Wrak

Obrazek

Piaszczyste wybrzeże, rozciągające się na północ od miasta. Półdzikie i zarośnięte nadbrzeżnymi trawami. Przesycona solą i echem mew bryza wichrzy je bez ustanku, idąc od odmalowanego akwamaryną horyzontu.


Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 1098
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Wrak

Post autor: Dziki Gon » 30 lis 2018, 22:02

Obrazek


Morze wyrzuca na brzeg rozmaite śmieci. Ceramiczne skorupy, szklane butle, drewno, trupy… A pewnego razu wyrzuciło cały statek. Niewielki, połamany żaglowiec z niskim kadłubem, godzący w niebo resztkami masztów i powiewający strzępami żagli. Nie wiada, gdzie pływał wcześniej ani gdzie zatonął, bandera przepadła, a pojedyncze ciała, które w nim znaleziono, były w stanie rozkładu uniemożliwiającego biegłym identyfikację. Większość rzeczy, które dało się z niego wynieść, zostało dawno rozszabrowanych, zaś całą resztę wyczyściły mewy i kraby. Kil wraku tkwi zagrzebany głęboko w piasku plaży, opleciony dywanami przywleczonych wodorostów. Nie mogąc wciągnąć go w odmęty od jednego machu, fale pożerają wrak po kawałku, deska po desce i przypływ po przypływie.

Dziki Gon
Awatar użytkownika
Posty: 1098
Rejestracja: 18 mar 2018, 4:22

Re: Wrak

Post autor: Dziki Gon » 24 sty 2020, 15:16

Dzień na wybrzeżu malował się dżdżysto i mgliście. Wszechobecną akwamaryną dali zachmurzonego horyzontu, na którego tle, niby osławiony w mrocznych marynarskich legendach „Latający Kovirczyk”, wyłaniał się utrwalony mielizną element krajobrazu w postaci starego wraku.
Kilkadziesiąt metrów w głąb lądu, wracający do przytomności wiedźmin, sam czuł się jak jeden, budząc na piachu i obserwując chmury gonione bryzą, ruchliwe i wystrzępione jak budzące się myśli. Wszechobecny szum fal zlewał się w jego głowie w całość wraz z szumem krwi tętniącej w skroniach.
Pachniało morzem, solą i rybą. W ustach utrzymywał się posmak jodu, piachu zgrzytającego między zębami oraz najwyraźniejsze z nich wszystkich wspomnienie kwaśnej goryczy zażywanych wcześniej eliksirów. Nie wiedział kiedy dokładnie. Słońce przyczaiło się za klifami lub w gęstwinie chmur, nie chcąc zdradzić położenia.
Wilga. Dekokt Raffarda Białego. Coś jeszcze? Odległy krzyk morskiego ptactwa podpowiada Mewę. Pamiętał, że po spłukaniu z siebie krwawienia i trupiego jadu, podleczył się znakiem. Możliwe, że wspomógł się nią właśnie w celu jego rzucenia. Trudno było stwierdzić. Nie odróżniała się na tle pozostałych, a on działał na samych odruchach. Wdrukowanych w nieświadomość latami treningu i praktyki.
To odruchy uratowały mu życie. Kilka metrów w stronę morza, znacząc zryty piach krwawymi i szlamowatymi zaciekami, spoczywało ciało jego zlecenia, które przyjął od starszego pobliskiej rybackiej wioski. Zlecenie miało z grubsza ludzki kształt, wyłupiaste zeszklone oczy i było brzydkie jak nieszczęście, brzydotą trupa, który ostatnie kilka dni spędził w wodzie. Trupy nie miały jednak pławnej błony między palcami kończyn ani paskudnych szponów. Nie wciągały w morską toń nieostrożnych rybaków oraz ich dzieci.
Zlecenie nie miało już dłużej wciągać. Ponad wszelką wątpliwość i ku wszelkiej ironii było trupem nie tylko powierzchownie. Zawdzięczało to dwóm zgoła niepowierzchownym cięciom — skośnym i niezbyt czystym od obojczyka do mostka, które minąwszy tętnicę szyjną, dało istnienie cięciu poprawiającemu zadanemu w poziomie, uwalniającemu z jamy brzusznej oślizgłe girlandy sinokarminowych flaków, stygnące na zabarwionym treścią żołądka piachu.
Chwila pomiędzy obydwoma uderzeniami miecza okazała się wystarczającą, by on sam również nie wyszedł ze starcia bez szwanku — zadane pazurami utopca rany, choć zagojone w przyspieszonym eliksirami i Znakiem czasie, wciąż rwały piekącym fantomem bólu spod poszarpanej koszuli i rozpiętej na niej kurtki. W przeciwieństwie do niedawnych ran nie był to jednak problem, z którym nie poradziłaby sobie odrobina dratwy.
Tępy ból z tyłu głowy i rwący guz tamże przypomniały mu, że vulnus laceratum nie było jedyną krzywdą w dzisiejszym repertuarze. A utopiec wyłącznym sprawcą jego obecnego położenia.
Pamiętał nieładną, zwieńczoną szankrem pod lewym okiem gębę, wyrywającą go z letargu. Ciemną kępkę włosów na czubku podgolonej głowy. Wykrzywiający tę gębę ból i smród owych palonych włosów, gdy w ostatnim przebłysku świadomości złożył Znak, wkładając w niego resztki mocy. Wypuszczaną ze złodziejskich rąk stalową klingę — jego własną, wiedźmińską, spoczywającą teraz tuż obok. W końcu dwie pary stóp rozrzucające podeszwami butów mokry piasek w chaotycznej ucieczce. Wcześniej dwie pary rąk grzebiące mu za pazuchą i po kieszeniach, by odebrać mieszek i resztkę oszczędności.
A także drugą z jego broni. Piękną klingę o lustrzanym blasku, którym mieniła się nawet pochmurną pogodę taką jak ta. To jasne, że nie mogli jej przeoczyć, nawet wypuszczonej na piach i poznaczonej gównem i juchą utopca. Nie wypuścili jej nawet wtedy, gdy przyszło im uciekać przed ogniem i bólem, przy wtórze bluźnierstw i potknięć.
Wnioskując ze śladów utrwalonych na piasku, trasa ucieczki wypadła im, zapewne nieprzypadkowo, tam, gdzie zostawił swojego konia. Niedługo po ustaleniu ze starszym nad rybakami stawki za potwora. Stawki, która w obliczu poniesionych obecnie strat jawiła mu się nader niską i nieadekwatną.

Odpowiedz
meble kuchenne na wymiar cennik warszawa kraków wrocław