Stara Nekropolia

Obrazek
Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 897
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Stara Nekropolia

Post autor: Dziki Gon » 20 kwie 2018, 2:08

Obrazek Zaciszne i spokojne miejsce usytuowane zaraz za Bramą Wiecznego Ognia, pośród zieleni drzew, a tuż nad brzegiem przecinającego południową część miasta kanału. Bliskość wody oraz cmentarza bez jednoczesnego zagrożenia sanitarnego jest możliwa dzięki zwyczajowej formie pochówku ustanowionej przez Religię Płomienia. Na Starej Nekropolii groby są jedynie symboliczne, pozbawione ciał, doczesne szczątki wyznawców oraz obywateli spoczywają w nich oraz w urnach jako popioły. Miejsca pochówku znaczniejszych i zamożniejszych osób znać można po ozdobnych grobowcach, nierzadko małych willach, w których przechowuje się ich prochy. Zwykły lud otrzymuje opatrzoną tabliczką z nazwiskiem niszę na urnę w jednym z kolumbariów. W ciągu ostatniego wieku, z racji braku miejsca i powstania Nowej Nekropolii, odchodzi się od składania zmarłych na dawnym cmentarzu, choć wieloletni obywatele miasta lub członkowie wywodzących się stąd rodzin dostępują niekiedy tego przywileju. Nawet jeżeli za życia żar ich wiary nie płonął zbyt silnie, dostają szansę, by zabłysnąć po śmierci przynajmniej literalnie, a później na stałe wpisać się w krajobraz tego zabytkowego miejsca, pełnego porośniętych bluszczem grobowców, cieni drzew, żwirowanych alejek oraz płonących zniczy.

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 897
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Stara Nekropolia

Post autor: Dziki Gon » 10 lut 2020, 19:29

Krasnolud i troje ludzi — dwóch mężczyzn i jedna kobieta, zatrzymało się podle murku okalającego wiekowy miejski cmentarz, w cieniu wzrastającej ponad nią lipy i przychodzącego jej w sukurs czarnego bzu.
Tyś ochujał, Gaspar. — cedził przez wyszczerzone w nieszczerym uśmiechu zęby Zet, z wyciągniętą przed siebie pięścią okręconą żyłką. — Ochujał ze szczętem. Ja cię żywcem spalę, zobaczysz. Sfajczę tak, że zbliżający się do miasta pielgrzymi zobaczą twój płomień ponad murami i będą się dziwować na cud, że oto sam Wieczny Ogień wyszedł im na spotkanie z Wielkiej Szpicy!
Stojący nieopodal Axel, kiwał w milczeniu głową. Morgana nie potrzebowała go czytać, żeby wiedzieć co właśnie sobie myśli. Wszystko od jego twarzy, po stanowczość i skwapliwość kiwnięć mówiło w nim na przemian: „Wiedziałem” i „Kurwa”.
Gaspar, nie mniej sterany niż podczas wizyty w domu Morgany, opierał się o murek, trzymając ręce na widoku i ważąc słowa.
Skrytka — wychrypiał — Musi znajdować się w nieoczywistym miejscu. Inaczej przestaje być skrytką. Bądźmy rozsądni, panowie.
Za durniów nas masz, Gaspar! I jesteś tyle od wyje… — krasnolud odchrząknął, orientując się, że podnosi głos. Może nieco na wyrost, bo poza nimi jedyną żywą duszą w okolicy był do niedawna krążący wokół nich chrabąszcz, którego Axel z nudów ubił odganiającym ruchem otwartej dłoni.
Durniów — dodał ciszej. — Gdybym wiedział, że w grę lezie plądrowanie grobowców, nigdy nie przystałbym na podobny plan! Toć tylko skończone ciule tak postępują, a poza tym...
Nadto zaś, nie mówimy o grobowcach, ale jednym. W dodatku symbolicznym. W ludzkiej, nie krasnoludzkiej części. Więc uprzedzając twoje moralne i realne obawy, nie spotkamy po drodze na Stróżów Spokoju. Żadnej profanacji. Ani przypału.
Zet, zaspany z wkurwienia, pokręcił się w miejscu, spojrzał upewniająco na Axela, który wzruszył ramionami.
W razie co mamy już zaliczkę w garści. Dziewkę też.
Pierwszy argument zdecydowanie przemówił krasnoluda, którego wolna dłoń natychmiast zanurkowała w przepastną kieszeń fartucha, ani chybi by namacać otrzymany zawczasu zadatek. Zmarszczone czoło nad rdzawymi, wiecznie nadpalonymi brwiami wygładziło się nieco, lecz oczy, nadal zmrużone nadal przyglądały się Feretsiemu nieufnie. Mimo pierwotnego entuzjazmu i zgody na zaproponowany układ, krasnolud był niespokojny kiedy zmierzali tu ze starówki. Początkowo mniej uczęszczanymi uliczkami i zabłoconymi zaułkami, w końcu zaś nielicznymi parkowymi Nowego, za to o wiele częściej tymi obszczanymi przez koty i lokalnych pijaczków nieparkowymi i odrapanymi. Szczęśliwie, nie wzbudzając też niczyjego zainteresowania, włącznie ze wspomnianymi kotami i pijaczkami. W Novigradzie niełatwo było zrobić wrażenie na tubylcach, a ich skądinąd nietypowy korowód nie okazał się dostatecznie frapujący. Toteż kiedy wszystko poszło bez zakłóceń i dotarli w okolice tutejszej świątyni, krasnolud i pirotechnik zdawał się być uładzony. Niemal wesół. Do czasu, gdy nie przypomniał sobie o zadaniu wyjątkiem ważnego pytania o szczegóły lokalizacji obiecanych duetowi skarbów, które zgodzili się byli przehandlować za Morganę.
Dobra — zgodził się w końcu, nie do końca udobruchany i wyraźnie czujniejszy niż przedtem. — Ale wy leziecie pierwsi. Wy będziecie macać nagrobki i w razie czego, wy narazicie się szacownym zmarłym, tfu, tfu, jeśli taka wasza wola. Rozumiemy się?

Juno
Awatar użytkownika
Posty: 187
Rejestracja: 23 gru 2018, 17:44
Medale: 7
Miano: Morgana Mavelle
Rasa: Człowiek
Wiek: Ćwierćwiecze +
Złoto: 43 korony
Stan zdrowia: Suchotnica
Karta Postaci: viewtopic.php?f=10&t=305
Szczegółowa Karta Postaci: viewtopic.php?f=25&t=304

Re: Stara Nekropolia

Post autor: Juno » 13 lut 2020, 23:05

Czuję się — zapewniła Axela, nim wyszła w letnie, smrodliwe powietrze novigradzkiej starówki. „Od pierwszego wejrzenia”, dodała już w myślach, nie chcąc kusić losu. Uśmiech tykowatego bandyty miał w sobie bowiem coś, co kazało Morganie powściągnąć anse i fochy. Wszak co za dużo, to i świnia nie zje, a głupio by było skończyć teraz z bełtem w gardle. Pomijając już fakt, że inwigilatorka całkiem lubiła swoje małe, nieistotne dla świata życie, to nieodżałowanym marnotrawstwem byłoby niweczyć z takim trudem osiągnięty konsensus biznesowy.
Zamknąwszy się tedy — tyleż dosłownie, co w sobie — Morgana podążyła za Feretsim i Zetharem w milczącym skupieniu. Patrząc pod nogi, miast podziwiać okoliczne landszafty spod znaku większej i mniejszej nędzy, by przypadkiem nie wykonać jakiegoś gwałtownego ruchu, który mógłby zostać opacznie zrozumiany przez idącego za nią Axela. Rozmyślania również sobie odpuściła, co w połączeniu z brakiem dryblasa u boku i wczesnowieczorną aurą uczyniło przechadzkę wcale przyjemnym doświadczeniem, nawet pomimo ciągnącej od obszczanych bram i murków bryzy.
Złudne wrażenie pierzchło, gdy dotarli pod stary cmentarz, spłoszone złym i coraz bardziej podniesionym głosem krasnoluda. Morgana milczała, spoglądając niepewnie na śledczego. Nie podzielała, co prawda, natury obiekcji Zethara, lecz istotnie dziwnym wydało jej się chowanie aktywów po żalnikach. „Z drugiej strony — jaki pan, taki kram”, pomyślała, wciągając w nozdrza odurzający zapach kwitnącej hyczki. Gaspar Feretsi był jedną z bardziej ekscentrycznych osób, z jakimi Morgana miała do czynienia, toteż prędko przeszła nad cmentarną skrytką do porządku dziennego.
Twoja reakcja tylko potwierdza, że dobrze to sobie wykoncypował — rzekła inwigilatorka do karła, dziwiąc się jednocześnie w duchu, że ktoś, kto posłał do piachu tyle osób, może przejmować się naruszaniem ich czci. — Myślę, że szacowni zmarli nie będą mieli nic przeciwko, że się tu trochę rozejrzymy. Zwłaszcza, że są sproszkowani.
Nie czekając na zachętę, Morgana sama podeszła do Gaspara, a widząc, że nic a nic mu się nie polepszyło, chciała pomóc mężczyźnie odkleić się od cmentarnego muru i przejść do rzeczy, by zadośćuczynić życzeniu krasnoluda, jak i swojemu własnemu — temu o winie i całej reszcie.
Chodźmy, po zmroku będzie trudniej.
To, co widzisz, co się zdaObrazekjak sen we śnie jeno trwa.

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 897
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Stara Nekropolia

Post autor: Dziki Gon » 16 lut 2020, 20:58

Argument Morgany, uświadamiający Zetowi jego reakcję, sprawił, że, wyraz niezadowolenia, choć nie ustąpił z jego twarzy, to przynajmniej podzielił się nią z grymasem zaprzęgniętych do roboty zwojów.
Fakt, że sam bym tu nie zajrzał. Gdybym nie musiał — przytaknął niechętnie krasnolud i wysłuchawszy drugą część zdania Morgany tyczącą się szacownych zmarłych, sprzeciwu i sproszkowania westchnął z dezaprobatą. — Ech, ludzie. Stawiacie w miastach wielgachne świątynie, ale nie ma w was za krzty szacunku dla wiecznego spoczynku...
Boisz się duchów, Zet? — zapytał znudzony przedłużającym się morałem Axel, z właściwą dla siebie bezpardonowością.
No! Bez takich! Ja się niby boję? A w trąbę… — Karzeł spojrzał w górę, oblizując wargi i rudego wąsa, zaraz się poprawił. — W torbę chcesz?
W sakwę. Złota, jeśli łaska, bo za dużo w niej powietrza — zreplikował dowcipnie dryblas, powołując się na priorytety. — Propozycję przyjąłeś z marszu, polazłeś tu bez pytania. Trochę za późno na wątpliwości.
Piroman zważył słowa kompana, drapiąc się po podgolonej czaszce. — Też prawda. Ale przeca mówię, że możemy się rozejrzeć. Ale państwo przodem, jakeśmy ustalali.
Jakeśmy ustalali — odchrypiał mu spod murku Feretsi, któremu Morgana zdecydowała się przyjść z pomocą. Spostrzegając przy tym, że śledczy, choć dotychczas wymięty, objawiający ślamazarność i wczorajszość w każdym swym ruchu, bynajmniej nie wytraca przy nim woni przetrawionego alkoholu ani nie potrzebuje pomocy, aby ruszyć dalej. Mimo wszystko, przyjął ją.
Nie za blisko — uronił jej nie głośniej od wdechu, markując niepewny krok i wlokąc się przez bramę cmentarzyska.
Spacerować nowomiejską nekropolią było jak przechadzać się parkiem. Wysypane grysem ścieżki, zieleń oraz nieomal dyskretnie wkomponowane w krajobraz mauzolea, oraz mijane rzeźbione nagrobki, których daty i nazwiska przemawiały do nich wykutymi w piaskowcach i marmurach runami. Pod niektórymi ćmiły się znicze lub zalegały te wypalone, inne przyozdabiały kwiaty.
Przyrównać zabytkową novigradzką metropolię do miejskiego, wyzimskiego żalnika było jak czystą krwi klacz do kulawej oślicy — już samym tylko zestawieniem uwłaczało się tej pierwszej. Iście, aż chciałoby się tu zostać na dłużej. Oni jednak pozostawali w ciągłym ruchu. Chrzęszcząc grysem pod butami, Feretsi prowadził ich alejkami, kilkukrotnie przystawał i zmieniał kierunek. Przeprowadzał ich szpalerami nagrobków, wymijał pojedyncze pomniki, na które zapatrywał się czasem jak na drogowskazy. O tej porze byli nielicznymi obecnymi na cmentarzysku, a pomimo tego, że tworzyli dosyć osobliwy pochód, nikt z obecnych nie zwracał na nich uwagi. Pojedyncze osoby, które w zupełnym milczeniu zdarzało im się mijać, nie podnosiły nawet głów, co potwierdzało trafność wyboru miejsca na skrytkę, a tym samym działało na poddenerwowanego Zethara uspokajając go równie skutecznie co wpatrywanie się w ogień, albo wdychanie zapachu smoły.
Nie trwało długo, nim cała czwórka zatrzymała się naprzeciw kutego w kamieniu grobowca o froncie ozdobionym odbarwionymi równoległymi płaskorzeźbami stylizowanymi na kolumny oraz wyobrażonym ponad metalowymi drzwiczkami rzeźbą herbu — podkową zwróconą do góry barkiem, podle której widniał miecz skierowany sztychem prosto do góry. Mający widnieć nad nimi klejnot nie przetrwał próby czasu albo renowacji — ostały się z niego tylko wychłostane wiatrem i rozpuszczone ulewami esy-floresy. Były też napisy, wykute na nadprożu.
„Guido i Vera Rosendal 1134-1194 i 1142-1208” — przeczytał na głos Zet, mrużąc krótkowzroczne oczy starego pijusa i wzdrygając się, od wiatru albo przesądu. — No, ładny, kurwa, pośmiertny domek. Ale zawarty na spust. — Karzeł wskazał na spinającą ciężkie, metalowe drzwiczki kłódkę. — Tuszę, że jeśli nie zełgałeś, Gaspar… — wtrącił ze szczególnym naciskiem — To masz na to remedium, a?
Masz — przytaknął Gaspar, demonstrując towarzystwu ciemny i ciężki klucz z głową obłękowaną jak kosz rapiera.
Axel, ani chybi odruchem starego szabrownika, rozejrzał się wokół. Nie znajdując ni jednej żywej duszy, powrócił do kompanii. Razem z zastrzeżeniem. — W środku będzie ciemno. Tym bardziej że grób zdaje się wieść kawałek w dół. — Dryblas kiwnął głową na podstawę budowli, ujawniającej kawałek fundamentów przebijających przez miękką ziemię cmentarza. — Macie czym przyświecać?
Hubkę i krzesiwo, zaraz znajdę… — wymruczał Zethar, w zastanowieniu klepiąc się po kieszeniach pojemnego i wszechmieszczącego fartucha.
Podaj. Czemu nie uprzedziliście nas zawczasu, panie Gaspar? Zapomniało się wam? Tak samo jak o tym, że ukryliście precjoza na nekropolii? — zaindagował zjadliwie Axel, a Zet wbił zmarszczone spojrzenie w kark ostrożnie otwierającego kłódkę śledczego.
Bałem się o własną skórę. Nie byłem pewien czy dacie mi wiarę. — przyznał z miejsca i zdaje się, że szczerze Gaspar Feretsi, powoli przekręcając klucz i otwierając zamek, tak by nie narobić niepotrzebnego hałasu zdjęciem ciężkiej kłódki. — Pytać też nie pytaliście. A drogę pamiętam. Znajdę w ciemności na wyczucie.
Nim krasnolud zdążył spełnić wcześniejszą prośbę o podanie ognia, jego ludzki towarzysz wyciągnął spod płaszcza dwa krótkie łuczywa, dowodząc przezorności, zbieractwa lub paranoi, a może i każdego po trosze. Jedno zatrzymał dla siebie, drugie zamierzał podać Gasparowi, jednak po krótkiej chwili zastanowienia, roztropnie powierzył je Morganie.
Byłoby dobrze, gdyby jedno stało na czatach, ale za mało nas na podobne luksusy. Dlatego imć Gaspar pójdzie na szpicy, panna Morgana obok niego, przyświecając, Zet z wami, ja ubezpieczę tyły. Czy w środku… — Axel zawiesił głos, przyglądając się grobowcowi bardzo krytycznie. — Czy w środku jest na tyle miejsca, żebyśmy pomieścili się tam wszyscy? I mogli przy tym zachować bezpieczną odległość od… Radiusa rażenia?
A po groma mamy tam złazić wszyscy? — zdziwił się Zet. — Puści się tego przodem, na sznurku czy bez i niech wróci do nas na górę ze skarbem.
W idealnym świecie — westchnął dryblas, pocierając długi, garbaty nos. — Na pewno moglibyśmy to rozważyć. Tutaj absolutnie nie wchodzi to w grę. Nie kiedy nie mamy pewności, czy nasz szczodry gach nie spróbuje zatrzasnąć się w środku i przeczekać, albo nawiać jakimś ukrytym tunelem.
Co ty też, Axel… — parsknął Gaspar. — Skąd ci to przyszło do łba? Chybaś się za dużo nasłuchał tych…
Wiesz co różni włamywacza od archeologa?
No?
Wiek budynku, który obrabia, więc mam o tym pojęcie. I słyszałem wiele na ten temat. Z dobrego źródła. Wiem co mówię.
W środku jest na tyle miejsca — zapewnił w przetykanej grą zlatujących się wieczornych owadów ciszy Feretsi, odwracając od żelaznych drzwi mauzoleum — już otwartych i uchylonych, ziejących bynajmniej nie zachęcająco ani zapraszająco, głęboką, zawilgłą czernią, która powiała ku nim przelotnym chłodem.
Zethar wzdrygnął się i natychmiast zajął dłonie krzesaniem ognia, a skrzesawszy — pomaganiem odpalić Morganie podane jej przez Axela łuczywo. Axel zajmował się obserwowaniem Feretsiego, Feretsi oczekiwaniem na gotowość pozostałych.

Juno
Awatar użytkownika
Posty: 187
Rejestracja: 23 gru 2018, 17:44
Medale: 7
Miano: Morgana Mavelle
Rasa: Człowiek
Wiek: Ćwierćwiecze +
Złoto: 43 korony
Stan zdrowia: Suchotnica
Karta Postaci: viewtopic.php?f=10&t=305
Szczegółowa Karta Postaci: viewtopic.php?f=25&t=304

Re: Stara Nekropolia

Post autor: Juno » wczoraj, 21:30

Przedłużająca się przy cmentarnym murze debata sprawiła, że Morgana zaczęła się niecierpliwić i — ku swemu duchowemu niezadowoleniu — zgadzać z Axelem.
Nie zmarłych trzeba się obawiać, tylko żywych — mruknęła, wzdrygnąwszy się lekko. Atmosfera Starej Nekropolii skłaniała do refleksji, a snująca się między drzewami aura przemijania jasno wytyczała kierunek tychże. Wspomnienia i doświadczenia inwigilatorki zaś potwierdzały postawioną półgębkiem tezę.
W końcu jednak przekroczyli bramę zabytkowej nekropolii. Mavelle, zgodnie z poleceniem, szła nieco dalej od Gaspara niż pierwotnie zamierzała, ale i tak dość blisko, by widzieć, że jego wymięta aparycja nie do końca chyba odzwierciedla faktyczny stan ciała i umysłu mężczyzny. Już wcześniej, jeszcze nim opuścili jej mieszkanie, śledczy obdarzył ją nader trzeźwym i klarownym spojrzeniem, choć wówczas nie wzięła go serio. A chyba powinna była, bo wyglądało na to, że jeśli Gaspar nie był — a nie posądzała go o to — wariatem, lubiącym sobie w wolnym czasie poaktorzyć, uprzednio włamując się do mieszkań obcych kobiet w tarapatach, to ewidentnie coś kombinował. A że łajno z tego kombinowania rozumiała, było teraz równie nieistotne, co irytujące.
Sunąc nieopodal Feretsiego, przez morze białego żwirku, napęczniałej od soków zieleni oraz mniejszych i większych dzieł architektury sepulkralnej, Morgana miała chwilę, by zebrać do kupy wszystko, co wiedziała o śledczym i próbować wysnuć z tego jakieś wnioski. Niestety znanych jej faktów było tyle, co brudu za paznokciem, a i to nie wiadomo czy faktami były istotnie, czy tylko jej własną projekcją.
Prócz profesji, którą się parał i miejsca zamieszkania, tak naprawdę nie wiedziała o nim nic. Wedle słów Rudzika Gaspar Feretsi był pijakiem, filutem i filantropem; wedle jej własnego poznania — zmęczonym życiem dekadentem i narkomanem, który jednocześnie pokazywał się jako człowiek napędzany sentymentami i mściwością, nieco surowym i brutalnym, nieprzywiązującym wagi do konwenansów i bezceremonialnym, a mimo to pozwalającym spać obcej kobiecie we własnym łóżku i częstującym ją jajecznicą nad ranem. Do tego dochodziły jeszcze elementy zupełnie zbijające Morganę z pantałyku, jak to, że nie mogła go przeczytać oraz uwierający ją w zadek fakt, że jakoś znalazł się w zamkniętym na klucz pokoju i wyszedł zeń, jakby całe życie nic innego nie robił. Mógł, co prawda, przyjść przed nią i włamać się do sypialni, czekając odpowiedniej chwili, by ujawnić swoją obecność (co na pewno miałoby więcej sensu, niż posądzanie go o przemianę w kota czy inne zwierzę), ale to jednoznacznie wskazywałoby, iż wiedział o planowanej przez Blanche, Zeta i Axela wizycie. „Może i rzeczywiście wiedział”, zastanowiła się Morgana. „Może ktoś go najął? Tylko do czego? Zethar to płotka, jak my wszyscy. Axel? Nie… A może? Jeszcze ta skrytka. Kto mógłby chcieć zwabić tę dwójkę na cmentarz i po co? Bez sensu.” Choć Mavelle usilnie próbowała znaleźć dla działań Gaspara powód inny, niż (ponowna) chęć ratowania jej skóry — nie była w stanie.
„Czas pokaże”, uznała w końcu, zatrzymując się wespół z resztą orszaku przed pokaźnym kamiennym grobowcem. Powietrze pachniało czeremchą, dzikim bzem i wilgotną ziemią. Morgana wzięła głęboki oddech i zaraz się rozkaszlała z tego nadmiaru wrażeń.
Szlag… — mruknęła, masując obity łokieć, naraz tkliwy i rwący bólem od wstrząsającego nią kaszlu. Przyglądała się grobowcowi, wyrytym nad wejściem napisom i rozmytemu herbowi. Szczęściem nie przypominał tego, który widziała w wizji, a i otoczenie różniło się od „jej” makabresek. Próbując nadążyć za odczytującym litery Zetharem, Morgana uświadomiła sobie, że zaniedbała ostatnio pewne sprawy. Nieco zawstydzona, oderwała wzrok od nadproża grobowej willi państwa Rosendalów i skupiła uwagę na toczącej się wymianie zdań.
Odchędożylibyście się już od niego — wtrąciła inwigilatorka, markując znudzony ton, jak wcześniej Feretsi chwiejny krok. — Nie widzicie, w jakim jest stanie? Miał prawo zapomnieć. W przeciwieństwie do was. Waszą rzeczą było pytać, nim żeście się rzucili na tę propozycję jak szczerbaci na suchary, i wasz teraz problem, żeście tego nie uczynili. Zachowujecie się, jakbyście mu łaskę robili, że zgodziliście się wziąć jego pieniądze. A prawda jest taka — Morgana urwała na moment, by upiąć porządnie włosy — że trafiło się wam jak ślepej kurze ziarno, panowie. Tedy grzeczniej może, to w końcu biznes. Daj mi to. — Zniecierpliwionym gestem przejęła od Axela łuczywo, po czym podeszła z nim do krzesającego ogień krasnoluda i odpaliła.
Ona również wolałaby — jak Zet — zostać na zewnątrz, na powierzchni. Ale nie miała złudzeń. Wziąwszy głęboki oddech i rozgoniwszy przykre wspomnienia na obrzeża świadomości, Morgana Mavelle zanurzyła się w ciemną i zimną otchłań, ciesząc się z obecności śledczego, jak jeszcze ani razu tego dnia.
To, co widzisz, co się zdaObrazekjak sen we śnie jeno trwa.

Odpowiedz
meble kuchenne na wymiar cennik warszawa kraków wrocław