Slumsy

Obrazek

Z rozkazu hierarchów wszystkie burdele, getta i inne bezeceństwa zostały oznakowane czerwonymi lampionami w oknach. Po zmroku ich blask rozświetla dzielnicę pożarową łuną, wabiąc wszystkich spragnionych tanich rozrywek i łatwego łupu.


Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 1296
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Slumsy

Post autor: Dziki Gon » 18 mar 2018, 18:18

Obrazek Przy olbrzymich rozmiarach miasta, równie olbrzymia jest skala ubóstwa panującego w jego niesławnych zakamarkach. Skrzętnie kryje się je cieniem wypacykowanych uliczek Nowego Miasta czy podniosłością świątyń oraz brukowanych placów Starówki. By nie pozostawić jego mieszkańcom żadnych wątpliwości co do ich miejsca w grodzie — piętnuje. Od wiszących wszędy czerwonych latarni wzięto okrutne przezwisko okolicy. Z zabytkowych budynków w tej części miasta ostały się rudery porośnięte chwastem lub osmalone zgliszcza — bezdomni żebracy w jesienne i zimowe mrozy regularnie podpalają opuszczone budynki, usiłując się ogrzać. Niekiedy dochodzi do pożarów, które pochłaniają ostałe się jeszcze domostwa, wysyłając kolejne rodziny na ulice. Przedstawiciele władz ograniczają swoje interwencje jedynie do zapobiegania rozprzestrzenianiu się żywiołu, który strawić mógłby całą dzielnicę i ruszyć na pozostałe części miasta. Mieszkania biedoty to ruina — nimi nikt się nie przejmuje, nawet ich mieszkańcy. Jedyną od odmianą w krajobrazie są opustoszałe cekhauzy, zamknięte speluny oraz burdele, które tak długo stawały się przyczynkiem wybuchów kolejnych epidemii, aż je pozabijano deskami. Zarazy, mimo to, dotrzymują tu ludności towarzystwa każdego dnia. Nieliczne stragany z żarciem, o którego pochodzenie lepiej nie pytać, wyczerpane studnie, rynsztoki i ulice z błota, gnoju oraz szczyn… Nawet Wieczny Ogień zdał się zapomnieć o novigradzkiej bohemie. Jedynymi, którzy mogą poskarżyć się na los gorszy, niźli najubożsi ludzie, są najubożsi nieludzie. Pospychani do najpaskudniejszych z paskudnych ruder, tłoczeni niczym bydło po kilka rodzin w rozpadającej się izbie, zmuszani do porzucenia wszystkiego, co było ich tradycją lub kulturą, by przetrwać.

Hagan
Awatar użytkownika
Posty: 56
Rejestracja: 17 lip 2018, 4:26
Medale: 7
Miano: Aco
Rasa: Człowiek
Wiek: Około 30
Złoto: 15 koron
Stan zdrowia: Zdrowy
Karta Postaci: http://vattghern.com/viewtopic.php?f=10&t=211
Szczegółowa Karta Postaci: http://vattghern.com/viewtopic.php?f=25&t=212

Re: Slumsy

Post autor: Hagan » 22 maja 2020, 14:58

Być może, gdyby była z nim Iskra, wszystko potoczyłoby się inaczej. Bez przelanej krwi, bez krzyków, bez strachu. Najpewniej nigdy nie znaleźliby się w takiej sytuacji — napadnięci w zaułku, gdzieś w cuchnących slumsach. Zamiast włóczyć się o jakże pogańskiej porze po ulicach, budziliby się dopiero po nocnej biesiadzie. A nawet jeśli stanęliby oko w oko z napastnikami... jego siostra potrafiła w subtelny sposób rozwiązać każdy problem. Mańkutowi wszystkie te wyjścia umykały. Czasem chciał je zobaczyć, lecz po prostu nie potrafił. Koniec końców, wszystko sprowadzało się do walki. Czasami zdawało mu się, że z Iskrą zostali stworzeni na swoje przeciwieństwo.
Dwójka rzezimieszków najpewniej nie zdawała sobie sprawy ze swego nieszczęście. Tak jak wielu umierających, tak i pewnie im przed oczyma ukazały się momenty, które sprowadziły ich życia na takie tory. Czy zdawali sprawę, że błaha obecność jednej osoby mogłaby zupełnie odwrócić ich los? Wątpliwe. Gdyby zdawali sobie sprawę z jej istnienia, mogliby odczuć surrealistyczną tęsknotę za kobietą, której nigdy nie spotkali.
Szansa przeżycia kolejnego dnia ich miernej egzystencji umykała gdzieś z każdą mijającą sekundą. Ktoś gdzieś coś krzyknął, ktoś załkał z przerażenia. Najemnik zdawał się kompletnie ignorować te bodźce. Przez chwilę zapomniał nawet o drugim mieszańcu, który z trudem podnosił się z klęczek. Całą swą uwagę skupił na tym leżącym przed nim. Sikająca wokół krew zdobiła płótno podłoża niby ekspresjonistyczny obraz. Nawet w obliczu śmierci nie potrafił się zdobyć na błaganie. Czyżby pogarda wobec ludzi była w nim aż tak silna? Czymże zasłużył sobie na przebaczenie i litość? Aco uniósł ostrze raz jeszcze.
Nigdy nie potrafił określić, skąd brał się w nim taki dualizm. W jakiś dziwny sposób te dwie osobowości potrafiły funkcjonować równolegle do siebie. Wiedział, że gdy poleje się krew, zatraci kontrolę. Mimo to wciąż lgnął do walki. Zabijał i potrafił się z tym pogodzić, nawet gdy emocje i zimnokrwista bezwzględność ulatniały się całkowicie. Który z tych dwóch był tym prawdziwym Aco? Tego też nie potrafił rozszyfrować.
Ostrze opadło, dźgając bezbronnego młodzika — w zamyśle śmiertelnie. Nie chciał marnować więcej czasu. Musiał się jeszcze uporać z drugim.

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 1296
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Slumsy

Post autor: Dziki Gon » 24 maja 2020, 13:00

Półelf nadal bezskutecznie próbował odpełznąć od najemnika, bełkocząc, ślizgał się we własnej krwi, ślizgał piętami po bruku, przebierając nogami jak wielki, chudy pająk, któremu jakiś łobuz ponadrywał odnóża. Zobaczył uniesiony sztych miecza, zawył znowu, wpijając w udo czerwone palce. Wycie utonęło w chóralnym ochnięciu gawiedzi.
O bogi… O bogi! Poniechajcie go, człowieku, on niebronny, on umiera!
Nie niechajcie! On od tych kundli skurwiałych, od tych elfich bandytów, tfu! Kończcie łajdaka!
Bandyta, o! Gówno rzeźnik gada, a i z gówna lza mądrość wyłuskać! Jeno bandyta skamłającego ukatrupi, z broni wyzutego!
Na bok, chamy, na bok, nastąpić się! Z drogi!
Tłumek zamruczał, zaburczał i zafalował. Ale Mańkut na tłumek nie patrzył.
Skierowany ostrzem do dołu brzeszczot opadł. Użądlił. Aco w pierwszej chwili poczuł tężejący gdzieś pod zaciśniętymi na rękojeści palcami obu dłoni opór, wędrujący do nadgarstków, do napiętych ramion, do przygarbionych barków. A potem opór pękł niczym zerwana tama i coś chrupnęło tym znajomym, obrzydliwym, mokrym chrupnięciem. Oprych wydał z siebie ostatnie świszczące stęknięcie, po czym znieruchomiał, przekłuty mieczem na wysokości pogruchotanego mostka. Krew nie sikała już z ciętego uda. Stygła, wsiąkając w szczeliny między spękanymi łebkami bruku. Zacuchnęło uryną.
Wrzask, który podniosła dopiero co docucona przekupka zawibrował wszystkim w uszach. Zawtórowała jej wrzawa i konwulsyjny odgłos czyjegoś rzygania.
Skurwysyn! — krzyknął rozpaczliwie drugi metys, słaniając się na nogach. Biały od tynku i pyłu ze ściany, czerwony od juchy, toczył błędnie oczami. — Skur-wy-syn! Zdechniesz! Zdechniesz, słyszysz?! Bloede Dh’oine! Bloede pavienn! Znajdziemy cię i utrupimy, małpoludzie, żywie bajzlu nie ujdziesz! Is ess n’fearann, fearann Bloedgeas!
Stać! Zawrzeć gęby i ni kroku dalej! Bo na pikach was rozniesiem, zbóje!
Groźba, nawet jeśli całkiem realna, została rzucona ewidentnie nieco na wyrost. Albowiem spośród czterech osobników, którzy przedzierali się przez falującą ciżbę, tylko jeden uzbrojony był w pikę. Do tego pamiętającą chyba czasy króla Sambuka. Reszta dzierżyła proste kordy i pałki, a gdyby nie naszyty na klapach ich kaftanów charakterystyczny emblemat — wyobrażający trzy nawleczone na pierścień klucze w szkarłatnym polu — żadnego z nich nic szczególnego nie odróżniałoby od przeciętnego zbója.
Osobnicy za pomocą klątw, pał, kopniaków i kuksańców oraz trzonka zabytkowej piki utorowali sobie drogę. A gdy ich oczom ukazało się pokłosie tego, co zaszło w uliczce, czubek piki natychmiast skierowany został ku stojącemu nad zabitym półelfem Aco. Opuszczone dotąd kordy i pałki podskoczyły nerwowo.
Odstąp! Odstąp, bandyto, rzuć miecz! Wy tam, z tyłu, nóż na ziemię! — ryknął jeden z osobników, klasycznie wąsaty, niski, okrągły mężczyzna o fizjonomii pomidora zbyt długo pozostawionego na słońcu. Mimo dosyć komicznej aparycji, jako jedyny na widok krwawego pobojowiska nie pobladł ani nie wzniósł zachowawczo broni.
Tego samego nie można było powiedzieć o dwóch uzbrojonych w pałki drabach po lewicy Pomidora. Ich stężałe, zacięte gęby z jakiegoś powodu wydawały się Mańkutowi znajome, nie miał jednak czasu dywagować nad podejrzewanymi konotacjami. Pomidor huknął ponownie. — Łajno w uszach macie?! Broń rzucić! W imieniu prawa!
Polecenie skierowane było głównie do Aco. Ewidentnie. Młody nożownik nie wydawał się nawet w połowie tak bardzo zaprzątać uwagi wąsatego prowodyra, a tym samym reszty mundurowych, mimo że na pierwszy rozkaz odpowiedział ostentacyjnym wałem i serią przekleństw w nieznanej Mańkutowi mowie oraz żargonie, przeplatanej wyzwiskami od psów, świń, małpoludów oraz poważnymi zarzutami pod adresem domniemanych matek-małpoludek. W ustach metysa brzmiącymi dosyć ironicznie.
Wąsaty prowodyr ani mundurowi nie zaprzątali sobie nim uwagi z tej prostej przyczyny, że utraciwszy sporo krwi i tracąc ją nadal, rozgorączkowany młodzik nie był w stanie przejść kroku tak, by nie zwalić się na kolana. Co też szybko uczynił.
Najemnikowi jednak wycelowane weń ostrza kordów, łyse łby pałek i jeden czubek piki nie pozostawiały cienia wątpliwości, że zaskarbił sobie niepodzielną uwagę. Nie tylko mundurowych, ale też garstki pozostałych gapiów, których nie wzięło na mdlenie ani na rzyganie i teraz przyglądali się rozwojowi zdarzeń z cienia łukowatej bramy.

Hagan
Awatar użytkownika
Posty: 56
Rejestracja: 17 lip 2018, 4:26
Medale: 7
Miano: Aco
Rasa: Człowiek
Wiek: Około 30
Złoto: 15 koron
Stan zdrowia: Zdrowy
Karta Postaci: http://vattghern.com/viewtopic.php?f=10&t=211
Szczegółowa Karta Postaci: http://vattghern.com/viewtopic.php?f=25&t=212

Re: Slumsy

Post autor: Hagan » 27 paź 2020, 1:06

Była w tym wszystkim jakaś niezdrowa satysfakcja. Wystarczyło kilka ruchów ostrzem, poczucie ciężaru miecza w dłoni, by Aco na dobre zatęsknił za regularnymi potyczkami. Możliwość zmierzenia się z dwójką przeciwników zapełniła dziurę, o której istnieniu nawet nie miał pojęcia. Osobną satysfakcję przyniosło zwycięstwo. Któż nie uwielbiał wygrywać, szczególnie gdy stawką gry było życie? Mimowolny, krótko trwający uśmiech zagościł na twarzy Mańkuta. Zadanie ostatniego ciosu było niczym wisienka na torcie. Mężczyzna nie potrzebował ku temu żadnego powodu. Czas na usprawiedliwienia miał dopiero nadejść.
Odetchnął z ulgą, gdy ostrze zatrzymało swój bieg. Sięgnęło wystarczająco głęboko, dokonało swego dzieła. Przerażająco niewzruszony obserwował, jak resztki życia uciekają z półelfa. Ktoś coś krzyknął, lecz Aco nie zwrócił na to uwagi. Potraktował to, jakby te krzyki, wrzaski, jęki i inne, mniej sprecyzowane dźwięki — jakby wszystkie były jedynie dziełem jego wyobraźni. Solidnym szarpnięciem oswobodził miecz, niechybnie jeszcze bardziej uszkadzając i tak zmaltretowane ciało. Obrócił się, nieśpiesznie. Miał jeszcze jednego bandytę do ubicia.
Dopiero wtedy zdał sobie sprawę z nowej sytuacji. Widok strażników, przebijających się przez tłum, otrzeźwił go nieco. Nie na tyle, by porzucić nadzieję na ucięcie drugiemu metysowi głowy, lecz na tyle by wrzucić jego umysł wprost w rwący nurt rzeki jego myśli. Jego wzrok przemknął pobieżnie po nowych twarzach. Nietrudno było dojść do wniosku, kto zarządzał tą grupą. Dwie podejrzanie znajome twarze nie wróżyły nic dobrego — w końcu nie znał w Novigradzie praktycznie nikogo. Nie zatrzymał się na nich zbyt długo, gdyż jego uwagę przykuł plujący wyzwiskami półelf. Mańkut przekrzywił nieco głowę. Jego niedawny przeciwnik z pewnością nie wyglądał, jakby miał dożyć następnej godziny.
Czuł nieodpartą pokusę, aby rzucić się pomiędzy strażników, dopaść do młodzika i zaoferować mu ostatnią, niezwykle kosztowną lekcję. Aco zaczął żałować, że nie działał nieco szybciej. Minuta więcej wystarczyłaby, aby dokończyć dzieła przed przybyciem straży. Ich obecność komplikowała sytuację znacząco. Nie chodziło już o samo poczucie satysfakcji, z zakończenia nędznego życia mieszańca. Najemnik poniekąd zdawał sobie sprawę z czekających go konsekwencji.
Poczuł ukłucie żalu. Nie z powodu odebranego życia, lecz ze złamanej obietnicy. Śmiesznym wydało mu się powtarzanie w myślach "nie pakuj się w kłopoty", traktując te słowa niczym mantrę, by po dwóch dniach spędzonych w nowym mieście, tak spektakularnie wpaść w tarapaty. Czy właśnie taki los miał czekać Mańkuta za każdym razem, gdy Iskry nie było w pobliżu? Aco nie potrafił określić, czy to kłopoty tak bardzo lgnęły do niego, czy po prostu jego przywary nie pozwalały mu ich uniknąć z odpowiednią gracją.
Nie pozostało mu nic innego jak przeanalizować sytuację. Na oczach wszystkich świadków zadźgał jednego z półelfów. Drugi wyglądał, jakby nie pozostało mu więcej niż kilka minut życia. Mańkut uznał jednak, że na jego korzyść działało wiele argumentów. Działał w samoobronie, przeciwko dwójce uzbrojonych nieludzi. Nie była to sytuacja bez wyjścia. Próba ucieczki czy, co gorsza, zaatakowanie strażników, musiały skończyć się tragicznie. W związku z tym, Aco wziął głęboki oddech, próbując opanować wciąż szalejącą w nim żądzę krwi. Otrząsnął miecz z krwi, umieszczając go z powrotem w pochwie — nie mógł bo przecież tak bestialsko rzucić na glebę! Następnie uniósł ręce w górę, rozkładając je szeroko w uniwersalnym geście.
A przynajmniej taki był plan.

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 1296
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Slumsy

Post autor: Dziki Gon » 01 lis 2020, 23:44

Nie była to sytuacja bez wyjścia. Niefortunny los zrządził jednak, że wszystkie dostępne pozostawały akuratnie obstawione, a obstawiający czterokrotnie liczniejsi od niego. Dwóch z nich, zgodnie z wcześniejszymi przeczuciami, udało mu się zresztą właśnie zidentyfikować. Byli to ci sami grzeszący nadgorliwością Retnar i Cybula, wcale nie tak dawno zaczepiający go pod domem Zatora. Żaden z nich nie wydawał się poznawać jego. Albo nie dawali tego po sobie poznać. Nadto, kierowali swą uwagę i wysiłki, a okute pałki pod adresem zalegających gapiów, których wymownym skinieniem wskazał im najdłuższy stażem, jak i włócznią strażnik komenderujący nad interwencją w uliczce.
Aco skropił brudną ulicę krwią z klingi, obciążył pas bronią, w uniwersalnym geście wzniósł ręce nad głowę. Jak na mordercę — całkiem spokojne. Spokój ani cierpliwość nie udzieliły się pomidorowi po drugim końcu piki, który skrócił dystans do mężczyzny, gotując się przed nim z ułomkiem włóczni jak na szarżę kawalerii. Nie spuszczając go z oczu, zreferował mu swój własny plan, będący poniekąd twórczym rozwinięciem jego własnego.
Na ziemię, psie nasienie! Najpierw miecz, potem wszystko, co masz po butach i rękawach, a na końcu ty! Przyswajasz li ludzką mowę?
Tłumek gapiów zafalował się i zaczął się przerzedzać, wydobywając siebie kilka pożegnalnych bluzgów pod adresem strażników. Trzeci porządkowy przystąpił do walącego się na ulicę elfa, kopiąc go, dopóty tamten nie wypuścił trzymanego w garści majchra. Czyli dwukrotnie, bo dokładnie tyle wystarczyło. Czwartego, który zniknął mu z pola widzenia, chwilowo nie widział. Czuł tylko pełzające mu po krzyżach i karku spojrzenie.

Hagan
Awatar użytkownika
Posty: 56
Rejestracja: 17 lip 2018, 4:26
Medale: 7
Miano: Aco
Rasa: Człowiek
Wiek: Około 30
Złoto: 15 koron
Stan zdrowia: Zdrowy
Karta Postaci: http://vattghern.com/viewtopic.php?f=10&t=211
Szczegółowa Karta Postaci: http://vattghern.com/viewtopic.php?f=25&t=212

Re: Slumsy

Post autor: Hagan » 14 gru 2020, 6:26

Aco, w gruncie rzeczy, nie powinien był spodziewać się innej reakcji. Nie należał jednak do osób nazbyt lotnych, czy też obeznanych ze światem. Oburzenie strażnika wzbudziło w nim zaskoczenie. W przeciągu kilku chwil, zostało ono zdominowane przez złość... i strach. Bo oto drugi raz w przeciągu kilku dni miał zostać oddzielony od swego ostrza. Rozum podpowiadał mu, że najrozsądniejszym wyborem jest wykonanie polecenia. Mimo to, zawahał się. Nawet krótkiej rozłące z bronią towarzyszyła pewna niepewność. Czuł się bez niej nieswojo.
Jak często w podobnych sytuacjach bywa, jego umysł zaczął formować wymówki, usprawiedliwienia, szukając odsunięcie winy za zaistniałą sytuację od samego siebie. W jego mniemaniu nie zrobił niczego złego. Został zaatakowany, lecz wyszedł z sytuacji obronną ręką. Dokonał aktu samoobrony. Co więcej, jego napastnicy nawet nie byli ludźmi.
Plugawi bandyci ze slumsów — pomyślał Mańkut. W jego umyśle szybko i płynnie wytworzył się obraz własnej niewinności. Kreował kolejne argumenty i wymówki. Czyż nie wyświadczył mieszkańcom miasta przysługi, oczyszczając ulice z dwójki rzezimieszków? Próżno było szukać u mężczyzny jakiejkolwiek skruchy.
Rzeczywistość pisała się jednak nieco inaczej. Otaczający go strażnicy widzieli w nim w danym momencie mordercę. Potwierdzał to splamiony krwią miecz i leżące w pobliżu truchło. Nie widząc lepszego wyjścia z sytuacji, w końcu sięgnął do pasa. Odpiął od niego miecz, odkładając go na ziemię. Dorzucił do niego posiadany nóż, by na koniec samemu ułożyć się obok swoich broni. Szczęka zacisnęła mu się mocniej. Spodziewał się, że aresztowanie zostanie dość klasycznie okraszone dodatkowymi ciosami strażniczej pałki.

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 1296
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Slumsy

Post autor: Dziki Gon » 29 gru 2020, 20:32

Gdyby tylko możliwym było zamknąć zaistniałą sytuację w logice snutych przez Aco konkluzji i przemyśleń, z pewnością zostałaby uznana za nieporozumienie, a on sam za niewinnego człowieka. Być może nawet za dobroczyńcę lokalnej społeczności. Jednakowoż, obecne cyrkumstancje nieuchronnie groziły mu ziszczeniem się całkiem innego zamknięcia. Zgoła przyziemnego i całkiem namacalnego, z czterech co najmniej stron.
Dokonany przez niego akt samoobrony przemalował połowę zaułka świeżą krwią. Jego obronna ręka zostawiła w ciasnej uliczce dwa studzące się trupy. Brak skruchy sprawił, że jakaś kobieta, której udało wreszcie dopchać się do pierwszego rzędu rozganianego przez straże gapiów, wrzasnęła przeszywająco, wypuszczając trzymany w ręku kosz pełen jabłek. Twarde, zielonkawe owoce potoczyły się na różne strony, chrzęszcząc po brudnym żwirze alejki.
Mańkut niechętnie złożył miecz, dorzucając do niego również puginał, a na końcu siebie. Znając nieco życie, zacisnął przezornie szczęki w oczekiwaniu na spodziewaną nadgorliwość strażników. Ku jego zaskoczeniu, nie rzucili się na niego od razu, kiedy stał się bezbronny.
Nie odmówili sobie poczęstowaniem go kopniakiem pod żebra, od którego powietrze zeszło z niego przez zawarte w uścisku zęby. Ciężki but, niby niechcący, a może faktycznie przez niezdarność, przydeptał mu palce, kiedy zbliżyli się zebrać złożoną broń. Usłyszał kroki nadchodzące z drugiej strony uliczki. Oraz słowa stojącego nad nim krzykacza, niedawno wydającego mu polecenia. Tym razem wydawał je komu innemu.
Nie stój i nie ślep, Dmoch. Goń po łapiduchów.
Chyba rakarzy. Gdzie, że ci będą chcieli tu zajść…
Nie mędrkuj i rób, co mówię. A wy czego, gamonie? Czekacie może, aż gagatek skruszeje? Dźwigać zbója!
Dźwignęli. Powróz, którym wprzódy okręcili mu z tyłu ręce, ugryzł i wpił się w nadgarstki i przedramiona. Ponownie stał na nogach, przygarbiony chwytem w niewygodnym i niepełnym pionie, z którego mógł dobrze widzieć tylko kocie łby ulicy.
Co z nim dalej, panie dziesiętniku? — spytał prowadzący go na powrozie Retnar albo Cybula. Dziesiętnik nie odpowiadał przez moment. Aco nie mógł zobaczyć, jak zwierzchnik oddziału wzrusza ramionami i spogląda w dal, ponad plujące dymem kominy otaczających ich domostw.
Do jamy z nim. Aż się nie wyjaśni.

Odpowiedz
meble kuchenne na wymiar cennik warszawa kraków wrocław