Karczma „Prakseda”

Obrazek

Przecięta nurtem strumienia osada położona w górę biegu Pontaru, w dzikiej i malowniczej okolicy terenów zalewowych. Życie toczy się tu spokojnie, z dala od trosk wielkiego miasta. Wszak własnych trosk Srebrny Brzeg ma pod dostatkiem.


Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 1092
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Karczma „Prakseda”

Post autor: Dziki Gon » 14 lip 2019, 1:51

Obrazek Stoi przy moście, podle wschodniego brzegu Rząsawy. Nie wabi ni rzępoleniem grajków, ni gwarem, ni szczególnie apetyczną wonią potraw wydalaną przez niezalepione szpary między szwałami i kureń na środku krytego słomą dachu. W słotne, wietrzne dni co najwyżej ogniem buchającym w palenisku. Nikt we wsi nie wie, skąd gospodarzom — umiarkowanie życzliwej parze zwanej Bogna i Boruc — przyszła do głowy egzotyczna nazwa „Prakseda”, ale też nikt nie pyta. Ot, na kufel drożdżastego piwa i zupę flisacką chodzi się do „Praksy” lub po prostu do Bogny i Boruca. Boruc gotuje, Bogna pilnuje porządku. Wielu życzyłoby sobie, aby było zupełnie na odwrót, lecz przy porywistych niekiedy temperamentach spotykających się pod jednym dachem mieszkańców zachodniego i wschodniego brzegu sioła nic nie daje rady tak, jak żelazne ramię i wałkownica Bogny. W tym niepożądanym spotkaniu bowiem pies pogrzebany — brzegi są dwa, a karczma tylko jedna i choć miłość do kiepskich trunków oraz jeszcze gorszego jadła zwycięża nad podziałami, to nie zawsze odbywa się to w pokojowej atmosferze. Wnętrzu gospody narzucają niemal doskonałą symetrię dwa rzędy solidnych ław, z czego stali jej bywalcy skrzętnie korzystają, dzieląc się przestrzenią w głównej izbie jako wspomnianymi dwoma brzegami. Mieszkańcy lewego brzegu nie omieszkują, rzecz jasna, grać przy tym regularnie na nosie sąsiadom i podkreślać, że przybytek znajduje się po ich stronie rzeki. Dwa pytania zwykł słyszeć każdy nowy gość w progach karczmy, to jest „mięsa czy kaszy z omastą?” i „a waćpany to za którym brzegiem?!”. Na oba należy odpowiadać z wielką, wielką rozwagą.

Vitav
Awatar użytkownika
Posty: 6
Rejestracja: 30 mar 2018, 11:20
Medale: 3
Miano: Vitav
Rasa: Człowiek
Wiek: 30 lat
Złoto: 23 korony
Stan zdrowia: Zdrowy
Karta Postaci: viewtopic.php?f=10&t=169

Re: Karczma „Prakseda”

Post autor: Vitav » 30 cze 2020, 21:41

Kiedy parę miesięcy temu Żyłce napomniane zostało, że jakowyś chłopek widział jego byłych kompanów, w głowie mężczyzny znów jarzyć zaczęła się ta wstrętna iskierka nienawiści napędzana nieodpartą chęcią zemsty. Landberg był prostakiem, w dodatku cholernie zawistnym i równającym rachunki za wszelką cenę - no, chyba że to on komuś coś wisiał. Wtedy nastawienie narwańca nieco się zmieniało - wolał albo pozbyć się źródła długów, albo jak najprędzej się od niego oddalić. Tym razem o takiej sytuacji mowy nie było. Czuł się perfidnie zdradzony przez ludzi, z którymi podróżował przez lata, to i był gotowy na lata za nimi pogoni. Sama wieść o tym, że te łachudry jeszcze nie gryzą ziemi, sprawiła, że znacznie żwawiej przemieszczał się po okolicznych terenach, szukając jakichkolwiek wskazówek na temat ich pobytu.

Tak się złożyło, że wiatry losu - po stosunkowo dość długim czasie - zapędziły go ponownie do bardziej zaludnionego miejsca. Wprost do Srebrnego Brzegu. O uszy parę razy mu się o istnieniu tej osady obiło, ale wszystkim co na jej temat wiedział, była jej nazwa. Kierował się drogą pomiędzy domostwami, rozglądając się za czymś, co choćby w małym stopniu przypominałoby karczmę. Pokręcił się tak chwilę, poprzyglądał spacerującym ludziom, pozostawiając swój wzrok nieco dłużej na co ładniejszych dziewkach.

Prakseda stała przy moście. Podjechał do budynku, podwiązał Ropucha do palika i sięgnął do sakiewki, wysypując na dłoń swoje ostatnie pieniądze i oceniając, czy na strawę mu starczy, czy też może jedzenie trzeba będzie pozyskać w inny sposób. I choć Żyłka matematykiem żadnym nie był - ba! Nawet nie potrafił liczyć więcej, niż do dziesięciu - tak wyglądało na to, że szczególne środki perswazji nie będą konieczne. Zresztą tutaj mogłoby to się dla niego źle skończyć.

Pchnął drzwi karczmy i wszedł do środka, od razu rozglądając się po całym wnętrzu. Stał tak przez chwilę jak ostatnie cielę, łypiąc wzrokiem raz po raz na każdego, aż w końcu, zanim spowodowałoby to jakiekolwiek uszczypliwe komentarze, podszedł do szynku.

Mięsa, byle jakiego — rzekł dość głośno. — I kufel piwa. Też byle jakiego. — dodał po chwili, rozsiadając się na stołku. Nie miał zamiaru do nikogo się dosiadać. Jeszcze nie teraz.

Nie było tu może Jaśka jakiego? — zagaił. — Niezbyt wysoki, rudy, piegowaty, prawe oko rozjebane. Mogło się z nim dwóch przydupasów kręcić, Jędrek i Jakub. Ci bardziej wyrośnięci, ale też rudzi.

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 1092
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Karczma „Prakseda”

Post autor: Dziki Gon » wczoraj, 22:34

„Praksa” nieczęsto miewała gości takich jak Żyłka. Gości, których omijały dwa zwyczajowe pytania na wejściu. Drugie zdążył sam uprzedzić w ciszy, która zapadła w izbie po jego przybyciu. Pierwszego nikt nie ośmielał się zadać lub ważył je w skrytości swych myśli z wielką, wielką rozwagą.
Nieznajomy, choć rozejrzał się po karczmie cielęciem, miejscowym jednak bardziej skojarzył się z bykiem, zarówno obwodem w barach równającym się obręczy koła od średniego powozu, jak i siermiężną fizjonomią malującą każdy grymas jego twarzy na gniewny, a każde spojrzenie na zaczepne i czyhające kogo pożreć. Zwyczajowy rezon uszedł z miejscowych zabijaków, nagle bardziej od gościa zainteresowanych swoimi michami i pływającymi w nich kluskami. Niektórzy próbowali ratować honor, szukając inspiracji w łykanym pospiesznie i dla kurażu piwie, popatrując pytająco na sąsiadów. Dwóch postawnych i ogorzałych parobków o jasnych jak słoma, zachodzących na oczy czuprynach, zajmujących jeden ze stołów po prawej stronie gospody, odważyło się odpowiedzieć przyjezdnemu na spojrzenie. Raczej dziwując się z uznaniem niż w mala fide.
Nadto Żyłce poszczęściło się w rachunkach — licząc wspomniany duet i małżeństwo gospodarzy, w karczmie wiary urzędowało mniej więcej tyle, do ilu potrafił zliczyć. Było jeszcze trzech lokalnych z lewej, o podwiniętych rękawach zadartych płóciennych koszul powalanych mącznym pyłem. Starszawy chłopina z siwiejącym wąsem w futrzanym kubraku siorbiący polewkę na skraju szynkwasu. No i on, jako dziewiąty i dziesiąty, jeśli liczyć in materies, nie multitudo.
Niewysoki człeczyna w fartuchu zbliżył się do baru, przekazując drewnianą chochlę i obowiązek mieszania w garze tęgawej kobiecie stojącej nad garem pachnących kiełbasą z kapustą.
Bigos grzejem. Zjecie? — zapytał, zadzierając głowę i polewając w gliniany kufel piwa, co do joty spełniającego standard, którego zażyczył sobie gość.
Nie widzielim — odparł, podsuwając mu zwieńczone pianą naczynie po blacie, ulewając nań nieco rozkołysanej zawartości.

Odpowiedz
meble kuchenne na wymiar cennik warszawa kraków wrocław