysego szlachcica, długimi krokami stąpającemu ku zamieszaniu. Z drugiej jednak, za nazywanie go per “Pędrak”, najchętniej wybiłby mu zęby. Nie posiadając zdolności ni aktorskich, ni improwizatorskich, zezłościł się w pierwszej chwili, gromiąc Lasotę spojrzeniem, by dopiero po kilku sekundach zrozumieć, co próbuje on osiągnąć. Brodacz, najwyraźniej nieco zrezygnowany, otrzepał dłońmi spodnie i z zażenowaniem pokiwał głową obserwując rozgrywającą się wokół niego szopkę, aż do momentu, w którym szlachcic opamiętał się nieco pod werbalnym naciskiem stróżów prawa.
— Zgadza się, zamierzamy uwolnić okolicę od tych zbójów. Jak mówiłem, chętnych do kompanii szukałem. A jak miałem szukać? Ogłoszenie kreślić, w stołek w karczmie pierdzieć, aż się kto znajdzie? Najszybciej się przecież słowo rzucone w tłum niesie. Poza tym, nikogo nawet nie obraziłem, o podżeganiu do tumultów nie mówiąc! — Z niezbyt rozmownego od rana krasnoluda nagle wylał się potok słów. Bez względu na to, jak jego nowy kompan rozpoczął rozmowę, zabłysło światełko w tunelu, gdyż oto być może pod naciskiem łysego szlachcica w płycie, strażnicy mieli podjąć decyzję rozsądniejszą, niż zamknięcie kolejnego kurdupla w celi. Póki co podjęli chociaż rozmowę.
— I to też się zgadza, Joreg jestem, z Mahakamu. Niejaki Vortig, inwestor oraz pan Kenton Heckl, też może potwierdzić moją tożsamość i fakt, że żaden ze mnie prowokator. Zarabiam mieczem, a obecnie, co także się zgadza, pracuję dla mości Lasoty, co to mnie z owym Kentonem zapoznał. — Chcąc dodać sobie wiarygodności, wymienił dodatkowe nazwiska, które, jak sądził, mają w mieście większą wagę i znaczenie niż żywot choćby i nawet dwóch tuzinów Joregów z Mahakamu.
Otoczony przez strażników krasnolud zaczął im się uważniej, a przy tym dość nachalnie przyglądać, bo tak na wszelki wypadek zamierzał zapamiętać sobie ich twarze. A mało to było przypadków korupcji w formacjach porządkowych? Niemało, a pies jeden tak naprawdę wiedział, na czyje zlecenie działali. Paranoiczna podejrzliwość wobec nieznajomych o nieprzyjaznych, słabo uzasadnionych zamiarach kazała brać pod uwagę nawet najmniej prawdopodobny przypadek, choć jak powszechnie wiadomo, najpewniej chodziło wyłącznie o wzrost i brodę podejrzanego.
Ilość słów: 0

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2388
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Plac Skrybów

Post autor: Dziki Gon » 29 sie 2023, 19:28

Łysy wojak okazał się przynajmniej dostatecznie przekonujący, by strażnicy z miejsca uwierzyli w jego skorygowaną wersję wydarzeń, w której to krasnolud był zatrudnionym przez szlachcica najemnikiem. Od momentu pojawienia się Lasoty „sługa” był przez przedstawicieli porządku ignorowany. Bynajmniej nie lekceważony — był uzbrojony, a jego postura wskazywała, że potrafi robić z tej broni użytek. Pachołcy miejscy zachowali zimną krew, ale byli gotowi na moment, w którym karzeł zechciałby zrobić z rękami coś więcej niż otrzepanie spodni. Jeden z nich sprawiał wrażenie, że na to czeka.
Na słowa krasnoluda wymienili spojrzenia. Może znaleźli w nich potwierdzenie zarzutów, może któreś z wymienionych nazwisk było im znane. Twarze mieli smutne i jak to u ludzi — mało zapadające w pamięć. Ot, krzywonos, blondyn, panicz i junak. Wszystko chude, wysokie i gołe na gębie. Żal było patrzeć, bo chłop bez brody to jak krowa bez ogona, jak mawiał stary Zwiebel, dobry druh do kufla, chociaż pierdolony Rivijczyk.
Miny strażników były poważne, a tony niezdradzające afektu. Nie byli pierwszymi lepszymi ciołkami z łapankami, którym dano do rąk halabardy. Tyle właśnie, bardziej biegły w militariach niż ludzkiej naturze, potrafił wyczytać z ich zachowania Lasota Wielomir.
Ten, który mówił najwięcej i patrzył na najwyższego szarszą, przyjął szczerość i rzeczowy ton rozmowy za dobrą monetę.
Tropicie z czyjegoś rozkazu? — Lasota wykładał karty, gdy znający tę grę strażnik robił do niej minę zawodowego pokerzysty. Ton, z jakim zadał to i następujące pytanie nie sugerował, która odpowiedź pogrąży ich bardziej. — Czy z prywaty?
Jest uzbrojony po zęby, stwarza potencjalne zagrożenie i jest nieludziem — odpowiedział retorycznie drugi strażnik.
Nikt nie kogo nie pobił i nie ma trupów, bo zareagowaliśmy w porę. — dodał milczący do tej pory czwarty, zwolennik prewencji.
Pozostali zmierzyli Lasotę wzrokiem. Jeżeli byli mu wdzięczni za uświadomienie skali problemów, które trapiły Ban Ard to nie dali tego po sobie poznać. Kiedy postąpił krok naprzód, nie poruszyli się, choć dwaj stojący bliżej unieśli dłonie do obciążonych pasów.
W mieście — zaczął zimno, lecz grzecznie, ten, który sprawiał pozór dowódcy. — Sądzi jaśnie wielmożny burgrabia. Z uwagi na wasz stan, to właśnie jemu wytłumaczycie się z postępowania swojego podkomendnego.
Wolelibyśmy uniknąć scen — rzekł, na moment przenosząc wzrok na krasnoluda, by z powrotem poświęcić uwagę Lasocie. — I krępowania was powrozem. Mogę zaufać, że pójdziecie po dobroci?
Ilość słów: 0

Joreg
Awatar użytkownika
Posty: 172
Rejestracja: 19 maja 2022, 20:23
Miano: Joreg Borgerd
Zdrowie: W pełni sił
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Plac Skrybów

Post autor: Joreg » 30 sie 2023, 9:40

Joreg gadał i gadał, próbując się w ten sposób jakkolwiek wytłumaczyć, lecz jego werbalne wysiłki spełzły na niczym. Strażnicy nawet nie zawracali sobie głowy potencjalnie niebezpiecznym, nieludzkim elementem – skazą na czystej jak łza dziewicy społeczności znamienitego miasta Ban Ard. Zamiast udzielić odpowiedzi, coraz bardziej nerwowo reagowali na tłumaczenia Lasoty z rodu Wielomirów. Nieszczególnie czujne oko krasnoluda wyłapało ruch dłoni zmierzających ku rękojeściom mieczy.
— Chodźmy — burknął do Lasoty tonem poddenerwowanym, a zarazem poirytowanym. — Te zakute łby pewnikiem i srają tylko na rozkaz. — Narastające w krasnoludzie napięcie odbiło się tym razem na gmeraniu w brodzie. To drapał się po zarośniętym podbródku, to znów warkocze poprawiał, trudno wszak było mu znieść obelgi, szczególnie w sytuacji, w której nie mógł jednemu z drugim wybić tychże ze łba, najlepiej wraz z siekaczami. Kiedy w końcu zdał sobie sprawę, że niweczy trud włożony w poranne ułożenie zarostu, opuścił ręce wzdłuż ciała, zacisnął mocno pięści i przestąpił z nogi na nogę. Nie zaprzestał przy tym gapienia się na gęby poszczególnych strażników, robiąc przy tym możliwie groźną minę. Szczęściem dla siebie, Borgerd potrafił zachować zimną krew w adekwatnych sytuacjach toteż na złowrogim łypaniu i nieprzychylnej uwadze póki co się skończyło. Póki co, istniało wszakże ryzyko, że strażnicy przekroczą granicę, a w krasnoludzie pękną ostatnie okowy nakazujące poddać się zasadom porządku publicznego.
Ilość słów: 0

Odpowiedz
meble kuchenne na wymiar cennik warszawa kraków wrocław