Dom aukcyjny Borsodych

Obrazek

Z rozkazu hierarchów wszystkie burdele, getta i inne bezeceństwa zostały oznakowane czerwonymi lampionami w oknach. Po zmroku ich blask rozświetla dzielnicę pożarową łuną, wabiąc wszystkich spragnionych tanich rozrywek i łatwego łupu.


Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 1617
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Dom aukcyjny Borsodych

Post autor: Dziki Gon » 18 mar 2018, 18:12

Obrazek
„Dom aukcyjny braci Borsodych mieścił się na placyku przy ulicy Głównej, faktycznie głównej arterii Novigradu, łączącej rynek ze świątynią Wiecznego Ognia. Braci, w początkach swej kariery handlujących końmi i owcami, wtedy stać było tylko na szopę na podgrodziu. Po czterdziestu dwóch latach od założenia dom aukcyjny zajmował imponujący trzypiętrowy budynek w najbardziej reprezentacyjnej części miasta.”
— „Sezon Burz”




Imponujący trzypiętrowy budynek w najbardziej reprezentacyjnej części miasta, na skraju jego najmniej reprezentatywnej dzielnicy. Raz na kwartał, niezmiennie w piątek, sale domu zapełniają się gośćmi, a dzieła sztuki, białe kruki, antyki, kurioza i precjoza zmieniają właścicieli za uderzeniem młotka o pulpit i towarzyszącego mu aksamitnego głosu tutejszego licytatora, Abnera de Navarette. Powiadają, że nigdzie nie da sprzedać się drożej niż u Borsodych, a łączny utarg wszystkich lotów osiąga niebotyczne nawet jak na Novigrad sumy. Głównym pomieszczeniem budynku jest licząca ponad sto miejsc sala aukcyjna zajmująca pierwsze piętro. Parter oraz piętra pozostałe mieszczą galerię, w której licytujący mogą zapoznać się z eksponatami, oraz składy i biura domu, gdzie rzeczoznawcy potwierdzają wartość i autentyczność licytowanych przedmiotów. W tym celu przedsiębiorstwo otwarte jest także w dni powszednie, poza licytacją.

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 1617
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Dom aukcyjny Borsodych

Post autor: Dziki Gon » 08 mar 2021, 1:33

To się nie uśmiechaj — poradził-odradził, pomagając pokonać jej ostatnie stopnie, nim zatrzymali się na krótką naradę. Pytanie o organizatorkę balu, ważył przez chwilę w myślach, zanim oddał jej na nie odpowiedź.
Znam ją — odrzekł ostrożnie. — Ale nie wiem.
Nie — dodał en face. — Nie spodziewałem. Ostatnio wysłużyła się delegatem i nie zapowiadało się, żeby tym razem zamierzała zjawić się osobiście. Cóż… Nie każmy jej czekać.
Śledczy otrząsnął się z pierwszego zaskoczenia. Wygładzając na sobie fałdy jopuli, przybrał dawną niewylewną, pełną taktu i spokoju pozę, którą najwyraźniej zamierzał posługiwać się podczas przyjęcia. Gestem zaprosił ją do pokonania ostatniego odcinka schodów.
Obejdę się bez niego — powiedział, wspinając się po stopniach w jej towarzystwie. — W tej sytuacji jego brak będzie zwracał mniejszą uwagę.
Wspiąwszy się w końcu na foyer z kolumnadą, wyściełane przez środek długości kolejnym dywanem, zdało im się, że w końcu znaleźli się w sercu przyjęcia. Sercu, które powoli, lecz miarowo wypełniało wnętrze gmachu życiem — gwarem oraz gośćmi, którzy niby pompowany likwor coraz żwawiej i gęściej zaczęli krążyć po sali, wznosząc gwar toczonych w kuluarach i na biegu rozmów aż po sklepienia ustrojone kolejnymi, mniejszymi żyrandolami. Tak jak na parterze, widziała tu uwijające się sługi w jednakowych maskach i uniformach. Tym razem uzbrojonych w tace z pucharami i półmiskami roznoszone po sali, czasem zatrzymujących się, gdy przywołał ich któryś z gości. Jak jegomość w opinającym mu się na tuszy brokatowym dublecie i smoczej masce, który wychylał zdejmowane po kolei z tacy kielichy, nie bacząc na maniery ani milcząco-peszące oczekiwanie nieruchomego garsona. Morgana nie mogła oprzeć się wrażeniu, że atmosfera panująca w stratosferze domu aukcyjnego robiła się coraz bardziej swobodna. Jak gdyby dla potwierdzenia jej przeczucia, minęła ich kobieta w masce czarnej kozy. Ubrana, o ile jeszcze można było tak to nazwać, jak gdyby dzieliła życiowe credo z ekscentrycznym mistrzem murarskim z Aedirn w materii garderoby. Lub oszczędności tej pierwszej w drugiej. Przeszła koło nich, środkiem dywanu, omiatając obydwoje ciekawym spojrzeniem. Feretsi skinął jej nieznacznie, nie zatrzymując się. Wymijający ją z lewej jegomość w udrapowanej tunice i masce imitującej homme vert, wprost przeciwnie, zderzając się z filarem.
Pomiędzy połączonymi łukiem filarami oddzielającymi środek sali od jej zacienionych zakątków i drzwi do bocznych sal, rozstawiono stoły stopniowo zapełniające się jadłem i brzęczącymi kielichami. Potrawy wyszukaniem nie ustępowały wystrojowi. I przyciągały pierwszych amatorów, bez żenady posilających się przed oficjalnym rozpoczęciem przyjęcia. O ile należało się tu takowego spodziewać. Pozostali obecni na piętrze, na razie zadowalali się syceniem rozmową w otoczeniu rozłożystych zielonych roślin w ornamentowanych i malowanych donicach albo popiersiach na cokołach. Wymieniano grzeczności i uwagi — na rozmaite, nieustalone jednym obowiązującym konwenansem sposoby. Gdzieś, poza zasięgiem jej wzroku, dwie kobiety zareagowały na swój widok piskiem godnym podlotków oraz następującym po nim stukotem obcasów biegnących skonsumować powitanie. Trójka młodych mężczyzn wystrojona niby stereotypowe przedstawienie trzech różnych stanów na rycinie poklepywała się wzajem po barkach i karkach jak równi sobie druhowie. Jakiś grasesujujący jak pełnokrwisty Nilfgaardczyk z Albą w żyłach i sfinksem na twarzy odprawiał cały dworski taniec godowy przed lekko skonfundowaną ciemnoskórą kobietą zasłaniającą się niebieską udrapowaną chustą i maską koloru oszlifowanej perły. Którą bardziej niż wysiłki eleganta zaintrygował wachlarz mijającej ją Morgany.
Efer apid! Jesret nek’sa Barse? Ak Hanni?
Nie miała okazji odpowiedzieć. W połowie długości sali Gaspar zatrzymał się, pociągając ją za sobą w lewo, pomiędzy zacieniony łuk filarów, naprzeciw zamkniętych gabinetowych drzwi, przy których zebrała się właśnie trójka ludzi.
Pierwszy, stojący do nich plecami miał na sobie zwykły zapinany kabat z ciemnej skóry. Reszta jego garderoby, to jest sznurowane spodnie wpuszczone w wysokie buty, także podzielały czerń grzbietowego okrycia. Podzielały, z wyjątkiem krwawej chusty, która służyła mu za maskę. Sam mężczyzna — bo był to mąż na oko średniego wieku i wzrostu, krótko ostrzyżony, kiwał głową i giął się w sztywnych ukłonach, sprawiając wrażenie nieswojego, co objawiało się tikiem nakazującym jego lewej dłoni nieustanne szukanie czegoś przy biodrze.
Podejmowało go dwoje osób. Jedną z nich był człowiek ubrany w białą, zapiętą pod szyję półszatę, z szamerowanym we wzorzyste aplikacje przodem oraz kilkoma pozłacanymi guzami dodanymi raczej dla okrasy niż funkcjonalności. Pozłacana była również jego maska. Skądinąd interesująca w wykonaniu, bo rozdzielająca się na dwa oblicza — uśmiechniętej komedii oraz tragedii o posępnym obliczu. Pomiędzy nimi i dzieląc po jednym oku każdej z nich i odsłaniając usta, wpasowywała się skryta połowicznie od nosa w górę nosząca je twarz. Należąca do starszego, dobrze zbudowanego jegomościa z zaczesanymi do tyłu, posiwiałymi włosami.
Trzeciej osobistości nie musiała się domyślać, choć na pierwszy rzut kreacja wcale nie wyróżniała jej z tłumu. Szybki rzut oka wystarczył jej, by zrozumieć, że wprost przeciwnie — to stonowany, choć elegancki strój miał służyć jej własnej urodzie, podkreślając miast krzyczeć. I robił to tak, że nawet pośród tutejszych rarogów trudno było minąć ją obojętnie, zwątpić w jej sprawczość czy pomylić z kimkolwiek innym.
Gesty oraz maniery wskazywały na kobietę dojrzałą, również do dobrego smaku. Niewysoka, lecz postawna figura wyeksponowana haftowaną, półprzezroczystą na ramionach i dekolcie obcisłą suknią — na dwudziestolatkę. Cera na inspirację dla porównania pulchra ut luna, którym zwykli szastać lepiej wykształceni poeci, a które w tym konkretnym przypadku traciło rację nadużycia. Upięte powyżej karku długie, smoliście czarne włosy utrzymywały się w swej artystycznej stylizacji niewidocznym od zewnątrz sposobem, nie licząc przeplatających ich węzeł kilku drobnych spinek w kształcie srebrnych listków. Biżuterią gospodyni była opinająca długą, pudrowaną szyję nad dekoltem siatka z ciemnymi, połyskliwymi koralikami. Ona oraz rzeźbiona ciemnego hebanu maska, wyposażona w ciemne pędzelki kolczyków podwieszone na srebrnych paciorkach. Rzeźbione oblicze, karmiące wyobraźnię domysłami na temat prawdziwego, odsłaniało wyłącznie oczy, które momentalnie wyłoniły ich z tłumu.
Dobry wieczór, Somnosie — powitała Feretsiego, z miejsca poznając jego alter-ego. Jej rozlegający się spod maski głos, śpiewny jak zaranny psalm, nosił ślady ułożenia od śpiewu lub ćwiczonej dykcji. Maskował akcent. — Witajcie pośród sobie podobnych.
Podejmowany dotychczas przez gospodynię i jej towarzysza w bieli mężczyzna z chustą na twarzy, zachrząkał, zmieszał się i odsunął, aby zrobić im miejsce. Niepewny protokołu, trzymał się w pobliżu, nie wiedząc, czy został już zwolniony z obowiązku introdukcji, czy ma czekać na oficjalne pożegnanie.
Pani — wampir przybliżył się, wykonując oszczędny, lecz elegancki ukłon przed kobietą. — Łowcze.
Stojącemu obok mężczyźnie w bieli skinął. Tamten odpowiedział mu uśmiechem.
Dobrze cię widzieć Somnosie — powiedział. — Ciebie i twoją...
Spinoza jest przyjaciółką. Wprowadziłem ją w scenę. Chciała dołączyć do nas dzisiejszego wieczoru.
Będziemy radzi twej obecności, Spinozo — przemówiła, a Morgana poczuła zwijający się nad głową nieboskłon oraz strząsane z niego gwiazdy płonące jak stal. Jak wejrzenie Pięknej i Bezlitosnej. Ona wie, odezwało się w niej nagłe, irracjonalne, lecz pozbawione wątpliwości zrozumienie. Objawiające się paranoiczną agorafobią w zamkniętej sali pełnej ludzi.
... mogę służyć ci czymś poza gościną? — Gospodyni dokończyła pytanie, a wrażenie minęło jak stygnący, rozkładający się ze szczegółów sen. A ona zdążyła się rozbudzić, ze swędzącym błędnikiem. Feretsi pomógł jej w tym, lekko ściskając za ramię. Nie wiedziała, czy ktoś poza wampirem zauważył. Mężczyzna w bieli zwany Łowcem stał i uśmiechał się bez słowa. Piękna i Bezlitosna była, a wszystko inne wokół niej. Łącznie z przestępującym z nogi na nogę mężczyzną w chuście obok, któremu odejść nie pozwalał chyba tylko lodowy okruch, którym ugodziła go w serce.
Chce złożyć ci swe uszanowanie, Pani. — Feretsi usłużył jej jak sufler. — Oraz wziąć udział w aukcji, jeśli wyrazisz zgodę.

Juno
Awatar użytkownika
Posty: 336
Rejestracja: 23 gru 2018, 17:44
Medale: 17
Miano: Morgana Mavelle
Rasa: Człowiek
Wiek: Ćwierćwiecze +
Złoto: 33 korony 90 kp.
Stan zdrowia: Suchotnica
Karta Postaci: http://vattghern.com/viewtopic.php?f=10&t=305
Szczegółowa Karta Postaci: http://vattghern.com/viewtopic.php?f=25&t=304

Re: Dom aukcyjny Borsodych

Post autor: Juno » 10 mar 2021, 20:44

Gdy Feretsi zasugerował, by się nie uśmiechała, Morgana spojrzała na niego, jakby spadł z księżyca. Zmilczała jednak, mieli do omówienia kwestie ważniejsze od specyfiki najstarszego zawodu świata. I omówili je... poniekąd.
Nim zdążyła zakwestionować spójność twierdzeń wampira, ten pociągnął ją z powrotem na schody, w otchłań bólu, do świata odcisków i oberżniętych pięt. Mimo skupienia uwagi na ignorowaniu dyskomfortu i trzymaniu się roli, Morgana nie mogła opędzić się od myśli, że Feretsi kręcił. Twierdził, że nie wie, kim jest owa Pani Bezlitosna, wyrażając jednocześnie przekonanie, iż gospodyni pozna się na jej „talencie”. Być może nie zrozumiał pojemności mało precyzyjnego pytania, a może swoim zwyczajem odpowiedział tylko na tyle, na ile miał ochotę, co w jego przypadku oznaczało ślizganie się po powierzchni tematu i zbywanie półsłówkami. Jakkolwiek było w istocie, nie dowiedziała się niczego, poza szalenie pokrzepiającym faktem, że odpowiedzialna za organizację balu lunatyków kobieta z miejsca przejrzy ją na wylot.
Dotarłszy do foyer, Morgana nie mogła nie westchnąć — już to z ulgi, już to z zachwytu. Fantazja kurew względem garderoby dorównywała tutejszej, ale żaden burdel, choćby najprzedniejszy, nie mógł poszczycić się takim wystrojem. Przynajmniej żaden, w którym miała okazję bywać Mavelle.
Na widok układanych przez służbę w wymyślne konfiguracje półmisków i pater z jeszcze bardziej wymyślną zawartością, poczuła, jak kiszki zagrały jej krótkiego, pełnego pretensji marsza. Przełknęła zbierającą się w ustach ślinę, nie bez zazdrości obserwując osuszającego jeden kielich za drugim jegomościa przypominającego przerośniętą jaszczurkę. Przyszło jej jednak powściągnąć potrzeby i pragnienia na rzecz konwenansów, co — jak uczył ją Gelab — było często spotykanym zjawiskiem w wyższych sferach. Między innymi z tego powodu nie ciągnęło Morgany na salony, nawet jeśli awans społeczny oznaczałby życie w zbytku, którego przejawy były jej wcale miłe.
Potrafiła się jednak dostosowywać, jak kameleon. Albo karaluch. Dzięki temu przetrwała, choć obiektywnie rzecz biorąc — nie powinna była, ze swoim osieroceniem, tężyzną fizyczną, płcią i całą resztą niesprzyjających okoliczności przyrody. Zamierzała jeszcze trochę podtrzymać tę sprzeczną z prawami natury tendencję. Bez słowa skargi, ze stoickim, przeczącym wszystkiemu, co odczuwała w ciele uśmiechem sunęła u boku śledczego, obserwując mijające ich kurioza dla zajęcia myśli i uwagi. Gdy przemówiła do niej nagabywana przez sepleniącego typa cudzoziemka, próbowała szukać pomocy u Feretsiego, licząc na jego znajomość języków obcych. Ten jednak nie zwrócił uwagi ani na ciemnoskórą damę, ani na spojrzenie Morgany, ciągnąc tę drugą w kierunku konwenansów.
Gospodyni była... zjawiskowa. Mavelle nie sądziła, że kiedykolwiek spotka kobietę piękniejszą od złotowłosej, zielonookiej „cioteczki” Laury o figurze i rysach sylfidy, której zazdrościła urody odkąd po raz pierwszy zobaczyła samą siebie w lustrze. I choć Bezlitosna była absolutnym przeciwieństwem ideału Morgany, w dodatku zamaskowanym, inwigilatorka z miejsca zreorganizowała swój ranking piękności. Z jakiegoś powodu była przekonana, że pod zastępczym obliczem kryje się dorównująca całej reszcie twarz.
Gapiła się na nią jak ciele na malowane wrota, dygnąwszy odruchowo, gdy Feretsi dokonał introdukcji, a potem… Potem ocknęła się nagle, cokolwiek zmieszana i zaskoczona obrotem spraw. Szczęściem, uścisk ramienia podziałał na nią jak sole trzeźwiące, rozbił ten wokół serca i żołądka. Zamrugała, by przegnać gwieździste powidoki i odetchnęła powoli, dyskretnie.
Dziękuję, Pani — odpowiedziała po chwili, wracając do siebie i odgrywanej roli. Skłoniła głowę z rewerencją, bynajmniej udawaną. Bezlitosna wzbudzała szacunek mimowolnie, podobnie jak zafajdany pijak wstręt czy naga kobieta w tańcu zachwyt. — Dziękuję za tak łaskawe przyjęcie i za gościnę. Jestem pewna, że to będzie niezapomniany wieczór. — Wypowiadając te słowa Morgana musiała włożyć naprawdę dużo wysiłku, by nie skrzywić ust w ironicznym uśmiechu. Chcąc dać sobie odrobinę czasu na opanowanie nawykowych reakcji, spojrzała na towarzysza gospodyni, siłą woli wyginając wargi w uśmiechu uprzejmym, na znak, że nie przeoczyła jego obecności.
Jak wspomniał Somnos — podjęła Mavelle, wracając uwagą do gwiazdy, tego i każdego innego, wieczoru — chciałabym partycypować w dzisiejszej licytacji. Dawno nie sprawiłam sobie nic… nietuzinkowego. Czy mam twoje błogosławieństwo w tej kwestii, Pani?
To, co widzisz, co się zdaObrazekjak sen we śnie jeno trwa.

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 1617
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Dom aukcyjny Borsodych

Post autor: Dziki Gon » 15 mar 2021, 22:53

Bezlitosna i wielkoduszna skinęła grzecznie, choć nieco nonszalancko na oddawane jej protokołem trybuty.
Dołożymy naszych starań, aby go takim uczynić — dodała skromnie i bez przedłużania zbędnych formalności, wyrażając aprobatę dla jej uczestnictwa w aukcji oraz wskazując na towarzyszącego jej mężczyznę. — W tym roku aukcja odbędzie się pod pieczą naszego przyjaciela, Łowca.
Nazwany Łowcem jegomość w bieli ukłonił się krótko, wyczuwając przyzwolenie na zabranie głosu.
Będzie nam bardzo miło powitać kolejną uczestniczkę. Z oczywistych względów nie mogliśmy sporządzić katalogu. Liczę jednak, że tegoroczna kolekcja lotów okaże się niespodzianką. Tą z rodzaju miłych. — Mężczyzna odwzajemnił uśmiech. — Myślę, że przed przyjaciółką tak wytrawnego kolekcjonera jak Somnos możemy uchylić nieco rąbka tajemnicy. Czy interesują cię jakieś konkretne memorabilia?
Gospodyni nieznacznym gestem uniesionej dłoni, właściwie drgnięciem serdecznego palca odłożyła ich dyskusję na potem.
Twoja towarzyszka zapewne zrozumie i wybaczy, że najpierw zechcielibyśmy nacieszyć się twoim towarzystwem, Somnosie. Oszczędźmy jej uciążliwości słuchania o minionych dziejach i nieobecnych przyjaciołach. Pozwól jej nacieszyć się młodą jeszcze nocą.
Feretsi przechylił głowę w potaknięciu, uśmiechnąwszy się zaciśniętymi ustami.
Nie miałem jeszcze okazji — wyjaśnił grzecznie — Zaznajomić ją z nikim ani dokładniej z tutejszym obyczajem…
Trudno o lepszą okazję niż praktyka — przerwała mu równie uprzejmie — Jako jedna z nas z pewnością ceni sobie swobodę ponad kuratelę, nawet jeśli kogoś równie utalentowanego co ty.
Ponowny ukłon ze strony wampira. I bałamutne wrażenie, że słowa „jedna z nas” w ustach Pani zostały doprawione szczyptą przekąsu lub nieprzypadkowego zaakcentowania.
Dobrze się składa, albowiem dołączył do nas kolejny neofita.
Mężczyźnie w chuście, któremu przeszkodzili w introdukcji, nie trzeba było dwa razy powtarzać. Czający się z boku, uwiązany protokołem niby pies łańcuchem, wystąpił krok do przodu i skłonił się sztywno, naśladując pozostałych przed nim.
Z pewnością chętnie dotrzyma towarzystwa szacownej przyjaciółce do czasu twojego powrotu.
Człowiek w chuście spojrzał na Panią, a potem na Morganę, spojrzeniem błękitnych, wiecznie zmrużonych oczu. Ręka uciekła mu na biodro, a z niego do mechanicznego poprawiania mankietów. Nie wiedząc, czy winien coś zrobić lub powiedzieć, ukłonił się po raz kolejny.
Nie wiedzieć kiedy, obydwoje pożegnali się z Feretsim i gospodarzami, zmierzając we dwójkę w przeciwnym kierunku, ku cieszącym się coraz większym zainteresowaniem stołów.
Ta cała Bezlitosna — przemówił w końcu, niby odczarowany królewicz. Niby odczarowany królewicz, całkiem ładnym, melodyjnym barytonem, do którego nie pasował jego dziwnie znajomy dla jej uszu, lecz trudny do uchwycenia akcent, a raczej sposób wypowiadania wyrazów. Przede wszystkim zaś ich dobierania. — Naprawdę dziwna kobieta.
Opinia ta, choć złożona w zdanie nasuwające raczej negatywną interpretację, zostało wypowiedziane całkowicie kłócącym się z nią tonem, wskazującym na intencje zgoła odwrotne.
Też po raz pierwszy? — zagaił Morganę, zatrzymując się w kolejce do pobliskiego stołu, by zająć im miejsce i przypominając sobie o towarzyskim obowiązku. — Fritz… Kurwa. Wyrok. Jestem Wyrok.
Kręcąc głową nad własnym falstartem, zabluźnił cicho pod chustą i dokończył introdukcji zamiarem przyjęcia jej dłoni i oboćkania jej, ale w pół drogi do ust przypomniał sobie o chuście, więc zamiast tego po prostu nią potrząsnął.
Darujcie mi, żadne ze mnie towarzystwo dla damy. W ogóle czuję się tutaj od czapy. Znajoma namówiła mnie, żebym przyszedł. Namówiła i chyba wystawiła, bo jeszcze jej nie spotkałem. Zresztą, jak się rozeznać w takim...
Fritz Kurwa alias Wyrok zrobił szeroki gest, mając na myśli cały cyrk wokoło.
Wina? — zapytał, chcąc usłużyć jej jedną z dwóch karafek, do których udało mu się dopchać. — Czy czegoś mocniejszego?
Kolejna para gości przed nimi, nakładała sobie przystawek, tocząc swobodną rozmowę.
...kilka interesujących. Sama jestem tu ze względu na prelekcję Doktora. Bardzo polecano mi się z nim zapoznać.
O, koniecznie. Doktor to ciekawy mówca i wybitny specjalista. Sam bywam na jego wykładach, choć w ogóle nie zajmuje się kulinariami.

Juno
Awatar użytkownika
Posty: 336
Rejestracja: 23 gru 2018, 17:44
Medale: 17
Miano: Morgana Mavelle
Rasa: Człowiek
Wiek: Ćwierćwiecze +
Złoto: 33 korony 90 kp.
Stan zdrowia: Suchotnica
Karta Postaci: http://vattghern.com/viewtopic.php?f=10&t=305
Szczegółowa Karta Postaci: http://vattghern.com/viewtopic.php?f=25&t=304

Re: Dom aukcyjny Borsodych

Post autor: Juno » 29 mar 2021, 21:36

Istnienie konwenansów, ich definicja oraz pobieżne zastosowanie w praktyce było Morganie znane, ale orłem w tej materii z pewnością nie była. Wyraźnie czuła, że wyczerpała swoje skromne zasoby kurtuazji na ten i kilka najbliższych wieczorów. Kontynuacja konwersacji w narzuconym przez towarzystwo i okoliczności tonie byłaby dla niej katorgą, a kto wie — może i katastrofą dla jej alter ego. Niewymowną tedy ulgą było dla Morgany odprawienie jej, nawet jeśli nacechowaną cokolwiek ambiwalentnie, bo pozbawiającą opoki wampirzego ramienia — w przenośni i dosłownie. Udając jednak, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i że w ogóle nie usłyszała przekąsu w głosie Bezlitosnej, Morgana posłała Feretsiemu niefrasobliwy uśmiech i oddaliła się w narzuconym jej towarzystwie, starając się sprawiać wrażenie podekscytowanej.
Tak — przyznała jegomościowi w chuście — chyba można tak to ująć. Obawiam się jednak, że obdarowana podobnym komplementem kobieta ujęta raczej nie będzie. Proszę to uznać za podpowiedź.
Zatrzymawszy się w utworzonej nie wiadomo kiedy kolejce przy stołach, Morgana powtarzała sobie w duchu, by pamiętać o małych kęsach i o sztućcach. Z zamyślenia nad niedorzeczną ilością rodzajów tych ostatnich wyrwał ją głos towarzysza, a właściwie poczyniona przezeń odświeżająca niby wizyta w łaźniach gafa. Morgana parsknęła tłumionym śmiechem i przyjrzała się uważniej Fritzowi vel Wyrokowi. Uważniej i przychylniej.
To się dobrze składa — odrzekła, mrużąc rozbawione oczy — bo żadna ze mnie dama. Spinosa, miło mi... Możesz już puścić moją rękę i nalać mi czegoś do picia, dziękuję.
Podczas gdy Fritz dopychał się do karafek, nikczemnej postury Morgana wpasowała się bokiem między niego a rozprawiającą o kulinariach i doktorach parę, ani myśląc czekać aż ci skończą wielce w zaistniałych okolicznościach niepokojącą konwersację i oddalą się, robiąc miejsce. Doświadczenie ulicznej sieroty obeznanej z reakcjami tłumu mówiło Morganie, że czując lekki napór tam, gdzie być go nie powinno, rozejdą się sami, podświadomie dążąc do większej swobody ruchów i przestrzeni. Co więcej — sama by tak zrobiła, gdyby nie była taka głodna.
Niech będzie wino — zdecydowała po chwili wahania, nakładając sobie maleńkim widelczykiem na maleńki talerzyk maleńkie przystawki. — Mam nadzieję, że jest słodkie, cierpkość miesza mi w humorach.
O, stokrotne dzięki. — Oddzielona od Fritza tylko wyciągniętym ku niej kielichem, Morgana ujęła naczynie w dłoń, zostawiając na moment fikuśne miniaturowe torciki z owoców morza w spokoju, i uśmiechając się kącikiem ust, przepiła do swego towarzysza: — Za słodycz wszystkich pierwszych razów, panie Wyrok.
Chociaż... — zreflektowała się po pierwszym, solidnym łyku, od którego zwilgotniały i rozbłysły jej oczy — „Wyrok”, nawet jeśli wybrzmiewa po raz pierwszy, wydaje się być dosyć... ostateczny. I niezbyt słodki, przynajmniej dla skazanego. A jak to jest z sędzią i wykonawcą?
To, co widzisz, co się zdaObrazekjak sen we śnie jeno trwa.

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 1617
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Dom aukcyjny Borsodych

Post autor: Dziki Gon » 11 kwie 2021, 22:13

„Wyrok” powrócił z łowów z pucharem dla siebie i Morgany oraz tacką małych babeczek, które okazały się wypiekanymi pasztecikami nadziewanymi brązowym ragoût. Zaś wino wytrawnym, choć niezbyt cierpkim, istotnie mieszającym w humorach. Pierwszy spośród czterech z nich barwił degustującym gościom policzki, pobudzał do zawierania znajomości, korzystania z poczęstunku lub optymalnego łączenia obydwu czynności. Nie wiedząc co począć z przyniesioną tacką i nie znajdując miejsca, by ją odstawić, Wyrok trzymał ją między sobą i Morganą, szukając odpowiedzi na jej pytanie.
Nie myślałem nad tym. — Zdecydował się na szczerość, bez pretensji ani żenady wychylając pół kielicha jednym łykiem, po czym oblizując wargi pod chustą. — Przezwali mnie tak, po tym, jak… zacząłem wyrywać chwasty.
Kątem oka złowili ruch. Niewysoka, nieco pulchna kobieta w płóciennej białej sukni z czepcem i haftowaną w trupie oblicze półprzezroczystą maseczką, dołączyła się do nich niespodziewanie, zamykając wiszącą między nimi tackę od flanki.
Wybaczcie, kochani, że tak między zakąski — oznajmiła przyjaznym, nieco zdyszanym głosem. — Zostanę tylko na chwilę, nie będę przeszkadzać. Potrzebuję zmienić towarzystwo. Jakiś nachał właśnie stwierdził, że moja cera warta byłaby galanterii.
Przybyła niewiasta rozejrzała się po ich dwójce, wyciągając bladą dłoń przyozdobioną pierścionkiem z czarnym oczkiem po babeczkę z ragoût. Fritz, z ustami pełnymi wina, pokręcił przecząco głową, obniżając dla niej tackę. Morgana przypomniała sobie, że kojarzy ten głos i biel stroju. Była to ta sama kobieta, która wyciągnęła swoją towarzyszkę Anatemę z kazania na schodach.
Mizerykordia — przedstawiła się, przypominając sobie o manierach po przełknięciu pierwszego kęsa.
Wyrok. — Fritz nie popełnił gafy po raz drugi, uzupełniając introdukcję zabawnie współgrającym pytaniem. — Wina?
Dziękuję, nie piję — odmówiła kobieta w bieli. — Byliście złożyć uszanowania?

Odpowiedz
meble kuchenne na wymiar cennik warszawa kraków wrocław