Plac Skrybów

Obrazek

Niewielkie, lecz bogate miasto cieszące się bogactwem zarówno materialnym jak i kulturalnym. W dużej mierze dzięki kurateli oraz potrzebom tutejszych magów przebywających w męskiej akademii czarodziejów zlokalizowanej w lasach nieopodal jego murów.


Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2395
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Plac Skrybów

Post autor: Dziki Gon » 23 mar 2021, 10:16

Obrazek Sąsiadujący od południowego zachodu z rynkiem głównym Plac Skrybów pełnił niegdyś funkcję rynku pomocniczego, na którym handlowano solą kamienną i kruszcami. Z czasem jednak skromne złoża pobliskich Gór Sinych zostały wyeksploatowane, kupcy przebranżowili się bądź splajtowali, a na dawnym Targu Mineralnym ostali się jeno skrybowie oraz ich pulpity, przy których sporządzali spisy towarów, umowy, weksle i wszelkiej maści obliczenia, czasem też świńskie fraszki dla krotochwili czy listy miłosne dla niepiśmiennych mieszkańców Ban Ard. Jako że tych ostatnich zawsze było pod dostatkiem, obrotni kopiści nie zasypiali gruszek w popiele. Wkrótce wszyscy w mieście wiedzieli, gdzie się udać, by list odczytać bądź zredagować własny, gdy samemu się nie potrafiło, a kojarzony ze skrybami plac obrodził w związane z piśmiennictwem sklepy i kramy, zyskując również obecną nazwę. Z bogatego asortymentu akcesoriów „biurowych” — od piór, nożyków, kałamarzy i atramentów, przez lak do pieczęci, tabliczki woskowe i rylce, po najrozmaitsze papiery i pergaminy — korzystają przede wszystkim rezydujący w pobliskiej Akademii Magii czarodzieje, lokalni możni, urzędnicy oraz oczywiście sami skrybowie. Z technicznego punktu widzenia plac jest kwadratem ubitej ziemi o boku około piętnastu sążni i luźnej kamienno-drewnianej zabudowie, której centrum stanowi nakryta żeliwną kratą nieczynna studnia. Nad placem góruje położona przy północnym jego krańcu trzykondygnacyjna kamienica z podcieniami nazywana Skrybówką, w której mieści się zagłębie ban ardzkiej działalności piśmienniczej. Jeśli wierzyć plotkom, oprócz romantycznych listów i pozwów obejmującej także kolportaż świńskich obrazków oraz treści wywrotowych.
Ilość słów: 0

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2395
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Plac Skrybów

Post autor: Dziki Gon » 05 lut 2023, 1:27

Chłopak przyjął relację ojca spokojnie. Spokojniej niż za pierwszym razem. Jego twarz zrobiła się bardziej nierozumiejąca niż przestraszona. Słuchał uważnie, trąc w zamyśleniu czoło, dając wiarę wszystkim słowom Lasoty.
Cudzy głos? — powtórzył niepewnie, by w następnej chwili obejrzeć dokładnie swoje ręce i spodnie, by upewnić się, że nie jest przemoczony.
Kolejną część relacji przyjął dobrze, wręcz z ekscytacją.
Czarodzieja? — Chłopak omal nie podskoczył na wzmiankę, ignorując już nie tak ciekawą resztę wypowiedzi. — Takiego prawdziwego?
Złapany za ramię, spoważniał, popatrzył na ojca, starając się sprostać pokładanej w jego męstwo wierze. Chłopak potaknął kilka razy głową, lecz za ostatnim razem spuścił ją, wbijając wzrok w ziemię.
Kiedy ja… Kiedy ja nic nie pamiętam. Nie czułem nic ani teraz, ani w lesie — odpowiedział rodzicielowi. Zaraz jednak odzyskał rezon, zaciskając małe piąstki. — Jak cholerstwo się pokaże, to walnę go w nos!
W nieco bardziej bojowych nastrojach ruszyli na Koronną.
Wyrzeźbiony w kamieniu Viduka spoglądał na nich z wysokiego cokołu marsowym wejrzeniem spod krzaczastych brwi. Na poły legendarny protoplasta kaedweńskiej dynastii został wcale udatnie utrwalony w kamieniu, górując nad otaczającym go placyku. Dumnie wyprostowany, z włosami do ramion wylewającymi się spod staromodnego spiczastego szyszaka, o imponującym, sumiastym wąsie i krótkiej brodzie wyglądał jak prawdziwy zdobywca. Względnie jak trzymający wartę strażnik. Jedną rękę opierał na tarczy, a drugą na wspartym o cokół mieczu o krótkim jelcu i z graniastą rękojeścią. Z ramion spływał mu wełniany płaszcz, odsłaniający kolczugę oraz łuskowe nogawice. Oceniając dwa ostatnie detale, Lasota mógł stwierdzić, że zostały oddane z wielkim kunsztem i szczegółowością. Takiej rzeźbiarki nie widywało się codziennie, a przynajmniej jemu nie zdarzyło się widywać często. Oprócz samego Viduki na cokole mieścił się również równie fachowo wyrzeźbiony jednorożec — znajdujący się po lewicy legendarnego wodza i nawiązujący do założycielskiej legendy o Ard Carraigh i heraldycznym zwierzęciu królestwa.
Daromir, absolutnie zachwycony postacią na rzeźbie zasypywał ojca pytaniami.
Tata, a kto to taki? Jaki śmieszny konik, co on ma na czole? Tata, też miałeś taką tarczę?
Lasota rozejrzał się po okolicy, skądinąd wcale malowniczej. Otaczające go fronty sklepików i kamienic były odmalowane pastelowo, ukwiecone klombami lub zawieszonymi donicami, lub zieleniące się pnącym bluszczem.
Nieopodal nich, wywalając podpalonym na dwóch końcach drągiem, trudził się ignorowany uliczny artysta, połykacz ognia. Trudził nadaremnie lub dla wprawy, w większości ignorowany przez zamykających interesy kupców i sklepikarzy zmierzających na wieczerzę. Jedyną osobą liczącą jeszcze na zarobek był kramarczyk, który rozstawił się naprzeciwko nich pod porośniętą bluszczem ścianą, w sąsiedztwie kilku beczek, a oferujący w swym asortymencie strugane gwizdki, zwierzątka i malowane lalki.
Na krótki moment przysłoniła im go grupa czterech strażników z halabardami na ramionach maszerująca raźnie i równo na zakończenie szychty. Słońce zachodziło, czerwieniąc się na okolicznych dachach, ale wieczorne ochłodzenie miało nadejść dopiero później. Lasota był w dobrym miejscu, lecz od kwadransa nie dostrzegł nigdzie w pobliżu żadnych koni ani szlachciców.
Postukiwanie podków po równym, uprzątniętym bruku zwróciło jego uwagę, odmieniając ten stan rzeczy. Szybko jednak pomiarkował, że koń zaprzężony był do niewielkiego wozu, na którym podróżowała trójka młodocianych — wcale dostatnio odzianych, może i szlachetnie urodzonych, miarkując po eleganckich strojach, które nakryli opończami z kapturem. Wszyscy trzej wyglądali na bardzo nerwowych. I rozmawiali zapamiętale o czymś, czego nie udało im się podsłuchać, z powodu porozumiewania się przez trio półgłosem.
Z podcienia kamieniczki po lewej wyszedł na ulicę postawny mężczyzna o jasnych, zaczesanych włosach. Lasota nie poznał go od razu. Pyszną, czerwoną przeszywanicę zastąpił pozbawiony rękawów szary kaftan zapinany na guziki, narzucony na zwykłą białą koszulę. Na nogach miał ciemne nogawice, a zamiast wysokich, natłuszczonych butów, zwykłe ciżmy wiązane na taśmy. Jedynym detalem zdecydowanie odróżniającym go od zwykłego mieszczanina był wiszący mu u pasa bastard z kloszowym jelcem. I twardy, żołnierski chód, który przed takimi jak Lasota zdradzał Kentona Hackla na milę.
Człowiek Trevedic rozejrzał się na boki, szykując się do przekroczenia ulicy, przepuściwszy wprzódy terkocący po bruku wóz z trzema nerwowymi elegantami. Wszystko wskazywało na to, że zmierza w ich kierunku, choć zdawał się jeszcze nie zauważać Lasoty i jego syna.
Ilość słów: 0

Lasota
Awatar użytkownika
Posty: 281
Rejestracja: 21 kwie 2022, 12:02
Miano: Lasota z rodu Wielomirów
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Plac Skrybów

Post autor: Lasota » 05 lut 2023, 10:48

— To jednorożec, magiczny koń z rogiem na łbie — zaczął Lasota podniosłym tonem. — Jednorożec jest znakiem dynastii obecnie nam panującego króla, Henselta. A ten mocarz — wskazał głową na posąg — to jego przodek. A tarcz miałem wiele. Kiedyś nosiły znak pięści... — dokończył zamyślonym tonem.
Wielomir rozejrzał się po bogatej okolicy. Wywarła na nim wrażenie, ale nie przybył tutaj pozwiedzać, a wykonać zadanie.
— Wygląda na to, że przyszliśmy za wcześnie. Koniarz wspominał, że cała impreza miała zacząć się o północy. Ludzie dopiero schodzą się na kolację — pomyślał na głos.
Wojownik przeszedłby przez ulicę, ale wyjechał na nią wóz, więc zamierzał go przepuścić.
— Pamiętaj, synek, zawsze się rozglądaj i przepuszczaj wozy. Ostrożnie.
Po chwili łysol zdał sobie sprawę, że wyłapał z oddali znajomą postać. Kenton Heckl szedł w ich kierunku, lecz nie przyuważył.
— Oho, czyżby mama już się niecierpliwiła? Ledwie się dzień zakończył.
Lasota postanowił pomachać ręką, żeby weteran mógł go zauważyć. Nie ruszył się z miejsca, poczekał na spotkanie.
— Witajcie, Kentonie Hacklu! Fajerant po robocie? — zapytał, aby zagaić rozmowę.
Ilość słów: 0
Kill count:
  1. zaskroniec

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2395
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Plac Skrybów

Post autor: Dziki Gon » 12 lut 2023, 19:31

Aaa! Ten sam co na żółtej tarczy! — doznał olśnienia Daro, przypominając sobie o królewskim godle.
Wóz przejechał. Kenton Heckl przyspieszył kroku i naraz zwolnił, widząc machającego ku niemu Lasotę.
Co? Kto? — Weteran wydawał się nieco skonfundowany i — jak zdawało się Lasocie — lekko zmieszany tym nagłym spotkaniem. Szybko jedno odzyskał rezon, podając łysemu prawicę na przywitanie. — Tak, fajrant. U ciebie też? Cześć, mały.
Kenton zatrzymał się, skinął Darowi, który nie zauważył gestu, akuratnie zajęty próbą wspięcia się na cokół monumentu.
I tego — odchrząknął, opierając pięść na biodrze. — Jak poszukiwania wystawcy zlecenia?
Ilość słów: 0

Lasota
Awatar użytkownika
Posty: 281
Rejestracja: 21 kwie 2022, 12:02
Miano: Lasota z rodu Wielomirów
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Plac Skrybów

Post autor: Lasota » 14 lut 2023, 9:51

— Cha! Jednak to miasto jest małe! — podsumował donośnym głosem, przy okazji przybijając sztamę jak weteran z weteranem. — Dobrze was widzieć.
Pomimo przyjacielskiego tonu, Lasota odnotował w myślach dziwne zachowanie żołnierza.
— Bardzo dobrze. Sporo udało mi się dowiedzieć w ciągu jednego dnia — podsumował pokrótce swój dzień, nie zdradzając zbyt wiele szczegółów.— Istotnie, mieliście rację. To jest prywata.
Zerknął na poczynania syna. Postanowił mu nie pomagać w wspinaczce.
— Swoją drogą. Wiecie, że mają być organizowane wyścigi? — zapytał retorycznie. — Podobno tutaj, ale już wieczór, a nikt nic, niczego nie przygotowuje. — zawarł w tym niepewność, oczekując odpowiedzi od rozmówcy, zachęcając go tym samym do dialogu.
Ilość słów: 0
Kill count:
  1. zaskroniec

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2395
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Plac Skrybów

Post autor: Dziki Gon » 14 lut 2023, 19:33

Rad jestem — skwitował krótko jego wysiłki Heckl, nie wchodząc w szczegóły ani dygresje, pozornie zaabsorbowany wyłącznie dopinaniem poluzowanego mankietu koszuli.
Daro dalej próbował się gramolić. Szło mu niesporo, ale trochę lepiej niż z koniem. Po trzech próbach, za czwartym razem, pomagając sobie krótkim rozpędem, udało mu się wdrapać na cokół niedaleko miejsca, w którym tarcza na poły legendarnego Viduki stykała się z kamiennym podłożem.
Ha! — Chłopak usiadł na krawędzi, machając nogami, wyraźnie z siebie zadowolony. — Tata, zobacz!
Wyścigi — Kenton podniósł głowę, spoglądając ciekawie na Lasotę. — A dokładniej palio.
Przygotowania — podjął weteran rosberskiej chorągwi, a prawy kącik ust uniósł mu się w odruchowym półuśmiechu. — Do takiego wydarzenia trochę zajmują. A w pierwszej kolejności zabezpiecza się potencjalnie najniebezpieczniejsze odcinki przejazdu. Linię startu, wbrew zwyczajowej kolejności — na samym końcu. Rozumiem, że nie pytasz bez powodu?
Ilość słów: 0

Lasota
Awatar użytkownika
Posty: 281
Rejestracja: 21 kwie 2022, 12:02
Miano: Lasota z rodu Wielomirów
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Plac Skrybów

Post autor: Lasota » 18 lut 2023, 11:50

— Wyścigi to wyścigi — palnął bez większego namysłu. — Palio mi się kojarzy z płaszczem, a nie gonitwą. Przybyły jakieś fikuśne zwyczaje ze Stuwąd — kontynuował, nie potrafiąc poprawnie wypowiedzieć nazwę księstwa — i teraz wszystkim odbiło. Jeszcze zaczną się modlić do gołej baby z jeziora. Idźcie mi z tym cholerstwem. — Machnął ręką, żeby chwilę później skrzyżować ramiona przy piersi.
Spojrzał na poczynania syna. Spodobało mu się to, co ujrzał, więc uśmiechnął i skinął głową na znak aprobaty.
— Bardzo dobrze. Jutro włazisz na drzewa, młody — stwierdził zadowolony. — Za rok włazisz na szczyty górskie.
Odwrócił się do weterana.
— Chcę pokazać synowi jeźdźców i ich poczynania. Czegoś się nauczy, herby zobaczy, no i przyda się nam odpoczynek po tym dniu. — Nie był do końca szczery, bo jeszcze nie chciał zdradzać swojego zadania od młodej zielonookiej.
Lasota, bojąc się drążenia w temacie, postanowił zastosować odwrócenie uwagi. Retoryczną dywersję.
— Widzę, że wy również korzystacie! Od baby wracacie, hę? — strzelił bez większego namysłu. — Bardzo dobrze, Kentonie Hacklu! — Poklepał go po ramieniu.
— W takim razie, gdzie się zbierają zawodnicy?
Ilość słów: 0
Kill count:
  1. zaskroniec

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2395
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Plac Skrybów

Post autor: Dziki Gon » 23 lut 2023, 23:22

Poklepany Kenton odebrał gratulacje wyraźnie zakłopotany. Intuicja nie myliła Lasoty, który strzelając bez większego namysłu, utrafił w sedno. Dywersja okazała się kompletnym sukcesem, zbijając Heckla z pantałyku.
Ciszej, waść — uśmiechnął się, pocierając skroń nieco nerwowym ruchem i strzelając oczami na boki. — Nie musi tego wiedzieć cała ulica.
Rady z zadanego mu pytania i pretekstu do zmiany tematu, Aedirnczyk rozluźnił się nieco.
Jesteście w dobrym miejscu. Zbierają się tutaj, ale trochę później. Rzecz ma być możliwie dyskretna, przynajmniej dla zachowania pozorów. Zbiórka zacznie się po zamknięciu bram i pierwszym obchodzie.
Słuchaj, jeżeli chcesz zobaczyć te wyścigi — podjął po krótkiej chwili wahania. — To mogę cię wprowadzić i poznajomić. Bywałem już na poprzednich gonitwach, znam organizatorów i orientuję się pomiędzy zawodnikami. Tylko…
Spojrzenie Heckla powędrowało w górę, na wspinającego się Daromira, który radosnym piskiem celebrował zdobycie monumentu, jakby tamten już teraz był górskim szczytem.
Tylko to nie jest impreza dla dzieciaków — dodał. — Mogą was wyprosić, argumentując bezpieczeństwem lub obyczajem. Dwa lata nazad czepili się o to baroneta Zhuravela, chociaż przyszedł z potomkiem dwa razy takim jak wasz.
Co zaś się tyczy odpoczynku — dodał wiarus, uśmiechając się przy tym lekko. — Nie licz, że prędko zaśniesz po zobaczeniu tej gonitwy.
Otaksowawszy Lasotę szybkim spojrzeniem, Kenton zamyślił się na moment, przylizując dłonią zaczesane na tył czaszki włosy.
Jeszcze jedno — poradził mu na koniec. — Regulaminowego ubioru oficjalnie nie ma. Można być pod bronią i większość obecnych skorzysta z tej swobody. Mimo wszystko polecałbym, żebyś wyglądał jak na ucztę, nie wojnę. A gdyby ktoś czynił ci subiekcje, powiedz, że jesteś od Kenta.
Ilość słów: 0

Lasota
Awatar użytkownika
Posty: 281
Rejestracja: 21 kwie 2022, 12:02
Miano: Lasota z rodu Wielomirów
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Plac Skrybów

Post autor: Lasota » 24 lut 2023, 12:08

Heckl, pomimo krótkiej znajomości z Lasotą, okazał się dlań życzliwy, na co ten zareagował życzliwym uśmiechem. Nie trwał on długo, gdyż przedstawiona sprawa stwarzała dwa zasadnicze problemy.
Po pierwsze Lasota potrzebował przebrania, żeby wtopić się w tłum. Sama wizyta u golibrody tutaj już nie wystarczała.
Większym kłopotem było zostawienie Daromira na noc. Nawet myślenie o tymczasowej rozłące wywoływało w ojcu niepokój, jakoby był przywiązany do dziecka nie tylko więzią rodzicielską, lecz również znacznie bliższą. Taką, której mężczyzna nie potrafił nazwać, a wyczuwał ją niemal fizycznie.
Kropla zimnego potu spłynęła po czole Lasoty.
— Dziękuję — zaczął niepewnie, dopiero biorąc się w garść po ponurych myślach. — W takim razie muszę szybko biec do krawca. Stroju mi nie zrobi, ale może jakieś przebranie załatwi. Znacie namiar?
Potem zerknął na syna.
— Młody — zaczął z udawanym uśmieszkiem. — Hop, hop, hop — wystawił ręce gotowe do złapania pociechy. — Skacz!
Wielomirowie ponownie stali razem na ziemi.
— W takim razie spotkajmy się później, Kentonie. — Spojrzał na niego przyjaźnie, żeby wystawić chwilę później sztamę do przybicia.
Pierwszym krokiem wojownika było odstawienie Dara do Trzech Świerków, gdzie zaoferowałby gospodarzowi, w szczególności jego kobiecej służbie, trzy dukaty za popilnowanie syna na noc. Zalecił, żeby zająć się chłopakiem. Wspomniał, że jego syn bywa niezwykle energiczny, więc polecił zabawy ruchome, ale poprosił, aby z Daromirem nie wychodzić na zewnątrz na czas nieobecności ojca.
— Daromirze. Wychodzę, wrócę najpewniej rano. Posiedzisz sobie z dobrą panią, pobawicie się razem, zajmie się tobą. Bądź grzeczny i pamiętaj o naszych ćwiczeniach. Nie wyłaź poza karczmę. — patrzył na niego z przejęciem, gdy mówił. — Tak, więc, tego... Do później! — Poczochrawszy mu łeb, odwrócił się żwawo i wyszedł. Wkrótce serce szybciej mu zabiło, wchodząc na miasto z nowym kompanem: cieniem niepokoju.
Następnym krokiem było znalezienie kupca, krawca, żeby skombinować sobie przebranie. Lasota celował w schludny wygląd, byleby wtopić się w otoczenie. Lasota nie wyszedł uzbrojony, bo wiedział, że wystarczyły mu pięści.
Ilość słów: 0
Kill count:
  1. zaskroniec

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2395
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Plac Skrybów

Post autor: Dziki Gon » 28 lut 2023, 1:39

Lasota złapał syna, przybił sztamę z Kentonem, po czym opuścił placyk z monumentem, by udać się z powrotem do karczmy i na zakupy. Lista sprawunków nie była długa i miał jeszcze trochę czasu do północy, ale przezornie narzucił sobie pośpiech. Przezornie, bo sprawy nie poszły tak gładko, jak pierwotnie zakładał, choć ostatecznie dopiął swego.
Pierwszą trudnością było znalezienie opiekunki do dziecka. Słysząc o pomyśle odciągania jego pracownic od roboty, gospodarz zaperzył się lekko, a służebne nie chcąc bawić się w niańki lub drażnić pryncypała, po kolei odmawiały wyświadczenia mu podobnej przysługi. Wszystkie z wyjątkiem jednej, zadartonosej szatynki, drobnej dziewuszki imieniem Annike, która z miejsca zrobiła na nim dobre wrażenie jako osoba dobrze wychowana, ale i bystra. Mogę zająć się pańskim synkiem, panie. Dzisiaj kończę wcześniej, ale mogę zostać trochę dłużej i mieć na niego baczenie. Znam się na dzieciach, mam dużo młodszego rodzeństwa — powiedziała mu. — Ale będzie was to kosztowało nie trzy, ale cztery dukaty.
Wyczuwając spowodowany pośpiechem Lasoty popyt na jej usługi, targowała się bezlitośnie, nie dopuszczając żadnych upustów i zażądawszy z góry połowy kwoty w formie zaliczki. Wielomir musiał tedy albo zgodzić się na zaproponowane mu warunki, albo pozostawić syna bez opieki.
Po dopełnieniu umowy i poinstruowaniu dziewczyny jak opiekować się synem, Lasotę czekała przeprawa z tym ostatnim. Chłopak dąsał się i boczył, skarżąc się, że musi zostać na miejscu „z jakąś babą”, zamiast ruszyć z ojcem na miasto, jak dorosły, by zaznać męskiej przygody. Nie mając czasu na fochy syna, załatwił sprawę najszybciej jak mógł, wybył ze „Świerków”, by znaleźć dla siebie odpowiedni strój.
Pod wskazany mu adres dotarł bez problemu i niebawem. Znajdował się na przedmieściach, rzut kamieniem od „Świerków”, choć by później trafić do miasta musiał nadłożyć potem nieco drogi.
Kiedy wcześniej, pod Viduką, zapytał o jakiegoś krawca, który obsłużyłby go o tej porze, wiarus zacukał się wyraźnie, oświadczając, że większość sklepów i kramów będzie zamknięta. Jednak zaraz potem coś przyszło mu na myśl. Olśnieniu towarzyszył szeroki wyszczerz, który zjawił się na twarzy Heckla. Lasota, odebrawszy go zrazu jako odwzajemniony życzliwy uśmiech, zrozumiał znaczenie grymasu, dopiero wówczas, gdy przekroczył próg czynnej jeszcze o tej porze pracowni.
Wskazane mu przez Kentona Heckla należało do niejakiej Ofelii, atrakcyjnej pomimo kurzych łapek i prószącej jej włosy siwizny niewiasty o figurze nastolatki. Wiek obszedł się z kobietą nadzwyczaj łagodnie, na tyle łagodnie, by Wielomir mógł się doszukiwać w niej dolewki elfiej krwi. Co najmniej ćwiartki. Domniemana kwarteronka przedstawiła mu się wraz z tytułem „markiza”, choć jak szybko się pokazało, nie był to tytuł szlachecki, a wyłącznie nom de scène. Markiza Ofelia była bowiem emerytowaną aktorką, dawną członkinią słynnej na całe Ban Ard trupy teatralnej „Irrehaare”. Zaś obecnie kostiumografką. Dodajmy, że dosyć zaskoczona prośbą wieczornego wizytatora.
Kobieta bardzo szybko otrząsnęła się z zaskoczenia, w czym pomogła jej wieloletnia rutyna. Potem poszło już z górki — biegając po całym parterze pomiędzy rozwieszonymi na manekinach i wieszakach sukniami, starała się wybrać coś odpowiedniego dla Lasoty. Ustawiwszy go nieruchomo, kazała mu rozkładać ręce, by mierzyć rękawy lub przebierać się w kolorowe kaftany, pstrokate sukmany i nietypowe kreacje, w tym jedną cudaczną zamorską karacenę, przykrótką i uwierającą go w pasie. Kilkanaście przymiarek później znalazła mu w końcu odpowiednią kreację, w którą udało mu się wbić.
Rezultat poszukiwań był więcej niż zadowalający. Oglądający się w zwierciadle Lasota prezentował się iście po królewsku — pyszna, szamerowana tunika o czarnej barwie, wykonana z materiału udatnie imitującym atłasy i jedwabie, spływała mu z ramion wzorzystym deseniem przedstawiającym czarne lwy w kroczących pozach na szamerowanym złoto tle. Pod spodem miał zapinany na guziki naśladujące złoto i onyksy. Od wyglądania jak pierdolony Cesarz Nilfgaardu dzieliły go tylko brak kryzy i alszbandu. W połączeniu z jego gestami i mimiką, w dziwny sposób przystającą raczej rycerzowi niż zwykłemu wojakowi, wydobywała z jego bandyckiej gęby pewną szlachetną srogość i powagę. Dowiedział się także, że strój był rekwizytem dla odtwórcy roli króla Dezmoda.
Markiza Ofelia, wyjątkowo rada z uzyskanego rezultatu i wyglądu jej klienta oświadczyła, że wypożyczy mu kostium. Odpłatnie i „po kosztach” jak raczyła to ująć. Jednak stanowczo zażądała aż trzydziestu dukatów pod zastaw oraz przynajmniej trzykrotnie wymogła na nim obietnicę, że zwróci jej kostium w możliwie nienaruszonym stanie. Podobnie jak przy opiekunce i tu nie miał najmniejszej szansy na negocjacje.
Wkrótce Lasota mógł przekonać się, że choć to nie szata zdobi człowieka, tylko człowiek dobrze ubrany czuje się naprawdę godnie. Mijani po drodze przechodnie schodzili mu z drogi szybciej niż zazwyczaj, niektórzy nawet odwracając głowy lub kłoniąc je w uprzejmych ukłonach. Mijający go patrol straży nawet pomimo późnej pory ani myślał zatrzymywać go i rozpytywać, z miejsca uznając za osobę pozycji gwarantującej przywilej swobodny przekraczania miejskich bram nawet po zmroku. Założyłby się nawet o trzydzieści cztery dukaty, że gdyby to on ich zaczepił i zażądał spotkania z burgrabią miasta, z pewnością odeskortowano by go na audiencję.
Jakiś czas potem znalazł się pod pomnikiem Viduki. Okolica była ludniejsza niż ostatnim razem. Spektatorzy mającego rozegrać się tu spektaklu, w zdecydowanej przewadze dobrze ubrani mężczyźni w wamsach i kaftanach z herbami zebrali się pod monumentem w mniejszych grupkach i zabijając czas konwersacją. Inaczej niż na większości tego typu gonitw, nie było słychać tu niczego głośniejszego od szmeru toczonych wkoło rozmów. Imprezowano godnie i powściągliwie, bez wznoszenia dzikich okrzyków ani toastów, choć niektórzy uczestnicy trzymali w dłoniach puchary z winem, pomimo że cała rzecz działa się na zewnątrz, w improwizowanych wszakże warunkach.
Patrząc na dostatnio odzianych herbowych, zaczynał się domyślać, dlaczego w tej części miasta nie napotkał żadnego patrolu straży a całe wydarzenie, pomimo że oficjalnie nielegalne, było ostentacyjnie olewane przez pilnujących porządku pachołków.
Niespodziewane pojawienie się Lasoty Wielomira na miejscu przywołało kilka zaciekawionych spojrzeń i wymienianych półgłosem uwag czy spekulacji.
Jakiś Nilfgaardczyk? — doleciał go stłumiony półszept od lewej wypowiedziany przez brodatego jegomościa w szamerowanym dublecie i ciężkim pasem obciążonym nadziakiem z artystycznie kutym trzonkiem.
Cintryjczyk raczej — mrużył oczy szpakowaty i chuderlawy jegomość w bogatej todze wyglądający jak przedstawiciel wymiaru sądownictwa albo profesor akademii.
Prędzej Temerczyk — odgadł trafnie widać bardziej oblatany w heraldyce lekko otyły szlachcic z podgoloną głową w podbitym wilkiem płaszczu. — I to z jakiegoś starego rodu.
Dobry wieczór waszmości — odezwał się nagle za jego plecami głos należący do postawnego młodego człowieka u jasnych włosach wbitych w prosty, lecz nieodmiennie elegancki czarny kaftan, w którym wyglądał jak skrzyżowanie pajuka z ochroniarzem. — Zwę się Ortwin i rad jestem powitać waszmość na czwartym annualnym palio w Ban Ard. Jeżeli waszmość ma życzenie, by zaanonsować jego obecność, prosiłbym o podanie swej godność wraz z tytułem. Jeżeli macie życzenie zachować incognito, prosiłbym o umówione hasło.
Młody człowiek spojrzał na Lasotę, splatając ręce za plecami i pochylając się lekko w pozie uprzejmego wyczekiwania.
Ilość słów: 0

Lasota
Awatar użytkownika
Posty: 281
Rejestracja: 21 kwie 2022, 12:02
Miano: Lasota z rodu Wielomirów
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Plac Skrybów

Post autor: Lasota » 03 mar 2023, 13:56

Lasota, zapłaciwszy wymaganą kwotę opiekunce, wszedł poddenerwowany do środka pracowni mieszańca. Mężczyzna czuł się nieswojo bez pociechy plątającej się pod nogami, martwiąc się o jego stan, gdybając kompulsywnie o kompetencjach młódki. Dlatego wojownik nie był miły w czasie dobierania stroju pasującego do jego gabarytów. Narzekał, że coś go pije w pasie; że nogawice zaraz puszczą w szwach przez jego umięśnione łydki; że zaraz jajca mu odpadną od tych wyperfumowanych fatałaszków. Dopiero, kiedy wojownik ujrzał się w ostatniej kreacji, poczuł się dobrze. W pierwszym odruchu uniósł brwi z pozytywnego wrażenia, wypiął pierś dumnie, spojrzał na samego siebie niczym pan i władca. Coś zabulgotało w jego niebieskiej krwi, której jeszcze do końca nie rozcieńczyły hulanki, chamstwo i prostactwo. Wtedy właśnie Lasota przypomniał sobie, że w istocie był szlachcicem.
A potem się zdenerwował jeszcze bardziej.
Raptem uderzyła go jak młot wiedza, iż jego etykieta sprowadzała się do tego, że kiedyś, jako dzieciak, musiał chylić łeb przed ojcem, jego gośćmi, a potem już tylko chylił łeb przed bogatymi zleceniodawcami. To Branibor był od oralnych wygibasów przy formułowaniu skomplikowanych słów, tańców, politykowania i wyczuwania nastrojów. Jego młodszy brat dawał w mordę i nie narzekał, kiedy srał w krzakach, podcierając dupę liśćmi.
— Ty stary łachmyto... — Powiedział do własnego odbicia, ale dostrzegał brata w lustrzanej tafli, nie siebie.
Lasota ruszył mózgownicą. Musiał pójść w intrygę, ale nie mógł tak po prosto popłynąć wodami przebiegłości, bo nie miał ku temu predyspozycji. Umiał dowodzić, był wojakiem, więc postanowił wcielić się rolę w wielkiego generała. Z takim pomysłem wyruszył, płacąc mieszańcowi zażądaną cenę.
Wkrótce dodarł na miejsce, a kiedy zaczął być oceniany przez gości, nałożył na siebie maskę srogiej mimiki, w pewien sposób naśladując górujący nad ludźmi posąg. Sprawiał wrażenie kogoś surowego, kto nie przyszedł tutaj strzępić ryja po próżnicy, zamiast tego realizować swoje cele. Dyskretnie rozejrzał się po gościach, których miał okazję minąć. Szukał wzrokiem von Frentza, ale nie tylko. Czuł w kościach, że panna Vera mogła tutaj przybyć dla rozrywki i interesów, ale również jej matka. Tego typy imprezy, poza dostarczaniem rozgrywki, pozwalały na tworzenie układów, zakulisowych umów. Dlatego Lasota szukał także swoich dawnych zleceniodawców, albowiem większość życia spędził jako najemnik, a skoro zjechali się tutaj możni, warto było odświeżyć kontakty. Głównym celem było znalezienie byłego kochanka Very, lecz pobocznym zadaniem było także odświeżenie kontaktów, jeśli byłoby to możliwie.
Odźwierny zaczepił nowego przybysza. Lasota zerknął na niego jak rasowy dowódca na rekruta. Wyprostował się, uniósł głowę, obdarował młodzika spojrzeniem pełnego wewnętrznej mocy.
— Witajcie — powitał go krótko, a potem lekko się nachylił, żeby nagle zmienić ton na dyskretny — Jestem od Kenta i przybyłem tutaj w interesach. Osobiście mnie tutaj zaprosił. — Po przedstawieniu sprawy, ponownie się wyprostował, wracając do roli inkarnacji Viduki.
Ilość słów: 0
Kill count:
  1. zaskroniec

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2395
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Plac Skrybów

Post autor: Dziki Gon » 06 mar 2023, 0:45

Lasota rozejrzał się krótko po zgromadzonych. W oczach mieniło mu się od herbów i farbowanych, brokatowych tkanin. Pomimo niedookreślonego stanu prawnego imprezy, jej najbardziej dostrzegalnymi gośćmi byli przedstawiciele stanu szlacheckiego. Najbardziej dostrzegalnymi, lecz bynajmniej nie jedynymi. Dłuższa obserwacja zdradziła mu także trzymających się na uboczu od szlachetnie urodzonych osobników w bardziej stonowanych kreacjach, kiszących się we własnych, mniejszych gronach. Kupcy, mieszczanie, a nawet kilku zabijaków, niewyglądających mu na ochroniarzy imprezy. Wciśniętych w kaftany bez wamsów, ewidentnie znudzonych i tak jak on rozglądających się w tłumie, licząc, że ich uwaga odnajdzie coś, co pozwoli im tę nudę przełamać. Najpewniej awanturę. To właśnie pośród tej ostatniej grupy wypatrzył osobnika, który wyróżniał się po dwakroć. Po pierwsze, uzbrojony po zęby i wyglądający jak obstawa, zachowywał się dostatecznie swobodnie, by móc stwierdzić, że dostąpił przywileju bycia gościem. Po drugie, był nieludziem. Szerokim w barach jak niedźwiedź i ewidentnie dobrze odżywionym, o sięgającej pasa gęstej, ciemnobrązowej brodzie, zaplatanej niby u bojownika Scoia’tael. Jakaś stojąca kilka metrów od Wielomira pudrowana pizda w żabocie komentowała ten fakt dosyć głośno i niewybrednie. Z czym niechętnie, milczącym kiwnięciem głowy musiał zgodzić się nawet jego sąsiad — stojące obok Kaedweńskie panisko, nieomal brat Viduki z monumentu, jeszcze do niedawna patrzący na pudrowanego jak na gówno w jedwabnych pończochach.
Nie rozpoznał żadnego ze swoich dawnych zleceniodawców pośród obecnych, a bardziej wnikliwe wypatrywanie przeszkodziło mu pojawienie się „Dobry wieczór waszmości” — hybrydy pachoła i wykidajły, niejakiego Ortwina radego powitać et cetera, et cetera.
Lasota nachylił się doń konspiracyjnie, co w połączeniu z jego kreacją srogiego generała sprawiło, że Ortwin drgnął i poczuł się nieswojo i gdyby był robiony, choć odrobinę miększym chujem — na pewno zerżnąłby się właśnie w portki, jak nic.
On jest ze mną. Dzięki, Ortwin. — Kenton Heckl miał niezłe wyczucie czasu. I stylu też niezgorsze. Szedł do niego w granatowym, uzupełnianym żółtawymi akcentami stroju i szerokim kapeluszu, które nadawały mu wygląd lancknechta jak żywcem wyjętego z parady zwycięstwa. U jego boku kołysał się dopełniający wizerunku miecz — tęga, ale i elegancka broń z rozbudowaną kloszową rękojeścią.
Odprawiwszy Ortwina, Kenton zatrzymał się, dotykając kapelusza. I wyszczerzył, najszerzej jak dotychczas, spoglądając na Lasotę.
Wiedziałem, że Ofelia znajdzie ci coś pasującego — skomentował, powstrzymując się od parsknięcia. — Chodź, wypijemy coś innego niż te cierpkie szczyny dla paniątek i powiem ci co i jak. Zawodnicy niedługo będą.



Jak byk w stajni.
Właśnie tak czuł się obecny na czwartym annualnym palio w Ban Ard krasnolud Joreg Borgred, który jeszcze wczoraj zakończył swoją podróż z Gors Velen do Ban Ard.
Vortig, dawny kontrahent jego ojca, Hordeka Borgerda wyświadczył mu niedźwiedzią przysługę, zapraszając na ten spęd. Podły zdrajca, nie dość, że przywiódł go tutaj, to jeszcze zostawił na pastwę niezrozumiałych dlań ludzkich dyrdymał i konwenansów, oddalając się, by zamienić kilka słów ze znajomym z gildii. I pomimo różnic stanowych wśród obecnych, każdy prędzej czy później odnajdywał właściwie dla siebie towarzystwo i niszę. Wszystko wskazywało, że nieludzie takowej niszy nie posiadali. I nikt nie kwapił się, aby to zmienić, czy zagadnąć do krasnoluda choćby dla zachowania pozorów, o których tyle mówiło się wśród wyższych sfer.
Nie zobaczył wśród obecnych żadnego innego krasnoluda, gnoma czy niziołka. Nawet pół cholernego elfa albo pół półelfa. Nawet cudem uchowany bobołak byłby miłą odmianą.
Był tylko on sam i puchar z winem wciśnięty mu przez Vortiga. Nie wiedział, gdzie dostać więcej, a trunek był zdecydowanie za słaby na jego głowę, by jeden puchar poprawił mu humor i beznadziejną, zdawałoby się, sytuację.
Ale wieczór był jeszcze młody, a sama impreza w powijakach. Goście mieli się jakoby dopiero zbierać pod umówionym monumentem Viduki, podobnie jak i sami członkowie gonitwy. Sam fakt istnienia podobnego widowiska był dla Mahakamczyka prawie nie do pomyślenia (gonitwa w środku grodu? W dodatku po zmroku?), a jednocześnie, jak wiele z ludzkich pomysłów — brzmiał cholernie zabawnie. Prawie tak bardzo jak zawody w ujeżdżaniu górskich muflonów.
To właśnie ta myśl trzymała go jeszcze przy zdrowych zmysłach. Ta noc miała jeszcze szansę okazać się owocną w rozrywki. Ot, choćby przed chwilą zobaczył, jak z bezpiecznej odległości pokazuje go paluchem jakaś przypudrowana padlina. Jeden z ochroniarzy i lokajów widowiska jednocześnie po raz trzeci i ewidentnie celowo potwierdzał jego tożsamość, pytając z czyjego zaproszenia tu przybył. Dwóch stojących nieopodal najmitów w wamsach bez herbów narzekało głośno, że ani wypić, ani komu w mordę dać i wszystko wskazywało, że jak wyścig nie zacznie się niedługo, to najpewniej pobiją się nawzajem. O, albo typ, co wyglądał jak nilfgaardzki uzurpator, w towarzystwie jakiegoś odjebanego landsknechta. Zmierzający w stronę podcieni pobliskiej kamienicy i mówiący coś o mocniejszych trunkach od rozdawanego przez pajuków wina.
Ilość słów: 0

Joreg
Awatar użytkownika
Posty: 180
Rejestracja: 19 maja 2022, 20:23
Miano: Joreg Borgerd
Zdrowie: W pełni sił
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Plac Skrybów

Post autor: Joreg » 06 mar 2023, 17:29

Minąwszy wjazd do Ban Ard, Joregowi w pierwszej chwili przypomniał się pewien poznany jeszcze w Gors Velen gnom, Fingal. Ten mały skubaniec z pewnością byłby w stanie co do mili oszacować przebytą wehikułem trasę.
Dalej poszło już dość gładko, krasnolud odprowadził objuczonego wierzcha do stajni, w której zwierzę mogło odpocząć i nażreć się do syta po długiej drodze. Joreg zapłacił z góry za dwie doby i udał się na spotkanie z niejakim Vortigiem. Handlarza, choć z całą pewnością na to określenie Vortig by się obraził, Joreg kojarzył za sprawą swego ojca. Wiedział, że Hordek robił z nim interesy, miał też na uwadze, że nie zdążyli oni sfinalizować wszystkich transakcji. Udało się im wymienić kilka zdań, a w swej wielkoduszności człek zaoferował krasnoludowi zaproszenie na wyjątkowe wyścigi. Na to wydarzenie Borgerd wybrał się kolejnego dnia – po porządnej kąpieli i nocy spędzonej pod dachem. Nareszcie miał okazję wyczyścić dobrze brodę, zapleść z niej kilka grubych i multum cieńszych warkoczy. Jak skonstatował w balii, jego skopane pod Korabem jajca odsiniały już na dobre, za to rzyć miał obitą po długiej wyprawie zakończonej po północnej stronie Pontaru.
Nie mając ochoty wpasowywać się w tłum z pomocą fikuśnego ubioru, krasnolud uzbroił się jak na bitwę, ponieważ, jak ustalili z Vortigiem, zaproszenie dostał, ale niejako w formie jego ochroniarza. Był to oczywiście tylko pretekst, bo człek zdawał się nie potrzebować nikogo do ochrony. Wdział więc krasnolud przeszywanicę, a na nią nałożył stalowy napierśnik. Przedramiona zakuł w karwasze, a na dłonie założył wyjątkowe rękawice, nabyte od niezwykle intrygującego jegmościa Kheta – tego miał okazję spotkać w Hirundum. Wskoczył jeszcze w kolcze nogawice, wzuł wysokie buciory. Przy pasie dyndał mu miecz, a plecy osłaniała ofirska tarcza, przymocowana w taki sposób, by dało się ją ściągnąć lewą ręką przez prawe ramię. Joreg odpuścił sobie tylko zakładanie na łeb kolczego kaptura.
Znalazłszy się na placu, pierwszym co rzuciło mu się w oczy był posąg Viduki w towarzystwie jednorożca. “Co też nie wymyślą… A może, skurkowańce, doczepią koniom krowie rogi do łbów i taki to będzie wyścig?” Zastanawiał się w duchu, próbując wyłowić z tłumu choćby jednego, najdrobniejszego nieludzia. Nie udało się, więc Joreg zaczynając zdanie powoli odwracał głowę w miejsce, gdzie powinien stać Vortig.
— Gościnnie jesteście tu wyjątkowo, w Ban…— Przerwał w pół zdania i brwi zmarszczył, gdyż nie zdążył się zorientować nawet, w którym momencie człowiek opuścił jego towarzystwo. “Interesant pierdolony, szybko się mnie pozbył.” Niewysoki wzrost nie pomógł krasnoludowi odnaleźć Vortiga, lecz i sam Borgerd specjalnie się ku temu nie silił. Polazł, to polazł. Trzeba było sobie znaleźć jakieś twórcze zajęcie, nim zaczną się wyścigi.
Widząc wypacykowane babsko mierzące w niego paluchem, krasnolud pojął, iż nastroje w Ban Ard zgoła różnią się od tych panujących w Gors Velen. Skądinąd liberalne dla nieludzi Temerskie miasto, zdawało się teraz kolebką asymilacji ludzi z nieludźmi. W Ban Ard, a szczególnie teraz, odczuł to dotkliwie na własnej skórze. Czuł całą tonę spojrzeń pełzających mu plecach niczym robactwo.
— I co się gapisz jak krowa w zdobione wrota, paskudna purchawo. — Skomentował gapiąc się na babsko, ale skomentował dla siebie, po cichu. Nie dało się wykluczyć, że usłyszał go ktoś ze stojących obok, najbliżej. Joreg doszedł do wniosku, że właśnie stał się lokalną atrakcją. Indywiduum, które miejsca mieć nie powinno na tak zacnym spędzie. Jednakowoż, Joreg miał to głęboko w swym krasnoludzkim poważaniu. W duchu liczył na to, że kuriozalny pomysł z wyścigowaniem się po ciemku przynajmniej jeden z jeźdźców okupi niefortunnym upadkiem i skręceniem karku w efekcie. To z pewnością odwróciłoby od niego uwagę, a jednocześnie urozmaiciło wieczór.
Rozglądając się nieco uważniej, przelał zawartość pucharu do gardła. Wino okazało się cienkuszem, takim, który może niemowlaka dałby radę położyć do snu. Z niesmakiem przełknął ślinę, tęskniąc najpewniej za jednym z najlepszych piw, tym samym, którego miał okazję spróbować podczas Midaëte.
Wtem dojrzał jakiegoś nilfgaardzkiego fircyka w towarzystwie nie odstającego mu ubiorem kogoś. Najmniej w tej chwili interesowała go tożsamość obu mężczyzn, a najbardziej to, że mimochodem zasłyszał wzmiankę o mocniejszych trunkach. “Jak nie uratuje mnie gorzała, to pewnikiem szlag trafi na miejscu.” Pomyślał i ruszył w ślad za ta dwójką. Nogi miał nieco krótsze, więc starał się nie stracić ich z oczu. Rozpychając się barkami i burcząc coś pod nosem o ludzkich zwyczajach, krasnolud obrał za cel tę samą kamieniczkę.
— Gorzałę macie? Mahakamska będzie najlepsza. Żytnia temerska też by się nadała. A jak nie macie, to jakiego lepszego piwa. Wszystko, byle nie te szczyny. — Zagaił będąc na miejscu. Obrócił przy tych słowach puchar, z którego wylały się ostatnie krople cienkusza.
Ilość słów: 0

Lasota
Awatar użytkownika
Posty: 281
Rejestracja: 21 kwie 2022, 12:02
Miano: Lasota z rodu Wielomirów
Zdrowie: Zdrowy
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Plac Skrybów

Post autor: Lasota » 07 mar 2023, 10:14

Lasota wziął pod uwagę obecność zabijaków, w szczególności opancerzonego jak na walną bitwę krasnoluda.
Nie było zamiarem szlachcica zestresowanie chłopka Ortwina, który na jego widok niemal popuścił w gacie, ale skoro tak się sprawy potoczyły, Lasota postanowił zachować swoją srogą postawę, patrząc z dezaprobatą na zachowanie pachoła. Dopiero pojawienie się Kenta sprawiło, że łysol rozluźnił się, na chwilę wychodząc z roli generała, jaką na siebie narzucił. Zmierzył wzrokiem znajomka od stóp i głów.
— Dobry wieczór.
Po odejściu Ortwina, Lasota pozwolił sobie zmniejszyć dystans do Aedirnczyka, żeby móc prowadzić rozmowę po cichu.
— Miecz zacny — zaczął cwaniackim tonem, żeby pożartować sobie na powitanie. — Mogłeś powiedzieć, wziąłbym pikę.
Wzmianka o alkoholu wzburzyła Lasotę, który zawahał się na moment. Dzisiaj przyszło mu walić się po mordach, także za pomocą urwanych nóg krzeseł; podirytował go chciwy, wyszczerzony jak skurwysyn kupiec; gadał z całkiem niezłymi dupami, gdzie jedna okazała się wpływową matką, a druga hersztem bandy zbirów; syn mu padł w padaczkę i gadał po elficku; a teraz przyszło Lasocie bawić się w bal przebierańców.
— Polewaj...— Stwierdził niskim, chrapliwym głosem. Nie wytrzymał, musiał się napić.
— Zamieniam się w słuch.
Kiedy nastała ceremonia polewania gorzały, inkarnacja Viduki nie patrzyła bezpośrednio na kompana, a na tłum. Uzbrojeni po zęby ludzie wzmagali czujność, zapewne przybyli tutaj jako obstawa możnych, niemniej stwarzali oni perspektywę krwawej bijatyki, co poskutkowało pożałowaniem decyzji przybycia na imprezę nieuzbrojonym. Raptem, niespodziewanie, coś niskiego i włochatego zaczęło kierować się ku weteranom.
— Patrz — powiedział do Kenta zdziwionym tonem, wskazując skinięciem głowy cel obserwacji — Ta pancerna pampucha się do nas toczy.
Wielomir skrzyżował ramiona i uniósł głowę, kiedy w końcu przyturlał się do nich zamknięty w pancerzu włochaty brudas. Człowiek spojrzał na nieludzia z góry, specjalnie, z premedytacją podkreślając różnicę nie tylko fizycznego wzrostu, ale również pozycji społecznej. To nie ulegało żadnych wątpliwościom, Lasota Wielomir był wcieleniem rasizmu.
— Na pewno mamy maniery — palnął wrogo, mocnym głosem. — Dobry wieczór, krasnoludzie — wycedził. — Co to ma być? Bez powitania, bez niczego, od razu o wódę prosisz? Tak na suchości wchodzicie, toż to gwałt jakichkolwiek obyczajów — ciągnął dalej zniesmaczonym głosem oraz nacechował wypowiedź wrogą emfazą. — Jeszcze o gatunkowości trunków pytacie, jakbyście byli w jakimś zajeździe. Co będzie to będzie, a jak się nie podoba to wypad stąd.
Zerknął na Kenta, bo w sumie to on miał wódę, w ten sposób posiadając kluczową taktyczną przewagę w tej dyskusji.
Ilość słów: 0
Kill count:
  1. zaskroniec

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 2395
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Plac Skrybów

Post autor: Dziki Gon » 11 mar 2023, 19:08

To paradna broń — zreplikował Kenton Lasocie, rozkładając ręce w udawanym zakłopotaniu. — Nic nie poradzę, że tnie jak prawdziwa.
Hecklowi nie trzeba było powtarzać prośby. Z daleko było widać, że Lasota miał za sobą długi dzień. Dotarli tedy w podcienie pobliskiej kamienicy naprzeciw placu. Miejsce zostało oświetlone kilka pochodniami i zastawione kilkoma stołami, na których piętrzył się poczęstunek i kilka pucharów — na tę imprezę nie przychodziło się żreć i chlać, trunki i jadło były tu wyłącznie urozmaiceniem, nie atrakcją. Również w podcieniu znajdowało się największe zagęszczenie obsługujących wydarzenie pajuków — doliczyli się w sumie czterech, podpierających ściany. Niektórzy z nich kiwali Kentonowi głowami, a Aedirnczyk bez słowa odwzajemniał ten gest.
Wolisz wódkę czy… — zapytał, sięgnąwszy pod stół, by obsłużyć się samemu, lecz urwał na uwagę o toczącej się ku nim pancernej pampusze. — Rzeczywiście. Obwieszony jak harcownik.
Kenton, wzorem stojącego opodal Lasoty, przybrał podobną pozę, opierając dłoń na rękojeści i taksując krasnoludzkiego przybysza. Poza ich dwoma parami oczu krasnoluda ukłuły także spojrzenia kręcących się w pobliżu pajuków, przeczuwających awanturę już po samym wyglądzie brodacza. Ich czujność podsycił dodatkowo ton Wielomira, bez ogródek wypominający karłowi brak manier.
Dobry wieczór — przyłączył się do powitania, mitygującym gestem dłoni dając Lasocie znać, że panuje nad sytuacją. — Od kogo przychodzisz i jak możemy ci pomóc?
Odjebany na landsknechta Kenton starał się wykazywać więcej uprzejmości od swojego czarnego kompana. Bynajmniej nie wynikało to jednak z życzliwości względem nowoprzybyłego, raczej ciekawości. Kenton jeszcze z daleka przyglądał się przewieszonej przez plecy ofirskiej tarczy Jorega. Z nieukrywanym zainteresowaniem.
Pozwolę się nie zgodzić, że mahakamska najlepsza — żachnął się lekko Heckl na komentarz krasnoluda. — Ale tak, mamy. Tutejszą, kaedweńską. Lepszą niż temerska żytnia, wiem z porównania. I wybornego półtoraka, takoż lokalnego.
Mówiąc o tym ostatnim, miał na myśli oczywiście nie swojego przypasanego bastarda, ale miód. Wespół z gorzałą uznawany za tradycyjnie kaedweński napitek. Sięgnąwszy pod stół, wyciągnął opleciony słomą szklany gąsior i miniaturowy, drewniany antałek, stawiając je na stoliku między przystawkami, szukając wolnych kubków i kwaterek.
Ciekawa tarcza — zauważył, podając każdemu z nich kwaterkę lub kubek z preferowanym trunkiem. — Nie krasnoludzkie rękodzieło ani żadne, jakie widuje się na Północy. Mam rację?
Tymczasem wszyscy usłyszeli kilka podniesionych i podnieconych głosów. Stojący najbardziej od zewnętrznej do placu Lasota mógł jako pierwszy odwrócić głowę, by zobaczyć przyczynę zamieszania. Goście imprezy stłoczyli się nagle bliżej monumentu, witając przybywających pod niego jeźdźców.
Jako pierwszy, prowadząc konia za uzdę, szedł jasnowłosy i niewysoki mężczyzna w średnim wieku. Ubrany w rycerski, niebieski wams przetykany żółtymi akcentami z jakimś symbolem (być może herbem lub emblematem, nie widzieli dokładnie) wyszytym na piersi. Tuż za nim jechał jakiś cudak, zakutany po szyję w skóry, zaś od szyi w górę — w pełny turniejowy hełm z przyłbicą zasłaniający mu twarz, którego nie ściągał nawet pomimo panującej wokół nocy. Jako trzeci, w pewnym oddaleniu od pozostałej dwójki, na dobrze zbudowanym karoszu zbliżał się krótko ostrzyżony, również dobrze zbudowany osobnik w brygantynie, wyglądający raczej na raubrittera niż dżokeja.
Ilość słów: 0

Joreg
Awatar użytkownika
Posty: 180
Rejestracja: 19 maja 2022, 20:23
Miano: Joreg Borgerd
Zdrowie: W pełni sił
Profil Postaci: Profil Postaci
Karta Postaci: Karta Postaci

Re: Plac Skrybów

Post autor: Joreg » 12 mar 2023, 9:47

Joreg nie należał do osób, którym można było słać przytyki i oczekiwać przy tym braku jakiejkolwiek reakcji werbalnej. Z jednej strony poniekąd przywykł do dumnych i wywyższających się wielmożów, takich, co uważali jemu podobnych za niepotrzebny, uboczny produkt świata, a z drugiej zdawał sobie sprawę z tego, że krasnoludy były na tym świecie jeszcze zanim pojawili się na nim ludzie.
Brodacz odpowiedział Wielomirowi hardym spojrzeniem, najwyraźniej nie dając się tak łatwo zbić z pantałyku, lecz nie zdradzał oznak jakiegokolwiek gniewu, raczej znużenie.
— Dobry wieczór, panowie ludzie. — Odpowiedział na przywitanie, kładąc nacisk na ostatnie słowo, podkreślając przynależność rasową i granicę między nimi jeszcze bardziej, podobnie jak uczynił to Lasota.
— Żaden to gwałt obyczajów, raczej rozpoznanie, a jak się szanownemu czarnemu nie podoba, tedy niech łysinę ku temu tam z rogatym koniem, zwróci, bo mam takie samo prawo tu przebywać jak i wy macie. — Borgerd wyszczerzył się złośliwie, jeszcze przez krótką chwilę nie spuszczając wzroku z atakującego go, a odzianego w czerń, człeka. Jakby nie było, poza wspomnianą złośliwością, swego rodzaju znużeniem i sporą dawką zgryzoty, nie dało się wiele wyczytać więcej z tonu i mimiki Jorega, a i to zaraz uleciało, bo przyboczny czarnego, Heckl, poruszył temat bardziej krasnoluda interesujący niźli obyczaj powitania, każący sobie najwyraźniej wpierw wbić trzon od miotły w rzyć.
— Przychodzę od Vortiga, kilka lat wstecz ubił z moim ojcem kilka intratnych interesów. Po starej znajomości zaoferował mi obecność na tych dziwnych wyścigach. Zaprawdę, to dopiero obyczaj, po nocach się ścigać. A czy możecie mi pomóc, nie wiem. Wczoraj przybyłem do miasta, jutro rozejrzę się za jakąś robotą, a dziś chciałem nieco poznać Ban Ard. — Krasnolud parsknął, wciąż rozbawiony pomysłem tutejszej ludności, by zaraz przejść do istotnego tematu gorzały.
— Wódka zaś, no cóż, chyba żeś jednak tej prawdziwie mahakamskiej nie próbował, ale nie szkodzi, bo ja nie miałem okazji kosztować kaedweńskiej. Wychodzi na to że, aby spór zażegnać, trzeba nam się napić. — Joreg skierował wzrok na najbliższy stół, szukając jakieś mięsnej zakąski. Znalazłszy takową bez zastanowienia porwał i wpakował do gęby. Rzując sięgnął po tarczę przewieszoną przez plecy, ściągnął ją od razu, aby z bliska pokazać Hecklowi, w żadnym razie jednak nie zamierzał człekowi oddawać swojej własności do rąk.
— Ano, to nie krasnoludzka robota. — Zaczął jeszcze z pełnymi ustami, zaraz jednak przełknął kęs i dokończył. — Wygrałem ją w zakładach, a dowiedziałem się tyle, że to tarcza ofirska. Musiał tenże Ofir, kimkolwiek jest, znać się na robocie, bo tarcza wygląda na solidną, a leciutka jest jak piórko. Szkoda, że jeszcze nie miałem okazji sprawdzić tego w boju. — Dostrzegłszy jak w międzyczasie landsknecht rozgląda się za kwaterkami, Borgerd wykrzesał z siebie jeszcze odrobinę cierpliwości, by zaś nie dopytywać o napitek.
Wtem, spod pomnika podniósł się gwar, a głowa krasnoluda automatycznie powędrowała w kierunku, z którego dochodził głos. Joreg stanął na palcach i wyciągnął głowę, jakby miało mu to w czymkolwiek pomóc. Tyle widział, że zdaje się, jeźdźcy zawitali.
— Ej, ty tam! — Wycelował palcem w jednego z pajuków, na chybił trafił. — Daj mi tu jakiś zydel, albo skrzynię podsuń, bo jasny szlag, nic nie widzę! — Zaraz też odszukał palcami trzos, bynajmniej po to, by wynagrodzić trud pachołka.
— Zaraz się zacznie? Niechże się przyjrzę jeźdźcom, hmm. — Wygładził w zamyśleniu pełną warkoczy, czystą brodę urękawicznionymi palcami. — Może zaryzykujecie mały zakładzik, co? Obstawiamy zwycięzcę, albo durnia, który pierwszy łeb skręci po ciemku, względnie tylko wypadnie z siodła. — Głos Jorega przy ostatnich zdaniach wyraźnie poweselał. Uwaga większości skupiła się teraz na tym, co było prawdziwie istotne w tutejszym wydarzeniu, a nie na jego skromnej, nieludzkiej obecności.
Ilość słów: 0

Odpowiedz
meble kuchenne na wymiar cennik warszawa kraków wrocław