Sortownia i warsztaty

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 897
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Sortownia i warsztaty

Post autor: Dziki Gon » 29 lis 2018, 14:14

Obrazek Stojące na skraju kamieniołomu osiedle drewnianych baraków i szop, zorganizowanych wokół błotnistego placu, na którym sortuje się rudę i inszy urobek, posyłany później transportami w świat. Tuż przy placu, pomiędzy krytymi korą chatami górników znajduje się tu także stolarnia wyrabiająca konstrukcje do kamieniołomu oraz obudowę do znajdujących się niżej szybów. Jest też kilka pomniejszych warsztatów i magazynów, gdzie trzyma się i naprawia wszelkie górnicze parafernalia. Najporządniejszymi budynkami (złośliwcy dodający, że jedynymi) w całej okolicy są murowana siedziba gwarectwa i zarządu rudokopu oraz sąsiadująca z nią obszerna sala przeznaczona jako miejsce obchodów rozmaitych uroczystości, a także spotkań i ćwiczeń lokalnej orkiestry dętej.
Panujący tu ruch niewiele ustępuje temu w dole — załadunek trwa od rana do wieczora, praca w warsztatach wre w najlepsze, a na domiar tego, pomiędzy robotnikami i zwierzętami zawsze można natknąć się na stadka ubabranych dzieci górników, przeszkadzających i dokazujących ile wlezie. Wszyscy są zajęci i nikt nie zwraca na nikogo uwagi, a kiedy się porozumiewa to przynajmniej podniesionym głosem, żeby przebić się przez nieustający hałas. Ludziska i nieludziska spieszą się ile wlezie, żeby być tam gdzie trzeba możliwie jak najszybciej, jednak w nawale obowiązków i organizacyjnego zamętu zlecona robota zawsze okazuje się być „na wczoraj”. Pomimo tego pędu i towarzyszącej mu nerwówki, koniec końców wszystko zawsze zostaje dopięte na ostatni guzik, z iście krasnoludzką solidnością, a ostateczne terminy zawalane rzadziej niż tunele w kopalniach.

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 897
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Sortownia i warsztaty

Post autor: Dziki Gon » 11 sty 2020, 22:45

Przedtem się rozejrzymy — dodał Sherid, kiedy już wszyscy zatrzymali się po nieprzerwanym marszu z góry. Otaczały ich zewsząd drewniane baraki i nieczynne warsztaty, z leżącą odłogiem robotą niszczejącą na ich oczach. Panująca tu cisza była tak nienaturalna i nieprzystająca do tego miejsca, że niemal kłuła w uszy.
Kłułaby, gdyby nie powtarzające się i echem metaliczne skrzypienie górniczego wózka pchanego po szynach pod zamkniętą kopalnię od sortowni i z powrotem. Pchającym był krasnolud. W podeszłym wieku, ze skołtunioną i posiwiałą brodą sięgającą pasa, nasadzonym na oczy górniczym hełmie i wystającym spod niego długim haczykowatym nosem, poruszającym się często jak u królika.
Filio! — krzyknął do niego Goric, dając ręka znak Alsvid i wiedźminowi, że przeprasza na moment. Wózek wyhamował z piskiem, starszy krasnal, poprawił hełm na głowie, ściągając go sobie z oczu, by zobaczyć kto go woła. W jego nieprzytomnym, zeszklonym spojrzeniu malowało się niewiele zrozumienia. Przynajmniej nie dość, by w pełni komprehendować rozumem, w której sferze właśnie się znajduje.
Starczy na dziś. Zrób sobie fajrant.
Jeden kurs! — odkrzyknął mu nazwany Filiem, szykując się, by dotoczyć wagonik na zwieńczenie zablokowanego toru i z powrotem. Goric pokiwał głową, powracając do wizytujących.
Pomieszany na łbie — wyjaśnił im krótko, prowadząc ku jedynemu murowanemu budynkowi w okolicy — pękatego jednopiętrowca z wapiennej cegły w typie blokhauzu, który zlewałby się z otoczeniem, gdyby nie drewniany, smołowany dach oraz belkowate wsporniki węgłów. — Ale nieszkodliwy. Przed laty, jeszcze nie za mojej kadencji, ocalili go cudem z zawalonego chodnika. Bez mała tydzień w nim przeleżał. Wyszedł, jaki widać. Opiekujemy się nim. Zaczekajta moment, sprawdzę, czy pan podżupnik faktycznie u siebie.
Ostukując ubłocone i zapylone buty o obcasy, wlazł do budynku, zostawiając ich u progu. Kawałek dalej, tam skąd przyszli, Filio kończył swój powrotny kurs. Otworzyły się również drzwi pobliskiego warsztatu, z którego wyszła pojedyncza ludzka sylwetka w pokrytym wiórami fartuchu, zzuwająca z dłoni grube, robocze rękawice. Uwolniwszy jedną, podniósł ją do góry, w niemym geście powitania. Sherid zignorował je, rozglądając się nie po okolicy placu, ale lustrując zabarykadowane wloty szybów.
No to akcje kopalni poszły w dół — mruknął, wyciągając dłoń do białowłosej. — Miecz.

Licho
Awatar użytkownika
Posty: 243
Rejestracja: 16 mar 2018, 15:39
Medale: 15
Miano: Alsvid
Rasa: Człowiek
Wiek: 20 - 25 lat
Złoto: 24 korony
Stan zdrowia: bardzo dobry
Karta Postaci: viewtopic.php?f=10&t=309
Szczegółowa Karta Postaci: viewtopic.php?f=25&t=70

Re: Sortownia i warsztaty

Post autor: Licho » 13 sty 2020, 17:20

Wręczyła wiedźminowi jaszczurzy brzeszczot. Uwalanego wiórami mężczyznę, który pojawił się w progu warsztatu i machnął na nich dłonią przyuważyła kątem oka, ale za gburowatym przykładem Sherida, zignorowała go, spoglądając w tym samym kierunku, co charakternik: na zaplombowane przez sztygarów wejście do jednego z szybów, ziejące gardzielowatą czernią i zębiskami ułamanych desek niby rozwarta paszcza.
Pomówmy ze świadkami i resztą załogi, może jednak czegoś się dowiemy. Ale nie podoba mi się to. Nie podoba mi się, że zamierzasz leźć tam sam — oświadczyła bez troski w głosie, szczerej lub fałszywej, za z nieskrywaną podejrzliwością, bynajmniej tylko w stosunku do niespodzianek czekających na dolnych chodnikach kopalni. — Nic tu się trzyma kupy. Ta tajemnicza przebitka, o której wspominał Ganesini, dwunastu zaginionych w przeciągu kilku tygodni, żadnych śladów żerowania. To nie jest robota potwora, prawda?
Sherid nie musiał jej odpowiadać. Dziewczyna sama wiedziała. Że gówno wiedziała i że jeśli w podziemnych korytarzy jednak zagnieździło się jakieś wyjątkowo wybredne monstrum, to tylko plątałaby mu się pod nogami, równie pożyteczna, co pomieszany na łbie Filio, o ile nie mniej. Ale jeśli nie?...
Jeśli nie, to ufała jego ewentualnej relacji tak, jak ufała, że po ukatrupieniu Zavista Croizet obsypie ją złotem i najzwyczajniej w świecie pozwoli odejść wolno, a Florent oraz jego zausznik na odchodne wielkodusznie puszczą w niepamięć wzajemne długi. Powiodła wzrokiem wzdłuż stromej, trawersującej po zboczu ścieżki, którą Ganesini sprowadził ich wcześniej na samo dno leja, błotniste, opustoszałe i upiornie ciche, nie licząc dźwięków dobiegających z pobliskiego warsztatu oraz skrzypienia kółek przy wózku.
Rozejrzyjmy się — stwierdziła w końcu, jak gdyby lza jej było podejmować jakieś decyzje. — A potem zejdźmy razem. W najgorszym wypadku skręcisz mi ten kark i wrzucisz ciało w rozpadlinę. Będziesz miał jeden problem z głowy. Nawet szłom nie zostanie.
Obrazek

Dhu Feain, moen Feain.

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 897
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Sortownia i warsztaty

Post autor: Dziki Gon » 16 sty 2020, 23:34

Wiedźmin przyjął brzeszczot, bez słowa i nie patrząc nań, bo wciąż zajęty spoglądaniem w zawartą otchłań kopalni. Hulający na wyższych chodnikach przeciąg wołał ku nim, trzeszcząc skleconymi naprędce wrotami z desek, dzwoniły na wietrze ogniwa oplatających je łańcuchów.
Może dowiemy — powtórzył jak echo, które niosło dźwięki po dnie kotła. Gdy zdradziła mu swoje przeczucia i upodobania, łypnął na nią przelotnie, kątem oka. — Żadnych charakterystycznych śladów — poprawił jej przypuszczenie, zamyśliwszy się.  — Żadnego z jakim miałem do czynienia. Mało wiemy.
Człowiek w obsypanym wiórami fartuchu z pobliskiego warsztatu przeciągnął się, pokręcił po placu i wrócił skąd przyszedł. Pomylony Filio, wnioskując z martwiejącej ciszy, która nastała od strony toru dla wózków, skończył właśnie swoją szychtę.
Kusząca propozycja — mruknął wiedźmin, tonem jak gdyby rozważał ją na poważnie. — Ale jeżeli koniecznie chcesz być przynętą, zejdź pierwsza. Znajdę cię po krzykach.
Drzwi za nimi rozwarły ze skrzypieniem, uderzając o pobliską beczkę, na której z brzękiem przewróciła się latarnia. Klnąc mrukliwie, wychodzący z budynku Goric, poprawił ją, stawiając do pionu.
Adolf — oznajmił im, przytrzymując drzwi i skinieniem zapraszając ich do środka, by ruszyli za nim  — U siebie. Pozwólcie.
Parter zarządu, jak i całe wnętrze budynku urządzone było w stylu krasnoludzkim — małe, kute w ścianie budynku foremnie kwadratowe okienka wpuszczały do środka światło — nie więcej niż było potrzeba do tego, by za dnia móc czytać bez kaganków i nie obijać sobie piszczeli o meble. Same meble i pozostałe sprzęty występowały sporadycznie, w pękatych, solidnych, rzadziej rzeźbionych formach, w większości o nisko osadzonych siedziskach i krótkich oparciach. Niedobory umeblowania nadrabiano półmrokiem i grubymi, haftowanymi w proste, geometryczne wzory tkaninami wyściełającymi ściany i gdzieniegdzie zwalczającymi chłód kamiennych podłóg.
Większą część skrzydła przemierzanego przez nich parteru stanowiła sala obrad z okrągłym, wyciosanym z jednej bryły kamienia potężnym blatem stołu narad. Opodal ustawiony był murowany kominek, ściany w jego pobliżu wyścielały zwierzęce futra, ozdobne toporzyska i bardy wiszące na uchwytach, w końcu kilka raczej nieudolnie namalowanych konterfektów patrzących ze ścian, w większości krasnoludzkich portretów.
Przechodząc bez zatrzymywania przez otwarte drzwi do mniejszego skrzydła na lewo, znaleźli się w gęściej umeblowanym, głównie regałami pomieszczenia biurowego. Zbite z desek półki na dokumenta, wiodły szpalerem do końca pomieszczenia o lekko prostokątnym planie, gdzie pod małym okienkiem, za biurkiem i dostawionym przy nim żelaznym kotłem z tlącymi się węglami siedział człowiek.
Człowiek był chłopiskiem chudym, a przy tym wysokim jak stempel w kopalni, a ubranym w ciemną jopulę i szłyk, który życzył sobie nosić nawet pod dachem. Kępki wystających spod niej szpakowatych włosów zdradzały wiek, którego nie chciała na pierwszy rzut oka długonosa i pozbawiona zarostu twarz.
Na odgłos trzech par butów zmierzających w jego stronę, oderwał się od tasowanego właśnie zbioru sztywnych arkuszy, prostując długą, chudą szyję, dźwigającą głowę ze szłykiem, wystając zza biurka jak karykaturalnie wielki kutas.
Jak mówiłem, panie Adolu. — Goric zagaił do figurki już w połowie drogi przez kanciapę. — To są państwo, co w sprawie ogłoszenia.
Nazwany Adolem Adolf, zmrużył krótkowzrocznie parę ciemnych, małych jak u kreta oczu, które były chyba jedyną jego dystynkcją, która przydawała mu skojarzeń z czymkolwiek związanym przynajmniej pobieżnie z górnictwem. Kiwając się lekko i nieświadomie w zamyśleniu, poświęcił zaprezentowanej mu dwójce chwilę uwagi — podobnie jak poprzedzający go na szczycie Goric — dłuższą rezerwując dla Alsvid. Odsuwając papiery na bok, docisnął je do blatu bibelotem — marmurową kulką, z wyrytą na niej inskrypcją „W hołdzie hołdzie”.
Państwo? — zapytał, głosem zaskakująco mocnym i niskim jak na swoją szczupłą aparycję, ostrożnie odchylając na oparciu, które sięgało mu nieco wyżej krzyży. Ponownie spojrzał na Sherida — Wiedźmin, tak? Dobrze. Znak cechowy posiadasz?
Posiadam.
Bądź łaskaw objawić.
Tym razem na wiedźmina przyszła kolej dłużej przyglądać się swemu rozmówcy. Tym bardziej przyszło Alsvid zdziwić się temu, co zrobił po chwili milczenia. Podchodząc krok do biurka, pochylił się nad nim i spełnił prośbę podżupnika, wyciągając medalion zza sztywnego kołnierza pancerza. Urzędnik przyglądał mu się dłuższą chwilę, samemu milcząc.
Osobliwy — orzekł w końcu. — Ale zdaje się, że autentyczny. No dobrze, a ta młoda dama? — Opierając łokcie na blacie i splatając przed sobą dłonie, ruchem głowy wskazał Alsvid.

Licho
Awatar użytkownika
Posty: 243
Rejestracja: 16 mar 2018, 15:39
Medale: 15
Miano: Alsvid
Rasa: Człowiek
Wiek: 20 - 25 lat
Złoto: 24 korony
Stan zdrowia: bardzo dobry
Karta Postaci: viewtopic.php?f=10&t=309
Szczegółowa Karta Postaci: viewtopic.php?f=25&t=70

Re: Sortownia i warsztaty

Post autor: Licho » 22 sty 2020, 0:11

Dziewczyna prychnęła pod nosem i wykrzywiła usta w grymaśnym uśmiechu, na wpół zgryźliwym, na wpół frywolnym. — Równie kuszące — odparła. — Ale nie, nie nalegam. Istnieją przyjemniejsze powody do krzyku, z nimi liczę, że miałeś do czynienia. Sherid? Jeśli nie wiesz, co tu się właściwie dzieje, to czemu...
Brzdęk przewróconej nagle latarni sprawił, że podskoczyła, odruchowo łapiąc za rękojeść Viroledy i obracając głowę w zupełnie przeciwnym kierunku, to jest ku najbliższemu zabitemu dechami wejściu do szybu. Spiorunowała wzrokiem najpierw Gorica, potem wiedźmina, którego jej reakcja omal nie przyprawiła o pierwszy szczery wybuch śmiechu.
Weszli za krasnoludem do przysadzistego budynku z szarej cegły. W środku okazał się być znacznie bardziej przestronny niż sugerowała jego niepozorna, wtopiona w tło fasada. Goric przeprowadził ich przez komnatę obrad, poza imponującym kamiennym stołem przyozdobioną także rozmaitymi bibelotami, orężem i rekwizytami górniczymi, a wreszcie kilkoma miernymi olejnymi podobiznami na ścianach, komemorującymi pewnie zmarłych przedstawicieli miejscowych gwarectw. Albo zupełnie przypadkowy zbiór czyichś nieudanych prac odkupiony od antykwariusza po dwa grosze za sztukę.
Następnie trafili do niewielkiego pomieszczenia biurowego w bocznym skrzydle.
Podżupnik Adolf nie spodobał się Alsvid. Bynajmniej tylko pod kątem powierzchownej atrakcyjności. Wyglądał na fiuta, zarówno dosłownie, jak i w domyśle, i wywarł na niej instynktowne, natychmiastowe wrażenie człowieka, który w przeciwieństwie do poczciwego Gorizio, lubił wściubiać długi nos w nieswoje sprawy, a zdawkowe odpowiedzi na zadawane pytania go nie zadowalały.
Mimo to, dziewczyna postanowiła zaryzykować i odpowiedź zdawkowo. Rzeczowym, odrobinę znudzonym tonem. — Terminująca. Pan Ganesini zdradził nam po drodze, że macie trzech świadków. Wiemy, że byli przesłuchiwani wcześniej, lecz chcemy pomówić z nimi sami. Oraz z resztą dostępnej na dole załogi.
Rzuciła dyskretne spojrzenie Sheridowi. Po części chyba szukając w nim odrobiny poparcia lub aprobaty — choć nie chciała tego przyznać ani nawet się nad tym zastanowić — a po części bardzo zainteresowana medalionem, który wiedźmin okazał Adolfowi, zaś któremu sama nie miała dotąd okazji się przyjrzeć. Założyła przedtem, że do czynienia ma — na swoje zasrane szczęście — z przedstawicielem Cechu Kota, głównie na podstawie jego paskudnego i nieobliczalnego charakteru, pełnego irytujących manieryzmów, za to całkowicie pozbawionego manier. Zakładała jednak w ciemno.
Obrazek

Dhu Feain, moen Feain.

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 897
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Sortownia i warsztaty

Post autor: Dziki Gon » 23 sty 2020, 23:37

Gwałtowna reakcja dziewczyny na nieostrożność Gorica nie wywołała u wiedźmina żadnej, podobnie jak wcześniejsza kpina komentarza lub zwierzeń. Świeżo poznany wiedźmin pozostawał w obyciu zamknięty jeszcze szczelniej niż obadane przez nich przed chwilą szyby. I równie wiejący nudą. Oraz odległym, bliżej nieokreślonym niebezpieczeństwem.
Było jednak w jego zachowaniu coś jeszcze. Coś przebijającego zza fasady flegmatycznej indyferencji właściwej komuś, kto przez większość czasu pozwalał nieść się fali. Wiedźmin wydawał się być jej ostrożny. Według ludzkich standardów, bo według własnych pozostawał po prostu mniej obojętnym niż zazwyczaj. Zaobserwowała to w środku, gdy ciut za długo zagapił się na nieudatne portrety wiszące w sali narad. Jeszcze u wejścia, gdy ociągał się z przekroczeniem progu, a dopiero po chwili zamaskował zwłokę pretekstem pozbycia się błota z butów.
Podżupnik Adolf, powierzchownie i instynktownie kojarzący się Alsvid z niezadowolonym kutasem, zmarszczył się i przeczesał palcami rzadkie włosy nad uchem. Zgodnie z jej przeczuciem, zdawkowa odpowiedź nie przypadła mu do gustu.
Terminująca? Pierwsze słyszę, żeby…— zaczął po jej wstępie, lecz urwał w zamyśleniu, konkludując, że faktycznie, słyszy po raz pierwszy. A być może dochodząc nawet do nader logicznego wniosku, że dla dobra swojej kopalni warto mieć to głęboko w szybie. — Mamy— urzędnik kopalniany skrzywił się wyraźnie, potwierdzając, to co wiedzieli od Gorica. — O ile te kufle nierobotne jeszcze nie zapiły się na śmierć z nieróbstwa. Nie nastaniecie ich, poszli w miasto, albo odsypiają w osadzie…
Tylko jeden. Dwóch dalej siedzi we „Fajrancie” — dopowiedział Goric. Wnioskując ze spojrzenia, jakim zmierzył go podżupnik — dopowiedział nieproszony.
Panie wiedźmin. — Urzędnik przeczesał włosy nad drugim uchem, oblizując wargi i zwracając się prędko do Sherida. — Ja znam, że wam przymus uczyć czeladniczki rzemięsła, ale nam tu trzeba konkretnego rozwiązania, nie kręcenia się po warsztatach i wypytywania słabujących na rozumie pijaczków co im się zwidziało, a gorzała dopowiedziała, my już ich...
Noo, Panie Szulc — niespodziewanie, zwłaszcza dla samego podżupnika, ignorując jego sapnięcie, Goric ponownie włączył się do rozmowy, kręcąc głową z nieukontentowaniem. — O chłopakach po zakończeniu szychty mówcie, co wola. Bo i są i pijusy i próżnojady, a i kiełby lęgną im się we łbach. Ale na robotę zachodzą trzeźwi jak dzieci. Nie wygadujcie tedy na nich, bo wygadując, ubliżacie i mojej pracy, którą jest czuwać nad oną trzeźwością na wejściu.
Nie zmienia to faktu, że mamy do czynienia z zajadłym monstrum — docisnął Adolf. — A nasze wywiady nie przyniosły żadnych rezultatów. Nam potwory nie pierwszyzna…
Jużci wam, za tym biurkiem...
Mówiliście coś, mości Goric?
Nic, nic.
Nam, jako rzekłem, potwory nie pierwszyzna. Ani sensacja. Złożyło się, że trafiło na jakąś zajadłą bestyję, albo kto wie, całe ich gniazdo. Tedy nie ma co mędrkować, tu trzeba was, zawodowca znaczy, żeby zlazł na dół i rozprawił się z monstrum czarami. Ot i co!
Pomówimy z nimi i tak. — Sherid, jak zawsze lakonicznie, okazał swoje spóźnione poparcie, kryjąc pod napierśnikiem swój medalion — trójkątny łeb z wyobrażoną w nim parą długich kłów.
Kiedy… — zaczął Adolf i natychmiast urwał, z zamierającym w połowie gestem dłoni w powietrzu i wyrazem olśnienia na twarzy. Po chwili podjął też, zupełnie odmienionym i bardziej życzliwym mutantowi. — Jeśli o stawkę chodzi, nie musicie się frasować, panie wiedźmin. Gwarantuję wam osiemdziesiąt koron bez podatku i nic poniżej tego. Jeśli uznacie, że powyżej, dogadamy się bez problemu. Zadatku koron piętnaście, po spisaniu…
Daleko do tego „Fajrantu”?
Gdzie, zaraz za rogiem. Mogę zaprowadzić — zaoferował się Goric.
Obejrzę też szyby.
Krasnolud sięgnął do paska, potrząsnął zawieszonymi na kółku kluczami. Siedzący po drugiej stronie biurka Adolf uniósł się z siedziska, jak i w ogóle.
Co? Już? Natenczas? Bez ustaleń? Ani umowy? Mnie mus mieć porządek w papierach!
A w kopalni byście nie chcieli? — Wiedźmin odwrócił się od biurka, skinął na krasnoluda, który wsparł się pod bok i obejrzał w stronę drzwi. — Nie chcę zaliczki. A zaczynać mogę od zaraz. Idziesz, terminująca? Czy zostaniesz dopełnić formalności w moim imieniu?

Licho
Awatar użytkownika
Posty: 243
Rejestracja: 16 mar 2018, 15:39
Medale: 15
Miano: Alsvid
Rasa: Człowiek
Wiek: 20 - 25 lat
Złoto: 24 korony
Stan zdrowia: bardzo dobry
Karta Postaci: viewtopic.php?f=10&t=309
Szczegółowa Karta Postaci: viewtopic.php?f=25&t=70

Re: Sortownia i warsztaty

Post autor: Licho » 25 sty 2020, 22:37

Zwolniona z przesłuchania, Alsvid spacerowała po kantorze leniwym krokiem, bawiąc się końcówką wplecionej w warkocz czerwonej wstążki i postukując obcasikami oficerek o posadzkę. Przystanęła raz, tylko na chwilę. Nadaremno oczekując, że pan Szulc zdradzi przyczynę nagłej i niespodziewanej odmiany, jaka zaszła na jego wychudłej twarzy oraz w głosie, niezwiązanej w żaden oczywisty sposób z tematem rozmowy. Przyczyna musiała być albo niezwykle ważka, albo trywialna, pomyślała od razu, skoro kontynuował bez zająknięcia, a do omawiania honorarium za zlecenie przystąpił ochoczo i z własnej inicjatywy.
Pierwsza sposobność zaniepokoiła ją. Niepokoiła ją dziwna, konspiracyjna ostrożność Sherida, na której kolejnych egzemplifikacjach przyłapała go ukradkiem, kiedy podążali za Gorickiem.
Nie dziwiłaby się ostrożności wiedźmina, gdyby byli teraz na dnie szybu, gdzieś w pobliżu ukrytego pośród wyrobisk leża, może w opuszczonej komorze albo na końcu zawalonego chodnika. Stąpając uważnie i nasłuchując dźwięku zgrzytających o kamień szponów lub szeleszczących łusek, wypatrując śladu zaginionych górników. Ale nie byli. Byli w jasnym, przestronnym i dobrze ogrzanym węgłami biurze, w towarzystwie sprzeczającego się z krasnoludzkim ochroniarzem podżupnika. Jedynym iminentnym zagrożeniem wydawała się być groźba nieuchronnej migreny.
Jednym, którego ona była świadoma.
Dlatego też zapragnęła szybko znaleźć się z charakternikiem sam na sam, chociaż na krótką chwilę. Bynajmniej, by eksplicytnie, definitywnie i na własnej skórze zweryfikować jego doświadczenia wyniesione z alkowy. Bardziej naglące było zadanie pytania, przed czym dokładnie postanowił ją enigmatycznie przestrzec na górze, a o czym podejrzewała, że nie raczył zdradzić wcześniej całej prawdy.
Domyśliła się jednak sama, iż dopóki nie pomówią przynajmniej z kuflami i próżnojadami w „Fajrancie”, nie usłyszy więcej niż dotychczas. Co najwyżej w jeszcze mniejszej ilości sylab.
Spieszę, mistrzu — odparła, dołączając do wiedźmina oraz krasnoluda.
Obrazek

Dhu Feain, moen Feain.

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 897
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Sortownia i warsztaty

Post autor: Dziki Gon » 02 lut 2020, 17:16

Proszę zaczekać — oświadczył z naciskiem podżupnik, tonem, który na przekór słowom wcale nie brzmiał jak prośba. — Jak to tak, że państwo sobie teraz pójdą? — Urzędnik górniczy plącząc się w jopuli, przecisnął się niezgrabnie między biurkiem a krzesłem. Granitowy hołd dla hołdy zahaczony przydługim rękawem poturlał się z biurka i trzasnął o drewnianą podłogę, zmuszając wysłużoną deskę do jęku.
Chudy i wysoki stempel, wstając, poprawił przekrzywiony nagłą zmianą pozycji szłyk, mierząc przybyszów surowym spojrzeniem spod rzadkich i ściągniętych brwi.
Nie zdążyliśmy nawet porozmawiać. Pomijając jawny brak kultury, której minimum wymagałby nawet i od włóczęgów, to przecież nie możecie pałętać się po rudokopie bez nadzoru ani... Hola! Dokąd to?! — Przerwawszy wywód, ostatnie słowa zmuszony był wykrzyczeć widząc, że wiedźmin ani zamierza się zatrzymywać. — Panie Goric! I wy też? Za co wam płacą?
Za mało płacą — mruknął krasnolud, samemu przebierając krótkimi nogami i wiodąc ich szybko ku wyjściu. Na zewnątrz, od razu trzasnąwszy drzwiami, by stłumić dobiegające z gabinetu krzyki Adolfa, zatrzymał się i chwilę obserwował ich w milczeniu. Sherid, zatrzymawszy się również, odwzajemniał milczenie z wysokości.
Nie jesteście tu z powodu potwora.
Nie.
A zrobicie z nim porządek?

Może.
Krasnolud podrapał się w brodę. Ręka mimowolnie powędrowała mu do pałki za pasem, ale nic ponadto. Karzeł nie ruszył się nawet z miejsca.
Kwotę zaliczki — podjął w końcu — Powierzono mi do dyspozycji. Tę mogę wam wypłacić. Niestety dopiero po robocie. Reszty nie gwarantuję. On faktycznie może mnie wywalić. Za to, że was nie wywaliłem. Ale jebał to pies. Mnie tylko… — Goric westchnął, pokręcił w zamyśleniu głową. I podniósł ją w górę, prosto na Sherida. — Obiecajcie, że pomścicie chłopaków. Potem niech diabli wezmą ten grajdół.
Zejdę tam — odezwał się Sherid pod wyczekującym spojrzeniem karła. — I spróbuję. Obiecać nie mogę.
To mi wystarczy. A zejść to chciałbym tam razem z wami… Co? — Nawet przy ubogiej mimice wiedźmina, krasnolud musiał odczytać zmianę, która właśnie w niej zaszła. — Odprowadzić krzynę. Wskazać drogę. Znam szyby, a poruszam się w nich lepiej niż wy, drągale. Nie będę zawadą.
Krzynę.
No i gryfnie. A teraz mówcie po coście tu naprawdę.
Idziemy tropem pewnego podejrzenia. Mocno niepewnego, ale brak nam lepszych.
Krasnolud przytaknął i ruszył z nimi w stronę szybów.
I jaki ma to związek z naszym zatwardzeniem?

Dużo osób z zewnątrz odwiedza kopalnię?
Niemało. Kupcy na rudę i kamień, inwestorzy i regularnie stałe transporty.
Ktoś nietypowy albo szczególny?
Chyba nie. Zresztą skąd mnie to wiedzieć. Nie prowadzę ewidencji. Mnie aby pilnować, żeby w kotle nie dymiło.
Jak było temu twojemu funduszowi?

Co?
Goric obejrzał się na wiedźmina ze zdziwieniem. Ale to nie on był adresatem ostatniego wypowiedzianego przez charakternika pytania. Alsvid też nie zorientowała się od razu. Dotychczasowa rozmowa, toczona w ruchu i pomiędzy nim a krasnoludem, została przerwana nagle i niespodziewanie, a przy zmianie tematu i rozmówcy, Sherid nie kłopotał się konwenansami w rodzaju obracania się lub przynajmniej przelotnego zerknięcia na osobę, od której spodziewał się otrzymać odpowiedzi.
Temu kovirskiemu. Z Giełdy.
Zbliżający się szyb wołał ich już ku sobie przeciągiem, gdy zbliżali się doń nieco nierównym uskokiem terenu. Czerwonawe błoto, typowe dla miejsc takich jak to, zdążyło wyschnąć na wiór, utrwalając w sobie koleiny po wózkach i ślady ciężkich, górniczych butów. Pękało pod ich własnymi. — My sprawdzimy szyb. Ty weźmiesz spytki.

Licho
Awatar użytkownika
Posty: 243
Rejestracja: 16 mar 2018, 15:39
Medale: 15
Miano: Alsvid
Rasa: Człowiek
Wiek: 20 - 25 lat
Złoto: 24 korony
Stan zdrowia: bardzo dobry
Karta Postaci: viewtopic.php?f=10&t=309
Szczegółowa Karta Postaci: viewtopic.php?f=25&t=70

Re: Sortownia i warsztaty

Post autor: Licho » 11 lut 2020, 13:19

Dziewczyna, usiłująca akurat oczyścić ubabraną gliną podeszwę o brzeg drewnianego koryta, uniosła głowę i spojrzała na Sherida. Mruknęła z przekąsem. — Jak mistrz życzy. Pan Gorizio raczy wskazać drogę.
Zaiste, nie od razu zorientowała się, że wcześniejsze pytanie zaadresowane było do niej — większość rozmowy wiedźmina z krasnoludem wpuszczała jednym uchem, a drugim wypuszczała, uznając, że nie usłyszy od nich nic nowego. Lecz wiedziała natychmiast, co odpowiedzieć, odwróciwszy się do Gorica:
Romport oraz dwóch Jenfeltów. Jeden zwie się Kuno. Pośrednicy. Kręcili się tutaj? — Przyszpiliła ochroniarza stanowczym wzrokiem wielkich, jasnych oczu, nagle bez cienia wątpliwości książęcych. — Albo ktokolwiek inny w interesach gildii „Occultum Lapidem”
Pod pretekstem indagacji Alsvid obserwowała krasnoluda uważnie. Bardzo uważnie. Sprawiał wrażenie uczciwie zatroskanego losem swoich ludzi oraz nieczynnej kopalni i niczym więcej. Wrażenia jednak, jak sama wiedziała, potrafiły być równie mylne, co odbicia gwiazd majaczące nocą na spokojnej powierzchni stawu.
Obrazek

Dhu Feain, moen Feain.

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 897
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Sortownia i warsztaty

Post autor: Dziki Gon » 13 lut 2020, 22:26

Różni się kręcili, jak mówiłem — odparł z miejsca, choć przyszpilające spojrzenie dziewczyny umknęło mu, kiedy zmrużył swoje oczy i zapatrzył je w niebyt, starając się skojarzyć czy pamięta Romporta albo któregoś z dwóch Jenfeltów. — Nie zapamiętuję ich, a ze sprawunków powiadają mi się krótko na wejściu, wyłącznie po to, żebym wiedział gdzie ich dalej kierować. — Krasnolud uniósł głowę, napotykając drugie ze spojrzeń białowłosej, czytającej go w oczekiwaniu. — Potrafilibyście ich opisać?
Krasnoludowi dość było się rozejrzeć po obydwojgu, żeby znać odpowiedź. Prychnięcie wyrwało mu się z szerokich nozdrzy, nakryta hełmem głowa pokręciła się w geście rozbrojenia.
Ładne z was państwo wiedźmiństwo. Pluć mi na kto was przysłał wypytywać o konkurencję. Ale obiecaliście pójść w szyb, tedy rzeknę, że zachodzili tu różni przed wami, prywatni, poselstwa, po groźbie i prośbie, ale nasza jama była i stać będzie pod wolnym gwarectwem. To znaczy stała, bo teraz to i nie już nie ma się na co połasić, skoro zamknięta i wyglądać aż zniszczeje ze szczętem. Słowo daję, ludziska, gdybym wiedział tylko jak to możliwe, powiedziałbym, że to wasza wina, że zadziało się tu tak jak się zadziało.
Ochroniarz ponownie podciągnął portki i pas, mechanicznym, nawykowym gestem. Łypał na jedno i drugie hardo, bez lęku. Ale i bez zaczepki.
Sam nie udzielę wam informacji. Ale wiem jak i pomogę wam je zdobyć, choćby pałą. Ale to nie wcześniej niż on... — Wysunąwszy brodę, wskazał nią Sherida. — Zejdzie tam i przynajmniej obada, ale nawłasnoocznie z czym mamy do czynienia. Potem sam mogę się stąd zabierać. Pasuje?
Sherid ponownie przytaknął. Goricowi naprawdę nie potrzeba było więcej. Skinąwszy z ukontentowaniem, wystawił przed siebie rękę z grubym paluchem, wskazując na znajdującej się w prostej linii za plecami dziewczyny zbitą z dech, wyposażoną w niewidoczny z oddali szyld, konstrukcję na uboczu, w małym oddaleniu od majaczących pod ścianą kotła warsztatów, które widzieli schodząc tu z góry.
Tamój „Fajrant” — objaśnił. — Zajdziesz i wypytasz o Baldo i Uzora. Chłopu za barem, takiemu siwemu i szczerbatemu przekażesz, że kazałem powiedzieć, że najebani od Rurika co dzisiaj kręcili afery, mają kwita na gorzałkę do odwołania, mogą się najwyżej ożłopać wody z koryta jak muły. Poznają wtedy, że to ja cię skierowałem.
Idź — polecił Sherid. — My się rozejrzymy. Będzie trzeba, dołączysz.

Odpowiedz
meble kuchenne na wymiar cennik warszawa kraków wrocław